Calling Bullshit

Calling Bullshit: Poważna rozprawa nad wyższością srania w lesie nad dobrodziejstwami cywilizacji

Jak powszechnie wiadomo, już pierwsze sumeryjskie tabliczki zawierały narzekania na to, że kiedyś było lepiej, a moda na noszenie jasnobrązowych opasek biodrowych była lepsza od obecnej zdegenerowanej mody na noszenie ciemnobrązowych opasek biodrowych. Postęp cywilizacyjny doprowadził do ciekawego punktu, w którym ludzie narzekają w Internecie na Internet, na Facebooku na media społecznościowe, a na blogaskach na inne blogaski. Takoż i ja teraz czynię, prezentując bardzo długi wykład odnośnie tego, czemu cywilizacja zginie poprzez brak odpowiedniej ilości srania w lesie i skakania na główkę z klifu.

Dla porządku dodam: jeśli jesteś na blogu pierwszy raz, to wyjaśniam, że tekst na szarym tle jest oryginalną treścią artykułu, a wszystko inne, to moje komentarze. Dodatkowo, dla odmiany, nie będę brała absolutnie wszystkiego. Bo nie jest tak, że się całkiem nie zgadzam z niektórymi punktami, zwłaszcza odnośnie przewrażliwienia rodziców i postępujących problemów z aktywnością fizyczną w społeczeństwie. Niemniej jednak, niektóre kawałki są grube niczym wymyślony przez autora zapatrzony w iPhone’a millenials, będący chochołem do bicia.

No to startujemy.

Jak zaczynałem przygodę z harcerstwem, wiele lat temu, obozy przygotowywaliśmy od zera. W las pierwsi jechali najbardziej sprawni i silni harcerze, cięli siekierkami drzewa, kopali latryny, myli się w górskim lodowatym strumieniu. Cały obóz budowaliśmy własnymi rękoma. Nikt się nie zastanawiał, czy jajka na jajecznicę zostały wyparzone w „wydzielonym, oznakowanym stanowisku wyparzania jaj”. Dzisiaj nie wolno dać młodemu siekiery, bo jest narzędziem niebezpiecznym, witki nie można uciąć, bo drewno się kupuje w nadleśnictwie. Zamiast dziury w ziemi są wypożyczane toi toie, a każdy garnek czy półka w magazynie muszą być sprawdzone przez armie kontrolerów z sanepidu, gmin i przeróżnych straży. Obozy stawiają profesjonalne firmy, a dzieciaki przyjeżdżają na gotowe, zamiast plecaków mają walizki na kółkach, repelenty i kremy do opalania – opowiada były już harcmistrz z podwarszawskiej miejscowości.

„My, urodzeni w przeszłości, z nostalgią wspominamy tamten czas. Nikt nie narzekał.

Było nas jedenaścioro, mieszkaliśmy w jeziorze… na śniadanie matka kroiła wiatr, ojca nie znałem, bo umarł na raka wątroby, kiedy zginął w tragicznym wypadku samochodowym, po samospaleniu się na imieninach u wujka Eugeniusza. Wujka Eugeniusza zabrało NKWD w 59. Nikt nie narzekał.

Wszyscy należeliśmy do hord i łupiliśmy okolicę. Konin, Szczecin i Oslo stały w płomieniach. Bawiliśmy się też na budowach. Czasem kogoś przywaliła zbrojona płyta, a czasem nie. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka odcinała stopę i mówiła z uśmiechem, „masz, kurna, drugą, nie”? Nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że wszyscy zginiemy. Nikt nie narzekał.

Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z gruźlicą, szkorbutem, nowotworem i polio służył mocz i mech. Lekarz u nas nie bywał. Chyba że u babci – po mocz i mech. Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Jedliśmy muchomory sromotnikowe, na które defekowały chore na wściekliznę żubry i kuny. Nie mieliśmy hamburgerów – jedliśmy wilki. Nie mieliśmy czipsów – jedliśmy mrówki. Nie było wtedy coca-coli, była ślina niedźwiedzi. Była miesiączka żab. Nikt nie narzekał.

Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał karę. Dół z wapnem, nóż, myśliwska flinta – różnie. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo — jak zwykle. Potem ojciec wracał do domu, a po drodze brał sobie nowe dziecko. Dzieci wtedy leżały wszędzie. Na trawnikach, w rowach melioracyjnych, obok przystanków, pod drzewami. Tak jak dzisiaj leżą papierki po batonach. Nie było wtedy batonów, dzieci leżały za to wszędzie. Nikt nie narzekał.

