Piwniczna recenzja: “Czarny Książę” Katarzyny Michalak

Dobra, umówmy się tak: wy tu macie filmik z naparzającymi się Kocillami, a ja pójdę sobie i będziemy udawać, że Czarny Książę nie istnieje. Dobrze?

Niedobrze– odpowiadają zniecierpliwieni masochiści, zwani dla niepoznaki czytelnikami.

A nie wiem… może memy z piesełem? Śmieszne mrówkojady? Mogę pokazać, jak tańczę kankana na rurze. Wszystko, byleby tego nie omawiać. Nie? Cóż, pożałujecie. Mój kankan pewnie mniej boli.

Z książkami Katarzyny Michalak jest tak, że zasadniczo dzielą się na kiepskie i obraźliwe. Czy aby być konkretnym, w każdej książce tej pisarki suma kiepskości i obraźliwości musi być równa konstans, natomiast proporcje obu składników zmieniają się w zależności od tego, jaką tematykę porusza dane dziełko. Katarzynie Michalak udało się już obrazić ludzi z chorobą dwubiegunową, z Wydziału Prawa UJotu, recenzentów i krytyków, osoby otyłe, a prywatnie to nawet grafików i ludzką przyzwoitość. Przy czym zasada jest taka, że im bardziej książka zaangażowana społecznie, tym więcej grup społecznych obraża.

Całe szczęście, że Czarny Książę do tego typu utworów nie należy, wobec tego jest jedynie głupi.

Pytacie więc – Q, a czemuż jest taki głupi. Czy jest głupszy od recenzowanego tutaj Mistrza? A tak w ogóle to recenzent nie powinien używać słowa głupi, tak samo jak słowa fajny, ponieważ to całkiem nieprofesjonalne i w ogóle…

Khem. Nakreślmy może fabułę Czarnego Księcia. Otóż tytułowy Czarny Książę, Maksymilian Romanow…

…Romanow…

…Romanow…

…dobrze, khem, przejdźmy dalej. Książę Maksymilian Romanow mający siostrę Anastazję Nikołajewną Romanową i najlepszego kumpla Inspektora Javerta…

Q, na to się nie nabierzemy.

To prawda. W trzech czwartych, znaczy się. Naprawdę jest tam Anastazja Romanowa i Inspektor, ale nie nazywa się Javert. Chociaż w zasadzie mógłby. Po Anastazji Romanowej bym nawet się mógł spodziewać Kaczora Donalda.

W każdym razie, jest Maksymilian Romanow, Anastazja Romanowa i Inspektor nie-Javert. Jest sobie też główna bohaterka. Główna bohaterka nazywa się Konstancja i jest typowym tworem z książek Katarzyny Michalak, a więc – piękna, ojciec ją molestował, bo piękna, ciotka chce ją sprzedać, bo piękna i ogólnie cierpi, bo wszyscy ją pożądają, a ona nie może zaruchać. Nie może zaruchać, ponieważ zła ciotka chce są sprzedać Romanowowi, w zasadzie nie wiadomo, po co, bo gdy już Maksiu dostaje Konstancję w swoje ręce, ciotka nie ma z tego niczego. W każdym razie, Konstancja jest piękna, Czarny Książę jest piękny, bogaty, wpływowy i kiczowaty nad wyraz, Inspektor nie-Javert nie jest bogaty, a wpływowy zdaje się być w zależności od widzimisię autorki, ale jest supermęski i w ogóle, majty spadają. Czarny Książę pożąda Konstancji bo jest piękna, Konstancja pożąda Czarnego Księcia, bo jest piękny, nie-Javert kocha Konstancję (którą widział dwa razy w życiu), Konstancja kocha nie-Javerta, księżniczka Anastazja się głupio nazywa. A nie, ona też kocha nie-Javerta, bo… w zasadzie nie wiem, czemu. Nieważne, kogo to obchodzi.

W każdym razie, w poprzednim akapicie nakreśliłem główny motor napędowy fabuły. I jeśli kojarzy wam się to z tanim romansidłem, to w zasadzie macie rację. Wymienione powyżej postacie, wchodzące w skład tetraedrów miłosnych, nie posiadają w zasadzie rzeczy tak zbędnej, jak charakter. Określają je dwa parametry – jak bardzo kogoś kochają i jak bardzo swędzi ich pomiędzy nogami. I oba te parametry są podkręcone tak, że pokrętło trzasło. Jak miłość – to od pierwszego wejrzenia, bez sensu, bez refleksji, bez jednego dialogu i do końca życia. Jak chuć, to łażą ze wzwodami zawsze i wszędzie, ewentualnie, w przypadku kobiet, praktycznie zostawiając ślad za sobą jak jakieś ślimaki czy inne rurkowce. Jeśli postać akurat nie należy do wielopoziomowego kółka robienia sobie dobrze, to jest zła. Na całego. Zależy jej tylko na pieniądzach, molestuje, wykorzystuje do prostytucji, jest brzydka, śmierdzi jej oddech, kopie kotki i sadzi brzozy w Smoleńsku. Tak na wypadek, gdybyście nie zauważyli, że zła i hejter.

