Kącik hipstera: Pięć mainstreamowych pozycji, których nie lubię

 Ten wpis powstał, oczywiście, celem podkreślenia, jak wielkim hipsterem jestem.

A samojebki iphonem w Starbucksie robić to nie łaska? – pytają uprzejmie czytelnicy.

Jedno sobie ustalmy: na tym blogasku nie ma product placementu. Nawet nie placementuję wytworów własnych, chyba że są wybitnie śmiechowe, durne, dziwne lub po prostu mam na to ochotę. Ale zasadniczo wolę placementować śmieszne koty.

Khem. Jak już ustaliliśmy w ankiecie, hejtuję z nudów zazdrości dla sławy wszystko po lewej. Większość tego jednak, co przehejtowałam w poprzednich notkach, to dzieła niszowe mniej lub bardziej, wygrzebane w księgarniach internetowych, dzieła autorów mało znanych. W tej notce będzie więc spis książek/filmów/seriali, które są popularne, a których nie lubię i dlaczego. Żeby jednak było trudniej, nie dam do poniższej listy niczego, co uznaje za stricte złe, tak jak złe są książki Katarzyny Michalak czy komiksy Sitriel. Nie znajdziecie tu więc popularnych kiepskich ksionrzków jak saga Zmierzch, omówienia serii TransformersMichaela Baya czy nowej trylogii z Bondem. Czemu? Bo to złe, gorsze i kiepskie. Jeśli kiedykolwiek będę pisać o syntezie złego pisarstwa z chaotycznymi efektami specjalnymi i drewnianą grą aktorską, pewnie te pozycje się tam znajdą. To jest wpis o pozycjach generalnie dobrych (lub co najmniej średnich) i czemu ich nie lubię. Subiektywnie.
Zacznijmy więc od działu dziecięcego, więc…
1. Harry PotterJ.K. Rowling
Gdy byłam małą Literką, bardzo lubiłam Harry’ego. Było to w czasie, gdy sądziłam, że dzieci rodzą się naturalnie przez gardłobrzuch mamusi, a na całym świecie mówią w dwóch językach – po polsku i po bełkotliwemu. Jak łatwo można się domyślić, nie byłam wtedy wyrobionym czytelnikiem. W każdym razie uwielbienie do Pottera utrzymało mi się tak do wydania piątego tomu serii. Szósty przeczytałam dwa razy, siódmy – raz jeden. I w sumie kiepsko pamiętam, co tam było. Później próbowałam przeczytać od początku pierwszy tom… i nie dałam rady.

Wydaje mi się, że Harry Potter pośliznął się (przynajmniej w moim specyficznym wypadku) na koncepcji dorastania z czytelnikiem. Miałam jednocyfrową liczbę lat, gdy przeczytałam pierwszy tom i był on w zasadzie dostosowany do mojego wieku. Byłam w wieku wczesnonastoletnim w czasie wydawania tomu piątego… i wtedy on też był przeznaczony dla mnie. Teraz, po wydaniu wszystkich tomów, mamy do czynienia z serią, której ostatnie, “mroczne” tomy nie są przeznaczone dla dzieci, a pierwsze, “bajkowe” nie są przeznaczone dla dorosłych. Oczywiście, wielu osobom to nie przeszkadza, bo nostalgia, bo fejm, bo filmy były całkiem niezłe, bo wypada znać… cóż, mi przeszkadzało. Przeszkadzało mi, że te książki są koszmarnie nierówne względem targetu, a pod koniec autorka widocznie szamotała się mocno, nie wiedząc konkretnie, dla jakiej grupy wiekowej pisze. Jeśli dobrze obczaiłam tendencje fandomowe, niemalże nikomu nie podobał się epilog ostatniej książki, wielu także marudziło na zbyt nieprawdopodobne i przesłodzone zakończenie. Ot, na koniec Rowling nie trafiła w target. U mnie nie trafiała już dawno i prawdopodobnie do serii nie wrócę.
2. Disney i filmy Hayao Miyazakiego
Tak, miałam dzieciństwo. Tak, oglądałam wtedy Disneya. Oglądałam też He-mana, kreskówkę o Motomyszach z Marsa i takie dziwne coś o pomidorach, co zeżerały ludzi. Myszy i pomidory podobały mi się bardziej, bo działy się tam ciekawsze rzeczy niż w Disneyu. Zresztą, sami obczajcie: zeżeranie ludzi vs. jakieś zwierzątka i śpiewanie.

Tu muszę jednak zrobić dygresję. Nie jestem wielką fanką pewnego rodzaju pozycji skierowanych dla dzieci. Wydaje mi się, że współcześnie filmy dla dzieci robi się na dwa sposoby: są filmy, które dziecko i dorosły zrozumie podobnie oraz są filmy z warstwą skierowaną dla dzieci i warstwą skierowaną dla dorosłych. Do tych pierwszych zaliczam zdecydowaną większość filmów Disneya (zwłaszcza te o księżniczkach i zwierzątkach) i chyba wszystkie dzieła Miyazakiego. Te drugie to np. Shrek, gdzie dziecko sporej części żartów prawdopodobnie nie zrozumie, czy nawiązujący do studenckiego życia Uniwersytet Potworny. Filmy w kategorii pierwszej są bardzo uniwersalne, te z kategorii drugiej – zdecydowanie mniej klasyczne (jeśli za klasyczność przyjmiemy ułagodzoną wersję baśni). Filmy z kategorii pierwszej mnie koszmarnie nudzą, te z kategorii drugiej raczej lubię.

