Fanficzki Popkulturalnie

Fikaton 2018, czyli siedem fanfików w cenie jednego

Mam głupie wrażenie, że każda lista w stylu „Jak mieć popularnego i profesjonalnego blogaska” powinna zaczynać się od punktu zero, wyglądającego mniej więcej tak:

0. NIE WRZUCAJ NA NIEGO GAYFURRY FANFIKÓW ZE STARŁORSÓW, DO JASNEJ ANIELKI.

Jednakże, powiedzmy sobie szczerze – czy mi zależy na maniu profesjonalnego i popularnego blogaska? 🙂 Oto więc szereg niewielkich fanficzków, popełnionych na wyzwanie literackie na forum Mirriel. Konkretnie, wyzwanie polegało na napisaniu siedmiu tekstów – po jednym dziennie – do odpowiednich promptów. Wszystkie moje ficzki osadzone są w uniwersum Gwiezdnych Wojen, sześć traktuje o tradycyjnej więc, szesnastoletniej Mary Sue, jeden dodatkowy to… no, chyba się już domyślacie.

I jak pisałam na fanpage’u – gdy jesteś w gimnazjum i piszesz fanfiki o szesnastoletniej Mary Sue w Gwiezdnych Wojnach i jej czworokącie miłosnym, jesteś grafomanką. Gdy masz lat dwadzieścia pięć – są to opowiadania retro-ironiczne.

Miłego czytania.

*

JEDEN

W rodzinie Tarkinów od pokoleń panowało przeświadczenie, że nic tak nie kształtuje charakteru jak Żerowisko. Od wieków spoczywały tam szczątki tych, którzy najwyraźniej nie zostali ukształtowani dostatecznie dobrze, aby podołać wyzwaniu. Z pewnością wypadkom służyło przeświadczenie, że dzieci są jak kości – młode można dowolnie powyginać i odkształcić pod odpowiednim naciskiem, starsze kończyły jedynie połamane i bezużyteczne.

Każdy więc, kto miał w żyłach chociaż kroplę tarkinowej krwi, wysyłał synów i córki na Żerowisko, aby zakosztowali szkoły życia. Dobra, rodzinna tradycja.

Nikt nie narzekał.

Na Żerowisku można było spotkać komary wielkości pięści i bestie mogące człowieka rozpruć, stratować, zatruć jadem czy oślepić kwasem. Czasami w głuszy ukrywali się piraci.

Gdy młody   dziesięcio- czy jedenastoletni Tarkin z asystą starszego krewnego upolował pierwszą zdobycz, miał obowiązek wyrwać jej wątrobę i skosztować na surowo. Mięso było zazwyczaj obrzydliwe i później się od niego wymiotowało, ale znowu nikt nie narzekał. Był to wielki honor, znak statusu. Oznaka, że się było lepszym od miękkich ludzi ze Światów Jądra, którzy nie przeżyliby jednego dnia bez udogodnień zaawansowanej techniki. Lepszym od pospolitych mieszkańców Eriadu, żyjących w ciągłym strachu przed Żerowiskiem. A bycie Tarkinem zawsze, ale to absolutnie zawsze wymagało bycia lepszym.

Arana uznała, że jeśli tak wygląda honor, to nie chce mieć z nim wiele wspólnego.

— Nie włożę tego do ust — stwierdziła z obrzydzeniem. Wątroba przelewała się jej przez palce, oślizgła i parująca. Zwierzę, które dziewczyna upolowała, jeszcze żyło. Leżało u jej stóp, na wpół wypatroszone. Jego ciałem wstrząsały drgawki. Wokół stało dwunastu uzbrojonych mężczyzn, rozluźnionych i zadowolonych. Jeszcze przed chwilą chwalili Aranę, jak bardzo jest podobna do dziadka.

— Wobec tego wrócimy, po czym powiesz swojemu ojcu, jak wielką porażką się okazałaś — stwierdził Aaro, krewny Arany w drugiej linii i formalny przywódca wyprawy.