Latem wchodziliśmy na dachy wieżowców, nie pilnowali nas dorośli. Skakaliśmy. Nikt jednak nie rozbił się o chodnik. Każdy potrafił latać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji, aby się tej sztuki nauczyć. Nikt też nie narzekał.

Zimą któryś ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Czasem akurat wtedy nadjeżdżał jelcz lub star. Wtedy zdychaliśmy. Nikt nie narzekał.

Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Podobnie jak wybite zęby, rozprute brzuchy, nagły brak oka czy amatorskie amputacje. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego. Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję (wtedy MO), żeby zakablować rodziców. Pasek był wtedy pomocą dydaktyczną, a od pomocy, to jeszcze nikt nie umarł. Ciocia Janinka powtarzała, „lepiej lanie niż śniadanie”. Nikt nie narzekał.

Gotowaliśmy sobie zupy z mazutu, azbestu i Ludwika. Jedliśmy też koks, paznokcie obcych osób, truchła zwierząt, papier ścierny, nawozy sztuczne, oset, mszyce, płody krów, odchody ryb, kogel-mogel. Jak kogoś użarła pszczoła, to pił 2 szklanki mleka i przykładał sobie zimną patelnię. Jak ktoś się zadławił, to pił 3 szklanki mleka i przykładał sobie rozgrzaną patelnię. Nikt nie narzekał.

Nikt nie latał co miesiąc do dentysty. Próchnica jest smaczna. Kiedy ktoś spuchł od bolącego zęba, graliśmy jego głową w piłkę. Mieliśmy jedną plombę na jedenaścioro. Każdy ją nosił po 2-3 dni w miesiącu. Nikt nie narzekał.
Byliśmy młodzi i twardzi. Odmawialiśmy jazdy autem. Po prostu za nim biegliśmy. Nasz pies, MURZYN, był przywiązany linką stalową do haka i biegł obok nas. I nikomu to nie przeszkadzało. Nikt nie narzekał.

Wychowywali nas gajowi, stare wiedźmy, zbiegli więźniowie, koledzy z poprawczaka, woźne i księża. Nasze matki rodziły nasze rodzeństwo normalnie – w pracy, szuwarach albo na balkonie. Prawie wszyscy przeżyliśmy, niektórzy tylko nie trafili do więzienia. Nikt nie skończył studiów, ale każdy zaznał zawodu. Niektórzy pozakładali rodziny i wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. To przykre. Obecnie jest więcej batonów niż dzieci.

My, dzieci z naszego jeziora, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli jak nas należy „dobrze” wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez słodyczy, szacunku, ciepłego obiadu, sensu, a niektórzy – kończyn.
Nikt nie narzekał.”

Z łezką w oku czyta dziś w necie wspomnienia ludzi z jego pokolenia, jak w latach 80. wcinali jagody bez strachu, że chory lis je obsikał. […] Z rozrzewnieniem przypomina sobie, jak ganiał w krótkim rękawku w deszcz, przeziębił się i babcia dała mu miód ze spirytusem, cytryną i czosnkiem, i nikt nie oskarżył babci o rozpijanie młodzieży, a on wstał następnego dnia zdrów jak ryba.

I niech zgadnę… nikt nie narzekał? 🙂

Nikt mu nie pomagał odrabiać lekcji, bo musiał się uczyć sam, a za błędy ortograficzne ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu sprał, bo tłumaczenie nieuctwa dysgrafią nie było wtedy tak postępowe jak dziś.

Oj, widzę, że znajomy bardzo wpadł w syndrom „nikt nie narzekał”. Ciekawe, czy historia ma dalszy ciąg, w którym znajomy pierze swojego ojca za to, że zapomniał kupić bułki w Biedronce. Wiecie, kiedyś tłumaczenie olewactwa i roztargnienia jakąś tam „demencją” czy „Alzheimerem” też prawdopodobnie nie było tak postępowe jak dzisiaj. Piękne czasy.

Nikt nie narzekał.

Gdy z kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił.

A, skoro nikt ze znajomych karku nie skręcił, to ewidentnie oznacza, że za starych, dobrych czasów ludzie mieli kręgosłup z adamantium (czytałam o tym komiks, to musi więc być prawda).