Powiedzmy sobie szczerze: filmy dla dzieci mają mnóstwo klisz. Co więcej – są tak zakliszowane, że od czasu wspomnianego Shreka nawet przełamywanie klisz staje się kliszowe. Kłopot w tym, że większość klisz występujących w filmach Disneya po prostu nie lubię. Pomidory zeżerające ludzi – okej. Deus ex machina w postaci siły miłosci – nie okej. To nieinteresujące, nudne, dajcie coś do zeżerania ludzi.

Z filmami Miyazakiego mam jeszcze gorzej, bo zasadniczo nie dzieje się tam nic, co by mnie zainteresowało. W moim sąsiedzie Totoroprzez 3/4 filmu obserwujemy życie dzieci na wsi plus jakieś paranormalne dodatki, które głównie ładnie wyglądają. I wiecie co? Na końcu nikt nikogo nie zeżera! Nie tego szukam mówiąc o sensownej akcji.

Oczywiście, te wszystkie filmy są świetnie zaanimowane, mają zazwyczaj fajne piosenki, przekazują pozytywne wartości i zapewne gdyby Litery mogły się rozmnażać, to pokazałabym je swoim dzieciom. Ale sama bym z nimi ich nie oglądała, bo dwuminutowa sekwencja robienia ładnego lodowego zamku nie jest warta wytrzymania kilkudziesięciu minut tego, że w tym filmie pomidory nie zeżerają ludzi.
3. Doktor Who
DoktórHu to nie jest serial dla dzieci, cotysobiewyobrażasz?!!!– warczą Whowianki (15 i 16 lat).

No dobra, to serial familijny, okej? To żaden zarzut. Rozumiem ludzi, którzy lubią seriale familijne, seriale dla dzieci i tak dalej. Sama lubię. Niektóre.

Ujmijmy sprawę jasno – Doktor Who to serial, którego popularności nie za bardzo rozumiem. Znaczy, rozumiem wśród Anglików, bo a. to Anglicy, b. tradycja i w ogóle. Rozumiem, że się może podobać. Nawet sporej liczbie ludzi. Ale fenomenu nie rozumiem i gdyby ktokolwiek mnie zapytał, czemu ten serial jest aż tak popularny, stawiałabym na samonapędzające się grupy fanów. Normalnie twócy Doktora powinni odstąpić jakąś część dochodów platformie Tumblr, bo tam chyba generują nowych fanów.

Moja przygoda z serialem zaczęła się obiecująco – jest sobie koleś, co sobie podróżuje w czasie i przestrzeni z niebieską budką i cycatą babką, co by było po kim angstować, gdy scenarzystom skończą się pomysły na fabułę. Znaczy, angstować za babką. Chociaż za budką w sumie też. W każdym razie, jako że koleś może sobie podróżować gdziekolwiek i kiedykolwiek zechce, mamy do czynienia z rajem kreatywnego scenarzysty i można zrobić O TYLE oryginalnych odcinków. Prawda?
Cóż… i tak, i nie. Spora część Doktora Who jest rzeczywiście bardzo pomysłowa… ale też jest mnóstwo odcinków, które wyglądają mniej więcej tak: przestawienie tła -> zawiązanie akcji -> trochę fabuły -> punkt kulminacyjny -> Doktor ratuje dzień -> cycki. Nie, dobra, cycków nie ma, ale powinny być, tak na zadośćuczynienie. Serio, ten serial uczy, że najlepszym, co może spotkać Ziemię w wypadku najazdu kontrolujących umysły kosmitów jest jakiś typek w szlafroku. Sorka, ale od dobrych kilku lat wiemy, że typy w szlafrokach nie bardzo nadają się do ratowania czegokolwiek i tak ma pozostać.

W efekcie co drugi odcinek pomimo ciekawego zawiązania akcji rozwiązuje cały konflikt za pomocą takich rekwizytów jak kroplówka z wodą zabarwioną na różne kolory. I możecie mówić, że tak po prostu miało być, kid friendly i w ogóle, ale ja po którymś tam zawodzie przerwałam oglądanie serialu. Bez żalu, bo żadnej postaci jakoś strasznie nie polubiłam.

I nikt mi nie wmówi, że te śmieszne wielkie pieprzniczki są chociaż trochę przerażające.
4. Sherlock (BBC)
Dobra, przyznaję. Gdybym miała pistolet z jedną kulą i mogła strzelać albo do Joffreya Baratheona, albo do Sherlocka z Sherlocka, zastrzeliłabym tego drugiego.

