Piwniczna recenzja: “Opowiadania Kotori 2” – część pierwsza

Dzisiejsza recenzja jest trochę inna niż zwykle.

Po pierwsze – recenzent nie ma odciśniętej klawiatury na czole, jak to zdarzało się przy poprzednich.

Po drugie – recenzować będę antologię, a to wymaga pewnej zmiany formy. Zdecydowałem się po prostu omawiać opowiadania w kierunku od najgorszego, kierując się w stronę światła. Każdy tekst dostanie osobną ocenę w skali od jednego do dziesięciu, a sam tom podsumuję na koniec. Recenzja będzie miała dwie części, z powodów głównie organizacyjnych.

W ramach informacji wstępnych – Opowiadania Kotori 2 jest drugą z serii antologii wydawnictwa Kotori, zajmującego się głównie tłumaczeniem mang yaoi (których na tym blogu nie ujrzycie, albowiem trauma po Czarnej Walkirii żyje i ma się dobrze, dziękuję). Na stronie wydawnictwa widnieje informacja, iż tematem przewodnim jest boys love, czyli z angielskiego opko o gejach z dużą liczbą buttseksów i małą dawką redakcji (tłumaczenie własne).

Opowiadań w antologii jest czternaście plus komiks na końcu, którego recenzować nie będę, a o którym jedynie wspomnę w podsumowaniu.

Cóż, zacznijmy więc od samych zamieszkałych przez rurkowce głębin oceanu, gdzie mieszka także…
KociakPauliny “Velveten” Kapusty // 3/10
Zróbmy to tak: macie trzy sekundy, aby wymyślić najbardziej banalną i pozbawioną fabuły historyjkę miłosno-erotyczną, jaka Wam przyjdzie do głowy. Nie, stop. W trzy sekundy wyjdzie zbyt skomplikowana. Półtorej sekundy. Pomyśleliście? No cóż, to jest fabuła Kociaka.

Pierwszą zasadą recenzji jest niespojlerowanie, ale umówmy się szczerze – to, co teraz napiszę, będzie takim spojlerem, jak wspomnienie, że w dowolnym slasherze ktoś ginie. Innymi słowy, fabuła tego opowiadania przebiega następująco: yaoiowy schemat nr 1294 o imieniu Juliusz spotyka yaoiowy schemat nr 2034, posiadający trochę cech kota, bo kotki są słit, mruczą i to zapewne oznacza, że chcemy zobaczyć sceny seksu z kotoludźmi…

…znaczy, nie chcemy, ale wielu chce, dlatego to schemat. Kotoludź, jak wynika ze schematu, zachowuje się jak upośledzony ośmiolatek i dużo ględzi, więc Juliusz uznaje, że to hot, mamy seksy, koniec opowiadania.

Wiem, że wielu się ze mną nie zgodzi, bo większość ludzi, z którymi rozmawiałem na ten temat ma własne typy najgorszych opowiadań w tym tomie, które znacznie różnią się od moich, jednak skłonny jestem upierać się, że to Kociak jest najgorszy. Fabuła jest banalna i to nie w sposób przyjemny i sympatyczny, a raczej wtórny i nudny. Bohaterowie są żywcem przerżnięci z jakiejś mangi yaoi klasy Zabij To Zanim Wypali Mi Mózg, tytułowy kociak ma typowe dla podobnych produkcji objawy lobotomii. Obowiązkowo pojawia się scena seksu, opisana tak, że zacząłem się żywo interesować zadrapaniami na biurku. Styl jest poprawny, jedna jedyna scena z udziałem kasjerki zasługuję na uwagę.
 
Innymi słowy – omijać.
(kotki. właśnie ich potrzeba, aby scena buttseksu wyglądała dostatecznie true)
Gdzieś tam Majanny // 3/10
Jak powszechnie wiadomo, jestem literką naiwną.

Naprawdę. Wyobraźcie sobie, że biorąc do ręki książkę zatytułowaną OPOWIADANIA Kotori spodziewałem się tam, uwaga, opowiadań! Na szczęście już drugi twór, który się tam znalazł zweryfikował moje oczekiwania. Gdzieś tam zdecydowanie opowiadaniem nie jest.

