Piwniczna recenzja: “Opowiadania Kotori 2” – część druga

Tym razem nie będę bawić się w długie wstępy. Po prostu – jedziemy dalej zOpowiadaniami Kotori 2:

Opowieść o złodzieju ciast Maliny Kowalskiej // 5/10
To jest ten rodzaj opowiadań, których nienawidzi każdy recenzent.

Ten typ, o którym trudno cokolwiek powiedzieć, ponieważ nie dość, że się dwadzieścia minut po przeczytaniu tekstu kompletnie nic o nim nie pamięta, to nawet jeśli się przeczyta jeszcze raz, to i tak wiele nie pomoże. Opowieść o złodzieju ciast to tekst, który nie jest zły, nie jest dobry, nie wyróżnia się niczym, fabułę ma… no, jakąś ma, bohaterowie… no, są. To chyba zaleta czy coś…

A tak na serio – mamy do czynienia z lekką i absolutnie nie zapadającą w jakikolwiek sposób w pamięć opowiastką o dwóch chłopcach. Jest trochę sympatycznie, trochę przyjemnie i bardzo, bardzo nijako. Taka historia, którą mogłaby czytać absolutnie nijaka Bella Swan bez rzucania na siebie podejrzenia, że skoro coś przygląda z własnej woli, to może posiada jakiś charakter.

Wady opowiadania są widoczne natomiast na pierwszy rzut oka. Ta najważniejsza siedzi na końcu opowiadania i tylko czyha na ludzi, aby przypadkiem po przeczytaniu całości nie pomyśleli, że skoro trudno powiedzieć coś konkretnego, to oznacza, że jest dobrze. Wada została nazwana epilogiem i jest wziętą z otchłani Milenijnej Sempiterny sceną być-może-erotyczną, na pewno natomiast kiczowatą i zbędną. Pasuje do całej reszty niczym literacka nagroda Nobla do Czarnej Walkirii i powinna zostać wywalona przez…

A zaraz, zerknę.

(Q zastanawia się, czy nazywanie siebie “zboczeńcem” na oficjalnej stronie wydawnictwa to taki nowoczesny pijar, czy coś jeszcze innego.)
Zrozumieć chemię Magdaleny “Maddie” Tomaszewskiej i Pauliny Klimentowskiej // 5.5/10
To opowiadanie nie opowiada o konformacjach cykloheksanu i to jest zasadnicza wada. Zdecydowanie chętniej poczytałbym sobie o cykloheksanie niż o uczniu ocierającym się genitaliumami o genitaliumy nauczyciela w gejbarze.
(konformujący cykloheksan vs buttseksy. wybór jest prosty)
Zanim jednak Wam się włączy “OMG Chodząca katastrofa ALLERT” muszę przyznać, że nie jest tak źle. Fabuła opowiadania rozbija się o dwóch uczniów, którzy robią reportaż z gejbaru celem zabłyśnięcia oryginalnością w liceum. Jeden z nich zauważa tam swojego nauczyciela chemii i uznaje, że równanie jest proste: jest bohaterem yaoica + nauczyciel jest bohaterem yaoica = będzie true lovv i buttseksy.

Wbrew pozorom, fabuła jest skonstruowana całkiem zgrabnie, reakcje nauczyciela przez większość czasu są wiarygodne, podobnie jak drugiego ucznia z gejbaru, Zenka. Największy problem to zupełnie nierealne postępowanie głównego bohatera, które owszem, było tłumaczone jego niezbyt dojrzałym charakterem (co świadczy o tym, że autorki widziały problem), jednak to trochę za mało, aby uwierzyć, że istnieje ktoś tak dalece niemyślący odpowiednim organem.

