Piwniczna recenzja: “Basement” Studia Yumemori

Jak powszechnie wiadomo, do “polskich mang” podchodzę z kijem, licznikiem Geigera, maską gazową i chowańcem. Ot, tak, na wszelki wypadek. Nie dlatego, że jakoś strasznie mnie mierzi sama idea – skoro po mangowemu mogą rysować Chińczycy i Koreańczycy, to czemu nie Polacy? Jakoś wątpię, aby niewielka odległość geograficzna względem Japonii dawała +10 do skilli rysowniczych. Tak więc nic do samego konceptu nie mam, ino do wykonania, bo z tym równie bywa. A mówiąc “różnie bywa” mam na myśli, rzecz jasna, komiksy, które mogłby trafić na bloga “WTF anatomio srsly?”. Oczywiście, o ile ktoś zechciałby go założyć.

Do Basementu podchodziłem więc dość ostrożnie. W zasadzie z dwóch powodów. Raz, jest to debiut studia Yumemori, bocznej odnogi wydawnictwa Yumegari, o którym słyszałem tyle, że kiedyś miało coś wspólnego z wydawnictwem Kotori. Jak wypadły recenzje książek Kotori nie muszę przypominać, więc skojarzenie niedobre, bardzo niedobre.

Drugim powodem, dla którego podchodziłem z dużą rezerwą jest okładka samego komiksu. O, taka.
(widzę złe rzeczy, bardzo złe rzeczy)
Coś tu jest nie tak, węszą czytelnicy.

No i prawda, coś jest nie tak, tylko trudno powiedzieć, co. Oczywiście, jest dużo sposobów dowiedzenia się, o co chodzi w tym wypadku. Można zapytać jakiegoś doświadczonego rysownika. Można przerzucić rysunek w poziomie – wtedy często widać przeróżne błędasy. Można w końcu wczuć się w przedstawioną bohaterkę i spróbować stanąć w jej pozie przed lustrem. Wybrałem sposób trzeci, albowiem a. zawsze chciałem być nastoletnią bohaterką mangi, b. dzisiaj jeszcze nie wyglądałem dostatecznie głupio i trzeba było szybko to nadrobić.

Polecam zrobić to samo czytelnikom, świetne ćwiczenie rozciągające. Udało się? Gratulację, jesteś gibonem.
(Hylobates lar)
Mając rękę ułożoną w kąt prosty (na nawet lekko rozwarty, jak widać na rycinie pomocniczej) nie da się złapać za przeciwległe ramię. Jeśli to zrobisz, twój łokieć będzie wskazywał miejsce trochę na lewo (lub prawo, w zależności od użytej ręki) od pępka. Szczur doświadczalny w postaci biuściastej koleżanki (hjehje) dodaje jeszcze, że stojąc w takiej pozie można wsadzić ramię pod piersi tylko wtedy, gdy są one gumowe.

(oblicz tangens)
Mamy więc okładkę z błędem anatomicznym, co, rzecz jasna, aktywuje indukcyjnie wszystkich złych hejterów w okolicy i w zasadzie jest równe recenzji na Piwniczce. Kupiłem więc dziełko, zapoznałem się z nim i…

…nie jest źle.
Buuuu– buczą czytelnicy, albowiem też są złymi hejterami.
Dobra, ale od początku.

Historia zaczyna się w mieście Redlon, w Anglii, w wieku deklaratywnie osiemnastym. Czemu deklaratywnie, będzie potem. Grupka standardowych sierot-łobuzów staje przed nie-do-końca nawiedzonym domem. Dom należał do komiksowego badguya, który piętnaście lat wcześniej wymordował całą swoją rodzinę, prócz najmłodszej córki, poczym grzecznie popełnił samobójstwo. Od tego czasu dom stoi pusty, aby nasze standardowe sieroty mogłby tam wejść i mieć przygody.

Dokładnie, wchodzi tam jedna sierota – główna bohaterka imieniem Christina i… nie, nie spotyka duchów. Ani morderców. Ani ludzkiej stonogi w piwnicy. Przenosi się do bajkowego świata z bishonenami z kocimi uszami i takimi tam. Serio. Jedno trzeba komiksowi przyznać – nie spodziewałem się tego.

W każdym razie, większość komiksu to przygody Christiny w Marasie (albowiem tak się nazywa bajkowa kraina). Bohaterka spotyka, oczywiście, obowiązkowych towarzyszy, w postaci true luvvera i irytującego elementu komicznego będącego wróżkiem-podglądaczem. Wróżkiem, bo nie dość, że to-to płci męskiej, to jeszcze mordka trochę podpita jakaś. Element horrorowo-kryminalny pojawia się dopiero na nowo pod koniec komiksu, a więc spoilerował nie będę.

W tym opisie widać jak na dłoni, z jakim problemem boryka się Basement. Jest on czymś zupełnie innym, niż wydaje się na początku (a także po przeczytaniu obwoluty). I tak, w większości przypadków takie sformułowanie oznacza zaletę. Tutaj nie. Nie chodzi o to, że dzieje się coś, czego czytelnik się nie spodziewa, tylko dzieje się coś, na co się nie pisał. To trochę jakby wziąć początek z Domu Woskowych Ciał, środek z MLP: Przyjaźń to Magia i koniec z jeszcze innego horroru. Basement dzieli się na dwie zupełnie różne części, adresowane do zupełnie innych grup odbiorczych.

