Kryzys, czyli jak nie podbiłam Galaktyki przed dwudziestkąpiątką

O straconych szansach i upływającym czasie

W maju zeszłego roku skończyłam dwadzieścia pięć lat.

Gdy to nastąpiło, nagle zaczęłam zauważać pewne rzeczy. Na przykład, że dzieciaki w liceum zaczynają do mnie mówić per “pani”. A przynajmniej mówiłyby, gdybym znała jakiegokolwiek dzieciaka z liceum.

Ludzie w sklepie nie proszą o dowód, gdy kupuję piwo. A przynajmniej by nie prosili, gdyby nie to, że piwa nie kupuję. Będę kupować, jak wynajdą takie, które nie smakuje jak sfermentowane zboże.

Zasadniczy problem ze starzeniem się mam taki, że mijały lata, w czasie których wydawało mi się, że mam jeszcze czas, aby osiągnąć jakiś bliżej nieokreślony sukces. Sama nie wiedziałam, co to może być – milion lajków na blogasku, napisanie książki, bycie sławną i bogatą, George Lucas ekranizujący mojego fanficzka z szesnastoletnią Mary Sue mającą romans z Chewbaccą – no wiecie, takie zwyczajne rzeczy. Było jednak dla mnie jasne, że ten cały chaos, który mam w życiu, ten brak motywacji, zmęczenie wszystkimi i wszystkim, nagle przejdzie i oto wyłonię się z czeluści otchłani jako Kobieta Sukcesu. A wszyscy dookoła spojrzą i rzekną: “Ale fajnie, chciałabym być taka, jak ona”.

Aż w końcu nadszedł dzień, gdy uznałam, że już jest za późno, chociaż jeszcze wczoraj było za wcześnie.

Ma to prawdopodobnie dużo wspólnego ze zjawiskiem zwanym “innymi ludźmi”, największym podkopywaczem wszelkich sukcesów. Jak powszechnie wiadomo, mityczny “syn koleżanki twojej matki” zawsze jest od ciebie we wszystkim lepszy. Przez lata słyszysz: “A, syn mojej koleżanki ma lepsze oceny”, “…dostał się na lepsze studia”, “…syn koleżanki wziął ślub”, “…syn koleżanki zarabia kwadrylion dolarów tym jednym prostym trikiem, który poznał w internecie, czemu ty tak nie możesz”? No więc nagle zaczęło mi się wydawać, że jestem otoczona przez takich “synów koleżanki matki”, podczas gdy ja jestem… cóż, sobą. W skali od zera do dziesięciu bycie mną oceniam jako słabe trzy. Nadal lepiej, niż bycie paskowym z TVP*, ale nic, czym można się chwalić.

 

O konkurencji i czasie upływającym jeszcze szybciej

Pomyślałby ktoś, że zdrowa konkurencja może napędzać do sukcesów. Kłopot polega na tym, że napędza, ale głównie kompleksy. Ciągle mam wrażenie, że czymkolwiek bym się zajęła, zaraz spotykam kogoś, kto robi to lepiej. Wierzcie mi, mam naprawdę długaśną listę ludzi, która prowadzi lepsze blogaski ode mnie i czytam te blogaski w ramach umartwiania się tym, że istnieją ciekawsze blogaski od mojego. Znaczy, oczywiście, robię to również dlatego, że lubię czytać fajne blogi, ale ta nutka kompleksu ciągle tkwi. I drąży mnie w nieprzespane noce, powtarzając, że istnieją ludzie lepsi ode mnie, potem cały Wszechświat pustki i dopiero ja.

Jak dobrze, że istnieje paskowy z TVP, inaczej nie byłoby dla mnie nadziei.

Możecie powiedzieć – skończyłaś dwadzieścia pięć lat, kobieto, masz jeszcze mnóstwo czasu. Kłopot w tym – i tu prywata – zawsze byłam przekonana, że wcale nie mam. Średnia życia po żeńskiej stronie mojej rodziny wynosi jakieś trzydzieści kilka lat. Znałam tylko jedną babcię, tę od strony ojca, i żadnego dziadka. Babcia umarła, gdy miałam sześć lat. Dziesięć lat później nie miałam już ani dziadków, ani rodziców. Pozostało jedynie dojmujące wrażenie, że mam stanowczo mniej czasu niż inni ludzie.