Prócz tego mamy trochę chemicznych ciekawostek i wydaje mi się, że gdyby zrezygnować z wątku romantycznego i pociągnąć to bardziej w stronę komedii obyczajowej, byłoby to naprawdę dobre opowiadanie. Bo romans przynajmniej w połowie nie wyszedł, erotyka pasowała w jednym miejscu, nie pasowała w kolejnym, i ta cała przewijająca się w tle nauka chemii była naprawdę bardziej interesująca. Wobec tego – opowiadanie z potencjałem, ale bez fajerwerków.
SpowiedźMagdaleny Modzelewskiej // 5.5/10
Jest sobie Hannibal Lecter. Znaczy, Hannibal Lecter. Hanni… Dobra, główny bohater nazywa się Imre, nie Hannibal i nie jest kanibalem, ale poza tym dużo cech się zgadza.
(przerwa na reklamę)
W każdym razie mamy zwyrola w więzieniu opowiadającego historię swojego zwyrolstwa, mordów, traumy z dzieciństwa (każdy zwyrol musi mieć co najmniej jedną) i związku z niedoszłą ofiarą. Jako, że jest to yaoi, mamy ofiarę płci męskiej

O ile opowiadanie poprzednie miało w sobie mnóstwo potencjału zawalonego przez niezbyt udane kawałki, tak tutaj autorka po prostu wzięła sobie na głowę za dużo. Jeśli to miało być studium postaci skazańca, wyszło dość schematycznie i raczej bez większego uroku, za to z poczuciem, że dużo lepiej zrobił to już ktoś inny. I bynajmniej nie chodzi mi tu o Harrisa, ale chyba niemalże każdy thriller da nam postać ciekawszą niż Imre, który z perspektywy pierwszoosobowej wyflacza się mentalnie i bez sensu, przez co głównie traci. Gdyby zastosowano narrację trzecioosobową, może ten bohater zyskałby w moich oczach. W tej chwili jednak jego ofiarokochanek, Aaron, jest ciekawszy, ale tu dla odmiany wiarygodność jest taka sobie.

Fabuła da się przewidzieć, sceny brutalne nie są zapadające w pamięć, sceny erotyczne – trochę bardziej, ale też bez przesady. Ogólnie jednak – zdecydowanie powyżej średniej, mimo niedoróbek.
ZieloneArwi Michaelis // 6/10
Tak, muszę to napisać.

Redakcją tego wszystkiego zajmowała się, jeśli wierzyć temu, co widnieje w książce, pani Beata Bamber i w tej chwili wiem o niej, że zdecydowanie nie była nigdy nauczycielką, nie miała poważnych problemów z prądem i nie rezerwowała biletów lotniczych.

Innymi słowy – kolejne opowiadanie z alternatywnej, dziwnej rzeczywistości, gdzie niekoniecznie wszystko działa logicznie. Jeśli chodzi jednak o fabułę: Marian słyszy głosy. A dokładnie jednego głosa, płci męskiej (pamiętajcie, to yaoi), za to uporczywie i od dziecka. Marian też dostaje w spadku dom od kobiety, o której nigdy nie słyszał, przeprowadza się i… więcej spoilerować nie będę. W każdym razie jedno i drugie się ze sobą łączy.

Kolejne opowiadanie, które zabijają błędy rzeczowe. Nie w takim stopniu, jak Miłosnego truciciela, nie wpływają one strasznie na fabułę – ot, bezsensowne drobne potknięcia tam, gdzie akurat zepsuł się Matrix. Przykład? Główny bohater jest nauczycielem, zaraz po studiach i dostaje pracę od ręki, praktycznie nawet bez ukazania dyplomu, z marszu. Tak. Oczywiście.

Opowiadanie jest raczej obyczajówką z jednym wątkiem fantastycznym i rozgałęzienie właśnie wątków obyczajowych może denerwować, zwłaszcza, że są zbytnio wyeksploatowane, a kwestia głosu w głowie w pewnych momentach schodzi na drugi plan. Jest też scena seksu na końcu i tak, mam dość czepiania się tego, że po prostu nie pasuje. Napiszę więc tylko: drodzy autorzy, przestańcie. Naprawdę przeczytam Wasze opowiadania nawet wtedy, gdy przez całe dwadzieścia stron nie będzie anala, przyrzekam.
Granice tolerancji Jagody Hajzner // 6/10
Kolejne opowiadanie, które trudno mi ocenić. Jest bardzo krótkie i porusza kwestię transseksualizmu… i to chyba są dwie główne cechy. Mamy więc parę, przy czym jeden chłopak nie bardzo dobrze czuje się ze swoim brakiem piersi, drugi nie czuje się dobrze z tym, że tamten chce sobie tę część ciała akurat dorobić. Mamy więc dość ciekawy konflikt, niestety, jego rozwiązanie rozczarowuje.