Dziewczyna chwilę memłała wątrobę w palcach. Była za stara na pierwszą wyprawę na Żerowisko. Dzieci Tarkinów trzeba było kształtować szybko, zanim ich osobowość zastygała dzięki rodzinnej upartości. Na nieszczęście Arany, miała starszego brata, który swojego czasu polował w tym samym miejscu i z dumą przeżuł swoje mięso. Młodego Sheeva jednak zabiła Rebelia. Pozostawił po sobie jedynie aspiracje rodziców, które ktoś musiał przejąć.

Arana miała już niemalże piętnaście lat. Zbyt wiele, aby kształtować ją bez konieczności łamania.

Wypuściła trofeum z dłoni, czując jak całe jej ciało zastyga z przerażenia przed tym gestem nieposłuszeństwa. Och, jak dobrze by się poczuła, gdyby teraz dostała w twarz od Aaro za ten bunt, gdyby mogła mu oddać w imię własnej niezależności. Całym duchem szykowała się do walki, czując podniecenie, którego nie doświadczyła podczas polowania.

Aaro jednak nawet na nią nie spojrzał. Dobił konające zwierzę, zepchnął truchło z drogi. Dał znak, że wracają do Eriadu City.

Nikt nigdy już o tej wyprawie nie wspomniał.

Arana czuła się, jakby ktoś zabrał jej cel, w który zamierzała uderzyć.

A Tarkinowie bardzo, bardzo potrzebują celu, który mogliby zniszczyć.

*

DWA

W rodzinie Arany szanowano prawo do prywatności. Ani ojciec, ani matka prawdopodobnie od czasu narodzin nie widzieli jej nago czy w negliżu. Nigdy nie przekroczyli progu sypialni córki, tak samo jak i ona nie miała wstępu do ich prywatnych pomieszczeń. Żaden Tarkin nie pokazuje się nikomu a przynajmniej nikomu cokolwiek znaczącemu w koszuli nocnej, nieuczesany, niedysponowany czy w jakikolwiek sposób nieidealny. Nawet przed najbliższą rodziną nie pokazuje, że jest po prostu ludzki.

Dziewczyna więc nie miała towarzystwa przy swoim niewielkim hobby. Owszem, rodzice ufundowali jej warsztat, uznając grzebanie w starej artylerii i odrzuconych projektach kolejnych Gwiazd Śmierci za bardzo rozsądne zainteresowania. Oczywiście, nie była to ścieżka kariery, jaką Arana miała podążać, ale jeśli jakimś cudem skonstruowałaby coś pożytecznego, jej matka byłaby skłonna natychmiast przyklepać projekt.

Całe zastępy droidów i manekinów ginęły w jej warsztacie. Arana bowiem z zapałem majstrowała przy wszystkim, co strzelało, wybuchało, cięło czy miażdżyło. Lubiła moment, w którym godziny planów dają widoczny efekt. Lubiła uczucie konstruowania czegoś całymi dniami i kilka ekscytujących sekund destrukcji.

W swoim zapale nie znała umiaru.

Cieszę się, że nie jestem człowiekiem powiedział droid bojowy B1, będący aktualnym towarzyszem Arany. Został odświeżony i przeprogramowany. – To wygląda bardzo… wonnie.

– Śmierdzi jak Wookiee – poprawiła go Arana, która nigdy nie widziała na żywo Wookieego.

Cała hala była zajęta przez wybebeszonego purrgila, szerokiego na dwa i pół metra, długiego na piętnaście. Purrgil, dzięki Aaro, miał w głowie dziurę, do której mógłby wejść i schować się  dorosły mężczyzna, o ile oczywiście nie przeszkadzałby mu fragmenty zimnego mózgu.

Nie do końca jestem świadomy, co ma pani zamiar z tym zrobić kontynuował droid.

Uczę się. Te stworzenia żyją w przestrzeni kosmicznej, wezmę więc skórę, kości i tkankę, aby przeprowadzić kilka testów. Zeskanuję ciało do symulacji. Natura zawsze jest świetną inspiracją.