Znaczy, prócz tych, którzy nie mieli. Taki Piotr Pawłowski za starych, dobrych czasów skoczył do wody i do tej pory porusza się na wózku. Pewnie to był ten, co nie chciał srać do dziury w ziemi, tylko żądał toi-toia, dlatego taki delikatny.

Gdy rozbił nos na rowerze, ciężkim, stalowym składaku bez przerzutek i profilowanych opon, w szkole sińce pod oczyma nie zaalarmowały wychowawców i do rodziców nie przyjechała z interwencją opieka społeczna w obstawie policji. Teraz miałby rozmowę z psychologiem, która uświadomiłaby mu, że jest wrażliwym człowiekiem, z pełnymi prawami i nie wolno nikomu przekraczać jego prywatnej strefy, więc jeśli rodzice go biją, powinien to zgłosić.

Przez chwilę zastanawiałam się nad śmiesznym komentarzem, ale w końcu postanowiłam postawić na szczerość: jestem tym dzieckiem, po które kiedyś do rodziców „przyjechała z interwencją opieka społeczna w obstawie policji”. Na szczęście, nie były to „stare, dobre czasy”, więc mojemu ojcu z biegu ograniczono prawa rodzicielskie, zamiast tłumaczyć, że w sumie nic się nie stało, a tata ma staromodne podejście do wychowywania dzieci, np. uważając, że flaszka musi w domu być, ale jedzenie już niekoniecznie.

Rozumiecie więc, że niespecjalnie się zgadzam w kwestii interwencji z kumplem autora (nazwijmy go dla uproszczenia Władzio). Np. ja uważam, że Władzio powinien sobie swoje mądrości wsadzić w dziurę w lesie, skoro tak mu we współczesnym świecie brakuje miejsca na produkty jego defekacji.

Dzieciom zakłada się kaski, gdy jadą rowerem czy na nartach. Dodatkowo nakolanniki, nałokietniki i ochraniacze na dłonie – gdy zakładają rolki. Przy jeździe konnej modne stały się żółwiki, czyli ochraniacze na kręgosłup. Wszystko dla ich bezpieczeństwa. Zapomina się jednak przy tym o najważniejszym – o zrozumieniu przez dziecko konsekwencji swojego zachowania. Jeśli postąpi nierozważnie, powinno zaboleć, bo ból ostrzega i uczy. Jeśli postąpi głupio, powinno zaboleć mocno i boleć długo, bo ból to najlepszy nauczyciel.

Pamiętajcie, dzieci – jeśli się wywalicie na nartach, oznacza to, że jesteście nierozważne. Nie, że macie przyczepione do stóp dwie dziwne blachy, do których nie jesteście przyzwyczajone, a wasze ciało nie ma pojęcia, jak utrzymać równowagę w takiej sytuacji. Gdybyście były rozważne, nie wchodziłybyście na górkę z nartami, albo na konia, tylko siedziały w pokoju i…

Zaraz, zaraz…

Porównując zachowanie uczniów USA z rówieśnikami z Japonii i Chin, gdzie rodzice i nauczyciele stosują kary cielesne za złą naukę, doszedł do wniosku, że to właśnie stres i strach zwiększają szansę na osiągnięcie celów.

Wiecie, ja nigdy nie byłam into te wszystkie durr durr, moje pokolenie najlepsze, durr durr staruchy dupy cicho. Ale jak to czytam, to przychodzi mi do głowy, że może, ale tylko może… ludzie, którzy uważają, że bycie pobitym za niedostateczne wyniki w nauce, sranie do dziury w ziemi i łamanie sobie kręgosłupa poprzez skoki do wody to coś, o co warto walczyć… może ci ludzie rzeczywiście są ode mnie po prostu głupsi?

Może mój smartfon wydziela jakieś specjalne millenialskie promienie, które nakierowują mnie na takie pomysły jak „może bicie dzieci to nie jest dobry pomysł?”, albo „po co srać do dziury w ziemi, jak można mieć toitoia?” czy wręcz, o zgrozo – „z odpowiedniej wysokości walnięcie w powierzchnię wody niewiele różni się od zarycia głową w beton, mam wrażenie, że to zły pomysł”.

Drodzy millenialsi, też tak macie?

