Popkulturalnie

Mężczyzna, który nienawidził stóp

Porozmawiajmy o Robie Liefeldzie.

Nie no, naprawdę. Jeśli jakiekolwiek zjawisko na świecie zasługuje na wyraźne omówienie, są to rysunki Roberta Liefelda. Nie wiesz, kim jest Robert? Błąd. To tak, jakby nie wiedzieć, kim jest Tommy Wiseau.

Wszystko zaczęło się w latach ’90 XX wieku, gdy w Ameryce każdy szanujący się nastolatek nosił czapkę z daszkiem i był edgy, a najczęściej powtarzanym słowem w popkulturze było EXTREME (w wersji bardziej, khem, ekstremalnej, EXXXTREME). Wcześniej, w latach osiemdziesiątych, komiksy superbohaterskie przechodziły modę na tematy bardziej poważne, o ciężkim tonie, rodzili się pierwsi popularniejsi antybohaterowie. Tak więc lata ’80 dały nam fenomenalne i kultowe Watchmen (jeden z moich najbardziej uwielbianych komiksów evah), Batman: Śmierć w rodzinie czy, wychodząc poza tematykę trykociarzy, V jak Vendetta albo Maus. Wszystkie te dzieła wyróżniały się niejednoznacznymi bohaterami, poruszaniem poważnych tematów, częstokroć politycznych, dotykaniem zagadnień związanych z ludzką psychiką czy kondycją cywilizacji… i czytelnicy naprawdę to kochali.

A potem przyszły lata ’90. Pomyślcie o tym tak, jakby lata ’80 były Darthem Vaderem, natomiast ’90… no cóż, Kylo Renem.

Tak, było aż tak źle. Chciano bardziej mrocznych, edgy postaci. Chciano spluw wielkości lodówki, które przypakowany super-Pudzian w trykocie obsługiwał jedną ręką. Chciano postaci kobiecych chodzących w samych stringach (nasz Kylo Ren z lat ’90 ma trochę tak 16 lat i trądzik, sami więc rozumiecie). Chciano postaci kobiecych w samych stringach i żelaznych cyckonoszu ORAZ ze spluwami wielkości lodówki.

Rob Liefeld rozumiał te potrzeby. Nie ma innego wytłumaczenia na to, czemu ktoś, kto zasadniczo nie potrafił rysować, dorobił się tak wielkiej popularności i tak niesamowitej fortuny na rysowaniu komiksów. W pewnym momencie Liefeld był tak popularny, że Stan Lee przeprowadził z nim wywiad w serii dokumentalnej The Comic Book Greats. Z facetem, który, no… bardzo nie lubił stóp.

X-Force #1

 Stopy – wielkie nemezis Liefelda

Spójrzmy chociaż na okładkę X-Force #1 – po kliknięciu dostaniecie obraz lepszej jakości. Zawiera dużo postaci. To źle, bardzo niedobrze dla Roba, dużo postaci oznacza bowiem dużo stóp, które trzeba poukrywać. Od razu widać, że z widocznym na pierwszym planie Juggernautem nasz rysownik poradził sobie całkiem nieźle – jedna stopa jest zakryta przez tło, druga natomiast znika za bohaterem o imieniu Warpath (przyzwyczajajcie się do tych imion, spora część mało znanych bohaterów lat ’90 ma w swoim mianie człon War, Death, Blood czy coś podobnego). Dobrze pod względem stóp wychodzi też Cable (prawy dolny róg), bowiem zostały one przezornie upitolone przez dolny brzeg komiksu. Uff, cztery stopy z głowy. Efekt finalny to jakieś trzy i pół stopy na siedem widocznych na okładce postaci, przy czym te stopy, które są widoczne, zostały baaardzo zniekształcone i pomniejszone przez dziwaczną perspektywę. Widzicie tylko sześciu bohaterów? Kliknijcie w obraz, w prawym dolnym rogu jest jeszcze Domino w pozie, jakby właśnie tańczyła twista i właśnie ją przyłapano na dziwnym połączeniu słowiańskiego przykucu i skrętu tułowia.

A kto tu ma skoliozę?

Powód niechęci Roba do stóp jest w sumie oczywisty, ale jakby ktoś się jeszcze nie domyślił – nie potrafi ich rysować. Spójrzcie na obraz po prawej, gdzie z kolei nie udało się usunąć stóp z zasięgu wzroku czytelnika. Pierwszym, co się rzuca w oczy, jest to, że wszyscy stoją… no, jakoś tak dziwnie. Wynika to z tego, że Liefeld niezbyt potrafi narysować człowieka w pozie swobodnej, wobec czego wszyscy stojąc opierają się na jednej nodze, drugą dziwnie trzymając w powietrzu. Nie dotyczy to kobiet, albo balansujących na olbrzymich szpilach, albo… chodzących jak baletnice, na czubkach palców.