Zrobi pani z tego stworzenia… pancerz? Projekt jednostki? Ten osobnik wygląda groźnie, jakby tak człowiek wszedł do jego gardła, to pewnie przeżyłby nawet mocny ostrzał, gdyby nie gazy, które… Nie, to zły pomysł. Ale ciekawy. Chyba istniała taka powieść, o Twi’lekance, purrgilu i piracie, w której purrgil połyka pirata, a jego żona spieszy mu na pomoc…

Arana uśmiechnęła się. Była to jedna z tych republikańskich, ckliwych historii, w których zaczytywała się przed snem i których prawdopodobnie nie powinna posiadać. Miały jednak wartką akcję oraz wiele ilustracji z półnagimi przystojnymi mężczyznami, a Arana była nastolatką. Jakkolwiek Republika była tworem żałosnym, na pewno lepiej rozumiała niektóre ludzkie potrzeby.

Droid miał wgrany jeden ze zmodyfikowanych republikańskich protokołów dyplomatycznych, przez cały dzień więc umilał pracę Aranie opowiadając historie o dzielnych rycerzach Jedi i przemytnikach o złotym sercu. Gdy purrgil został zeskanowany, a jego ciało – pocięte na niewielkie części, dziewczyna była spocona i cuchnąca, ale wybitnie zadowolona. Podeszła do swojego towarzysza.

Włącz program kontrolny.

Droid natychmiast zamarł, jakby został wyłączony, zgięty w pół w nienaturalnej pozie, w momencie, gdy właśnie opowiadał kolejną anegdotę.

Dezaktywuj funkcje konwersacyjne. Tylko podstawowe informacje.

Arana poszła pod prysznic, myśląc przy tym o przystojnych, młodych mężczyznach. Wróciła ubrana w pancerz, ciągnąc za sobą poprzedni projekt niewielkie działko pulsacyjne. Droid czekał na nią tak, jak go zostawiła, w zupełnym bezruchu.

Po zakończonych testach Arana wgrała ten sam protokół kolejnemu droidowi, ograniczając jednak trochę poziom gadulstwa. Uznała, że zbyt duża liczba wesołych historyjek z Republiki może odciągnąć ją od pracy.

(purrgile to wielkie walenie z mackami, które żyją w kosmosie. pamiętajcie — cokolwiek głupiego wymyślicie do fanfika, kanonicze pomysły są głupsze)

*

TRZY

Tarkinowie zawsze gardzili Devrimem za skłonności do bezcelowego okrucieństwa. Może dlatego, że była to skaza, którą niemalże każdy z rodu posiadał, a praktycznie wszyscy potępiali. Devrim Velari jednak, ten wżeniony w rodzinę coruscancki pętak, uznawał swoje okrucieństwo za chwałę i spodziewał się uznania. Przez dwadzieścia lat nie zorientował się, czemu nikt mu nie przyklaskuje.

Weźmy na przykład tę nieszczęsną wojnę z Chissami. Wszyscy byli zgodni, że niebieskich skurwesynów należałoby ustawić do pionu, trochę postraszyć, zrobić zaplecze z ich planet, wziąć sobie co lepszą technologię i zostawić resztę, niech żyją ku chwale Imperium. Velari jednak, wielkie admiralisko pnące się po szczeblach kariery po trupie teścia, wolał wybić ich niemalże do cna, by potem szczerzyć zęby na bankietach, że zrobił drugi Alderaan. I znowu zdziwiony, że nie spotyka się z wiwatami z powodu tak bezsensownego strategicznie posunięcia.

Nikomu nie imponowało ściganie niedobitków, bezsensowna gonitwa Gwiezdnego Niszczyciela za małymi stateczkami. Ani to, że gdy chissański dowódca błagał na kolanach o życie swoich ludzi, Velari dobił ich wszystkich, zostawiając jedynie grupkę cywili, którą można było opchnąć Huttom, gdy cena niewolników tego gatunku poszybowały w górę dzięki największemu z admirałów, słońcu Imperium, najgorszemu taktykowi, jaki został wypuszczony kiedykolwiek z Akademii. Gdy jednak darował życie temu nieudolnie dukającemu błagania w basiku Chissowi, tylko po to, aby ten usługiwał mu przy stole, wszyscy byli już pewni – ten facet skończy zadźgany we własnym łóżku.