Niespełnione nadzieje i wzajemne nierozumienie w tak powszechnym rozmiarze czynią społeczeństwo słabym. Zamiast leczyć przyczyny, ludzie wybierają antydepresanty, zakładając kolejne kaski ochronne mające uchronić przed skutkami. Efekt? 40 proc. wrocławskich studentów przyznaje się do lęków i zaburzeń nastroju, co 20. cierpi na głęboką depresję, która wymaga leczenia – alarmują naukowcy z Katedry Psychiatrii Akademii Medycznej we Wrocławiu.

Poczekajcie… antydepresanty wywołują głęboką depresję?

Z raportu „Epidemiologia zaburzeń psychiatrycznych i dostępność psychiatrycznej opieki zdrowotnej” z 2012 r. wynika, że 2,5 mln Polaków ma zaburzenia lękowe, milion – depresje i manie, kolejny bierze narkotyki, a ponad 3 mln to alkoholicy. Nastąpił lawinowy wzrost przypadków lekomanii i uzależnień od psychotropów. Wśród ofiar największy odsetek to właśnie młodzi.

Tyle, że nie.

Raport jest, oczywiście, dostępny publicznie i zweryfikowanie tego wszystkiego może zająć maksymalnie cztery minuty. Wynika z niego kolejno, że:

– alkoholikami najczęściej byli mężczyźni po pięćdziesiątce;

– „duża depresja” najczęściej występowała u kobiet po pięćdziesiątce, przy „małej depresji” ani wiek, ani płeć nie były statystycznie istotne;

– dystymia, zaburzenia paniczne, zaburzenia lękowe uogólnione również częściej występowały u osób starszych;

– w raporcie nie ma absolutnie nic o lekomanii i uzależnieniu od psychotropów, są kategorie „nadużywanie substancji psychoaktywnych” oraz „uzależnienie od substancji psychoaktywnych”. W przypadku nadużywania różnica wynosi 0,5% porównując mężczyzn w wieku 18-29 lat i 50-64 lata (kolejno 2,3% i 1,7%). W grupie kobiet zależność była dokładnie odwrotna i to kobiety młode miały najniższe wyniki w tej kategorii (0,2% vs 1% w grupie 50-64 lata). W kwestii uzależnień w obu grupach płciowych u najmłodszych odnotowano najniższy odsetek. Najwyższy – u mężczyzn w wieku 40-49.

– chyba jedyna kategoria, w której istotnie dominowali ludzie młodzi, to fobia społeczna. No jakoś się nie dziwię, jak człowiek wychodzi z domu, a tu spotyka pana Władzia, co nie tylko gada coś o biciu pasem ośmiolatków, ale też jest takim trochę małym kłamczuszkiem.

Obok kryzysu wartości psycholog wskazuje również na kryzys tożsamości. Poprawność polityczna obowiązująca w przestrzeni publicznej przeniknęła w sfery prywatne. Rozmyły się tradycyjne role społeczne obu płci, obowiązuje uniseksualność. – Jak dziś wygląda wychowanie mężczyzny? Bardzo często chłopca wychowuje samotna matka wspierana przez babcię lub nianię, a wychowawca w szkole to też najczęściej kobieta.

W przeciwieństwie do realiów sprzed kilkudziesięciu lat, gdy kobiety szły na wojnę i ginęły, a chłopców wychowywali tatusiowie, tak?

Chłopak rozwija się w kobiecej sferze, gdzie dba się o paznokcie i ciało. On przejmuje te wzorce.

Łojeju, jeszcze za 20 lat jakaś heteroseksualna kobieta będzie chciała z nim uprawiać seks i ludzkość wcale nie wyginie na pokoleniu millenialsów? Co teraz?

Pomyliliśmy rozwój z absurdem, odeszliśmy od praw natury, gdzie każda płeć ma swoje uwarunkowane biologicznie i kulturowo miejsce.

W sensie, w tekście o tym, jak kultura się zmienia i panu Władziowi się to nie podoba, pan Władziu właśnie napisał, że kultura się nie zmienia, bo taka zmiana jest z natury absurdalna?

Wiem, że macie dość tego obrazka, ale ja nie mam go dość.

Doszło do tego, że w Szwecji na chłopcach wymusza się zabawę lalkami, by ich rozwój nie był zdefiniowany płcią. To sztuczne, a walka z naturą zawsze kończy się źle

Po pierwsze – nie, nikt nie zmusza chłopców do zabawy lalkami. Najbliższe temu, co udało mi się wyszukać, jest artykuł o tym, że stworzono neutralne płciowo katalogi, w których dzieci-modele bawią się wszystkimi zabawkami.

