Piwniczna recenzja: „Mistrz” Katarzyny Michalak


                  Moi drodzy, czy lubicie harlequiny?      
 
                No ale, hej, Q – mógłby ktoś powiedzieć. – Czy ty przypadkiem nie miałeś recenzować, tak jakby, erotyków, thrillerów i fantastyki? To raczej niedokładnie to samo, co harlequiny.

                Do tego dojdziemy. Najpierw porozmawiajmy o harlequinach. Otóż harlequin to, krótko mówiąc, powieść o tematyce miłosnej, charakteryzująca się wysoką wprawą w wywoływaniu facepalmów u czytelnika, za pomocą bohaterów zachowujących się jak kretyni i nierealnej fabuły. Większość książek tego typu powiela schemat – jest ona, pikna niewinna dziewica i on, przystojny, tajemniczy i mroczny niczym widmo pierwszej sesji na studiach. On i ona zakochują się w sobie, najczęściej siłą imperatywu narracyjnego. Natykają na różne przeszkody, typu złe przeciwniczki głównej bohaterki (te nigdy nie są dziewicami, więc z zasady są złe), paskudni rodzice i okropni bracia bliźniacy, ale ich miłość pomaga przezwyciężyć wszystkie przeciwności. Ta miłość zawsze jest wielka i na całe życie, pomimo że nasi bohaterowie wymienili pomiędzy sobą jakieś trzy zdania i dwa ciosy pięścią.




                To trochę tak jak u Disneya, minus cały urok.

                No to teraz przejdźmy do naszego przedmiotu recenzji. Fabuła „Mistrza” Katarzyny Michalak opowiada o tym, jak Sonia, pikna dziewica, zostaje porwana przez złą mafię, z jakiegoś powodu złożoną w trzech czwartych z superprzystojnych i raczej kulturalnych facetów. Dobra, nie czepiajmy się, może to był oddział przekształcony z grupy emerytowanych aktorów porno. Albo sposób na zachowanie kosmicznej równowagi wobec tego, że każdy zły bohater w filmach o Jamesie Bondzie musi wyglądać jak coś wyrzyganego przez Cthulhu. W każdym razie – najbardziej seksownym i mrocznym z ich wszystkich jest szef, Raul de Luca, po czym poznajemy, że to on będzie wielką miłością Soni. Dodajmy jeszcze postacie poboczne, jak paskudną i puszczalską Angelikę, która nie lubi Soni czy paskudnego i puszczalskiego brata Raula, który również Soni nie lubi, ale chciałby ją zaliczyć, oraz Pawła, który jest… no, Jacobem ze Zmierzchu… i w zasadzie już nie musicie znać fabuły „Mistrza”, aby domyśleć się, kto z kim i po co.

                Nie bądźmy jednak tacy, porozmawiajmy o fabule i kreacji świata. Od tego drugiego zaczniemy, bo będzie prościej, bowiem kreacja świata jest ogólnie tak infantylna, że przy tej książce przygody Inspektora Gadżeta mogłyby służyć za podręcznik tworzenia złych organizacji. Tak, doktor Claw jest bardziej przekonującym mafiosem niż Raul de Luca. Co więcej – Mojo Jojo z Atomówekjest bardziej przekonującym przestępcą niż Raul de Luca. Gdybyś, Drogi Czytelniku, wyszedł za potrzebą, to, co zostałoby potem w muszli klozetowej prawdopodobnie też by było bardziej przekonujące niż Raul de Luca. A to dlatego, że w „Mistrzu” źli faceci prowadzą dialogi w stylu:

                – Raul, zakochałeś się w Soni!
                – Wcale nie!
                – A wcale, że tak!
                – Jesteś u pani!

                Dobrze, trochę hiperbolizuję, ale niewiele. Mafia przedstawiona w tej książce nie zachowuje się jak mafia, tylko jak mokry sen trzynastolatki o przystojnych i niebezpiecznych mężczyznach, którzy oczywiście są niebezpieczni tylko na pokaz, a naprawdę to stado tulaśnych króliczków. Różowych i puchatych. Zresztą, nawet gdy udają złych gości, wychodzi im to miernie, ponieważ nikt im nie powiedział, że rzucanie tekstami typu „Jestem mężczyzną, który nie potrafi kochać” przystoi raczej emo-gimnazjalistom, a nie jakimkolwiek przestępcom. Tak samo wszystkie genialne plany rodem z telenoweli, typu „uwiedziesz Sonie i wyciągniesz z niej informacje”, a takich wątków w książce jest sporo. Najbardziej tulaśnym naburmuszonym króliczkiem jest, oczywiście, Raul, który równie dobrze mógłby mieć na czole plakietkę „nie jestem zły, tylko udaję”. Don Corleone na widok takiego mafiosa dostałby zawału, naprawdę. 

                Z postaci pobocznych mamy parę „złych i puszczalskich”, czyli Vincenta i Andżelikę. Andżelikę można zdefiniować stwierdzeniem, że to ta galerianka, której nie było w filmie, ponieważ jej zachowanie było zbyt żenujące, aby je ukazywać w jakimkolwiek medium. Vincent jest tym złym, co można poznać po tym, że a. jego superprzystojność jest mniej przystojna niż hiperprzystojność Raula, b. uprawia seks z kimś innym niż swoja prawdziwa miłość, c. jest adoptowany. Jest też Paweł, który służy do bycia miłym i nijakim i reszta ekipy, która w związku z umiarkowaną przystojnością mogą się zachowywać jak przestępcy, a przynajmniej jak podchmielone dresy. Nasi bohaterowie zajmują się takimi typowymi dla mafii sprawami, jak zakochiwanie się w sobie od pierwszego wejrzenia, kurtuazyjne zachowywanie się wobec zakładników i przeżywanie rozterek uczuciowych.