Devrim jednak, wbrew pozorom, nie był głupi. Przynajmniej nie w tradycyjny sposób. Codzienny widok przepełnionych nienawiścią oczu pokonanego wroga wzmagał u niego czujność. Zapowiedział swojemu niewolnikowi, swojej nowej zabawce, że jeśli chociaż piśnie w nieodpowiedni sposób, zginą nawet te smętne niedobitki jego rasy. Za każdym więc razem, gdy Chiss nalewał mu alkoholu, układał ubrania czy pełnił ogólnie pełnił rolę ulubionego popychadła, admirał napawał się swoją władzą.

Jeśli bowiem zniszczysz wroga, satysfakcja wzburzy się i wypali. Jeśli go zniewolisz, do cna upokorzysz, będzie żyła, dopóki któryś z nich nie zginie.

*

CZTERY

Eriadu od stuleci było planetą Tarkinów. Owszem, Tarkinowie mogli nazywać się różnie – Mondros, Velari, Piett… ale możesz sarlacca tysiąc razy nazwać porgiem, a on i tak cię pożre, gdy tylko się zbliżysz, jak to sarlacki mają w zwyczaju. Gdy więc gubernator Aima Velari wygłosiła orędzie z okazji końca kampanii na Zewnętrznych Rubieżach, oznaczało to ni mniej, ni więcej, że Tarkinowie znowu wygrali.

Gdy na horyzoncie pojawił się niszczyciel Interceptor, cała planeta uznawała to za dobry znak. Jasne, gdzieś była wojna. Z Rebelią, z niebieskimi obcymi. Gdzieś była polityka. Ale na Eriadu byli głównie piraci, może więc admirał Velari wreszcie weźmie się za tych cholernych łupieżców, zanim w końcu handel wewnętrzny szlag trafi. Admirał, a jakże, po przybyciu, przy okazji piratów połapał, zrobił publiczną egzekucję i poszczerzył się na holowizji razem z żoną i córką.

Arana, ku niezadowoleniu matki, nie za bardzo pasowała do propagandowych historyjek. Nie to, co Sheev, młody żołnierz, przystojny jak ojciec. Świetny oficer, opoka Imperium, tragicznie zamordowany przez rebelianckiego szpiega. Eriadu od bieguna do bieguna było zasrane pomnikami, trasami, powietrznymi rondami i szkołami imienia Sheeva Velari. Aaro, urodzony propagandzista, już miesiąc po pogrzebie zaczął przekonywać Aimę, że jej świeżo zmarły syn będzie figurą bardziej trafiającą do nowego pokolenia, niż dawno martwy ojciec.

Arana, dla odmiany, nie była piękną dziewczyną. Miała szare oczy i zapadłe policzki Tarkinów, była niska, zawsze więc uroczystości z jej udziałem trzeba było kręcić od dołu. Kilka lat życia spędziła w Akademii, a nic tak nie uświadamia nastolatki w kwestii własnych fizycznych ułomności, jak stłoczenie w dużą liczbą rówieśników. Nikt jej nigdy niczego nie powiedział wprost w końcu nie przyjmowano tam totalnych idiotów było to jednak oczywiste. Nie wzbudzała wyglądem ani sympatii, ani szacunku, ani namiętnych porywów. Jeśli dostałaby kiedykolwiek pomnik, trzeba będzie wygładzać rysy twarzy, co więcej, także wymyślać zasługi. W wieku szesnastu lat bowiem miała na koncie jedynie kilka pomniejszych innowacji, które doceniali głównie inżynierowie. Nawet tragiczna śmierć w walce była już zajęta.

Szesnaście lat to strasznie dużo, gdy od dwudziestu trwa regularna wojna.

Na szczęście jednak dla Arany, tym razem cała szopka nie skupiała się na niej. Pierwsze słowa od dwóch lat zamieniła z ojcem dopiero na osobności. Devrim, wylewny jak zawsze, objął ją. Jego mundur pachniał czymś ostrym i chemicznym, niczym chlor. Stali w jadalni, admirał dał ręką znak służbie, aby nie przejmowała się, że jeszcze nie wszyscy siedzą i dalej roznosiła dania.