Czym wobec tego jest? Głównie długim na całe dwie strony monologiem dotyczącym… no, wydaje mi się, że leitmotivem było “Ile kiczu da się zebrać w ośmiu akapitach?” Narrator opisuje idealne życie ze swoim chłopakiem… i czego tam nie ma! Satynowe pościele, muskanie się pod stołem i słowo “piękny” odmienione tyle razy, że cieszyłem się, że tekst nie jest po fińsku, bo tam mają jeszcze więcej przypadków. Gdzieś tam obrzygało mnie różowymi, pulchnymi cherubinkami, krasnalami ogrodowymi i tylko jednego mu brakuje. Zgadniecie, czego?
(Jelenie na rykowisku zawsze w modzie)
Chodząca katastrofa HentaiAS // 4/10
Wielki Thorze, naprawdę nie wiem, co napisać.

Naprawdę. Nie chodzi o to, że nie wiem, co napisać o opowiadaniu, tylko… patrzcie na ten tytuł! Żarty tworzą się same! Aż nie wiem, na który się zdecydować.

W porządku, może: bez przesady, jeszcze ta książka nóżek nie dostała.

Dobra, to jak mamy już to za sobą, spójrzmy na fabułę opowiadania. Głównym bohaterem jest Falisław, który ma pecha i to nie tylko dlatego, że rodzice go pokarali takim imieniem. Ma pecha, ponieważ ciągle coś uszkodzi, wywali się, stłucze i ogólnie niechcący doprowadza do uszkodzenia ciała – zwykle swojego. Ma też pecha, ponieważ jest totalnym, tępym debilem myślącym… no, w zasadzie “Falisław” to dla mnie świetne imię dla penisa. W każdym razie – Falisław myśli Falisławem, przez co zajmuje się głównie takimi uroczymi rzeczami jak wykorzystywanie pijanego współlokatora i robienie elementów komicznych z ospermioną koszulką i lataniem z gołym tyłkiem.

Komedia, która w ogóle nie jest śmieszna, bohaterowie, którym sperma rzuciła się na mózg. Rzecz jasna, kończąca się sceną seksu, podobnie jak w Kociaku, raczej niegodną uwagi. Z opowiadaniem mam taki problem, że nie wiem, czy główny bohater jest postacią źle skonstruowaną i powinien budzić sympatię, czy po prostu miał być takim stereotypem wiecznie napalonego, niezbyt bystrego studenta, który uważa za bardzo fajne ulżyć sobie na przypadkowych osobach. Bo jak wiadomo studenci są napaleni, durni i podpalają akademiki.

Styl – ujdzie, kawałki, gdzie spod spermy wychyla się mózg są całkiem dobre. Mogłaby być z tego niezła komedyjka w konwencji. Nie jest.
Myślałem, że wiem Doroty Gmiter // 4/10
Książko, naprawdę. Jeśli nie chcesz dawać mi opowiadań, to zmień tytuł na Niezidentyfikowane Twory Literackie Kotori II.

Kolejne dwie strony, będące raczej niedokładnym streszczeniem opowiadania z perspektywy jednego z bohaterów, niż czymkolwiek innym. W związku z brakiem szczegółów i dość ciężkim patosem, trudno powiedzieć o historii coś więcej niż: zabili go i uciekł. I to powinno wam wystarczyć na podsumowanie tego tekstu. Gdyby był rozbudowanym opowiadaniem, oceniałbym go zupełnie inaczej. Niestety, najwyraźniej autorka uznała, że stopniowanie napięcia przez x stron jest zabiegiem bezsensownym, skoro można na dwóch stronach upchnąć śmierć bohatera, który nas w ogóle nie obchodzi.
Feniks na mojej piżamie Aleksandry “Rizu” Kapały // 4,5/10
Z parodiami jest tak, że są trudne.

Dlatego niewiele jest dobrych parodii. Większość opiera się na przekręcaniu nazw własnych i sprowadzania fabuły ad absurdum. Tu mamy tylko to drugie, za to dużo.

Opowiadanie jest ewidentną parodią złych tekstów o gejach… z tym, że jest parodią złych tekstów o gejach, które można napotkać w zakątkach sieci. Generuje to więc na starcie dwa problemy: po pierwsze, może być niezrozumiała dla osób niebędących koneserami złej internetowej literatury traktującej o gejach, czyli dla większości ludzkości. Po drugie, jeśli ktoś akurat jest koneserem, bo, przypadek wybrany losowo, jest Literą, która nie ma życia i wobec zajmuje się recenzowaniem książek wydawnictwa The Cold Desire, śmieszy tylko połowicznie. Balansuje pomiędzy dobrą parodią a zwykłym powtarzaniem Najczęstszych Błędów Przy Pisaniu (patrz: Kochanek Magii), przez co są kawałki, gdzie wydaje się niezbyt urokliwym trollingiem.