Styl jest dobry, dialogi miło się czyta, tematyka, jak pisałem, ciekawa. Czyli jest raczej lepiej niż gorzej, a to już daje temu opowiadaniu zdecydowaną przewagę nad niektórymi poprzednimi.
Podróż do Raju Pauliny Klimentowskiej // 7/10
Szczerze? Przeczytajcie to opowiadanie. Polecam. Jest dobre, jest najlepsze pod względem fabularnym z całego zbioru, nie ma w nim źle napisanego gejseksu, nie ma kotocośtamów, czochrania genitaliumami ani innych elementów wywołujących palpitację mózgu.

Fabularnie: odległa przyszłość, ludzie obowiązkowo muszą łączyć się w pary płci tej samej (więcej o tym niżej), chyba że im się poszczęściło i należą do tej kasty, w której można być hetero. Jak nietrudno przypuszczać, raczej niemalże nikomu się to nie podoba, jednak jest alternatywa: można się przetransportować z Gejlandu do Raju, gdzie najwyraźniej nie panują rządy wściekłych yaoistek. Kłopot jest taki, że ludzie, którzy tam trafiają, prędzej czy później popełniają samobójstwo i nikt nie wie, czemu.

Pierwszy problem opowiadania widać jak na dłoni – byłoby lepsze, gdyby traktowało po prostu o nierówności kastowej, bez wtryniania w to małżeństw homoseksualnych, których przymus tłumaczony jest raczej mętnie i mało realistycznie. Drugą wadę widać przy końcówce, gdy tekst ciągle rwie się i przeskakuje od jednego punktu widzenia, do drugiego w ciągu akapitu, ewentualnie mamy trzy przeskoki czasowe w ciągu strony.

Ogółem jednak rozwiązanie zagadki samobójstw na Raju jest naprawdę pomysłowe i niesztampowe, historie bohaterów zapadają w pamięć bardziej niż oni sami, ale nie jest tragicznie. Ekspozycja fabularna spełnia nienachalnie swoją rolę i, szczerze powiedziawszy, akurat ten tekst podobał mi się najbardziej.
Jednym cięciem Dominika “Charliego” Malinowskiego // 7,5//10
Może niektórych to zaskoczy, ale uważam ten tekst za najlepszy i będę zdania bronić.

To kolejna obyczajówka, w przeciwieństwie jednak do poprzednich, nie ma wiele wspólnego z romansem. Jest dobrze napisaną komedią z poważniejszym wątkiem rozpadu związku dwóch mężczyzn, zgrabną, zrównoważoną i nieprzytłaczającą. Fabuły streszczać nie będę, bo napisanie, na czym polega część komediowa popsułoby po prostu całą zabawę z czytania. Jedyną wadą jest zbyt obszerny początek i skłonność autora do nadmiernego skupiania się na szczegółach, opisywania rzeczy niekiedy zbędnych. Czasem buduje to ładny obraz bohaterów, czasem może zirytować, w zależności od Waszej tolerancji na (nienachalny) produktplejsmęt.

Postawiłbym jakiś znak jakości Q, ale to byłoby takie suche, że aż higroskopijne, więc sobie daruję.
I to koniec. Ale będzie podsumowanko. A mianowicie:

Ludzie, nie widziałem tak koszmarnie niechlujnego wydania od czasu… no, Kochanka Magii i przeraża mnie fakt, że to było całkiem niedawno. Przede wszystkim – większość opowiadań w tym zbiorze ma potencjał. Może nie Kociak, bo do wskrzeszenia potencjału w tym potrzeba byłoby grupy nekromantów, ale tak od Miłosnego truciciela zaczynają się teksty, które mogłyby być dobre, gdyby ktoś je przerobił. Wywalił zbędne gejseksy, scalił porwane fragmenty, wytknął błędy logiczne. Po prostu kazał to przerobić. Te opowiadania wołają o redakcję tak głośno, że słychać je prawdopodobnie w Honolulu, a nikt się tym nie zajął. Czym wobec tego była zajęta redakcja? Cóż, postanowiłem sprawdzić. I dotarłem to takiego wpisu na oficjalnej stronie wydawnictwa:

W marcu wyjdzie drugi tom “Opowiadań Kotori”. Oprócz niezwykłych tekstów znajdziecie tam… a co Wam będziemy pisać. Jak poprzednim razem nasza niezastąpiona Sasanka sprawi, że serca zabiją Wam mocniej i będziecie fapać, fapać i… fapać.