Rzeczywiście, tragedia. Mogli w końcu zrobić katalog z obrazkami dzieci obrywających pasem za kiepską ortografię, srających do dołka w lesie i, oczywiście, skaczących na główki z klifu. Wtedy by było 100% naturalnie, nie jakieś nowomodne wymysły.

A walka z naturą fachowo nazywa się cywilizacją. Bardzo polecam, aczkolwiek pan Władzio mógłby się w niej trochę źle w niej czuć.

To niestety promieniuje wyżej – na uczelniach pojawił się przedmiot: alternatywna rodzina. Skoro nie umiemy zdefiniować tak podstawowego bytu jak rodzina, nie dziwmy się, że młodzi nie wiedzą, kim są i dokąd zmierzają – zauważa prof. Joanna Moczydłowska.

Ja Wam mogę podać, dokąd zmierzacie – do samozagłady, bo żeście zbyt głupi, aby wiedzieć, że nie jesteście niezniszczalni. Że skacząc z klifu możecie się zabić, że spadając z konia możecie się zabić, że właśnie na złość cywilizacji wkładacie widelec do kontaktu i chełpicie się, że jeszcze ze swojej głupoty nie zeszliście z tego świata. Te dzieciaki jedzące detergenty do prania to nie jakiś nowomodny wymysł. To naturalne przekazanie pałeczki przez ludzi, którzy trzydzieści lat temu chwalili się przed kolegami, kto szturchnie patykiem niewybuch z wojny i skoczy na główkę do kałuży.

Nie bądź jak Władzio.

***

A z innych informacji: utworzyłam Patronite’a. Jeśli ktoś chce, aby notki na blogasku pojawiały się częściej, można tam dać napiwek twórcy, tj. mi. Ostatnio mam wielkiego kaca twórczego i wrażenie, że blogasek zmierza donikąd, tak jak i ludzkość, cały Wszechświat i filmowe uniwersum DC.

(Visited 1 035 times, 2 visits today)
  • Lucifuge Rofocale

    „doszedł do wniosku, że to właśnie stres i strach zwiększają szansę na osiągnięcie celów.”
    Ignorując całe góry badań, które obaliły takie barbarzyńskie myślenie lata temu.

  • Aleksandra Ćmachowska

    Swietnie się Ciebie czyta! Jest przewrotnie, ironicznie i z pazurem 🙂 dzięki!

  • W wolnej chwili chętnie przeczytam, na spokojnie, do kawy. 🙂

  • Fajnie napisane;) Dobrze się Ciebie czyta::)

  • Endżii

    Orginalny sposób pisania 🙂 świetnie się czyta będę wpadać częściej
    Pozdrawiam

  • Tyś nie prezydent , a naczelny krytyk. Rozgromiłaś wywód Władzia w kosmiczny pył. Niech się Władzio nie boi o przetrwanie rodzaju ludzkiego skoro wśród millenialsów są takie drapieżne jednostki .

  • Uśmiałam się :)) I jak zwykle uważam, że prawda leży pośrodku.Ja rozumiem Ciebie, rozumiem też pana Władka.Wiem, o co mu chodziło, wymieniając te wszystkie…..no właśnie: skrajności. To, że „nikomu się nic nie stało” dotyczy tak naprawdę osób, którym się faktycznie nic nie stało. Tak się składa, że będąc pokoleniem przełomowym (czyli wczesne lata 80.) nasłuchałam się o różnych wypadkach, ostrzegano nas dzieci przed gwałcicielami w okolicy – a to znaczy, że zgwałcone wówczas dzieci, dzisiaj nie powiedzą „w każdej klatce grasowali gwałciciele, ale nikomu nic się nie stało, nikt nie narzekał”.
    I te wszystkie nowości miałyby może sens, byłyby przebłyskiem jakiegoś przełomu, gdyby towarzyszyła im jakaś przełomowa motywacja w sensie: motyw . A motywem jest zwykły strach i konformizm ; w tych, i tu się z panem Władkiem zgadzam, charakter się nie szlifuje, – ale czy komuś dziś na tym zależy?
    No i tak już w „ps.”; czy to nie pokolenie pana Władka wychowuje właśnie dzieci obute w ochraniacze po uszy?

