Piwniczna recenzja: „Wszystkie odcienie czerni” Ilony Felicjańskiej

                Od jakiegoś czasu na polskim rynku trwa trend, którego osobiście zupełnie nie rozumiem. Ale zacznijmy od początku.

                A na początku był Zmierzch. Mierna książka o nudnej i bucowatej nastolatce zakochanej w przystojnym wampirze o charakterze oleju silnikowego. Jak zapewne wszyscy wiedzą, książka odniosła wielki sukces, ku zdziwieniu praktycznie wszystkich, z samą autorką włącznie.

                Kilka lat i kilka filmów po pierwszej książce Stephanie Meyer powstał fanfik. Tytuł tego fanfika brzmiał „Master of the Universe” i opowiadał o tym samym, co oryginał, tylko że w innych realiach. Plus seks. Autorka tego dzieła uznała, że jest ono na tyle dobre, aby je wydać. Tak wygląda historia „50 shades of Grey”, prawdopodobnie pierwszej książki reklamowanej jako „odważna” i „bezpruderyjna”, w której główna bohaterka mówi o własnych narządach płciowych per „to”.


                „Pięćdziesiąt twarzy Greya” zapoczątkowało trend na powieści erotyczne dla kobiet. Nie, stop. „Pięćdziesiąt twarzy Greya” zapoczątkowało trend na swoje własne podróbki, równie kiepsko napisane, nieciekawe i nieodkrywcze. I tak właśnie dochodzimy do przedmiotu dzisiejszej recenzji, „Wszystkich odcieni czerni” Ilony Felicjańskiej. Na wypadek gdybyście po tym wstępie jeszcze nie spostrzegli, czym jest ta książka, przygotowałem specjalny schemat.


                Przyjrzyjmy się jednak „Wszystkim odcieniom…” trochę bliżej. Okładka informuje nas, że jest to thriller erotyczny, napisany przez polską celebrytkę, o której nigdy wcześniej nie słyszałem. Historia opowiada o Annie, trzydziestopięcioletniej mężatce, wdającej się w romans z tajemniczym Oskarem – biznesmenem z mroczną przeszłością. A przynajmniej wydaje mi się, że o tym opowiada, bo fabuła około połowy książki poszła i się utopiła w kotle ze spermą.

                Postawmy sprawę jasno – „Wszystkie odcienie czerni” nie mają niemalże nic wspólnego z thrillerem. Owszem, pojawiają się wątki sensacyjne, ale po pierwsze, natkniemy się na niego dopiero pod sam koniec książki, a po drugie, są one potraktowane po macoszemu, zupełnie nietrzymające w napięciu i, nie ukrywajmy się za eufemizmami, debilne jak cholera. Rzecz rozchodzi się o tajemniczą szczepionkę na AIDS, od której podobno gdzieś umierają ludzie. Niestety, nie dowiemy się do końca niczego konkretnego o tym wątku, ponieważ główna bohaterka za bardzo zajęta jest opisywaniem swojego życia erotycznego aby skupiać się na czymkolwiek innym. I może to i lepiej, ponieważ gdy próbuje zająć się wreszcie tym wątkiem sensacyjnym, zakrawa on na komedię, a nielogiczności aż bolą. Mamy więc najbardziej nieprzekonującego bandziora w całej historii literatury, mamy faceta, który z dnia na dzień załatwia głównej bohaterce i całej jej rodzinie fałszywe papiery. Mają udawać Anglików i o ile mogę jeszcze uwierzyć, że Anna i jej mąż Paweł potrafią mówić po angielsku z idealnym brytyjskim akcentem, to wątpię, aby ich gimnazjalne dzieci opanowały tę samą sztukę. Zwłaszcza, że o ich edukacji w tym kierunku nigdzie mowy nie było.

                Skoro już ustaliliśmy, że na dobry thriller nie ma co liczyć, zajmijmy się erotyką. A tej jest dużo więcej niż sensacji, niestety jednak ilość nie przekłada się w jakość. Cała książka to właściwie zapis kolejnych stosunków głównej bohaterki – z mężem, z kochankiem, z mężczyznami, o których fantazjuje… I wszystkie opisy są takie same. Krótka gra wstępna, ryćkanko, koniec. Powtórzyć pięćdziesiąt razy w coraz to nowych sceneriach. Po pierwszych pięciu opisach miałem tego serdecznie dosyć, głównie dlatego, że libido uciekło mi przerażone pod szafę, jak bardzo mdły i niepodniecający był ten seks. Opisy balansują pomiędzy sformułowaniami wulgarnymi („pieprzył mnie”), metaforami tak nietrafionymi, że aż śmiesznymi (czy istnieje ktokolwiek, kto uznałby porównanie języków złączonych w pocałunku do kopulujących jaszczurek za dobre, trafne lub podniecające?) i nieprzystające zupełnie do niczego pseudopoetyckością. Do tego całość okraszona jest dygresjami głównej bohaterki, pasującymi do tego wszystkiego niczym dres na galę rozdania Oskarów. To wszystko wymieszane razem daje wrażenie zupełnego chaosu. A chaos podobno podnieca tylko fizyków, zaświadczam jednak – ten nie podniecałby zupełnie nikogo, poza ludźmi, którzy szczytują na sam widok słowa „pierdolić”.

