Będę Cię kochał wiertarką, czyli sezon trzeci “Hannibala”

No i nastała ta chwila.
Jak zapewne pamiętacie, Hannibal NBC to ostatnio moje ulubione guilty pleasure. Przy czym słowo pleasure należałoby brać w jak najszerszym tego znaczenia. Posunęłabym się do stwierdzenia, że moje podejście do tego serialu jest trochę podobne jak relacje jego głównych bohaterów – jeden próbuje się zaprzyjaźnić, drugi go patroszy, ale nikogo to nie zniechęca i mamy powtórkę sytuacji. Przez jakieś trzynaście odcinków.
(Spoilery niewielkie, jeśli nie oglądaliście, możecie czytać dalej.)

Jak również zapewne pamiętacie, próbowałam recenzować Hannibala odcinek po odcinku, ale w pewnym momencie zakazali Mocarza skończyła mi się wena i wymiękłam. Byłam jednak dzielna, bardzo dzielna i dooglądałam do końca.
Znacie to uczucie, gdy, powiedzmy, czytacie Internety i nagle zjeżdżacie na komentarze, gdzie pan Bogdan z Kątów Małych tłumaczy, iż najlepszym lekarstwem na raka jest picie przemysłowego wybielacza? Weźcie to wrażenie, rozprasujcie na bite dwanaście godzin i oto macie mniej więcej pojęcie, co czułam w czasie oglądania radosnych przygód naszego Haniutka.
(oto scena seksów z wielkim pająkiem. nie ma nic wspólnego z serialem, ale ma Was przygotować na to, co nastąpi)
Zacznijmy jednak od pozytywów. Po pierwsze – Hannibal jest autentycznie piękny wizualnie. Nie wiem, na ile to zasługa showrunnera, na ile jego ludzi, ale większość kadrów z tego serialu mogłabym oprawić w ramkę i powiesić na ścianie. Bardzo dawno nie miałam takiego wrażenia, chyba ostatnio przy komiksie Romantically Apocalyptic – że można by wyciąć wszystkie dialogi i wtedy to byłaby sztuka. Przez wielkie eSZ. Również ścieżka dźwiękowa jest niesamowita, mocna i niepokojąca. Piosenka z ostatnich scen serialu wżyna się z mózg lepiej niż opening Kaczych Opowieści i jeśli chodzi o współgranie utworu z tym, co się dzieje na ekranie, to IMO pobija ją tylko czołówka Watchmen.
Niestety, nadchodzi potem ten moment, w którym bohaterowie się odzywają i mamy…
…ochotę wyłyżeczkować sobie mózg. Przez oczodół. Dwukrotnie.
Przede wszystkim – nic w tym serialu nie trzyma się kupy. Chyba pod poprzednią notką zarzucano mi, że hej, to nie policyjny procedural, ale serio, jest różnica pomiędzy luźnym trzymaniem się realizmu, konwencją, a zwykłymi głupotami wynikłymi z tego, że reżyser stara się, no bardzo stara się stworzyć jakąś intrygę, ale można to o kant stołu potłuc. Prawda jest taka, że Hannibal Lecter jest typowym przykładem bohatera, który wydaje się specjalny i inteligentny nie dlatego, że taki jest, ale ponieważ większość innych postaci to totalni kretyni. Bardzo dawno nie widziałam tak skretyniałego FBI, tak karykaturalnie zaślepionych bohaterów, wszystko po to, aby Hannibal był ciągle górą, przez cały serial. Jakkolwiek gra aktorska Madsa Mikkelsena jest fenomenalna, przez cały czas miałam wrażenie, że gdyby wpuszczono tam chociaż jedną osobę, której zawczasu nie wyżarto połowy mózgu, która byłaby ślepa na (niezbyt urzekający) czar doktorka, serial skończyłby się w dziesięć minut.
Trudno w tym serialu mówić cokolwiek o bohaterach drugoplanowych, ponieważ ci głównie narzędziami do robienia scenariusza. Nie postaciami, narzędziami, których celem jest, powiedzmy, ginąć w brutalny sposób. Albo urodzić dziecko, albo być tym gościem, który jest ciągle chamski dla Haniusia, bo Haniuś nie lubi chamskich ludzi… Po trzech sezonach zorientowałam się, że część bohaterów drugoplanowych równie dobrze mogłaby być zamrażana po wyjściu z kadru i odstawiana w kąt na potem, ponieważ najwyraźniej albo wcale nie posiadają życia prywatnego, albo jest ono tak mętne i nieznaczące, że trudno czuć do nich cokolwiek. Chyba najbardziej jaskrawym przykładem jest tu Alana Bloom, której wątek związku (a w zasadzie dwóch związków) powinien być mocny i dramatyczny… gdyby nie fakt, że w zasadzie opiera się na dwóch scenach seksu i jednym zdaniu wymienionym z kolejną bezwolną marionetką, doktorem Chiltonem.
Och, Chilton. Za to co zrobili z tym bohaterem serial powinien dostać karnego homara, ponieważ ten facet stał się karykaturą samego siebie z poprzednich sezonów, trochę w typie głupkowatego przydupasa łotra Disneya. Jeśli by tego mało, poza bycie zaślepionym sławą debilem ma w tym sezonie jedynie jedną rolę i… powiem wam tylko: to bolesne. 
(karny homar – gdy rak to za mało)
To z kolei prowadzi nas do kolejnego problemu, a mianowicie – serial jest niewiarygodnie bezduszny. Tutaj sprawa jest jasna, według twórców jedyni bohaterowie, którzy zasługują na jakiekolwiek uczucia, współczucie czy ukazanie traumy to wielokrotny seryjny morderca-kanibal i psychopatyczny profiler. To są ludzie przeżywający rozterki (na miarę własnych możliwości) przy akompaniamencie dramatycznej muzyki. Cała reszta może być tłuczona młotkiem, gwałcona i podpalana, i nie zasługuje nawet na trzydzieści sekund uwagi i kwiatki przy szpitalnym łóżku. Nope, wracamy do Willa, patrzcie, rozebrał się i tak smutno patrzy.

