W ten jeden PROSTY SPOSÓB ograniczysz emisję CO2

Dbając o własne codzienne wybory mamy komfortowe złudzenie sprawczości – coś, co nie jest wcale takie oczywiste, gdy w grę wchodzi lobbowanie za zmianami odgórnymi, na poziomie systemowym. Ograniczając się do osobistych wyborów, naszym “przeciwnikiem” może być ojciec, który pomarudzi “jak to mięska nie zjesz”, domagając się zmian odgórnych, nagle stajemy wobec potęg tego świata i w najlepszym wypadku spotka nas to, co spotkało Gretę Thunberg. A jak pisałam na swoim funpagu, istnieje niezerowa liczba ludzi, którzy stracili pracę za sugerowanie, że Gretę powinno się zamordować, ewentualnie – to dużo częściej – zgwałcić. Tak więc segregowanie śmieci jest jakby bezpieczniejsze.

Mamy więc jako społeczeństwo olbrzymi problem z przekładaniem ekologicznych wyborów konsumenckich (np. nieużywania plastikowych siatek, niejedzenia mięsa, ogólnego ograniczenia konsumpcji) nad rozwiązania odgórne i systemowe. I to bardzo wygodna sytuacja dla tych, co produkują najwięcej śmiecia i dwutlenku węgla, czyli wielkich korporacji – którym bardzo zależy na przerzucenie obowiązku dbania o środowisko na konsumentów. I to udaje się, ponieważ bardzo przecież chcemy dbać o to, aby nasza planeta nas nie zabiła, prawda? Korporacje muszą przegiąć w naprawdę fantastyczny sposób, aby zauważono, że coś nie halo – tak było z “ekologiczną” “kampanią uświadamiającą” w ramach której Coca-Cola wysyłała różnym ludziom puste plastikowe butelki pocztą, z dołączonym listem, aby je wyrzucili do koszów. 

Coca-Cola produkuje pięć i pół miliona ton CO2 rocznie. Aha – i trzy miliony ton plastiku. Okej, ale Coca-Coca jest jedna. Ile plastiku produkuje przeciętny konsument? 

To jedno z tych podchwytliwych pytań, ale aby naprowadzić na odpowiedź, warto zadać kolejne. Czy wiesz w ogóle, jak produkuje się plastik? Zakładam, że większość czytelników jednak nie wie, a ci, którzy wiedzą, zatrzymali się na poziomie teoretyki – chyba że mamy tu jednak jakiegoś specjalistę od wytwarzania tworzyw sztucznych (jeśli tak, to serdecznie pozdrawiam).

Nie wiesz, jak dokładnie się wytwarza bądź przetwarza plastik, bo go, tak jakby, nie wytwarzasz. My, konsumenci, jesteśmy na samym końcu zjeżdżalni, do której trafia już wytworzony i przetworzony plastik. Tak, kupujemy go, ale nie czarujmy się – gdyby zjeżdżalnią wolnego rynku zjeżdżały produkty wykonane z innych materiałów, też byśmy je kupili. Oczywiście, że byśmy kupili – taka Coca-Cola ma już sposoby, abyśmy kupowali.

Nie oznacza to jednak, że nie ciąży na nas żadna odpowiedzialność – aby puścić już wyprodukowany plastik do obiegu, nasza końcówka zjeżdżalni musi postarać się, aby został on ponownie przetworzony. Problem w tym, że nie każdy plastik się do tego nadaje – więc znowu, wracamy do producentów tworzyw sztucznych – oraz wytwarzanie i przetwarzanie tworzyw sztucznych generuje nasz ulubiony gaz cieplarniany, więc jednak wypadałoby je ograniczyć.

Pewnie znalazłyby się osoby, które powiedzą – no tak, ale gdybyśmy wszyscy przestali kupować produkty nieekologiczne, to ich produkcja przestałaby być opłacalna i poprzez nacisk zmusilibyśmy koncerny do zaprzestania trucia planety, prawda?

Niestety, odpowiedź na to pytanie jest rozczarowujące – nigdy do tego nie dojdzie. Ekologiczna konsumpcja wymaga wiedzy, czasu i niekiedy dodatkowych pieniędzy, a więc jest raczej czymś, co robią ludzie z krajów wysoko rozwiniętych, ewentualnie tych, gdzie ekologiczne warianty konsumpcji mocno zakorzenione są w tradycji. 

Na przeszkodzie stoi także inny mechanizm, związany z wychodzeniem z gospodarki niedoboru/biedy. Osoby wychowane w ubóstwie po podniesieniu swojego statusu społecznego mają tendencję do tzw. łapczywej konsumpcji, a więc gromadzenia dóbr, zwłaszcza tych, których brak odczuwali najmocniej. Można to przełożyć na całe społeczeństwa – minimalizm, ograniczanie konsumpcji poprzez świadome wybory to zdecydowanie częściej domeny społeczeństw bogatych niż bogacących się. Trudno wytłumaczyć komuś, kto ma w sobie często wielopokoleniowe doświadczenie ubóstwa, że ma ograniczać konsumpcję w imię ekologicznych ideałów. A poziom skrajnego ubóstwa na świecie od lat spada – mamy więc olbrzymią liczbę ludzi, którzy zostaną postawieni w sytuacji podobnej do ten, w której postawieni zostali Polacy po przemianie ustroju. Może coś mi umyka, ale Polska początku lat 90-tych nie była raczej przykładem minimalizmu, ekologii i hygge.

Tytuł notki jest, rzecz jasna, kłamstwem. Zależy mi jednak na trafieniu do tych, którzy wierzą w proste sposoby – tylko po to, aby móc przedstawić im trudny, ale który zapewne zadziała. Musimy sprawić, aby konsumpcja ekologiczna stała się podstawą konsumpcji – tylko, jeśli inne opcje staną się trudno dostępne i nieopłacalne, mamy szansę cokolwiek zmienić. 

/funpag, patronite