Nierecenzja specjalna: “Pieśń dla feniksa” Danuty Miklaszewskiej

Aby wszystko było jasne, nierecenzja specjalna to taki twór, który będę czasami wrzucać na blog, aby wyrobić odpowiednią liczbę notek, ponieważ ktoś mi napisał, że powinnam częściej pisać, bo to oznacza więcej lajków na facebooku.
Żeby się nie przemęczać, nierecenzje nie będą mojego autorstwa, a blogerów zaprzyjaźnionych. Ta na przykład jest merrik. Merrik narzeka w niej, że nie ma mojego poczucia humoru, więc gdyby komuś to przeszkadzało, na sam początek mogę opowiedzieć kawał i wstawić śmieszny obrazek.

No więc: Wchodzi Rzymianin do baru i mówi:
– Poproszę martinusa!
A barman na to:
– Chyba martini?
– Gdybym chciał więcej niż jednego, to bym powiedział.

A teraz zapraszam na niereckę. Będzie miała dopiski.
*
Ta (nie)recenzja powstawała w długich męczarniach. Serio. To było 332 stron męki, irytująco nudnej, bezsensownej fabuły z dodatkami które powodowały wymioty. Nie mam tyle samozaparcia co Q, żeby czytać złą literaturę dla przyjemności. Nie mam też poczucia humoru Litery, ale mam nadzieję, że moje wystarczy.
Tak naprawdę bardzo długo zastanawiałam się, czy nie rozpocząć i nie zakończyć jednocześnie (nie)recenzji tym cytatem:
(pozwoliłam sobie wsadzić cytat w mema. tutaj wersja animowana – Q.)
Innymi słowy: gwałciciel przerzuca winę na ofiarę, bo przecież gwałt nie jest winą gwałciciela, no skąd. Ofiara walczy? Kto by się tam przejmował, to wina ofiary, gwałciciel jest spoko. W ogóle gwałt jest spoko, taki super-słodki i wspaniały!…
Tylko, że nie. Nie wiem, jakimi meandrami pełzał umysł autorki tego czegoś, co ma ISBN i udaje książkę. Nie wiem, jakimi meandrami pełzały umysły nastoletnich (taką mam nadzieję) czytelników piszących na yatta.pl o tym, jakie sceny erotyczne w tym tworze są świetne. Nie wiem i nie chcę wiedzieć, ale dla mnie ten opis jest odrażający i obrzydliwy. Cała scena (prawie dwie strony) kończy się szantażem typowym dla gwałcicieli – nikomu nie powiesz, bo to ty straciłeś honor. Sytuacja co prawda ma miejsce tylko w głowie gwałciciela, a autorka stara się zatrzeć obrzydlistwo twierdzeniem, że doradcy jest przykro… Ale nie. Nie jest mu aż tak przykro, żeby swoich fantazji nie próbować urzeczywistnić. Pod koniec męczarni jaką jest czytanie tej książki dostajemy próby gwałtu.
Drodzy Czytelnicy – ten wspaniały cytat to tylko początek. Niemniej, już sam ten cytat wystarczy żeby wyrobić sobie zdanie o tym tforze. 
Zanim przejdę do dalszej części – ta książka ma jeden, jedyny pozytyw. Jest nim okładka, która nie wypala oczu. Niestety z treścią, jak już wspomniałam jest znacznie gorzej. Osoba, która przygotowywała opis książki twierdzi, że styl autorki może wydawać się liryczny, a autorka twierdzi, że pisze w sposób staroświecki. Niestety, ani liryczny, ani staroświecki nie są przymiotnikami, których ktokolwiek mógłby użyć żeby opisać to, jak została napisana ta ksiunrzka. Infantylny pasuje znacznie bardziej(chyba, że „To nie tak. Jestem ogólnie wściekły” jest dla was przykładem staroświeckiego stylu. Albo lirycznego. Nie? Tak myślałam).

A teraz trochę o fabule: cały świat poza Chinami i Rosją padł na kolana z powodu kryzysu gospodarczego. Z tej okazji Chiny i Rosja wracają do monarchii absolutnej. Wyjaśnienia dlaczego, poza „bo tak” nie ma. Czemu akurat Rosja się uchowała, a nie na przykład Stany? Bo tak. Ja wiem, szukanie logiki w zamaskowanych fanfikach to trochę jak szukanie igły w stogu siana, ale zawsze można próbować (jedną z głównych postaci jest, prawdaż, koreański piosenkarz – czy też raczej dwóch zmiksowanych w jednego).Fabuła, jak pewnie możecie się drodzy czytelnicy domyślić jest zbudowana wokół romansu cesarza Chin, Niebiańskiego Feniksa i.. no właśnie. Kilku osób. Mamy przebłyski na cara Rosji, mamy doradcę-Gwałciciela i mamy doradcę-nie-gwałciciela…  Głównym wrogiem (według umysłu cesarza) jest jeden z doradców, który służył na dworze za czasów poprzedniego cesarza – Xiah Changmin. Jak zwróciła uwagę znajoma fanka kpopu doradca został ochrzczony miksem imion dwóch koreańskich piosenkarzy z Dong Bang Shin Ki.
Jeśli liczyliście na pałacowe intrygi, akcję trzymającą w napięciu, albo cokolwiek poza wsadzonymi od czapy scenami seksu, logiką kwilącą cicho w kąciku… to czego właściwie szukacie na blogu Q?
Ksiunrzka atakuje nas przebłyskami strachu w oczach cesarza, wyczulonymi na dawne czasy Chińczykami, carem Rosji mówiącym do cesarza per króliczku, niebywałym kunsztem opisywania scen erotycznych (jeden przykład już mieliście, tu kolejny: “Chwilę później do palców dołączył język. Li pieścił wrażliwa skórkę, rozkoszując sie narastającym ciepłem oraz nieznacznym drżeniem pieszczonego pala” [dobra, tego nie wsadzę w obrazek, żal mi Adama – Q]), zaskakująco różowymi sutkami cara (ja tam nie wiem, może one fluorescencyjne były…?), postaciami z dykty, grające język, olejek nawilżający z niezwykłymi właściwościami(to znaczy, cóż za zaskoczenie – nawilżającymi), cesarzem traktowanym jak małe dziecko, zakończeniem, które można przewidzieć czytając opis z tyłu książki… Mogłabym tak długo, naprawdę.
Intryga polityczna, która teoretycznie miała stanowić oś fabularną, jak już się zapewne domyślacie nią nie jest. Wszystko rozbija się o to, który z doradców ma ochotę dobrać się do carskiego tyłka. Aby się do tego tyłka dobrać, jeden z doradców organizuje intrygę dziurawą niczym ser szwajcarski, której przejrzenie zajmuje postaciom całą ksiunrzkę.
Naprawdę próbowałam znaleźć w tej książce coś dobrego, bo szkoda mi było tylu zmarnowanych drzew i w miarę estetycznej okładki. Niestety mi się nie udało – przewidywalna fabuła, infantylny język, błędy językowe, brak logiki, nieudolnie napisane sceny seksu, obrzydliwe fantazje…

PS Ja książki nie czytałam, to się nie wypowiem. Ale cytat “Nie widziałem na jego twarzy wyrazu rozkoszy, ale to nie moja wina” sprawił, że kupiłabym ksiunrzkę w ciemno. Serio. Niektóre Litery po prostu chcą patrzeć, jak złe ksiunrzki płoną. Q.
(Visited 66 times, 1 visits today)