(Bo Joffa chyba łatwiej dobić kolbą.)

Mało która postać wywołuje u mnie tak epicki, olbrzymich rozmiarów hejt. Gdyby nienawiścią do fikcyjnej postaci można było nakarmić biedne dzieci, mój hejt na Sherlocka dostałby Pokojową Nagrodę Nobla.

Nigdy nie czułam się wielką fanką postaci Sherlocka Holmesa. Nie tak, że go nie lubię, czy nie doceniam. Mam trochę sentymentu, bo opowiadania Conan Doyle’a czytałam w wersji simple english na dodatkowe zajęcia w podstawówce, potem sięgnęłam po polskie zbiorki. Bez większego zaangażowania oglądałam jakieś adaptacje, aż doszłam do serialu Sherlock i zapałałam niechęcią do głównego bohatera.

Po kolei jednak. Serial już na początku raczył mnie czymś, czego wybitnie nie lubię: SZS. SZS to skrót na Syndrom Zaburzeń Serialowych. Zaburzenia serialowe sprawiają, że jakiś bohater jest Genjalny i mają uzasadnić wszystkie jego poczynania Genjalnością i dlatego bohater wyciągając swoje dedukcje z sempiterny zawsze ma racje. Bo jest Genjalny, a nie dlatego, że przeczytał scenariusz.

Niestety, SZS sprawia, że bohater okupuje Genjalność brakami w innych dziedzinach życia. Braki w innych dziedzinach życia nazywa się szumnie Aspergerem, socjopatią albo czymś po łacinie (może być diarrhoea, brzmi poważnie). Wszystkie te Straszne Choroby objawiają się u bohatera za pomocą bycia bucem, chamem do kwadratu i osobnikiem, którego w realnym świecie wykopaliby z dowolnego stanowiska niezależnie od posiadanych przez niego pleców. Gdzieś w okolicach entego sezonu okazuje się jednak, że bohater buc, po tym, jak przez te n sezonów okazywał swoją wyższość, brak zainteresowania i podstawowej chęci współpracy nadskakującym mu bohaterom pobocznym, ma naprawdę miękkie serduszko i jest skłonny do Takich Poświęceń.

A Q. tylko dopinguje, aby sobie jednak ostatecznie rozwalił łeb.

Nie lubię. Nie lubię głównego bohatera, nie lubię towarzyszącej mu pary cycków (nadskakującej głównemu bohaterowi, jak każda kobieta w tym serialu) i ogólnie to jeden z niewielu tworów, które uważam za dobre, z adnotacją: wyłączając większość bohaterów.
5. Wszystko, co napisał Tolkien i ekranizacje jego dzieł
Tu akurat sprawa jest prosta. Tolkien pisał klasyczne, legendarne high fantasy. Nie lubię high fantasy. Klasycznego high fantasy nie lubię w ogóle, bo zanim sięgnęłam po Tolkiena, inni już mi ten gatunek obrzydzili. I tak, wiem, ci inni to były marne podróbki mistrza, ale nie zmienia to faktu, że nie lubię. Nie oznacza to, że nie przeczytałam Władcy Pierścieni. Przeczytałam, raz, odbębnione, koniec. Przeczytałam Hobbita. Próbowałam obejrzeć ekranizację Hobbita. Odechciało mi się w połowie, bo z zasady nie oglądam niczego, gdzie postacie są bardziej skupione na fajnym wyglądaniu niż na byciu… no, bohaterami. Oglądając ten film wręcz wali po oczach, jak to wszystko ustawione, aby dobrze wyglądało z boku, sztuczne jakieś i dziwne. Nie bardzo sobie wyobrażam, aby te elfy rzeczywiście lubiły szorować swoimi szatami po gruncie.

Oczywiście, niektórzy uważają, że to taki styl i ma wyglądać… i może mają rację. Bo mnie to nie trafia.

Pozycji na tej liście powinno być więcej. Nie lubię marvelowego Lokiego. Nie lubię Snape’a, Elfen Lied, Kuroshitsujiprzerwałam po dwóch odcinkach i jakimś specialu. Nie lubię filmów reżyserowanych przez Steve’a McQueena, niezależnie od tego, jak wielką ilość gołego Michaela Fassbendera zawierają w sobie. Nie lubię sporej części literatury wysokiej, nie przemawia do mnie Żeromski, nie ruszają barokowe wiersze i z zasady nie tykam żadnego romansu paranormalnego. Co ciekawe, więcej jednak książek, filmów i seriali lubię niż nie lubię, i niedługo pewnie napiszę analogiczną notkę o pozycjach, które uważane są za kiepskie, a ja mam do nich sentyment.

Na koniec: jakby ktoś jeszcze nie polubił facebooka Piwnicy, to niech to zrobi. Jest tam odpowiedź na pytanie, które wydawnictwo reklamuje się penisami, są tam też śmieszne koty i w ogóle. Zachęcam też do głosowania w ankietach :>
PS. Gifów nie ma. Musicie wrzucić pod spodem swoje.
(Visited 124 times, 1 visits today)