Same stopy, oczywiście, narysowane są kiepsko – bardzo malutkie, nieforemne twory w kształcie diamentu lub trójkąta. Trzeba jedna zauważyć jedno – Rob Liefeld zadaje kłam wieściom, że mężczyźni w rurkach są niemęscy i jego bohaterowie już we wczesnych latach ’90 chodzili w rureczkach, które nęcąco podkreślały ich napakowane łydki. Trykociarze nie zaniedbują nóg na siłowni, potężne łydy to kolejny znak rozpoznawczy Roba.

Caps rasy belgian blue

Rob Liefeld i mężczyźni

Po lewej macie chyba jedno ze sławniejszych dzieł naszego wielkiego rysownika lat ’90. Jak widać, Rob lubi mięśnie. Nie do końca wie, jak działają i ile powinno ich być w ludzkim ciele, nie mówiąc już o umiejscowieniu, ale zdecydowanie bardzo je lubi. To chyba najlepszy tego przykład – potężny Kapitan Ameryka, którego amerykańska klata wystaje z dwa metry przed jego głową. Chodząca góra mięśni. Jego mięśnie mają mięśnie. Gdyby hodowcy bydła odkryli gen odpowiadający za tego rodzaju umięśnienie, cena wołowiny spadłaby do pięciu złotych za kilogram.

Istnieją w tym obrazie także bardziej subtelne oznaki stylu Liefelda. Jak chociażby szczękościsk, bowiem ten rysownik zna w sumie dwa rodzaje mimiki – otwartą paszczękę i właśnie szczękościsk. Szczękościsk oznajmia, że bohater jest twardy i nie da sobie w kaszę dmuchać, otwarte usta robią za wszystkie inne ekspresje (w latach ’90 nie było ich za dużo). Zwróćcie także też uwagę na dziwne cieniowanie, niespecjalnie mające jakikolwiek sens oraz dużą liczbę prostych kresek użytych, by dodatkowo pocieniować postać. Liefeld kocha kreski, zobaczycie je w bardzo wielu jego rysunkach.

Zwróćcie uwagę za oryginalny sposób trzymania broni

Dalej mamy Shatterstara, czyli bohatera, który zaczął jako generyczny maczo-Pudzian stworzony przez Liefelda, a skończył w gejowskim związku z meksykańskim mutantem (chyba nie muszę dodawać, że Robowi niespecjalnie się to spodobało, jeśli jeszcze macie jakieś wątpliwości odnośnie sposobu odbierania przez niego rzeczywistości, poczekajcie do liefeldowej wizji kobiet). W każdym razie, twarz Shatterstara wygląda trochę, jakby Liefeld chciał narysować bardzo leciwego dziadka, ale niekoniecznie wiedział, jak wyglądają zmarszczki. Nie, ten bohater nie ma żadnej dziwnej choroby skóry. To po prostu jego twarz.

Poza tym standardowy zestaw – tona mięśni. Szczękościsk. Włosy narysowane tak, jakby Shatterstar codziennie rano rozdzielał je na pasma i każde pasmo sklejał osobno pomadą. No i… kto w ogóle tak trzyma szablę?

Rob Liefeld i kobiety

Kobiety nie czytają komiksów z superbohaterami, powtarzali i chyba do tej pory powtarzają pewne specyficzne typy fanboyów. Ehe. Ciekawe, jak bardzo oni by się pchali do czytania trykociarskich komiksów w latach ’90, gdyby połowa superbohaterów chodziła w stringach, prezentując przez 3/4 numeru na przemian mięśnie pośladów oraz klatę (oczywiście, nie poślady i klatę Pudziana, a wyidealizowanego fit-modela, trafiającego pod ustandaryzowane gusta żeńskiej widowni). Oczywiście, tylko tak do chwili, gdy alternatywna wersja naszego ulubionego rysownika, Roberta Liefeld, nie wpadłaby na genialny pomysł – a mianowicie przy odpowiednim złamaniu kręgosłupa bohatera, może być widać tyłek i klatę jednocześnie.

Auć. Po prostu auć.

Patrzcie na to. Tak właśnie Rob Liefeld postrzega kobiety. Tu powinien być żart o tym, że pewnie żadnej na oczy nie widział, ale z drugiej strony… nie słyszałam, aby urodził się bez stóp, pewnie więc nie o to, khem, chodzi. W każdym razie, patrzenie na to daje jakieś +500 damage’u w kręgosłup. Czy ona w ogóle ma organy wewnętrzne? Jak można stać tak wypiętym i wykręconym w obie strony?

Inna sprawa, że Liefeld ewidentnie brał pomysły na ubrania dla swoich heroin od aktorek porno, i to takich niskobudżetowych. O ile stroje wyglądające jak namalowane na ciele to w sumie standard u każdej z płci, tak powiedzmy sobie szczerze… to nawet nie udaje. Facet chciał po prostu sprzedać materiał do radosnego fapingu, na który prędzej pozwoli mamusia naszego edgy dzieciaka z lat ’90 niż na prawdziwą gazetkę z gołymi paniami.