                Największą wadą tej książki (bo opisy seksu lądują dopiero na drugim miejscu) są jednak bohaterowie, a nade wszystko główna bohaterka. We „Wszystkich odcieniach…” dominuje narracja pierwszoosobowa z perspektywy Anny i, uwierzcie mi, po zaledwie kilku rozdziałach będziecie tej postaci nienawidzić. Anna jest typowym przykładem tego, jak wizja postaci według autora może rozminąć się z rzeczywistym przedstawieniem postaci. Bo co z tego, że autorka najwyraźniej chciała przedstawić Annę jako pewną siebie, oczytaną, bezpruderyjną kobietę z wyższych sfer, skoro zachowanie postaci temu zaprzecza? Anna owszem, potrafi wymienić wielu docenianych autorów klasyków, jednak jej przemyślenia pasują raczej do bohaterki „Galerianek”. Sposób narracji obnaża, jaką osobą jest naprawdę główna bohaterka, przedstawiając przed oczami czytelników obraz skrajnie zakompleksionej i egocentrycznej dziuni, która traktuje mężczyzn jedynie jako obiekty mające potwierdzać jej atrakcyjność, która czuje irytację, ponieważ córka mówi do niej per „mamo” (bo to ją postarza!), która nie ma żadnych wyrzutów sumienia z powodu tego, że zdradza swojego męża, którego ponoć kocha. Kochanka traktuje zresztą niewiele lepiej, dzieci w ogóle nie zauważa, inni mężczyźni istnieją dla niej tylko po to, aby wpatrywać się w nią z dziką żądzą. Opisy mężczyzn w jej wydaniu są ogólnie karykaturalne, ponieważ potrafi poświęcić kilka akapitów na opisywanie penisów i łoniaków (tak, w tej książce pojawiają się elaboraty o łoniakach), po czym po przeczytaniu książki czytelnik się orientuje, że tak w zasadzie nie wie nic o charakterze Pawła czy Oskara. A nie – Paweł jest konserwatystą (bo lubi pozycję misjonarską), a Oskar jest bogaty, przystojny i mroczny, jak przystało na bohatera harlequina. Tyle.

                Styl jest okropny. Zdania są. Pokawałkowane. Właśnie. W ten sposób. I tak przez całą. Książkę. Fajnie się czyta. Prawda? Przez większość czasu ma się wrażenie, że autorka nie wie, o czym pisać, więc pisze o tym, co jej akurat przyjdzie do głowy, a że zmienia koncepcję co trzy zdania, całość obfituje w nic nie warte dygresje i dygresje dygresji. Niekiedy przemyślenia głównej bohaterki przeskakują w ciągu jednego akapitu od seksu, poprzez katastrofę smoleńską, wykształcenie jej męża z powrotem do seksu. W książce w pewnych momentach pojawia się temat rasizmu, antysemityzmu, pojawia się Breivik, pojawia się problem AIDS… i to wszystko to wciśnięte gdzieś pojedyncze akapity, z których nic nie wynika. Z dywagacji głównej bohaterki w ogóle nic zupełnie nie wynika, służą tylko przedłużeniu książki, Anna nigdy nie dochodzi do żadnych ciekawych wniosków, ba, do jakichkolwiek wniosków. Szybko wraca do kontemplacji penisów, przynajmniej na tym się zna.

                Podsumowując, „Wszystkie odcienie czerni” to książka, której nie mógłbym z czystym sumieniem polecić absolutnie nikomu. Nie znajdą tu nic fani thrillerów i sensacji, ponieważ tych wątków w książce praktycznie nie ma, a gdy są, nie trzymają w napięciu i roją się od błędów logicznych. Nie polecam jej również fanom dobrej erotyki, ponieważ tej także nie uświadczysz. Również miłośnicy powieści obyczajowych nie znajdą nic dla siebie. W naprawdę dużym skrócie – trzymajcie ten kawał gówna z daleka od wszystkich, którym dobrze życzycie, a najlepiej zabijcie to, zanim złoży jaja.
                I na sam koniec cytat:

Poza tym, że kocham Murakamiego, co wiem o Japonii? Samuraje, filozofia, Szinto i Budda, cesarz, grzeczność, piękne kimona, domki z papieru, egzotyczny czar, sake, ogrody, ceremonia przenia herbaty, wiśnie, gejsze – wszystko pięknie, ale też zabijanie delfinów, ale też zabijanie delfinów, niewyobrażalne okrucieństwo, jakuza, zwodniczy honor prowadzący do śmierci, krwawa manga, yaoi (…) Zastanawiam się czy będę w stanie odwiedzić Muzeum Pokoju w Hiroszimie, czy zdołam zjeść żywą rybę ikizukuri, małpi móżdżek, ośmiornice, węże, inne obrzydlistwo.

              Pomińmy sensowność tejże wyliczanki i skupmy się na postawionemu koło jakuzy yaoi. Otóż yaoi to rodzaj mangi, czyli japońskiego komiksu, skupiające się na związkach męsko-męskich, a także na sferze seksualnej takich związków. Wbrew pozorom, yaoi nie jest skierowane do gejów, ale do młodych, heteroseksualnych kobiet, które sobie na takie coś lubią popatrzeć. Większość pozycji yaoi to kiepska pod względem technicznym opowiastka i dodatki w postaci seksu.
               Pani Felicjańska, gdybym to ja napisał „Wszystkie odcienie czerni” miałby chociaż tyle przyzwoitości, aby nie czepiać się innego kiepskiego, papierowego porno.


(Visited 198 times, 1 visits today)