Nawet w fantazji seks nie jest za darmo

Chciałoby się napisać, że książka 365 dni zaczyna się sceną gwałtu, a potem jest tylko gorzej. Jednak – w pewnym sensie – to nieprawda. Widzicie, ja obstaję przy zdaniu, że to książka ciekawa. Po prostu nie w taki sposób, jaki miała na myśli autorka.

(tutaj uczciwie czytelników muszę ostrzec, że we wpisie będą obrazki luźno związane z omawianym tematem. To jest – seksem i BDSM. Luźno związane, bo bardziej ściśle by pasowały jakieś sceny przemocy domowej.)

Dla niezorientowanych – omawiana powieść jest promowana jako polska odpowiedź na Greya (zresztą, któraś już z kolei) połączona z “Ojcem chrzestnym” (co z kolei jest po prostu bzdurą). Opowiada o radosnych przygodach Polki o imieniu Laura, która została porwana przez mafijnego bossa o zaiste masywnym mieniu don Massimo. Akcja 365 dni należy do specyficznego gatunku, który nazywam thrillerem mimo woli. Chodzi w nim o to, że chociaż sama autorka twierdzi, że napisała coś w stylu romantycznego erotyka, tak naprawdę nie trzeba wiele zmieniać w treści, aby mieć opowieść o zwykłej kobiecie porwanej i gwałconej przez mafioza. Mafiozo cierpi na urojenia, przez co twierdzi, że rzeczona Polka jest mu przeznaczona. A skoro przeznaczona, to może sobie brać bez pytania, kto by tam się przejmował zdaniem samej zainteresowanej.

(pomijając wszelkie kwestie związane z jakością takiej literatury, we wszelkich podróbkach Greya zawsze musi występować dominujący w łóżku mężczyzna, jakby nie było żadnej innej opcji)

Autorka, Blanka Lipińska, przyznaje w wywiadach, że chciała stworzyć niezobowiązującą historyjkę erotyczną, która przełamie tabu dotyczące rozmawiania o seksie. Tu widzimy pierwszy problem. Otóż, ja uważam, że – uwaga – Polacy generalnie mówią o seksie, inna sprawa, w jaki sposób to robią. Polskie mówienie o seksie to sprośne komiksy na tablicy na Facebooku pań i panów w średnim wieku, wywołujące lekkie poczucie zażenowania wszystkich dookoła. Polski seks to pani w stringach przynosząca wodę Kubie Wojewódzkiemu w studiu na oczach setek tysięcy rodaków, to zbliżenia na dekolty aktorek w Świecie według Kiepskich, to w końcu – żarty o pierścionku w dupie z komedii romantycznych oraz perła humoru, szczyt osiągnięć cywilizacji w dziedzinie rozbawiania publiki: kabaret z chłopem przebranym za babę gadającym o, hehe, wibratorach.

Gdzie w tym spektrum rodzimych znajduje się 365 dni? Na szczęście, nie jest to podszyte wstydem heheszkowanie z samego aktu seksualnego. Innych plusów dodatnich – nie stwierdzono. W powieści pani Lipińskiej mamy do czynienia z bardzo niemiłą wizją rzeczywistości, wizją, w której pod pozorem romansu mężczyzna wykorzystuje kobietę, a kobieta wykorzystuje mężczyznę. I tak sobie razem tkwią w tym toksycznym bagienku przez ponad trzysta stron, a czytelniczka zastanawia się, z jakiego dokładnie powodu ma kibicować tej pączkującej patologii.

(podobno w tych bedeesemach ważne jest zaufanie do partnera, tego jednak nie uświadczymy tutaj) 

Zacznijmy jednak może od toksycznych zachowań ze strony głównego bohatera, bo są zdecydowanie prostsze do zdefiniowania. Massimo to typowy smalec alfa, dominujący zarówno w życiu, jak i w sypialni, bezwzględny, agresywny, pozbawiony szczątkowego szacunku do stawianych przez kobiety granic. Jest kłamcą – w trakcie trwania powieści kilka razy powtarza, że nie zgwałci Laury i jej nie wykorzysta, po czym pakuje jej się pod prysznic z gołym fiutkiem, aby nieproszony poocierać się niczym kundel Azor o nogę listonosza. Jest zaborczy, izoluje bohaterkę od rodziny, ba, grozi śmiercią matki i chłopaka, jeśli ta nie będzie robić tego, co on pragnie. Cała powieść jest zapisem sposobów upokarzającego przekraczania przez Massima kolejnych poziomów bycia zdegenerowanym małym kurwiem, włączając w to kłamstwo, że stosuje antykoncepcję, w nadziei że złapie Laurę na dziecko (!) czy wszczepienie jej w skórę GPS-a. Aha, jakby tego było mało, nasz bohater ciągle mówi swojej ukochanej, że “on ją nie pyta, on ją informuje”, co we mnie osobiście budzi chęć odpowiedzi “informować możesz mamę, że wolisz schabowe na obiad zamiast mielonych”.