Oczywiście, byłabym głupia, gdybym z tym wszystkim, tym całym przytłaczającym poczuciem tkwienia poniżej przeciętnej i stania gdzieś z boku do świata jakoś nie walczyła. Z kryzysami jednak tak jest, że jakakolwiek wyłamanie się z niego jest działaniem przeciw własnemu instynktowi, przeciwko jakiejś głębszej logice, która każe siedzieć cicho i nie opierać się beznadziei, bo all your base are belong to us. Od mojego urodzenia i w każdym momencie mojego istnienia, a cokolwiek zrobię, tylko wszystko pogorszę.

 

O nieudanych metodach wyjścia z kryzysu i  braku motywacji

Sztuczka polega na tym, że jeśli niczego nie zrobię, to TAKŻE wszystko pogorszę. W idealnie kulistym wolnym rynku** może życiowy bezruch nie powodowałby szkód, w rzeczywiści jednak stracony dzień jest po prostu stracony. Próbowałam wobec tego wielu metod przegonienia kryzysu, takich jak:

blogi motywacyjne. Absolutnie serio. Jeden wyłączyłam po tym, jak w pierwszych zdaniach radzono mi, aby zamiast seriali oglądać filmiki motywacyjne. Oglądanie czegokolwiek zamiast seriali zawsze jest beznadziejnym pomysłem.

nagradzanie samej siebie. Hint: nie działa, jeśli nagrody się nie cieszą, a w gorszych momentach mam wrażenie, że nawet goły Michael Fassbender by mnie nie cieszył.

robienie planów na przyszłość. Wciąż nie doszłam do tego, co zrobić, aby je realizować.

wyobrażanie sobie ludzi, których nienawidzę, jak zazdroszą mi sukcesów. Niestety, nie potrafię się pod tym względem oszukiwać – jeśli ktoś zasłużył już na moją wewnętrzną głęboką niechęć, jest takim człowiekiem, który w podobnej sytuacji natychmiast próbowałby każdy mój sukces umniejszyć oraz posypać mentalnym gnojowiskiem.

wyobrażanie sobie ludzi, których podziwiam, jak mówią mi, że jestem fajna. Nie działa, bo prawdopodobnie podbicie Galaktyki przed trzydziestką byłoby bardziej prawdopodobne.

robienie czegoś dla samej siebie. Absolutnie najczęściej polecana i najgorsza metoda, 0/10. Po postanowieniu, że będę robić cokolwiek dla samej siebie, nie wstawałam z łóżka przez dwa tygodnie. 

 

O tym, co działa

Bodajże Pratchett pisał, że każdy człowiek w głębi swojej duszy jest przekonany, że Wszechświat istnieje tylko dla niego.

Cokolwiek więc by się działo, jak bardzo w dołku bym nie była i jak daleko by nie było wyjście z nory, nie ma to większego znaczenia. Bo tu nie chodzi o dołek, nie chodzi o innych ludzi. Nigdy nie chodziło. W głębszym rozrachunku jedyny sens tego wszystkiego jest we mnie, wobec tego codziennie zmuszam się do ruszenia na przód.

Ludzką rzeczą jest szukanie jakichś sztuczek, które pozwolą nam wyjść z nieprzyjemnej sytuacji. Jestem głęboko przekonana, że takich rzeczy po prostu nie ma, trzeba po prostu się zmusić i iść do przodu.

A może jednak podbiję Galaktykę. Przed trzydziestką.

* paskowy z TVP:  typ, który pisał to

Powiedzmy sobie szczerze, niżej niż paskowy trudno się ześlizgnąć. 

** idealnie kulisty wolny rynek: sama nie wiem, co to jest, ale podobno jakby to wprowadzić, każdy miałby mercedesa

Tradycyjnie, zapraszam na swojego fanpage’a.

(Visited 617 times, 1 visits today)