Czemu naprawdę nie chcesz publikować w The Cold Desire

Blogasek powraca. Cieszycie się?
Ale #kiedyrecka?

Kiedy przestaniecie zrzynać tagi od widzów Gonciarza. No dobra, żartuję, reckę mam skończoną w trzech czwartych, ale pozostała jedna czwarta boli. Odłożyłam więc ją na chwilę, aby opowiedzieć Wam historię z czasów, gdy dopiero zaczynałam się interesować grafomanią chujową literaturąniszową literaturą piszących inaczej. Było to wtedy, gdy odkryłam wydalnictwo (nie mylić z wydawnictwem) The Cold Desire. Chamskie przekręcanie słów? No chamskie, ale z drugiej strony stawianie na równi tego typu tworów z profesjonalnymi wydawnictwami byłoby nie tylko chamskie, ale i uwłaczające oraz skrajnie niesprawiedliwe, więc będę się trzymała tego rozróżnienia.
Jest rok 2012 czy tam początek 2013. Dowiaduję się o istnieniu The Cold Desire z tematu na forum literackim. Tytuł tematu brzmiał “Gdzie nie wysyłać swoich powieści, jeśli masz rozum i godność autora”. Czy jakoś podobnie. Ogólnie pisali tam, że wydalnictwo jest złe i ma wszy w pępku, co mnie wyjątkowo zachęciło, bo jak wiecie, lubię wszy, pluskwy i takie tam. Pogrzebałam więc w internetach celem sprawdzenia, jak wielkie są te wszy i, zaiste, były one wielkie, piękne i kolorowe. I gryzły.
Przede wszystkim o tworach wydanych przez The ColdDesire pisano w takim tonie:

“Gdybym mówił językami ludzi i aniołów” – eeee. Literówki. Ortografy.

Ortografy. W książkach. Czyli redakcji nie ma, albo leci sobie w kulki.

W antologii, w której pojawiały się te ortografy, publikował autor, którzy pisząc o lekarzu w USA nie miał pojęcia, ile trwają studia medyczne, a tak właściwie to nie miał także pojęcia, jak się w ogóle pisze opowiadania i że powinny mieć chociaż szczątkowy sens. Czyli selekcji tekstów nie ma.

Okładki książek były “tworzone” albo przez samych autorów, albo przez kogoś, kogo poziom twórczości przypominał mi dzieła robione na zaliczenie w ogólniaku. Sądząc po najnowszej okładce (wrzuconej dzisiaj na Facebusia wydalnictwa), wydalnictwo po latach funkcjonowania nadal nie odkryło tego, że tworzenie okładek zleca się grafikowi.
(ktoś się starał, ale tym kimś nie był rysownik)
Jak wiecie, mam co najmniej jedną powieść The Cold Desire i skoro nawet ja wiem, że do książki nie powinno się ładować rozwlekłej czcionki bezszeryfowej…

FONTU – oburzają się czytelnicy.

Jak w książce to chyba czcionka jednak… W każdym razie, jedną książkę pożyczyłam znajomej studentce edytorstwa, aby mogła się pochwalić, że jednak są ludzie, który składają tekst gorzej niż jej kolega, który został wywalony po pierwszym semestrze.

No musisz tyle narzekać na to wszystko?

Ale ja nie narzekam! Byłam wniebowzięta! The Cold Desire miało akurat nabór na kolejny zbiór opowiadań, a ja akurat potrzebowałam pomysłu na artykuł. Postanowiłam więc zrobić małą dziennikarską prowokację i posłałam im tekst, który został odrzucony w innym konkursie. Antologia miała narzucony temat i, oczywiście, opowiadanie miały zawierać gejów, no bo yaoi. W moim opku nie było nawet pół geja, aby doszukiwać się romantyczno-seksualnych podtekstów pomiędzy bohaterami trzeba było po prostu nie umieć czytać. Opowiadanie także nie miało nic wspólnego z narzuconym tematem.

Dostało się. Otrzymałam mail, chwalący entuzjastycznie mój tekst oraz mnie jako autorkę, jakie to Q zdolne, ładne opka pisze i w ogóle. 

Szybko jednak nadszedł kolejny mail, przytaczający wątek na forum, na którym otwarcie pisałam, że to prowokacja i w ogóle, tak trochę dla beki.

(To był ten czas, gdy wiele rzeczy robiło się dla beki, co trzecia strona na Facebuczku traktowała o czytaniu/słuchaniu/robieniu dla beki.)

Opko, pomimo podpisanej umowy, do druku nie poszło.

I tak oto nie zostałam sławną pisarką. Za to napisałam stosowny artykulik o prowokacji i zapomniałam o sprawie, w końcu trzeba żyć dalej, a The Cold Desire nie było jedynym złym wydawnictwem na świecie. I tak minął czas, aż w końcu postanowiłam założyć tego oto blogaska.

Wiesz, Q, ten tekst taki trochę średnio śmieszny. Znaczy, wszy były dobre, ale cała reszta 2/10 – marudzą czytelnicy.

Widzicie, nie doszłam do puenty. Otóż jak tylko zrecenzowałam negatywnie książki Wydalnictwa, nagle pojawiły się głosy obrońców, że się mszczę, bo mnie nie przyjęli do szacownego grona autorów.

 

(typowy komć zawierający tę prawdę objawioną. w prawym górnym rogu liczba osób, która uznała komć za głupi)




Z czego można wywnioskować:


Po pierwsze – że The Cold Desire ma umowy cywilno-prawne głęboko i fakt, że w związku z tym, że podpisałam się pseudonimem (który bynajmniej nie brzmiał Q) nie powinni szafować na blogaskach moim nazwiskiem, ani podawać go krewnym i znajomym królika, ma również głęboko w dupie.

Po drugie – że ktoś musiał nieźle szperać w sieci, aby powiązać tamten tekst i tamtą osobę z Piwnicą.

Po trzecie – że albo ktoś z wydalnictwa łazi po blogaskach oraz portalach i bezczelnie kłamie, albo ktoś, komu wydalnictwo opowiedziało historyjkę chodzi i kłamie. Ewentualnie samo wydalnictwo skłamało w czasie opowiadania historyjki przy piwie, aby wydalnictwo nie wyszło na gupie. Ponieważ, cokolwiek było w prowokacyjnym opku, zostało ono przyjęte i zakwalifikowane do druku. Nie zostało ono odrzucone, miałam podpisaną umowę, ale nie zostało wydrukowane, ponieważ tak.

I to jest powód, aby nie przesyłać tekstów do The Cold Desire. Ponieważ, jeśli piszesz złe gejowskie opcia, rysujesz komiksy o gwałceniu Harry’ego Pottera i nie obchodzi Cię, czy to, co zostanie wydrukowane, w ogóle będzie przypominać książkę, rzeczy które przytaczałam w pierwszych akapitach pewnie i tak Cię nie ruszą.

Ale idź wtedy do Kotori, przynajmniej później się nie dowiesz z sieci prawdziwych inaczej faktów o sobie.
*

To była wypowiedź dla tych, którzy nigdy nie czytali wcześniej mojego blogaska. Ci, którzy to już uczynili niech spojrzą jeszcze raz na Pulsara.
(Visited 119 times, 1 visits today)