Pomijając już bardzo bolesną anatomię – co ten facet ma do pasków i sakiewek? Naprawdę, prawie każda jego bohaterka (bohaterowie także, ale trochę rzadziej) ma co najmniej kilka. Wokół pasa (może usztywnia kręgosłup naszej gołej pani tak, aby się nie złamał?), wokół ud, wokół ramion. One tam trzymają coś pożytecznego, czy tylko dla ozdoby?

Ten strój nie wydaje się spełniać wymogów BHP

Kolejna bohaterka pochodzi z komiksu Re:Gex, który absolutnie polecam. Zaczyna się sceną, w której drużyna naszych herosów (zawsze była jakaś drużyna), stoi na szczycie lodowca. Dwóch ciepło ubranych facetów (no, w miarę ciepło, nawet w najlepszym wypadku zależność ubranie-temperatura była dla Liefelda zagadką), jakiś lodowy gigant, wielki robot i… kobieta. W staniczku i stringach. Sam komiks został wycofany bardzo szybko, ale jeśli ktoś chce zobaczyć podrygiwania zdychających lat ’90, powinien to przeczytać. Jest tam wszystko, co najgorsze w Liefeldzie i tej dekadzie – bezsensowna rozwałka, seksizm, miałkie postacie, edgy spluwy, supermoce i podróbka Wolverine’a (tych chyba Liefeld wyprodukował co najmniej dziesięć). Nawet nie wiem, czy Re:Gex jest dostępny legalnie (można próbować w ramach Marvel Unlimited), ale cholera, macie moje błogosławieństwo odnośnie piracenia. Jeden raz, bo za czytanie tego twórca powinien raczej dopłacać.

Czemu to w ogóle się sprzedawało?

Wydaje mi się, że po prostu Rob Liefeld zagospodarował niszę, która tylko na niego czekała. W momencie, w którym okazało się, że komiks może ukazywać antybohaterów, politykę, moralne dylematy, otworzyła się także furtka z bezsensowną golizną i przemocą. Granica tego, co mogło być pokazane w komiksach z trykociarzami przesunęła się. Łatwiej jest generować lekką siekankę niż ciekawą historię, a goła baba z mieczem i waginą odciśniętą na stringach przyciągnie główny target.

Lata ’90 z pewnością nieźle przyczyniły się do (teraz wyjątkowo głupiego już) stereotypu komiksiarza-niezbyt atrakcyjnego, zakompleksionego nerda o małych wymaganiach odnośnie uwielbianego przez siebie medium. Z grami komputerowymi było zresztą podobnie, takie serie jak Mortal Kombat czy Duke Nukem, chociaż same w sobie bardzo technicznie dobre, zdecydowanie jechały na przemocy i żeńskiej goliźnie. Podobnych, niezbyt subtelnych rozrywek targetowanych na kobiety nie było, przez co w sposób oczywisty, wśród odbiorców dominowała płeć męska.

A na sam koniec, uwaga – ULTIMATE EXXXTREME HYPER ’90 ROB LIEFELD SPECIAL! Czyli wszystko, z czego Rob słynie, kondensowane do jednego, porażającego dzieła! Trzymajcie:

EXXXTREEEEMEEE

Pragniesz więcej złych komiksów z lat ’90? Polajkuj.

(Visited 1 196 times, 1 visits today)
  • Agi

    Dobre to 😀

  • Sanofi Aventis

    i o taki content nam chodzi

  • Wow, rzeczywiście te rysunki są świetne. Haha ja bym chciała rysować tak stopy, więc ten Pan nie ma co narzekać 🙂

  • A ja nie lubię rysować dłoni 😛

  • Jedynym komiksem, jaki czytałam, był Tytus, Romek i Atomek. Inne nigdy do mnie nie przemawiały, co by tam nie narysować. 🙂

  • Każdy ma swoje wady i każdy nie lubi czego innego,świetnie napisany artykuł,.. 🙂

  • Świetnie napisane, wprawdzie to zupełnie nie moja bajka, ale trochę uporządkowanej, sensownej wiedzy na pewno mi nie zaszkodzi.

  • Bardzo fajne rysunki, widać, że gość miał talent 🙂 Błędny zapis masz, powinno być lat 90. (z kropką) 🙂

  • Szaman Shamansky

    Fajna analiza 🙂

  • Ulf Justyna K Lambert

    Auć. Kręgosłupy tych pań bolą.

    • Lucifuge Rofocale

      Rysunki Liefielda były po prostu słabo zawoalowaną propagandą: Kobiety nie mają kręgosłupa (w domyśle moralnego).