(może jak się rozpłaczę, to nie zauważą, że przez oczy widać mi tył czaszki?)
No i największy fuckup serii – relacja Willa i Hannibala. Umówmy się:
– gdy ktoś próbuje ci wypruć flaki, to to nie jest romantyczne
– gdy ktoś chce zabić całą twoją rodzinę i wszystkich znajomych, to to nie jest romantyczne
– gdy ktoś chce otworzyć twoją czaszkę, aby sprawdzić, czy masz mózg, to to TOTALNIE nie jest romantyczne
Czemu więc, serialu, wpierasz nam, że jest? Niezależnie od tego, ilu środków stylistycznych użyjesz, jak sądzisz, co niesie za sobą większy ładunek emocjonalny?
a. patrzenie sobie w załzawione ślipka
b. próba brutalnego morderstwa?
Jak mam oceniać postać, która po wielokrotnej próbach bycia zarżniętą jak świniak pyta łamiącym się głosem, czy Hannibalek ją kocha?
Otóż, drogi Willusiu, mam dla Ciebie odpowiedź. 
Nie. A poza tym jesteś zbyt głupi, aby żyć. Idź skoczyć z klifu, jak na dobrego leminga przystało, zanim zatłukę cię młotkiem. Chociaż to zapewne tylko sprawi, że się we mnie zakochasz. 
Prawda jest taka, że mamy tu historię dwóch facetów, którzy co 30 minut odcinka próbują się zabić, potem im się odmienia i przez następne 30 minut się kochają i tak w koło. I mówiąc “kochają się” nie mam na myśli platonicznej relacji, bo podobno z serialu wyleciała scena, w której nasz uroczy, acz bezmózgi protagonista wsadza seryjnemu mordercy-kanibalowi język do gardła.
(hehehe, taka ze mnie krejzolka)

Nie będę się wiele wypowiadać o fabule, ponieważ sposób jej prowadzenia przedstawiłam w poprzednich notkach, napiszę więc jedynie o adaptacji Czerwonego Smoka, czyli odcinkach od dziewiątego do trzynastego.
Po pierwsze, Richard Armitage jest niesamowity.
Po drugie, to najgorsza adaptacja, jaka powstała. Głównie dlatego, że mając bite pięć godzin zamiast filmowych dwóch i pół, jakimś cudem Fuller wykastrował głównego antagonistę ze wszelkiego backstory, czegokolwiek poza byciem wizualną atrakcją. Na Ryśka (przez większość czasu półnagiego) się ładnie patrzy i w sumie tyle. Jeśli jest przerażający, to to bynajmniej nie zasługa scenariusza.
Po trzecie, Fuller nie umie adaptować. Po prostu. W pewnym momencie mamy sytuacje, gdy bohaterowie praktycznie cytują kwestie z książek… tyle że to nie są przecież ci sami bohaterowie, co w książkach, po tych dwóch-i-pół sezonu jest tak daleko od książkowego pierwowzoru, jak tylko można, nie wylatując przy tym z galaktyki. Gdy jednak scenariusz coś zmienia, jest to zazwyczaj zmiana na gorsze.
Finał jest w sumie skompresowaniem wszystkich zalet i wad serialu – wizualny i muzyczny geniusz, WTFny pseudoromantyzm w wykonaniu naszej cudownej dwójki, kretyznim innych postaci, dużo pretensjonalności i braku logiki. To, co mi towarzyszy po seansie, to głównie poczucie braku sprawiedliwości, bo oberwali zdecydowanie nie ci, którzy powinni. Pozostają tylko dzikie fantazje na temat zatłuczenia Lectera jego własnym, wyrwanym z barku ramieniem i nadzieja, że serialu nie wznowią, bo kolejnych trzynastu godzin “ale ja cię kocham/chcę cię zabić” (skreśl odpowiednie w zależności od fazy twojego cyklu miesiączkowego i jakości zdjęć Plutona wykonanych przez New Horizons) to ja totalnie nie zniosę.
Ocena:
Fabuła: 3/10
Bohaterowie: 4/10
Muzyka: 9/10
Wizualnie: 10/10
Liczba homarów: trzy (za Chiltona, Willa-leminga i brak logiki)
Liczba ślimaków: dużo, nie liczyłam
*
Tak, wiem, lemingi naprawdę się nie zabijają. 
Ale gdyby to robiły, to Willuś musiałby naprawdę się zastanowić nad swoją przynależnością gatunkową. 
(Visited 124 times, 1 visits today)