Drogie wydawnictwo Kotori. Jeśli ktoś z Was mnie czyta – błagam, zamordujcie speca od PR-u.
Ujmijmy to tak. Opowiadania Kotori 2 zawierają rysunki przedstawiające… no… 
Dobra, nie będę się patyczkował – pomyślcie o wszystkich znanych Wam stereotypach o gejach. O torebkach, zniewieściałych chłopaczkach, piórkach w tyłku, emo z grzywką na pół twarzy, makijażu, torebkach, pindrzeniu się, wyglądaniu jak kobieta…
I, uwaga, w tej książce jest kilkanaście zupełnie grafik, zupełnie nie związanych z ŻADNYM opowiadaniem, przedstawiających właśnie takich panów, w parach lub solo. Tak, kilkanaście grafik ludzi wyglądających mniej więcej tak:

W najlepszym wypadku.

Prowadzi to do kilku wniosków.

Po pierwsze, według Kotori idealna reklama ich książki wygląda w ten mniej więcej sposób:

(jakby ktoś nie wiedział, to reklama ubojni drobiu)
Komentować tego nie będę, proszę o samodzielne dopowiedzenie sobie ciągu dalszego, albowiem jest mocno niecenzuralny, za to łatwy do przewidzenia.
Po drugie – całe szczęście, że nie robią antologii o Żydach, bo stężenie pejsów i garbatych nosów przekraczałoby zapewne normy unijne. Nie muszę chyba tłumaczyć, czemu to akurat jest obraźliwe.
Po trzecie – z jakiegoś powodu ktoś uważa, ktoś NAPRAWDĘ uważa, że większość czytelników uzna mężczyzn z twarzami modelek Victoria’s Secret za atrakcyjnych. I wiecie co?


Tak jakby, nie sądzę. 
Mamy więc obrazki – bezsensowne, obraźliwe, niekomponujące się z niczym, w niektórym przypadku po prostu krzywe, nie na temat i jeszcze nam piszą, że mamy być z tego powodu zachwyceni. 
Osobiście większość wyciąłem, ale zastanawia mnie reakcja autorów na wieść o tym, że ich opowiadania trafiły gdzieś pomiędzy półnagim Brianem Molko a męskim rowem.
Spuśćmy jednak zasłonę milczenia na grafiki (i to jedyne, co można na nie spuścić) i przejdźmy do korekty, która również jest taka sobie. Mamy więc literówki, ortografy, szwankujący styl. Przeszkadza.
Do końca nie wiedziałem też, jak traktować tę książkę. Obrazki i fabuła niektórych opowiadań, usilne krążenie wokół (zazwyczaj kiepsko opisanego) seksu może sugerować, że mamy do czynienia z porno niskiego sortu. Gdyby oceniać zbiór pod względem erotyki, dostałby jakieś 2/10, bo to jest erotyka wybitnie kiepska. Kłopot w tym, że w naborze do tejże antologii nie było nic na temat seksu, zawiera też opowiadania go pozbawione, widocznie więc książka cierpi na niezłą schizofrenie i sama nie ma pojęcia, czym ma być.
Stawiam 4/10 i tak, to jest wynik zaniżony w stosunku do tego, jaka średnia wychodzi po zsumowaniu ocen wszystkich opowiadań. Brak redakcji, szczucie cycem, brak korekty, widoczne amatorstwo nie pozwala mi na wyciągnięcie zbioru wyżej.
A na koniec grafika specjalna, pt. “Co by było, gdyby spece od obrazków z Kotori robili nagłówek na Piwnicę”:



(mam szczerą nadzieję, że pani Jolie nigdy nie wejdzie na mojego bloga)

*


Czegoś się jednak nauczyliśmy – chcesz coś sprzedawać? Dołóż do tego bezsensowną erotykę. A więc: macie i lajkujcie mojego fejsbunia, kochani!



(Visited 228 times, 1 visits today)