                Główna bohaterka jest idiotką. Nie, nie romantyczką. Gdy lubisz taki rzeczy, jak kolacje przy świecach w chatkach w głębi lasu i podobne, to prawdopodobnie jesteś romantyczką. Jeśli porywa cię i rani jakiś zwyrol, a ty zaczynasz pałać do niego uczuciem tylko dlatego, że ma ładną dupę i tak smutno patrzy, jesteś idiotką. Przykro mi. Gdyby Raul miał jakiekolwiek zadatki na prawdziwego przestępcę, Sonia skończyłaby mniej więcej tak:



…no ale nie ma, więc ta siksa będzie nas irytować swoją tępotą i wyraźnym niezrozumieniem sytuacji, w której się znalazła do samego końca książki.

                „Mistrz” jest, niestety, kolejnym członem książkowej stonogi żerującym na popularności „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Wobec tego sceny erotyczne pojawiają się zaskakująco regularnie. Uznałem, że nie będę ich opisywać, dam tylko jeden cytat, który pokażę, z czym mamy do czynienia.

Na widok sterczącego, nabrzmiałego prącia jej oczy zogromniały i ze świstem wciągnęła powietrze. 

– Nie widziałaś jeszcze nigdy nagiego mężczyzny – domyślił się.

– Tylko na filmach – wyszeptała, nie mogąc oderwać  oczu od złowróżbnego członka. – On… on się tam nie zmieści!

Złowróżbny członek. Aha. Niech dzieło broni się samo, jak to mówią. Ale jak wiadomo:



…to i złowróżbny członek może być.

Styl jest jednak, wbrew pozorom, największą zaletą książki. Pomijając dość durne sceny erotyczne (moje libido nadal nie wyszło spod szafy), „Mistrza” czyta się szybko i bez problemu można go skończyć w jeden wieczór. Widać, że autorka ma jakiś warsztat, chociaż niepowalający. Zgrzyty pojawiają się głównie przy scenach seksu i uczuciowych rozważaniach bohaterów, które po prostu są tak głupie, że nawet nekromanta nie wskrzesiłby w nich niczego sensownego. Dialogi są raczej nienaturalne, zachowanie bohaterów jest nienaturalne, sytuacje są nienaturalne. Błędy rzeczowe występują i dotyczą głównie – a jakże – części sensacyjnej, która jak wspomniałem, kupy się nie trzyma. Zakończenia nie zdradzę, ale że dotyczy ono głównie tego, z kim będzie główna bohaterka, to i tak to nikogo nie obchodzi, bo wszyscy i tak życzą jej długiej i bolesnej śmierci z rąk prawdziwej mafii.
                Podsumowując – jeśli ktoś lubi harlequiny, może sięgnąć po tę książkę. Znajdzie tam nierealny romans i trochę kiepskich scen erotycznych dla zabicia nudy, trochę machania papierowymi pistoletami i dużą ilość przystojnych mężczyzn. „Mistrz” idealnie nadaję się do położenia w toalecie celem umilenia posiedzeń, ponieważ nie wymaga od czytelnika włączenia jakichkolwiek funkcji umysłowych, a wręcz zaleca się, aby go czytając za bardzo nie myśleć nad sensem. Jeśli jednak jesteś fanem sensacji, nawet takiej opartej na lekkiej rozrywce w takt pościgów i wybuchów, odpuść sobie. Obejrzyj raczej CSI, gdzie dzielni technicy ponownie złapią przestępcę uzyskując jego zdjęcie przez powiększenie odbicia w prawym oku ofiary. Naprawdę, to będzie miało więcej sensu. Nie licz też na dobre sceny erotyczne, chyba że kręcą cię wesoło wyskakujące ze spodni złowróżbne członki. 

                A teraz przepraszam, idę oglądać No country for old men. Tak mnie jakoś naszło.




                PS. Blogasek trochę się zepsuł i pokazuje podwójnie posty. Ktoś wie, jak to naprawić?

EDIT (18.03.13 r.): Wydaje mi się, że moja recenzja (oraz trzy pytania dotyczące przyjmowania krytyki zadane autorce książki) wywołały reakcję, której się nie do końca spodziewałem. Zaciekawionych zapraszam TUTAJ. A do pani Michalak, jeśli mnie czyta – raz, nie jestem anonimowy, mój nick jest krótki, ale dość charakterystyczny. Dwa, nie jestem hejterem, bo pisanie negatywnych recenzji to nie hejting. Trzy – nie mam pojęcia, po co miałbym się chcieć lansować na Pani stronie, skoro raz, mam swoją, a Pani czytelniczki raczej nie są moim targetem, naprawdę. Cztery – raczej nie słynę z łażenia po sieci i zaczepiania czytelniczek kiepskich książek, więc nie do końca wiem, co sobie Pani uroiła. Pięć – niczego Pani nie zazdroszczę i nie czuję do Pani absolutnie niczego. Ja tu tylko tylko odwalam swoją robotę. Sześć – i to najważniejsze – jeśli Panią tak boli krytyka, to proszę pisać lepsze książki. Zaświadczam, łudzenie się, że wszystkie złe recenzje to robota pełnych zawiści hejterów chcących się wylansować na Pani stronie w tym nie pomoże.

(Visited 288 times, 1 visits today)