Czy to jest jednak tekst zły? Cóż, nie. Chwilami zabawny, chwilami dobrze zbilansowany. Byłby w porządku, gdyby znalazł się na jakimś blogu. W książce – nie pasuje do niczego.
Miłosny truciciel Katarzyny “Eo” Lisowskiej // 4,5/10
Opowiem Wam kawał.

Przychodzi redakcja do lekarza, a lekarza też nie ma.

Jest taki wybitnie stary i wybitnie zły pornos traktujący o piratach. Piraci napadają na statek pełen pięknych niewiast z bardzo specyficznym, pornosowym makijażem, odwalają część główną pornosa i spadają ze statku… hm… siłą odrzutu.

Gdybym miał stawiać, co zainspirowało autorkę do popełnienia Miłosnego truciciela, to byłby to właśnie ten pornos.

Główna linia fabuły jest prosta – książę z państwa A potrzebuje się dostać do państwa B, a pomiędzy A i B są punkty P, czyli piraci. Zamiast księcia posyłają więc randomowego złodziejaszka, Flinta, w przebraniu, mając nadzieję, że piraci są odpowiednio nachlani rumem i nie wpadną na to, że złapali fałszywkę. Oczywiście, piraci Flinta łapią i… tu zaczyna się porno.

Powiem szczerze – to opowiadanie gwałci nie tylko głównego bohatera, gwałci też logikę, gwałci ciąg przyczynowo-skutkowy, gwałci charaktery postaci. Innymi słowy, dużo tych gwałtów jest.
Miłosny truciciel ma ode jakąś specjalną nagrodę za najbardziej zmarnowany potencjał w całym tomie. Świat w zasadzie wykreowany jest ciekawie, styl jest dość porządny (ale nie zawsze), sceny erotyczne mają tę zaletę, że nie są żywcem przeklejone z jakiegoś Uniwersalnego Poradnika Pisania Gejseksów, przynajmniej jeśli chodzi o same opisy. Wszystko jednak niknie pod nawałem błędów logicznych, deusów ex sempiterna i tego, że do stworzenia głównego bohatera autorka najwyraźniej używała jakiegoś generatora postaci do gejopków (obowiązkowo – wielka pikność, makijażowanie się i automatyczna lobotomia w czasie seksów z trueluvvem, opcjonalnie można było wybrać kocie uszy, albinizm i różnokolorowe tęczówki. Wygrało to ostatnie).

Ten tekst mógł być ciekawym, niepoważnym opowiadaniem erotycznym. Niestety, nikt nie zauważył, że nie trzyma się kupy i nie kazał go przerobić. A szkoda.
Światło, srebro i kreda Izabeli “Erhei” Szałańskiej // 4,5/10
Przy tym opowiadaniu zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem przy naborze do antologii nie było podpunktu “musi być seks na końcu, inaczej się nie liczy, n00by”.

Innymi słowy, Światło, srebro i kreda opowiada o dokładnie tym samym co Kociak i Chodząca katastrofa. Są panowie A i B. Pan A zarywa do pana B, pan B uczuć nie odwzajemnia, do chwili, gdy już odwzajemnia, mamy seksy, koniec. W tej wersji pan A jest fotografem, a przy tym dość płytkim i nieciekawym bohaterem, który głównie myśli o… nie, nie napiszę, abyście zgadywali. Wiadomo, myśli o seksie. Tak oryginalnie, w przeciwieństwie do wszystkich innych omówionych postaci. Jego wybranek B jest jednak orientacji niezidentyfikowanej, więc A cierpi, bo nie może zaruchać. Oczywiście, okazuje się, że B lovvcia A, seksy, hepi end.

Pomijając postacie poboczne, jak szef naszego B, nie ma w tym opowiadaniu wiele oryginalności. Zmieniają się dekoracje, historia w tej samej książce (!) jest wałkowana po raz kolejny. Oficjalnie mówię, że przy czwartym razie prawdopodobnie będę strzelał.

Na tym urwę pierwszą część recenzji. Pozostałe siedem opowiadań omówię w przyszłym tygodniu. Podsumuję także ilustracje i samą antologie ogólnie i szczególnie. Na pocieszenie – za tydzień będą śmieszne obrazki. A teraz mogę dać jedynie Lorda Voldemorta, o:
(patrzcie i nie gniewajcie się)

CDN
(Visited 188 times, 1 visits today)