Matko Bosko Radziecko, czyli Hannibal s03e03-04

Przyznam szczerze, że od samego początku oglądania serialu ciekawiło mnie, jak przedstawią w nim historię dzieciństwa Lectera. Głównie dlatego, że wersja książkowa nie miała racji bytu.
Nie doceniłam twórców, wpływu praw Murphy’ego oraz faktu, że mamy tu do czynienia najwyraźniej ze stereotypowymi Amerykanami babrzącymi się w historii Europy. 
(ostrzegam – spoilery bardzo, także do książek)

W trzecim odcinku sezonu trzeciego nasz ładny, acz trochę nieogarnięty protagonista postanawia jechać na Litwę, celem pozwiedzania domu rodzinnego doktora Lectera. Albowiem Lecter jest, zgodnie z pierwowzorem, Litwinem o dość mało litewskim nazwisku. W książkach także był arystokratą, który stracił calutką rodzinę i posiadłość w czasie drugiej wojny światowej, gdy pechowo na rodzinkę Hannibala najechali najpierw Naziści, a potem Sowieci.
Okej, całkiem sensowna historia. Co z nią jest nie tak?
Oryginalna fabuła Milczenia Owiec dzieje się w latach ’80. Fabuła serialu osadzona jest we współczesności. 
Co oznacza, że serialowy Hannibal musi być o bite trzydzieści lat młodszy od książkowego. 
Zgadnijcie – co było w latach ’60 na Litwie?
CHOLERNE ZSRR.
(podkład do reszty notki)

Niestety, istnienie wielkiego, komunistycznego państwa najwyraźniej jakoś umknęło twórcom Hannibala, ponieważ Will zwiedza sobie wielką, arystokratyczną chawirę Lectera, w której, jak sądzę, Hanni sobie radośnie mieszkał, nietykany przez Stalina, kolektywizację i przymusowe wywozy na Sybir.

(- Towarzyszu, a co tam stoi w oddali?
– To, Wania, jest dziura w czasoprzestrzeni.
– A może by tę dziurę jakoś tak skolektywizować i przerobić na sowchoz?
– Nie da rady, tam straszy. Ktokolwiek tam wejdzie, zaczyna pierdolić od rzeczy.)

Co więcej – Willuś podczas radosnego zwiedzania pełnego obowiązkowego slowmo i fantazyjnych zbliżeń na ślimaki (yup, teraz ślimaki są na topie) spotyka tam Japonkę trzymającą przez dziesiątki lat, na polecenie Lectera, jakiegoś faceta w prowizorycznej celi.

W tym momencie przestaję pisać i daję Wam dwie minuty na głęboką kontemplację tego zjawiska.

Już? Świetnie.

Zostawmy więc ten temat i przejdźmy do reszty.

Samo spotkanie dwójki nowych bohaterów wypadło, jak dla mnie, nieźle – jednakże nie z powodu scenariusza, który jak zwykle polega sromotnie na przedstawieniu chociaż odrobinę sensownych relacji międzyludzkich, a z powodu chemii pomiędzy aktorami. Bo chemia jest, przytłoczona stosem ślimaków, pierdolenia, ślimaków i… no, ślimaków…

(Helix pomatia)

W każdym razie, poruszony jest wątek tego, że Will to w sumie chciałby być taki jak Hanni-senpai i robić tak samo fajne zupy z trupa. Już pisałam, że ja przemiany Willa nie kupuję, głównie dlatego, że pomimo tego całego gadania na temat moralności, kręgosłup moralny Grahama wykrzywia się akurat w tę stronę, która pasuje scenarzystom i trudno tam szukać jakichkolwiek sensownych rozterek czy nawet powolnej przemiany w kolejnego artystycznego zwyrola. W sumie Will wydaje się w tym sezonie dość żałosnym gościem, który zrobi absolutnie wszystko, byleby utrzymać przy sobie przyjaźń Lectera i naprawdę, cholera wie, skąd to mu się wzięło, skoro nie tak dawno nasyłał na Hannibala innego seryjnego mordercę celem robienia Jezusa Lectera sprzątnięcia doktorka z tego świata.
Przejdźmy więc do kolejnego odcinka, który jest… no, zaskakująco lepszy od poprzedniego. 
Hłehłe, bo nie ma w nim Hannibala. 
Jest za to doktor Chilton.
(yeah)

Chilton miał, jak sądzę, działać na zasadzie kontrastu do Lectera. Obaj są psychiatrami. Obaj ubierają się w zadziwiająco podobne, snobistyczne garniaki, bywają na tych samych nadętych przyjęciach, podobnie urządzają swoje gabinety… ale. Gdy Hannibal “Gary Stu” Lecter zaczyna recytować Dantego w oryginale, cała sala zamiera w niemym olśnieniu jego zajebistością. Hannibal jest , oczywiście, świetnym psychiatrą i manipulatorem, wszyscy ulegają jego czarowi, do tego ma doskonałe skille chirurgiczne, dobrze wygląda na motorku i ma niezłą klatę.

