Piwniczna recenzja: “Pulsar” Sitriel


Ale zawaliłem, nie?

Nie mam nic na usprawiedliwienie. Znaczy, trochę mam. Najpierw wydawnictwo lekko się spóźniało z przesyłką materiału do recenzji, a potem zacząłem to czytać…

…i czytać…

…poszedłem do znajomych, aby oni też przeczytali. I znowu, aby przeczytali, ale tym razem nie na trzeźwo. W końcu usiadłem przed komputerem, włączyłem plik Worda, wyłączyłem plik Worda, zaangażowałem do recki rodzinę, znajomych, psa i internetową celebrytkę od komiksów… I jakoś poszło.




Nie przedłużając więc: Pulsar, autorstwa Sitriel.

(uwierzcie, mnie boli bardziej, niż Was)

Jest taki fenomenalny cykl humorystycznych powieści science-fiction, Autostopem przez Galaktykę. W pewnym momencie, gdzieś w okolicach końcówki drugiego tomu, główny bohater nagle trafia na statek wypełniony milionami kosmitów z planety Golgafrincham, którzy wyjaśniają mu, że ich planeta dąży do zagłady, więc się przezornie ewakuowali, a za nimi powinna lecieć reszta populacji. Niestety – nie leci, Golgafrinchamowi wcale nic nie grozi, a ci na statku zostali zrobieni w bambuko, ponieważ ich krajanie po prostu znaleźli wspaniały sposób na przeludnienie: wpakować niepotrzebne jednostki i wywalić w kosmos.

Pulsar w zasadzie zaczyna się podobnie. Mamy przeludnienie (tym razem na Ziemi), mamy statek kosmiczny, mamy gromadę idiotów wysłanych w próżnię na zasadzie „a se lećcie i wypatrujcie planet”… a potem okazuję się, że to jednak na serio.

I to jest ten moment, kiedy wiemy, że będzie źle.

(spoiler: jest źle)

Nasi bohaterowie lecą i, zakrzywiając wszelkie prawdopodobieństwo, znajdują zdatną do zamieszkania planetę po jakimś miesiącu popylania przez kosmos na ślepo. Planeta jednak ma już swoich lokatorów, którzy jednak odnoszą się dość przyjaźnie do przybyszy…

Można by zapytać: co można zepsuć w tej do bólu wtórnej, ale posiadającej jakąś tam dawkę uroku historyjce? Nie zapytamy jednak. Wiemy, że to pułapka.

Zepsuć można, na przykład, bohaterów. Komiks z założenia miał być komedią (piszę to z wielkim wahaniem, wyobraźcie sobie więc przyczepiony do tego słowa naprawdę olbrzymi znak zapytania), co przekłada się zasadniczo na to, że wszystkie postacie zachowują się jak upośledzone pięciolatki. Wyjątkiem jest główny bohater, Kian Mercury, który zachowuje się jak upośledzony pięciolatek z ADHD. Każdy, kto czytał jakąś złą mangę, zna ten typ bohatera: miotające się po kadrach, wrzaskliwe paskudztwo, nieumiejące niczego i służące do robienia elementów komicznych z przewracaniem się, głośnymi wrzaskami i głupim komentowaniem rzeczy oczywistych
.
Sknocić można też postacie poboczne. Przede wszystkim Pulsar ma ich sporo, kilku członków załogi plus podobną ilość kosmitów. Po przeczytaniu komiksu trudno stwierdzić, kto ma jaki charakter i cechy szczególne… co w zasadzie jako tako nie jest wielką wadą. W końcu w Umineko no Naku Koro Ni też na początku mamy postaciów jak mrówków, z których większość dogłębnie poznaje się dopiero w późniejszych tomach mangi. Kłopot w tym, że w Pulsarze bohaterowie są nie tyle niezarysowani, co określani jedynie za pomocą tego, kto się w kim kocha. Co w połączeniu z faktem, że w większości nie są nam w ogóle znani, sprawia, że mamy ich rozterki sercowe głęboko w miejscu, gdzie nie doleciałoby nawet Serce ze Złota.

Pięknie spartolić można stworzony świat. Poczynając od ogólnej paskudności rysunków (o której będzie potem), poprzez bardzo marną ekspozycję, do tego, że jakiekolwiek realia są tylko pretekstem, aby zrobić gejseksy już w pierwszym tomie. Wspominałem, że Pulsar to yaoi? Ups. Wierzcie jednak mi, nawet po przeczytaniu nie bylibyście tego pewni. Rasa kosmitów, na którą natrafiają nasi dzielni podróżnicy, miałabyć ewidentnym spełnieniem snów wszystkich użytkowników gaytube’a – samic niet, kosmity dzielą się na delikatniejsze osobniki, zdolne rodzić dzieci i większe, zdolne do zapładniania… zaraz… zaraz… chyba coś mi tu nie gra… od początku.