Dobra, to mamy za sobą postacie. Mamy też diagram z rozrysowanym, kto się w kim kocha i kto chce zamoczyć, kojarzymy, że wszystkie kobiety są piękne, że omójboże, a faceci sexy, że ojajej. Próbujemy znaleźć w tym wszystkim fabułę, kojarząc, że to niby ma być kryminał, czy coś w tym stylu.

Jest więc wątek kryminalny. Mamy ostatni rok dziewiętnastego wieku, po mieście Mieście (tak, to nazwa własna) grasuje zły zabójca. Zły zabójca zabija młode kobiety, uprzednio uprawiając z nimi miłość dowcipną za pomocą palców. Zabija za pomocą… nie, nie palców, tylko lancetu, wbijając go w nasadę karku. Ofiary umierają natychmiast, albowiem ofiary to grzeczne i z alternatywną anatomią. Nie, ja naprawdę się nie chcę walić prywatą, ale autorka jest z wykształcenia lekarzem weterynarii, więc powinna tak trochę kojarzyć anatomię kręgowców i wiedzieć, że to trochę tak nie działa. Nieważne. W innej scenie jest łechtaczka znajdująca się wewnątrz pochwy, więc ja nawet nie pytam.

W każdym razie, zabójca zabija, zła ciotka Konstancji chce ją wydać za Czarnego Księcia, bo onajesttakapiękna, Czarny Książe organizuje bal, Kopciuszek przychodzi, widzi Romanowa i…
(komiks. jak klikniecie, będzie większy)
…coś w tym stylu.

Oczywiście chuć od pierwszego wejrzenia, on ją chce, ona go chce. Potem przychodzi inspektor nie-Javert i nagle on ją chce, ona chce już innego. Nie-Javert natychmiast zaczyna darzyć rywala zawiścią i robi wszystko, aby udowodnić, że to Romanow jest zabójcą…

Dochodzimy tu do wątku kryminalnego i, mówiąc szczerze, sprowadza się on głównie do tego, że inspektor jest idiotą. Po prostu. Ignoruje dowody, nie poznałby dedukcji nawet wtedy, gdyby wylazła zza krzaków i sama się przedstawiła, wszystkie jego działania są oparte głównie na zazdrości wobec Romanowa i chęci bronienia Konstancji. Tego typu motywacje bohatera nie byłyby nawet złe, gdyby nie były przedstawione tak partacko i gdyby przy tym inspektor de Bries nie wychodził na tak koszmarnego kretyna. Najpierw aresztuje Czarnego Księcia dlatego, że ofiary były widywane w jednym z jego klubów (!), dokładnie wiedząc, że będzie musiał go wypuścić na drugi dzień. Gdy pomimo aresztowania Romanowa zabójstwa – wot surpriza – nie ustają… podejrzewa, że Księciu pomaga siostra. I nie, nie ma żadnych dowodów na to, że ta para jest w jakikolwiek sposób powiązana ze sprawą. Smaczku dodaje fakt, że oskarżany pięć razy na dobę o bycie mordercą Romanow nadal uważa inspektora za swojego najlepszego przyjaciela. Cóż, może nie miał dużego wyboru.

Bowiem nasz Czarny Książę to trochę taki Łysy z Brazzers, tylko bardziej sexy i kasiasty. Ma w zasadzie jeden tryb – chodzić i, pardon my klatchiański, ruchać. Zagnie narzeczoną przyjaciela tuż przed jej ślubem, zagnie główną bohaterkę, zagnie każdą kobietę, która nie jest gruba i obleśna, bo w Michalakolandzie oznacza to, że jest zła. Przez całą książkę w zasadzie dwa razy robi cokolwiek innego i jeden raz jest to czynność bezpośrednio prowadząca do ruchania, a w drugim bronienie czci siostry… czyli w zasadzie nadal coś związanego z poruchanką.