 Przywiozłem mnóstwo technologii od tych niebieskich zasrańców zwrócił się Devrim do znajdującej się przy stole grupy Tarkinów.

Własnej żony nie powitał uściskiem, ta jednak była zbyt zajęta wymienianiem uprzejmości z którąś z młodszych kuzynek, aby to zauważyć.

Powiem wam, że byli nawet całkiem sprytni. Gdy straciliśmy Entropię, nawet przyszło mi do głowy, że trochę za sprytni. Musieliśmy rozłożyć doki na całej pętli Kerrecian, bo natychmiast niszczyli wszystkie nasze zapasy. A właśnie, widzieliście kiedyś Chissa na żywo? Oczy im się świecą, łatwiej w ciemności trafić…

 Wiem, do czego to prowadzi  przerwała Aima.  I proszę cię, nie przy stole…

 Arana z pewnością nie widziała Chissa natychmiast sparował Devrim i zanim jego córka zdołała poprzeć matkę (a był to wręcz odruch, podobnie jak Aaro już otwierał usta, aby usadzić tego gnoja i dać spokojnie reszcie zjeść), nakazał wprowadzić swoją zdobycz.

Chiss, prowadzony przez adiutanta admirała, miał na sobie brudny i porwany mundur. Krwawił i syczał w swoim języku, gdy Devrim podszedł do niego, aby przykładnie powalić go na podłogę mocnym kopniakiem. Aima i Aaro przyglądali się temu z zażenowaniem, ale bez słowa. Glacier, córka Aaro, ostentacyjnie odłożyła sztućce.

Arana jednak patrzyła z ciekawością. Rzeczywiście, nigdy nie widziała Chissa na żywo – w sumie nie widziała żadnego Chissa, prócz tego odmieńca Mitth’raw’nuruodo, który po latach słynął nie tyle z bycia pierwszym obcym na stołku admirała, co wręcz kleptomańskiego okradania muzeów w całej Galaktyce. Tarkinowie zawdzięczali Mitth’raw’nuruodo pokaźną część swojej kolekcji sztuki, odkąd jednak Imperium było w stanie wojny z Chissami, raczej rzadko wspominano o jakichkolwiek zasługach Thrawna.

Leżący na podłodze mężczyzna miał niebieską skórę, w kolorze czystego nieba, na Eriadu widocznego może dwa miesiące w roku. Usta miał rozchylone, klatka piersiowa wznosiła się i opadała równomiernie, jakby właśnie próbował uspokoić oddech. Arana złapała jego spojrzenie, zanim admirał kopnął go jeszcze raz, wywołując krótki jęk bólu i urwany protest w syczącym języku obcego.

Dziewczyna przyłapała się na tym, że przygląda mu się nad wyraz chętnie. Śmieszne, egzotyczne stworzenie. Sądząc po ubraniu, wojskowy. Kiepski pomysł, zapraszać wroga na obiad. Jeszcze gorszy – kopać niewolnika na oczach innych. Arana od dziecka była uczona, aby nie być okrutną wobec domowej służby i nie traktować jej jak żywe meble. W razie ostrzału przez Rebelię, nie chcesz nagle znaleźć się w domu, w którym wszyscy cię nienawidzą i tylko czekają na odpowiedni pretekst.

Razem z Glacier powstrzymały admirała, gdy wziął kolejny zamach.

 Ojcze, to nie jest zachowanie, które ktokolwiek tu popiera.  Arana uświadomiła sobie, że czuje ucisk w brzuchu. Zapomniała już, że posiłki zawsze były punktem zapalnym w rodzinie, z takiego czy innego powodu.  Ma on jakieś imię? Czy mam mu nadać numer?

Admirał stracił parę. Ignorując Chissa i nie patrząc na córkę, zasiadł do stołu, mrucząc długie i źle wymówione słowo w Cheuhn. Arana wyłapała tylko część, cóż, będą musieli sobie z tym radzić.

– Lumen – To chyba było najbliższe temu, co usłyszała. – Chorąży Higgins, wyjdź z nim. Adiutant admirała, do tej pory stojący przy drzwiach i profesjonalnie ignorujący zamieszanie, uśmiechnął się do niej. Znała Sheeva Higginsa z Akademii, słynął tam głównie ze szmuglowania alkoholu i pornografii z twi’lekankami.