Massimo uosabia ogólny problem, jaki mamy z męskimi postaciami w jakichkolwiek relacjach romantycznych. Otóż w tradycyjnej wizji męskości, im bardziej jesteś zaborczym małym kurwiem, tym bardziej ci zależy, a więc – jesteś lepszym kandydatem do związku. Takie przekonanie nie wzięło się zresztą znikąd. Policzcie sobie, ile razy w Starej Trylogii Gwiezdnych Wojen księżniczka Leia odmówiła Hanowi, ile razy powiedziała mu “nie”, zanim skończyli razem. Ile razy kobiety odmawiały Bondowi (a i tak kończyło się to sceną seksu), ile razy kobiece “nie” oznacza, że mężczyzna ma po prostu naciskać bardziej. Bo nachalność oznacza, że mu zależy. Wampir Edward wymontował z samochodu ukochanej silnik, aby nie mogła spotkać się przyjacielem. A więc zaborczość też oznacza, że mu zależy. W całkiem nowiutkiej kreskówce Final Space główny bohater – Gary – przez pięć lat codziennie wysyła kobiecie widzianej raz w barze wiadomości z więzienia, chociaż nie otrzymuje odpowiedzi na żadną z nich. Love interest Gary’ego widzi te wszystkie maile dużo później, te pięćset wiadomości wysyłanych jej przez jakiegoś obcego typa, i mięknie jej serduszko, że tak się stara.

A więc stalkerstwo także oznacza, że mu zależy.

(dodatkowo, w kolejnych “Greyach” kolejne autorki wychodzą z przekonania, że tym seks jest ostrzejszy, im bardziej mężczyzna nie szanuje bohaterki i jej “nie”.  A przecież w życiu jest dokładnie odwrotnie, większość ludzi musi ufać komuś, aby dać mu się związać, batożyć porem i podduszać za pomocą kebaba w sosie ostro-kwaśnym)

A to bardzo ważne, bo – również w ujęciu tradycyjnym – wartość kobiety zależy od tego, jacy mężczyźni i jak bardzo się o nią starają. A więc Massimo – gwałciciel, kłamca, zaborczy kurw i jeden z najmasywniejszych śmieci, jakie widziała literatura, jest wręcz facetem idealnym.

Co jednak sama Laura ma ze związku z Massimem? Co sprawia, że w ogóle jej się to opłaca, prócz zakorzenionego w kulturze przeświadczenia, że nasz Massimo ideałem jest, i jak nie zachwyca, jak zachwyca?

Widzicie, tradycyjnie seks jest czymś, co kobieta “daje” mężczyźnie w zamian za określone zasoby. Nierzadko są to zasoby, których wcześniej została przez społeczeństwo pozbawiona – chociażby zdolność samodzielnego utrzymania się na sensownym poziomie, coś, co przez wiele wieków było domeną nielicznych kobiet. Współcześnie seks, a także granie własną atrakcyjnością seksualną i kobiecością, nadal jest tym, co kobieta “wymienia” na inne fanty – od dziewczynek zwolnionych z pytania na lekcji polskiego za założenie spódniczek, po poświęcanie się “dla niego” w związku za gratyfikację emocjonalną. Zwłaszcza to ostatnie bywa zgubne – atrakcyjne dziewczyny szybko uczą się, że ich ciało i seksualność jest pierwszym możliwym produktem do wymiany na popularność, adorację, prezenty.

W 365 dniach mamy właśnie taką, konserwatywną, wizję kobiecości. Niby książka jest o seksie, ale tak naprawdę – o wymianie seksu i fizycznej atrakcyjności na zasoby. Laura Biel za seks i podobieństwo do wyśnionej Pani Massima dostaje złote kozaczki od Gucciego, którymi może szpanować przed rodziną. Nic dziwnego, że w takiej wizji rola mężczyzny jako obiektu seksualnego jest dość bierna – tak, Massimo jest opisywany jako przystojny i z kutasem, którego może używać zamiast węża strażackiego, jednakże bynajmniej nie jest uwodzicielski i robi też niczego świadczącego o tym, że chciałby być dla Laury atrakcyjnym partnerem seksualnym. Po co miałby to robić? Przecież zasypał ją pożądanymi zasobami.