Konstancja trafia w końcu do Czarnego Księcia, ponieważ ten wygrał ją w karty z de Briesem. Yup, wygrał w karty. O, tak:

Morderstwa jednak nie ustają. I, powiem szczerze, wątek mordercy miał pewnego rodzaju potencjał. Nie duży – hej, nie przesadzajmy z optymizmem, ale miał. Kłopot w tym, jak został przeprowadzony. Jeśli kiedyś zrobicie sobie lobotomię i po zabiegu przyjdzie Wam ochota, aby sięgnąć po tę ksionrzkem, zapewne zauważycie, że w pewnym momencie narracja zaczyna sobie przeczyć, tak jakby autorka w połowie powieści wpadła na pomysł, kto może być tym zabójcą. Od razu zresztą wtedy będziecie wiedzieć, kto zabija i całą intrygę trafi szlag, plaga i mangi Sitriel.

Językowo – jak zwykle, poniżej przeciętnej. Sceny seksu są po prostu żenujące i kojarzą się głównie z harlekinami najgorszego sortu. Co najmniej trzy razy na rozdział musi się trafić jakaś palcówka, aby główna bohaterka mogła sobie poszczytować, zostając przy tym dziewicą. Do wątków typowo harlekinowych można dorzucić jeszcze ciążę, która tak naprawdę nie jest sprawką tego faceta, którego sprawką być powinna. Albowiem odpowiedni facet jest bezpłodny. Jak to sprawdzili w dziewiętnastym wieku? Eeee… patrzcie, śmieszne koty!

Realia, jak wiadomo, są dla frajerów, więc nawet nie będziemy się nad nimi rozwodzić. Czarny Książę mało ma wspólnego z jakimikolwiek realiami, po prostu przez cały czas miałem wrażenie, że autorka osadziła akcję w mieście Mieście, aby móc wsadzić do książki wszystkie znane wątki z historycznych romansideł.

Aby było jeszcze lepiej, mnóstwo motywów to jawne powtórzenie tego, co było we wcześniejszych książkach tejże autorki. Wrabianie faceta w ciążę innego – Nadzieja. Gruba i paskudna Ta Zła, która niby pomaga głównej bohaterce, ale robi to tylko dla własnych korzyści – Bezdomna. Molestujący ojciec, bo bohaterka jest #takapiękna – znowu Nadzieja. Wszyscy występujący statyści są puści i zależy im tylko na pieniądzach i/lub seksie – Nadziejajeszcze raz. Piękna i niezrozumiana główna bohaterka – wszystkie książki Katarzyny Michalak. I tak dalej, i tak dalej, kotlet nie tyle odgrzewany, co już zielonkawy i śmierdzący. Zakończenie też jest iście michalakowe i nikt nie będzie nim raczej zaskoczony. Dla ciekawych, podaję jego fragment. Można pominąć, jeśli się nie kocha spoilerów.

Podsumowując, Czarny Książę to ksionrzka kiczowata, słaba i wtórna. Stanowi swoisty niestrawny miks schematów z harlekinów i elementów z innych książek Katarzyny Michalak. Widać też, że autorka wrzuciła do niej wszystko, co jej się pobieżnie kojarzy z wiekiem dziewiętnastym (ewentualnie początkiem dwudziestego) – mamy więc aluzję do Kuby Rozpruwacza, Romanowów z Koziej Wólki, jakieś odchody Sherlocka Holmesa, arystokrację rodem z homeopatycznych popłuczyn z Doriana Graya i pewnie uważny czytelnik doszukałby się jeszcze kolejnych wtórności. Postaci są niestrawne, płaskie i definiuje je stosunek (hjehje) poziomu chuci do współczynnika trólovvu. Wątek kryminalny posiada potencjał, ale jest prowadzony koszmarnie. Postać Paula de Briesa to już poziom farsy. Język ubogi, sceny seksu żenujące…

A udowodnij – mruknęli czytelnicy.

A macie. Błogosławieni ci, co uwierzyli i nie wypaliło im oczu.

…fabuła zła, niedobra, zastrzelić i zakopać. Nie czytać, nie wracać, zapomnieć i tylko lasów tropikalnych żal.

*
1. Za komiksy dziękuję Eścę.
2. Wystartował mój nowy, prywatny blog. Będzie o tym, jak nie pisać. W zeszłym tygodniu nie pisaliśmy scenariusza do komiksu.
3. Zmieniłem wywiadera na aska. Link po prawej, jakby ktoś chciał.
4. Powitajcie Maksymiliana. Jest bakteriofagiem i bardzo Was kocha.

(Visited 378 times, 1 visits today)