Depresyjne podsumowanie stycznia (o depresji – inaczej)

Uznałam, że będę więcej na blogu pisać o swoim życiu.

Pan Doktór twierdził, że mam tendencję do nierealnego wręcz eskapizmu. Powiedział mi o tym, jak wytłuściłam mu całą koncepcję transhumanistycznego transferu jaźni i zagrzebania się w cyfrowej projekcji własnych fantazji, umówmy się więc – sama na to wpadłam pierwsza.

Pisanie jedynie o serialach, głupich ludziach w internecie oraz Gwiezdnych Wojnach w każdym razie niezbyt pomaga w wyjściu z eskapistycznej pętli, oto więc notka o tym, co robię w życiu. Tak więc kolejno.

 

Wieś jest nudna

Od trzech miesięcy mieszkam na wsi. Jest to wieś trochę podrabiana – zero krów, kóz czy kurczaków, za to najbliższy spożywczak cztery kilometry dalej. Polną drogą. Nieoświetloną, nieoasfaltowaną polną drogą, wobec czego bywam w sklepie pi razy raz w miesiącu. Stanowczo pomaga w tym posiadanie spiżarki oraz dwóch lodówek. Zaleta jest taka, że nie kusi mnie picie dwulitrowej Pepsi raz w tygodniu – nie mam prawa jazdy, więc muszę albo jechać po nią rowerem, albo poprosić o podwózkę kolegę hehe Mirka.

Kolega hehe Mirek to kuzyn innego kolegi  – tego, od którego wynajmuję szacowną Willę na Wsi (nazwijmy kolegę od wynajmu T.). Mirek jest śmieszkiem i ostatnia prośba o podwózkę na większe zakupy skończyła się tak, że znalazłam w torbie paczkę prezerwatyw.

Wiecie, jak najlepiej poznać to, że jesteście już dorośli? Gdy znajdujecie paczkę gumek w swoich zakupach i jesteście absolutnie pewni, że hehe Mirek po prostu pomylił się przy rozdzielaniu rzeczy przy kasie. Dopiero T. musiał mi wyjaśnić, że…

…i że hehe Mirek tak ma. Innymi słowy, chyba mi jednak podskoczy forma fizyczna, bowiem boję się kolejnych mirkowych dowcipasów. Ponadto Mirek swoim autem niesamowicie rozbija się na zakrętach.

Jeśli ktokolwiek chociaż trochę mnie zna – więc raczej nie czytelnicy blogaska, bowiem tu raczej piszę o sobie mało – wie, że raczej jestem stworzeniem miejskim. Nie dla mnie urocze domki na wsi w jakiejś Zabajce czy innej Poczekajce. Powody, dla którego przeprowadziłam się są więc następujące:
– na wsi jest tanio;
– na wsi jest spokojnie.

Warto zaznaczyć, że wcześniejsze pół roku spędziłam w okolicach Warszawy, próbując ogarnąć rozsypujący się dom (długa historia) oraz ciężko chorą Ciotkę. Ciotka urodziła się jeszcze przed wojną, została pokarana przez los kombo lekkiego upośledzenia i schizofrenii i na ten moment nie tyle jest na jesieni swojego życia, co gwałtownie już zbliża się zima. Jeśli więc ktoś zastanawiał się, czemu blogasek był zdechnięty przez te miesiące – otóż dlatego, że wzięłam sobie na barki coś, co mnie zdecydowanie przerastało. Cieszę się, że to już za mną, a Ciotka ma dużo bardziej profesjonalną opiekę niż ja mogłam zapewnić.

 

Planowanie czasu jest trudne

W każdym razie, mieszkanie na wsi o populacji 14 mieszkańców (ze mną włącznie) okazało się tak bardzo spokojne i nieciekawe, jak myślałam. Pracuję zdalnie, dzień więc zaczynam w okolicach “kiedy mi się zechce obudzić”, po pracy mam natomiast kupę czasu, który mogę zmarnować na oglądanie seriali oraz granie w Simsy. Z uwagi jednak na problemy z produktywnością postanowiłam prowadzić dziennik zadań, jak kazała Sławna Blogerka Od Planowania.