(Nawiasem, Lufycer jest serialem bardzo ciekawym, gdyż główny bohater robi w nim rzecz zarezerwowaną prawie wyłącznie dla kobiet – wykorzystuje własną seksualną atrakcyjność i popęd innych, aby zbierać fanty. Ale jest diabłem, to mu wolno)

Natomiast w realnym świecie autorka powieści pozuje półnago do CKM-u (tego samego pisma, którego “mądrości” obśmiewałam tutaj) ze swoją książką. A więc – pokazanie piersi za reklamę, seks za zasoby, koło się zamyka. W całym tym cyrku nie ma miejsca dla kobiet wykorzystujących seksualność dla własnej satysfakcji. Głównie dlatego, że stawiałoby to mężczyzn na bardzo nielubianym przez nich stanowisku obiektu seksualnego, sytuacji, w której nie możesz tak po prostu seksu kupić za złote kozaczki czy pogłaskanie po głowie.

Dość symptomatyczna jest scena w samej książce, w której jedna z bohaterek – chyba matka Laury, nie każcie mi sprawdzać – ma wątpliwości wobec narzeczonego córki. Matka Laury jest świadoma, jak pokaźnych rozmiarów skurwielem jest Massimo, wszystkie wątpliwości wnet zostają rozwiane. Gdy tylko widzi, jakie prezenty dostaje jej pociecha, natychmiast zmienia zdanie.

To kolejny poziom toksyczności – traktowanie relacji dwojgiem niby zakochanych ludzi niczym transakcji między prostytutką a klientem, jedynie pozbawionej potępienia ze strony otoczenia. Wręcz przeciwnie, Laura może liczyć na podziw i szacunek rodziny czy znajomych. Bo ją Massimo obsypuje tymi kozaczkami, drogimi samochodami, kompletami bielizny. Jednocześnie dziewczyna sprzedaje się w znaczeniu pełnym i niepodważalnym, to nie jest czysta, uczciwa transakcja, w której klient kupuje usługi seksualne, Massimo kupuje całą Laurę, wyłączność do jej ciała, do jej życia, do kontrolowania, z kim się spotyka, w końcu, do traktowania jej jako inkubator, który można zapłodnić bez pytania o zdanie.

Z zachowania Laury emanuje jednak bardzo przykre przeświadczenie, że  transakcja jest tego warta. Nie tylko z powodu korzyści materialnych, ale nade wszystko z uwagi na podziw wszystkich dookoła, według których wyrwanie faceta z masywną platynową kartą oraz ładną twarzą jest absolutnie największym życiowym sukcesem, jaki może przypaść w udziale kobiece.

I to jest niewyobrażalnie smutne.

(Autorka 365 dni chwaliła się, że w następnej książce najostrzejsza scena będzie zawierała Laurę – pardon – wsadzającą Massimowi palec do dupy. Wiadomo bowiem, że facet posiada Święty Odbyt, a wsadzanie w niego czegokolwiek, nawet palców cycatej blondyny, prowadzi do strasznej rzeczy, tj. zgejenia. BTW, na tym gifie powyżej nie ma ani jednej kobiety)

W tym całym korowodzie przebrzydłości, seks wydaje się najmniej ciekawy. Owszem, jest opisany dość wulgarnie. Owszem, on nie szanuje jej granic, ale ona jest napalona niczym fani Star Wars przed premierą The Force Awakens, więc finalnie nie ma to znaczenia.

Osobiście uważam jednak za nieporozumienie, że Laura opisywana jest jako kobieta wyzwolona, tylko dlatego, że ma zasygnalizowane jakieś tam potrzeby seksualne, masturbuje się wibratorem i lubi (pseudo) BDSM. Zdawanie sobie sprawy z istnienia własnej seksualności to dobry start, ale zauważymy jedno, a mianowicie: nie ma już roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego. To, jak chcemy realizować się w seksie jest równie ważne, jak to, w jaki sposób nie chcemy tego robić. Jeżeli partner nie szanuje naszego “nie”, wymusza, manipuluje, ignoruje hasła bezpieczeństwa, stalkuje, ogranicza – brak zgody na tego typu zachowania nie sprawia, że jesteśmy “zbyt waniliowe” lub “za mało wyzwolone”. Wręcz przeciwnie, to taka Laura, znosząca wszelkie wyskoki Massima, której jedyną reakcją jest okazjonalne walnięcie go w twarz – czego nikt nie bierze na serio, a bohater robi dalej swoje – jest postacią fałszywie wyemancypowaną. I kończy, wtłoczona w scenariusz jak z koszmaru, wrobiona w dziecko ze swoim katem.

To ja już, kurna, czasem wolę dowcipy o chłopie przebranym za babę.

(Visited 914 times, 1 visits today)