Nie mam zielonego pojęcia, kto dał temu komiksowi oznaczenie “16+”, ani tym bardziej, czemu to zrobił. Umówmy się – komiksy nie gry, PEGI nie czuwa, to, że coś ma w sobie dwa ujęcia z widoczną krwią, jeszcze nie oznacza, że jest przeznaczone dla “młodych dorosłych”. Basement zdecydowanie nie jest.

Mamy tu do czynienia z opowieścią zdecydowanie podpadającą pod target młodszych nastolatków, ba, może nawet czytelniczek “W.I.T.C.H” czy co lżejszych mang shoujo. Christina, jak Kagome z Inuyashy czy w zasadzie każda bohaterka “komiksów dla młodszych dziewczyn” przeniesiona w realia obcego świata, przeżywa dość typowe przygody. Obowiązkowo spotyka przystojnego chłopaka, z którym na początku niezbyt się lubi, ale potem już bardziej, mamy obowiązkowy element komiczny z podglądaniem przy kąpieli, odkrywanie nowego świata, dużo paskudnie współczesnego języka, krzyczenia na siebie, jakieś proste lovv story.

Powiem szczerze, że akurat tę część historii ocenić mi było trudno. Humor zupełnie do mnie nie trafiał, romans wydawał mi się mdły, postaci – słabo zarysowane. Kłopot w tym, że praktycznie każda pozycja zawierająca podobne elementy jak baśniowa część Basementu również mi się taka wydawała. I to niezależnie od tego, czy chodzi o zachodnie W.I.T.C.H. czy japońskie Fushigi Yuugi. Czy to oznacza, że to pozycje złe? Po namyśle sądzę, że nie, są po prostu wytargetowane w bardzo młode czytelniczki, do których trafia to, że pozycje są lekko i dobrze przyswajalne. A Basementowi nie można odmówić lekkości, ładnych widoczków i niewymagającego romansu nastolatków.

Wróćmy jednak do piwnicy.

Przyznaję bez bicia – horrorowo/kryminalna część komiksu lepiej do mnie trafiła, chociaż mamy ją w ilościach homeopatycznych. Wątek Złego Zabójcy nie jest specjalnie wyeskploatowany, ale też autorka scenariusza nie poszła po linii najmniejszego oporu. Mogę nawet uznać, że końcówka miała w sobie jakiś element niespodzianki.

Przejdźmy więc do omawianej już trochę kreski. Nad komiksem pracowały cztery rysowniczki i tak, to widać. Ktokolwiek rysował postać na okładce, jest najsłabszym ogniwem. Wyjątkowo kiepska anatomia, kolory też raczej takie sobie, bida, nyndza i nie wiem, czemu to w ogóle przeszło, skoro obrazki wewnątrz są dużo lepsze. Zdecydowanie najlepiej radzi sobie artystka od teł – są one nie dość, że bardzo różnorodne i klimatyczne, to jeszcze na wysokim poziomie technicznym. Gorzej przedstawiają się projekty postaci, które pomimo pięknej mangowej mimiki zdradzają czasami niezamierzoną gibonowatość…
(są fajne zwierzaki, dajcie lajki na fb)
…czasami wręcz ciastusiowatość, czasem zamiast złotego podziału jest podział krzywy i ogólnie jest tak sobie. Kadrowanie jest za to… cóż, dość europejskie, przynajmniej w moim odczuciu, co wbrew pozorom specjalnie nie przeszkadza. Za to zachodziłem w głowę, czemu komiks musiałem czytać od prawej do lewej. Innego wytłumaczenia niż “bo to bardziej japońsko i kawaii, uguuu” nie znalazłem.

Czy warto sięgnąć po tę pozycję? Jeśli nie masz dwunastu, trzynastu lat, po prostu może ci się nie spodobać, chyba że z sentymentu do podobnych historii. Czytanie nie boli, o ile nie masz alergii na typowy humor mangowy i nie przejawiasz tendencji do łamania głową biurka, gdy zobaczysz, że bohaterka w osiemnastowiecznej Anglii używa telefonu. Jeśli chcesz przeczytać horror lub kryminał, to zdecydowanie nie warte zachodu jest przedzieranie się przez Basement, aby dojść do tych wątków. Jeśli zwracasz dużą uwagę na kreację postaci, również możesz się zawieść. Jeśli jednak chcesz poczytać w autobusie coś lekkiego i niewymagającego myślenia, możesz kupić i się radować.

Tylko obwolutę zdejm. Okładka pod nią jest zdecydowanie ładniejsza.

*
1. Recka krótka i mało hejterska. Można w komciach podawać przyczyny takiego stanu, np. bo autor znalazł sobie dziewczynę (w formacie .jpg, oczywiście). Prostą odpowiedź, że komiks jest lepszy od poprzednio recenzowanego stuffu, odrzucamy, rzecz jasna, od razu.

2. Macie po prawej ankietę, injoycie.  
(Visited 131 times, 1 visits today)