Tu dygresja – depresja i przyległości sprawiają, że nie chce mi się wychodzić z łóżka, przy czym u mnie nie kończy się na “niechceniu”. Pan lekarz od kręgosłupa ostatnio widząc mnie zakrzyknął: “Paaaani, kto tak pani spierdolił!” i musiałam powiedzieć, że sama sobie zepsułam, brakiem ruchu, a w szczególności brakiem wstawania z łoża mej boleści. Postanowiłam więc być aktywna, planować rzeczy i takie tam. Po czym okazało się, że do planowania rzeczy potrzebny jest plan planowania rzeczy, a najlepiej cały kurs od Sławnej Blogerki Od Planowania, za jedyne 89,99zł w promocji świątecznej. Kursu nie kupiłam, gdyż okazało się, że 90% pań planujących ma na głowie troje dzieci, biznesa i pracę na etacie, a ja mam tylko biznesa, blogaska i nieskończonego fanfika o miłości generała Huksa i Mary Sue.

Tak więc z czym w ogóle do ludzi, planowanie nie jest dla mnie.

 

Facebookowe grupy wsparcia to… niekoniecznie dobry pomysł

Z racji spędzania dużo czasu w internecie, a co gorsza – pracowaniu w internecie, postanowiłam rozejrzeć się za grupami wsparcia dla osób z depresją i/lub z rodzin dysfunkcyjnych (tak zwane DDA, dorosłe dzieci alkoholików oraz DDD, dorosłe dzieci z rodzin dysfunkcyjnych). Jeśli masz podobne problemy, co ja – proszę, nie rób tego.

Naprawdę, ja, obca osoba z Internetu tak mówię, ale tym razem to na serio.

Jeśli masz problem, powiedzmy, natury psychologicznej, z pewnością ulgę sprawi świadomość, że nie jest się samym. Kłopot polega na tym, że najwyraźniej wszelkie grupy wsparcia bez jakiejkolwiek kontroli psychologa czy lekarza bardzo szybko przyciągają ludzi, którzy nie bardzo chcą słyszeć, że ktoś miał problem i z niego wyszedł. Prawdopodobnie wynika to z tego, że sami wygodnie tkwią w swojej bezradności (znam to uczucie) i nie w smak im opowieści o tym, że komuś idzie lepiej od nich. Albo że te same przyczyny mogły rodzić inne problemy – przykładowo, wiele osób z rodzin dysfunkcyjnych ma tendencję do pakowania się w toksyczne związki, wobec czego spędziłam bardzo dziwne i oderwane od rzeczywistości trzydzieści minut próbując udowodnić obcym ludziom, że ja niespecjalnie pakuje się w jakiekolwiek związki, toksyczne czy nie. Przekonanych oczywiście nie przekonałam i po tym, jak mi ktoś napisał “zobaczysz, jeszcze będziesz żoną alkoholika” pożałowałam, że nie opcji zrzucenia grupy za bycie po prostu szkodliwą dla osób chorych.

Bądź mądry, nie popełniaj mojego błędu.

 

Życie osobiste jest powodem zmartwień, przezornie więc go nie posiadam

Jak pisałam, na mojej wsi mieszka, według Wikipedii, 14 osób (ze mną włącznie). Z tych 14 osób znam T., mamę T., tatę T. oraz hehe Mirka hehe. Od mamy T. dostaję czasami fanty ułatwiające przeżycie na wsi, jak np. ciepłe papucie, skarpety oraz spodnie Kylo Rena, które można podciągnąć pod pachy (a ponadto są bardzo wygodne). Od taty T. jeszcze nic nie dostałam, ale sytuacja jest rozwojowa.