Chilton jest samolubnym dupkiem, stawia błędne diagnozy, był koszmarnym chirurgiem i nikt go nie lubi. Chociaż muszę przyznać, że nie wiem, jak wypada przy prezentowaniu wdzięków po wyjściu spod prysznica.

W sumie nie trudno się domyślić, któremu z tych bohaterów kibicuję. Każda chwila serialu, która nie zawiera typowego pierdololo i zachwytu nad Haniutkiem jest na wagę złota.

(Pierwszy dobry tekst w serialu.)
W każdym razie, w tym odcinku Chilton, mocno wkurzony po tym, jak Lecter wmanewrował go w swoje zbrodnie i pośrednio doprowadził do przefasonowania chiltonowej twarzy za pomocą pistoletu, chodzi od jednej ofiary Hannibala do kolejnej i pyta: “Hej, może utworzymy takich Avengersów, tylko przeciwko Lecterowi?” Oczywiście, jako że nikt go z założenia nie lubi, a ponadto najwyraźniej reszta nie oglądała slasherów i nie wie, że w podobnych sytuacjach powinno się trzymać razem, nic z tego nie wychodzi.
Cały odcinek najwyraźniej dzieje się chronologicznie wcześniej niż poprzednie, bo znowu mamy Willa leżącego w szpitalu ze zszytą raną hannibalopochodną. Pamiętacie scenę z pierwszego odcinka i wizytę Abigail? Tu ta scena jest powtórzona, tylko zamiast Abi mamy Chiltona, który praktycznie powtarza kwestie dziewczyny z pierwszego odcinka.
Co najpewniej oznacza, że któraś z tych scen to była dzika halucynacja Willusia. Oczywiście, obstawiam Abigail, chociaż osobiście uważam, że wersja, w której Grahamowi zwiduje się Chilton przychodzący do niego z bukietem kwiatów pozostawia widzom DUŻO ciekawsze pole do interpretacji.
(yup, kwiotki)

Oczywiście, nie może być za dobrze.
Sama koncepcja “wszyscy nie lubią Chiltona” sypie się od razu, gdy pomyślimy, że ten – jakby nie patrzeć – niewinny facet zarobił strzał w twarz od świadka podczas przesłuchiwania FBI. Co oznacza, że chociaż Jack Crawford powinien się powstrzymać od wygłaszania złośliwości w niego wymierzonych – jeśli nie z powodu szczątkowej empatii i zwykłego poczucia winy z powodu zajścia, to dlatego, że pozew Chiltona narobiłby Biuru więcej szkód niż granat odłamkowy. Znaczy, zrobiłby, gdybyśmy nie byli w świecie, w którym podczas przesłuchania można niemalże zabić niewinnego człowieka i nobody cares
Niestety, prócz Chiltona występują też w serialu inni bohaterowie. O ile Mason Verger – któremu Hanni dla odmiany uciął połowę twarzy – wypada dobrze, trudno powiedzieć to o reszcie. Mamy na szybko zakończony wątek Belli, żony Crawforda, która umiera (w końcu) na toczącego ją raka, a jako że robi to w kilku dość kliszowych scenach po nagłym urwaniu jej historii w połowie poprzedniego sezonu, rusza mnie to średnio. Zwłaszcza, że sam temat jej choroby był eksploatowany płytko i przygnieciony milionem innych wątków/postaci/klatą Willa/ślimakami w slowmo.
Mamy też, oczywiście, Grahama, który już otwarcie fantazjuje o tym, jak razem z Hanką zabijają Crawforda…
…dobra, to akurat jest realistyczne, pewnie połowa ludzkości miała fantazję o zabijaniu swojego szefa…
…i ogólnie jaki piękny byłby świat, gdyby nie odrzucił cudownej przyjaźni cudownego doktora Lectera. Na końcu odcinka natomiast Willuś wsiada na łódkę i zapierdala Haniutka przeprosić.
Tak, z Baltimore do Włoch. Łódeczką.
A na koniec zadanie domowe dla czytelników. NBC ogłosiło, że kasuje Hannibala po trzecim sezonie. Na podstawie notki podaj trzy powody, czemu tak się stało.

(Visited 67 times, 1 visits today)