 (obojnaki – rycina pomocnicza)

Obca rasa, na którą natykają się bohaterowie, przedstawiana jest jako swoisty yaoiland, z dużą ilością sekszących się radośnie, ładnych (no, wstawcie tu znowu ten olbrzymi znak zapytania) facetów… oczywiście jednak, nie dajemy się na to nabrać, ponieważ nasi kosmici ewidentnie są obojnakami, skoro każdy osobnik może zapładniać i być zapładniany, a kwestia roli zamyka się, jak czytamy, w manipulacji komórkami. Jednemu z Ziemian raczej to nie przeszkadza, ponieważ zakochuje się w uroczym kosmicie z maziajami robionymi w Paincie na twarzy. I wiecie już, do czego to prowadzi.

 (UFOPORNO!)

Tak, komiks w pewnym momencie dochodzi (hjehje) i na spory czas zatrzymuje się przy seksie. Seksie subtelnym niczym posłanka Pawłowicz, źle wykadrowanym i obfitującym w dialogii rodem z niemieckiego pornosa z lat ’70. Dodatkowo robiącym za element komiczny, bo jak nie wiadomo, czym rozbawić czytelnika, należy wrzucić do komiksu sekszącą się parę, a pozostali bohaterowie niech robią głupie miny.

 W ogóle humor w Pulsarze jest nienajwyższych lotów. Opiera się głównie na tym, że Kian jest idiotą, plus standardowy zestaw zawierający fruwające majty, seks w miejscach publicznych i jakieś dziwne, owłosione cholerstwo wchodzące do łóżka w środku nocy. Nic z tego nie kojarzy Wam się z science-fiction? Cóż, w połowie komiksu bohaterowie sami zapomnieli, kim właściwie są, wobec czego i Ziemianie, i kosmici zachowują się jak gimnazjaliści na prywatce. Motor napędowy w postaci przeludnionej planety zostaje szybko zapomniany, wszyscy skupiają się na rozterkach uczuciowych i bardzo marnym slapstiku.

Nie to jest jednak najgorsze. Nie marna fabuła, traktowane wybitnie po łebkach realia. Nawet nie to, że obserwując reakcje większości bohaterów szybko zaczniemy im życzyć, aby ten statek po prostu się rozbił. W Silent Hill. Ze wpuszczoną tam Godzillą. I Jigsawem. I co najmniej dwoma Hannibalami Lecterami. 


Khem. Nie to jest najgorsze. Wiecie, co jest? Rysunki. Pulsar to pod względem technicznym komiksowy Birdemic – patrzysz na rysunek i nie możesz uwierzyć, że to może być takie złe. Naprawdę. Poniżej daję kadry udostępnione przez wydawnictwo i, wierzcie mi lub nie, to są te lepsze. Te gorsze sprawiły, że osoba, której dałem ten komiks do przejrzenia, pozostawiała przyczepione do niektórych kadrów karteczki z komentarzami z dużą ilością wykrzykników.

Przede wszystkim rzuca się w oczy koszmarna anatomia postaci… a raczej brak jakiejkolwiek anatomii. W Pulsarze bohaterowie wyglądają, jakby mało mieli wspólnego z istotami żywymi, a bardziej z tworami zrobionymi za pomocą plasteliny i rurek. Wszystkie części ciała są albo sztywne i nienaturalne, albo galeretowate. Na szczególną uwagę zasługują dłonie, których autorka zdecydowanie nie potrafi po prostu rysować – nawet laik po spojrzeniu na samą okładkę widzi, że coś jest nie tak.

 (anatomia Pulsara vs normalna anatomia. wbrew pozorom powyższy osobnik nie jest ufokiem. chyba.)

Jak sobie poradzić z niedoróbkami warsztatu? Ano unikać scen je obnażających. Większość kadrów w Pulsarze wygląda więc podobnie, postacie przyjmują kilka prostych póz, a przez większość czasu nawet nie widać ich ciał, dzięki czemu obcujemy głównie z urwanymi głowami. Brzydkimi jak cholera, trzeba przyznać. Z podobnego powodu nie uświadczymy podziału na plany i scen dynamicznych, a tła wołają nie tyle o pomstę do nieba, co o natychmiastowe zesłanie czterech jeźdźców apokalipsy. 