  • Tez bylam harcerzem 😉

  • Zuzanna Patkowska

    Aż mi się „When I was your age” Ala Yankovica przypomina XD.
    No i taki jeden tekst w internecie napisany w stylu: „Piliśmy z jednej butelki i nikt się nie martwił o sepsę”. Ale tam nie było tych samych podtekstów co tutaj.

    Ale wiesz, jak wspomniał o tym skakaniu na główkę, zastanawiałam się czy może nie chodziło mu o to, że wtedy ludzie byli na tyle rozsądni, aby o wiedzieć, że to niebezpieczne. Dalsze rozwody autora obaliły tę hipotezę.

    Świetny tekst, ale uważaj z tym Patronitem. Angry Joe i Spoony już dostali mnóstwo hejtu za to, że zebrali kasę, a przerwali pracę (pierwszy – robiąc sobie wakacje, drugi – z powodów zdrowotnych).

  • Davisowa

    Prawda jest zawsze gdzies po środku, nie można za bardzo odskakiwać w jedna czy w drugą stronę. Ciekawy post 🙂

  • Jestem tu pierwszy raz ale czyta mi się super. Powrócę!

  • Gosia

    Jestem u Ciebie po raz pierwszy ale już wiem, że ostanę na dłużej. Przeczytałam chyba dziś z 5 Twoich wpisów i nie mogłam skończyć.

  • Ulf Justyna K Lambert

    Żodyn ni mo dość Thrawna. Żodyn.
    Piękna historia o dzieciach z jeziora.
    I boże, oni tak na serio? W dzieciństwie wolałam samochody od lalek i Dragon Balla od Czarodziejki z Księżyca. Jestem nienaturalna

  • Czyta się bardzo intrygująco, ale mam wrażenie jakbyś do jednego kotła wrzuciła bardzo wiele różnych spraw i trochę za bardzo to wymiksowała 😉 pozdrawiam serdecznie

  • ewa ka

    Mam wrażenie, że my całą naszą uwagę przerzuciliśmy na dzieci. Jednak. Trzęsiemy się nad nimi okrutnie, debatujemy kto ma rację? czy bić czy nie bić? czy karać? czy przytulać? No kurde, nie krytykuję tego co napisałaś, jakośtak przyszło mi do głowy. kiedyś jako dziecko miałam więcej luzu niż teraz daję moim dzieciom.

  • Naxster

    Dość słaby tekst. Cały początek prosi się o głębszy komentarz, analizę a jest wklejona pasta. Całość nie przekona kogoś, kto jest na rozdrożu „brzmi to trochę głupio ale mam wrażenie, że to prawda” ani nie podpowie ciekawych nowych argumentów tym ,którzy zz Włodkiem już się nie zgadzają. Wiec po co istnieje ten tekst, do klepania się po plecach? to robi Włodek a nie bądźmy jak on.

  • Atria Allis

    Chwila, uno momento. Jako harcerka mogę zapewnić, że namioty stawiamy my, zaribę (płot) robimy my,

    stanicę (och nie, tam są domki dla najmłodszych dzieci i cywili (nasze zuchy śpią w namiotach i to lubią, taka frajda, w domu tego nie ma), chatki pielęgniarki i ratownika, stołówka, prysznice i łazienki) też my doprowadzamy do ładu, oczyszczamy kąpielisko nad jeziorem, porządkujemy magazyny. Ba, na jednym z obozów ie tak dawno temu mimo dostępu do łazienek normalnych postawiliśmy własną sławojkę z zachowaniem zasad BHP i wiecie co? Dzieciaki miały z tego frajdę. Że robią „budkę” z drewna, że zasłonki z materiału mogą powiesić. Nadal stawiamy bramy obozowe z piętrami, na których stoją wartownicy, mamy warty nocne, podchody, gry nocne, terenowe… A jedna ze sprawności wymaga przygotowania posiłku dla grupy z owoców lasu (po prostu je myjemy) oraz spędzenia nocy w lesie, inna przez 24h każe nie jeść, kolejne 24h nie mówić, ostatnie 24h spędzić samotnie w lesie. Biegamy o 7 rano do jeziora na rozgrzewkę. Można organizować obóz harcerski – rzeczywiście, wymaga to heroicznej walki z urzędami i tony papierów (pozdrawiamy kontrole z sanepidu, wcale nie utrudniają życia na siłę – zawsze spotykamy sensownych ludzi którzy nie mają pomysłów z Księżyca), ale jest możliwe.