Postawiony na nogi Chiss okazał się wyższy od Arany o głowę. Patrzył się to na nią, to na Devrima. Śmieszne stworzenie, pomyślała znowu dziewczyna. Jego oczy rzeczywiście świeciły wyraźnym w cieniu blaskiem.

Po obiedzie podeszła do Aaro, aby zapytać się, czemu sam nie przerwał przedstawienia. Jej rodzice wyszli z sali pierwsi, najwyraźniej nie chcąc czekać z kłótnią.

 Czemu sądzisz, że moim obowiązkiem jest robienie wszystkiego za ciebie? – zdziwił się Aaro.  Poza tym, przecież wiesz, nigdy nie sprzeciwiam się decyzjom admirała.

Tarkinowie zwykle lojalnie pomagali członkom rodziny. Czasami jednak – ale tylko czasami – gdy jakaś wyjątkowo oporna jednostka pędziła w przepaść, po prostu po drodze wymieniali uśmiechy i komplementy, i puszczali w dalszą drogę.

*

PIĘĆ

Glacier uważała Aranę za mało ambitną. Sama była kobietą Tarkinów do szpiku kości – w wolnym czasie polowała na piratów na Żerowisku. Gdy zabijała, bardzo przypominała ojcu starego Wilhuffa, chociaż z twarzy trudno byłoby znaleźć kogoś mniej podobnego  Glacier miała włosy czarne i kręcone, twarz ciemną, sylwetkę krępą i rozłożystą. Było jednak w niej mnóstwo rodzinnej śmiałości, tego nieustannego parcia na przód.

Arana przy każdej przeszkodzie przystaje i ogląda ją z każdej strony. Odchodzi, a potem wraca z jakimś pomysłem, jak wtedy, gdy wysłała drony, aby zaminowały piracki statek w sposób tak sprytny, że uszkodzone sterowanie posłało całą szajkę wprost na powierzchnię słońca. Piraci nigdy dowiedzieli się, co ich trafiło. A w rodzinie bardzo  dbało się, aby każdy wróg dokładnie wiedział, że trafił ich któryś z Tarkinów.

Nie oznacza to, że Glacier z Araną nie miały wspólnych tematów. W końcu obie miały szesnaście lat.

Jak sądzisz, czy oni mają wszystko niebieskie? Glacier podzielała zainteresowanie Arany przywiezionym przez admirała Velari niewolnikiem. Tego dnia odbywały się zebrania ministrów, których obie dziewczyny nazywały prześmiewczo dronami. Gubernator Velari wysyłała właśnie swoje drony do wdrażania kolejnych reform i dekretów, przesyłając transmisję z obrad w czasie rzeczywistym, coby młodsze pokolenie zaznało trochę polityki. Drony dzisiaj jednak były wyjątkowo bezwolne, co przekładało się na ogólne znużenie tematem. Ciekawiej było wejść na admiralski statek i poobserwować przez kamery Chissa, jak kręci się w celi.

Bardziej takie fioletowe wyjaśniła Arana. Eriadu cenzurowało pornografię z nieludźmi, razem z całym szeregiem innych treści. W domu Velarich jednak cenzury nie było, gubernator bowiem uznawała, że warto znać wszelkie dowcipy polityczne z pierwszej ręki, aby móc szybko rozstrzelać autorów tych co paskudniejszych. Albo, jak dodawała przy obiedzie, najmniej śmiesznych.

Chiss zresztą bardzo szybko poszedł się umyć w kąt celi, można było więc sprawdzić i porównać spostrzeżenia. Arana widziała to już co najmniej kilka razy. Za pierwszym razem wmawiała sobie, że to czysta ciekawość. Za drugim już nie dała rady, intensywnie myśląc później pod prysznicem o tamtym mężczyźnie. Bo może to był niewolnik, nieczłowiek i istota pośrednia ewolucyjnie, ale na pewno także mężczyzna.