Zaskoczyło mnie, jak bardzo lekko przyjęłam praktyczny brak znajomych w promieniach kilometrów, po czym do mnie doszło, że nawet za najlepszych czasów w centrum Krakowa czy Warszawy znajomych raczej dużo nie miałam. Kilka bliskich mi osób rozsypanych jest po całym globie, nigdy byłam osobą wychodzącą na piwo czy imprezy. Znajomości z Krakowa bardzo szybko rozluźniły się po mojej wyprowadzce i teraz są praktycznie martwe.

I oczywiście, są chwile, w których brakuje mi jakichś ludzi w moim otoczeniu, tak samo jak są chwile, w których brakuje mi rodziny, której nie mam – fakt faktem jednak, że zauważam to tak raz na dwa miesiące. Częstokroć w okolicach świąt Bożego Narodzenia czy Wielkanocy mam napływ poczucia samotności i ten rok nie różnił się w niczym od poprzedniego. Mam wrażenie, że rodzina i znajomi to coś, czego pragnę okresowo i w małych dawkach, zazwyczaj bowiem czuję się naprawdę dobrze sama. Plus, powiedzmy sobie szczerze – nie umiem nawiązywać znajomości, a już w ogóle nie umiem nawiązywać związków. Lata temu niezbyt przyjemni ludzie naśmiewali się, żem aspergeryczka i chociaż absolutnie się z tym nie zgadzam (i Pan Doktór też nie) – coś w tym może było, bowiem ewidentnie podejścia do zawierania znajomości nie mam.

 

Wreszcie wiem, gdzie chcę pojechać na stypendium

Dzisiaj miałam sen, w którym robiłam zakupy gdzieś w Ameryce Południowej. Sen nie precyzował, gdzie to było, ani jakie zakupy, niemniej jednak obudziłam się bardzo zadowolona, gdyż większość snów podróżniczych kończy się u mnie zadowoleniem wielkim. Koło roku temu uznałam, że skoro chcę gdzieś wyjechać na dłużej, to czemu tego nie zrobić? Tak zaczęłam uczyć się języka chińskiego. Trudno mi samej określić, czemu akurat taki kierunek wybrałam sobie jako cel, bowiem Chiny pewnie by się nie znalazły na moim “top 10 miejsc, w których chciałabym zamieszkać”. Wydaje mi się, że chodzi o dwa czynniki: język chiński jest trudny i bardzo ciekawy, oraz słyszałam o Chinach takie historie, że aż chce się pojechać z dużym patykiem do dźgania i sprawdzania, czy to rzeczywiście wszystko prawda. No i trudno wyobrazić sobie miejsce, w którym było bardziej INACZEJ niż na wsi w zachodniopomorskim (populacja: 14 osób ze mną włącznie) niż w azjatyckiej metropolii (populacja: mnóstwo).

W każdym razie, za cel postawiłam sobie Hainan University. Hainan to ta wyspa, która znajduje się na samym południu Chin, w monsunowym klimacie tropikalnym. Nazywa się ją “chińskimi Hawajami”, jak na lokalne standardy jest to też miejsce średnio zaludnione (największe miasto, Haikou, liczy zaledwie dwa miliony mieszkańców), bardzo czyste i urokliwe. Znajduje się jakieś 8 230 km od Antoniego Macierewicza, co jest niewątpliwą zaletą.

Nie śpieszy mi się jednak – pewnie rok spędzę na wypoczynku na odludziu, kolejny rok w jakimś średniej wielkości polskim mieście (na razie typuję Poznań) i dopiero w roku 2020 postaram się o stypendium na naukę.

 

Co dalej na blogasku?

Ano na blogasku dalej będzie Calling Bullshit, teksty o komiksach, filmie oraz o mnie. Zapewne będzie ich coraz więcej, zgodnie z tendencją wzrostową. Nie zdążyłam przygotować notki o The Last Jedi, czeka więc na premierę DVD. Chcę też wrócić do publikowania dłuższych opowiadań slash fanfików, co ostatni raz miało miejsce lata temu. Jakby nie patrzeć – mam sporo czasu 🙂

(Visited 737 times, 1 visits today)