W całym komiksie scen z ukazaniem czegokolwiek poza naszymi rurkowcami mamy może ze dwie sztuki, a każda z nich jest piękną perłą godną zawisnąć w nagłówku mego bloga, abym masochistycznie napawał się płaskością tych rysunków: jednym krzywym budynkiem i statkiem kosmicznym narysowanym i wyrastrowanym tak koszmarnie, że gdyby nie kontekst, w życiu nie wpadłbym  na to, co to miało być.

A najgorsze z najgorszych jest to, że w całym komiksie widać nie tylko niedobory warsztatu, ale też zwykłą niechlujność: krzywe ramki, raz cieńsze, raz grubsze, bez żadnego ładu i składu, bezsensowne kadrowanie, dublujące się na rysunku tekstury i miejsca, gdzie autorce pociągnęła się za daleko linia, ale nie chciało jej się zmazywać. Zaiste, aby usunąć ten błąd, należy posiadać tak rozwinięte skille artystyczne jak:

a. nie być ślepym
b. mieć zainstalowany na kompie zaawansowany edytor grafiki Paint i umieć zetrzeć gumką tam, gdzie linia wyłazi

Do ogromu zniszczeń dodajmy jeszcze źle wymierzone dymki, co najmniej jeden błąd interpunkcyjny i fakt, że pomimo tego wszystkiego w komiksie trafiają się sceny erotyczne, które nic, tylko powiesić nad łóżkiem jako środek antykoncepcyjny. 

 W połączeniu z marną fabułą, irytującymi bohaterami, humorem będącym poronionym płodem związku durnych mang o majtkach z durnymi komediami o seksie, powstał twór tak niestrawny, że zaprawdę nie wiem, jak bardzo pijany był człowiek, który postanowił to wydać. Podobno na narysowanie komiksu autorka miała trzy miesiące, może to jest powodem ogólnego niechlujstwa – nie wnikam, nie obchodzi mnie, a już na pewno nie po tym, jak Pulsar zgwałcił mnie przez oczy i do tego wydoił mnie z niecałej dychy, którą mogłem przeznaczyć dziwki dragi 50 twarzycoś lepszego.

Chciałbym napisać – nie tykajcie tego kijem… ale nie mogę. Ten komiks jest tak zły na wszystkich płaszczyznach, że budzi wręcz fascynację, podobną jak ta, która człowieka (albo literę) ogarnia przy oglądaniu The Room czy wspomnianego wyżej Birdemika. Rysunki są okropne, historia jest okropna, a po przeczytaniu dziełka to wszystko łączy się w jedno, tworząc zdecydowanie najgorszy komiks, jaki możecie sobie wyobrazić. Mimo wszystko, polecam, abyście mogli zobaczyć, jak głęboko można kopać, aby osiągnąć głębię złej twórczości.

Bo to co najmniej Rów Mariański. W którym, podobnie jak w kosmosie, żyją ru-ru-rurkowce…

(a tu link do większej wersji okładki, zwróćcie uwagę na dłonie i kolory)

*

OGŁOSZENIA PARAFIALNE!

1. Ben Whishaw wyszedł za mąż.

(moje serce jest złamane ;__;)

2. Bardzo dziękuję za konsultację w sprawie grafiki i komiksów Kiciputkowi. Zawsze warto mieć kogoś, kto nie tylko udaje, że się zna 🙂
3. Jak widać, na blogu zmiany. Ten blog przestał być bigosem internetowym i zaczął służyć tylko do recenzji. Będą one pojawiać się teraz częściej, obiecuję. Opowiadanie wyleciało na drugi blog (link w menu). Za oba szablony bardzo dziękuję Tyler.
4. Ten miesiąc spędzimy z książkami wydawnictwa The Cold Desire, specjalizującego się w powieściach i komiksach o tematyce gejowskiej. Całość postanowiłem zrecenzować praktycznie w ciemno, nie wiadomo więc, co przyniesie następna recka.
5. Przepraszam ludzi niekojarzących twórczości Douglasa Adamsa i durnych wypowiedzi Korwina Krula Korwina-Mikkego.
6. Żyję. I zamierzam tu trochę pobyć.
7. Przepraszam za niedogodność w postaci moderowania komentarzy. Niestety, konieczność.
(Visited 202 times, 1 visits today)