Glacier z kolei, gdy już zaspokoiła żądzę wiedzy, szybko straciła zainteresowanie. W przeciwieństwie do Arany, była zaręczona. Z porządnym oficerem, wobec czego ani w głowie jej były zboczenia.

— Gdyby nie siedział na Entropii, mogłabyś go sobie wziąć, a tak to zostaje ci tylko Higgins, ale on jest z Lysatry, i Morgan, ale jego ciotka to dezerterka, i… no, pewnie jeszcze połowa Eriadu – zauważyła przyjacielsko Glacier, uznając, że kuzynka po prostu ma napięcie do rozładowania. Ludzka rzecz, pewnie nawet drony to czasami robią, o ile gubernator pozwoli.

A wiadomo, Tarkinom nikt nie odmawia. Po prostu biorą, co chcą.

Czy też, jak Arana, najpierw oglądają z każdej strony, a potem dopiero biorą. W gruncie rzeczy jednak, niewielka różnica.

*

SZEŚĆ

Na wojnie szybko rozdawano awanse. Ktoś musiał zastępować poległych.

Major Armitage Hux miał osiemnaście lat i był niesamowicie zirytowany tym, że nikt się nim nie przejmuje. A, na litość Imperatora, absolutnie nikt się nie przejmował. Nie był to pierwszy bankiet, na krawędzi którego kręcił się jakiś blady chłopaczyna ściśnięty mundurem, niepasujący kompletnie do niczego dookoła. Tarkinowie nazywali takich “aktualnie pełniący obowiązki” kapitana czy tam majora. Każdego roku inny chłopaczek kręcił się wokół nich, aby po bankiecie zostać wysłanym na front. W akurat to miejsce, w które nie chciał udawać się nikt inny.

Wszyscy spodziewali się, że Huksa niedługo  zastąpi kolejny młodziutki, aktualnie  przez krótki czas  pełniący obowiązki oficera dowodzącego. Hux dokładnie o tym wiedział i właśnie dlatego był wściekły.

Aranie trochę było go żal. Powoli dochodziło do niej, jak przedmiotowo traktowane jest całe jej niezbyt liczne pokolenie.

Za mało pijesz stwierdziła, podchodząc do aktualnie pełniącego obowiązki majora Armitage’a Huxa.

Zasalutował jej tak, że prawie wylał wino. Uznała to za wyjątkowo zabawne.

 W każdej sytuacji warto zachować przytomność umysłu, ma’am.

Nic ci to nie da. I tak nikt nie traktuje cię tu poważnie – zauważyła Arana. W mundurze pułkownika wyglądała tak, że jeszcze kilkanaście lat wcześniej jedynym sposobem, aby ktokolwiek zaczął ją  traktować poważnie, byłoby porozrzucanie wszystkich oficerów Mocą po sali.

Hux poczerwieniał i wnerwił się jeszcze bardziej.

—  I przyszłaś tu tylko po to, aby mnie o tym poinformować?

Wzięła butelkę wina i dolała mu z obojętną miną.

—  Nie. Pij.

Zignorował rozkaz.

—  Pij, powiedziałam. Gdzie cię wysyłają?

Skrzywił się i wypił cały kieliszek jednym haustem.

—  Onderon.

— Z pewnością to odciągnie uwagę na jakiś czas.

Był to wybieg stary i prymitywny – zarzucić przynętę i szybko uderzyć gdzieś indziej, zanim wróg się połapie. Arana doskonale wiedziała, że poświęcanie części sił nie leży ani w naturze Tarkinów, ani nikomu nie przychodziło łatwo. Wiedziała jednak też, że kuzyn Janyrr, którego wysyłano do oblężenia w tym samym czasie, gdy młody major będzie się bohatersko poświęcał, chętnie wykopałby ją z pozycji w małym, rodzinnym kółku adoracji.

– Dostaniesz dodatkowe siedem skrzydeł myśliwców i kilka prototypów, ale za to masz mi przywieść coś ładnego z Onderonu – zadecydowała i znowu nalała mu wina, uśmiechając się szeroko. – No, do dna.

Przerwała mu w połowie zdania, gdy próbował niezbyt zręcznie podziękować. Dopilnowała, żeby wypił wszystko i odeszła bez pożegnania. Tego dnia przeprowadziła cztery podobne rozmowy i, jeśli miałaby być szczera, ta z Huxem podobała jej się najbardziej.

Przynajmniej słuchał, co mówiła. A to u nastoletniego, napuszonego pełniącego funkcję oficera dowodzącego zawsze było wymiernym sukcesem.

 

*

I BONUS, ficzek do Star Wars: Rebels

SIEDEM

Kallus miał zgubny nawyk myślenia za dużo. Co wieczór robił podsumowanie uczynków złych, gorszych i tych palących wstydem tak wielkim, że nawet nie ośmielał się głośno formuować ich w myślach. Tego, co było dobre, nie roztrząsał. Nie uważał, aby zasługiwał nawet na chwilę moralnego komfortu.

Zeb, dla odmiany, bardzo szybko zostawił przeszłość za sobą. Ciągał go po polach i lasach Lira San, i na zawody łowieckie, i na tradycyjne lasackie zapasy. Lasaci doceniali talent do mordobijki, Zeb szybko więc wybudował sobie dom za zebrane nagrody. I znowu, dumny ciągał Kallusa, pokazując ręcznie ciosane meble z wizerunkami dawnych herosów oraz całkiem współczesne plakaty z twarzami ulubionych zapaśników.

Gdy poprosił, aby z nim zamieszkał, Kallus nie wiedział, co powiedzieć, Zeb więc natychmiast wziął to za “tak”. No to mieszkali razem, najpierw w osobnych sypialniach, potem w jednej, bo jakoś tak wyszło. Pewnego dnia obaj byli trochę pijani, Zeb był trochę samotny, Kallus natomiast jak zawsze – bardzo samotny i miotający się we własnej głowie. Chrapanie po drugiej stronie łóżka sprawiało, że czuł się lepiej.

Lasaci go lubili, w ten dziwny, niezręczny sposób, jak reagują mieszkańcy odizolowanych światów na kosmitów. Dzieci podchodziły, aby dotknąć jego nóg, twarzy, włosów. Dostawał mnóstwo pytań, czy nie jest mu zimno, ukradkiem przyglądano się temu jak chodzi. Wszyscy byli przekonani, że ludzie, z tymi swoimi małymi, łysymi łapkami, są delikatni i mają kłopoty z równowagą. W końcu więc Zeb  znowu  wyciągnął go na zapasy. Tym razem na ring, nie w charakterze widza. A że Kallus miał mnóstwo, naprawdę żenująco dużo doświadczenia w próbach skopania lasacich tyłków, wygrał każdą walkę.

Absolutnie wszyscy byli zachwyceni.

Wracając ze swoim trofeum z wywiadu dla lokalnej stacji holonetowej, z promieniującym z dumy Zebem u boku, Kallus nadal myślał o Lasanie. Myśli były jednak płytsze, przytłoczone jakimś silnym, ciepłym uczuciem, którego do końca nie rozumiał.

Gdy wrócili do domu, najpierw trenowali, potem kochali się na macie. Do chwili, gdy wszelkie wątpliwości zanikły pod grubą warstwą szczęśliwych wspomnień.

*

Dawno nie pisałam takich rzeczy i chyba widać, że umiejętności mi mocno pordziewały. Jeśli jednak podobało się, dajcie znać, to pomiędzy różnymi innymi notkami postaram się pisać więcej fanficzków 🙂

(Visited 491 times, 1 visits today)
  • Ulf Justyna K Lambert

    Super się czytało! A co do waleni z kosmosu, jest jakiś wiersz o wielorybie w kosmosie, ale teraz nie umiem sobie przypomnieć autora ani tytułu. W każdym razie, ure not alone 😀

  • Aleksis

    Pierwsze opowiadanie bardzo mi się podoba.
    „Arana uznała, że jeśli tak wygląda honor, to nie chce mieć z nim wiele wspólnego.” – <3
    "czuła się, jakby ktoś zabrał jej cel, w który zamierzała uderzyć. A Tarkinowie bardzo, bardzo potrzebują celu, który mogliby zniszczyć." – bardzo życiowe