Wrażenia z czytania: Małgorzata Stefanik, “Gildia Zabójców”

Wrażenia z czytania: Małgorzata Stefanik, “Gildia Zabójców”

Cześć. Zanim zagłębisz się w treść, chcę wyjaśnić, czym ten artykuł nie jest.

Nie jest recenzją. Recenzja tej książki pojawi się oddzielnie, będzie też zawierała nieco… powiedziałabym, poważniejszą analizę niż to, co teraz czytasz. “Wrażenia z czytania” po to prostu moje przemyślenia. Spisuję je na bieżąco w czasie lektury, tak więc książka jest analizowana rozdział po rozdziale, sesja po sesji. Jeśli jakieś informacje są powtarzane po kilka razy, to dlatego, że oryginalnie poszczególne części ukazywały się w odcinkach, a to wymusza zabieg polegający na przypominaniu czytelnikom, o czym pisałam kilka dni temu.

Poszczególne odcinki są oddzielone poziomą linią. Artykuł będzie aktualizowany. Dla ułatwienia:

Stan artykułu: niezakończony
Liczba opublikowanych części: 13
Ostatnia aktualizacja: 10 sierpnia 21, 15:00


1.

LET’S THE SHOW BEGIN

Od razu chcę zaznaczyć, że nie sięgnęłam po tę książkę tylko po to, aby mieć łatwy cel do obśmiewania w Internecie. Chciałam poczytać coś lekkiego, a autorkę kojarzyłam z jej bloga – po reklamie uznałam, że to wszystko tak trochę ironicznie jest. Otusz moi drodzy jednak nie jest.

Zacznijmy od samego początku, a więc – ROZDZIAŁ PIERWSZY.

Spotykamy Króla Zabójców, który wraz z doradcami, Przydupasem A oraz Przydupasem B dywaguje, jaka Główna Bohaterka jest bezczelna i niezrównoważona. Nie powiem, nie zaczyna się dobrze, zwłaszcza, gdy dowiadujemy się, że Alyssa (tak się zwie nasza heroina) zasłużyła na epitety posyłając do piachu trzech kolegów z Europejskiej Gildii Zabójców.

Gildia Zabójców to, z tego co przeczytałam, taki absolutnie przedziwny twór. Akcja dzieje się mniej więcej w świecie niewiele różnym od naszego, ze wszystkich szczegółów, jakie ogarnęłam do tej pory wynika, że to w zasadzie świat rzeczywisty, tylko z jakiegoś powodu w Krakówku jest siedziba Gildii Zabójców, co zabijają ludzi i są bogaci jak Bezos (o tym później).

Król Zabójców mówi, że w sumie zdrada czy dezercja z Gildii oznacza śmierć i ja tak sobie myślę, że pewnie pomordowanie jakichś innych zabójców można liczyć jako zdradę, no ale nie. Bo po pierwsze, Alyssa jest w cholerę dobrą zabójczynią i dużo piniondzów przynosi, a drugie, jest następczynią tronu, tj. przyszłą królową. Nie jest jednak biologiczną córką króla, tylko jego protegowaną, w każdym razie – jej wolno.

Przydupas A mówi, że co za problem, Gildia stosowała krwawego orła jako karę od wieków i działało, po co cokolwiek zmieniać. Krwawy orzeł to takie tortury wspomniane w legendach nordyckich. Zresztą, przeczytajcie sami i podumajcie, jaką ta książka miała redakcję, skoro autorka pisze, że coś takiego „miało wiele wspólnego z torturami”, a nie po prostu, że to była tortura. Nie jest to jedyne miejsce, gdzie coś nie styka – sporo zdań brzmi nienaturalnie, nieco niezdarnie i ogólnie czyta się to szybko, ale bynajmniej nie płynnie.

Czekajcie spokojnie, szybko dojdziemy do kwiatków, mimo dość neutralnego wstępu.


2.

Zaczynają się kwiatuszki.

Król Zabójców mówi „Noż panie przydupasie, tak nie wolno, toż to główna bohaterka”, więc krwawego orła nie będzie.
Zamiast tego… wytną jej na plecach skrzydła. Tak, te z okładki. Pomyślałby ktoś, że oznaczanie w tak charakterystyczny sposób zabójczyni, co ma po cichu mordować ludzi to pomysł taki se, ale uwierzcie mi – Król Zabójców gra w tej książce w takie szachy 4D, że sens jego poczynań jest niepojęty dla takich malućkich jak ja.

Żeby nie było za łatwo, dodatkowo postanawiają zamknąć bohaterkę w ciemnej, wilgotnej krypcie bez światła (aka – dziurze w ziemi) na pół roku. I tutaj już zaczęłam patrzeć na to wszystko z niedowierzaniem.

Problem polega na tym, że o ile autorce coś świta, że okaleczenie fizyczne może powodować traumę, tak najwyraźniej kompletnie nie zdaje sobie sprawy, że ta druga część zabawy to jedna z najgorszych tortur, jakie istnieją. I to nie jest żadna wiedza tajemna, jedno z najbardziej znanych nieetycznych badań psychologicznych traktowało właśnie o efekcie długotrwałej izolacji w małym pomieszczeniu, bez dostępu do jakichkolwiek bodźców.

Jasne, eksperyment przeprowadzono na makakach, ale nie wydaje mi się, że gdyby były ludźmi, zaraz po wyjściu z sali tortur nadrabiałyby oglądanie horrorów w TV, a to właśnie robi nasza dzielna bohaterka.

I żeby nie było, to nie czepianie się dla czepiania, po prostu jeśli autor sygnalizuje na samym początku, że takie wydarzenia nie pociągają za sobą żadnych chociaż częściowo realnych konsekwencji dla bohaterów, to raczej trudno będzie później utrzymać jakiekolwiek napięcie.

Wątek dziury w ziemi to w ogóle jedno z największych WTF do tej pory, spoiler, autorka nie ma absolutnie zielonego pojęcia, co zafundowała bohaterce i im dalej w las, tym pojęcia mniej.


3.

Przechodzimy do wykonania kary na biednej dziewoi. Tu zaczyna powoli wychodzić pewna fascynacja autorki Azją Wschodnią, aczkolwiek imiona, które wybrała dla japońskich przedstawicieli tamtejszej Gildii Zabójców (Kira dla króla, Kitsune dla jakiegoś innego) są upojne nawet dla mnie, a znam piętnaście słów po japońsku.

W każdym razie, tradycja mówi, że skazaniec ma prawo do dwóch życzeń. Bohaterka nijak skazańcem nie jest, tj. przewiduje się, że przeżyje karę (spoiler: nie dość, że przeżyje, to jeszcze kilka dni po wypełzaniu z tej dziury będzie prezentować formę olimpijskiego atlety), no ale to szczegóły.

Pierwsze życzenie jest takie, aby Oliwiera

(adepta, którego zwerbowała… nie, przepraszam, kupiła na targu niewolników i przekazała instytucji, która szkoli dzieci do zabijania i z której dezercja jest karana śmiercią – wspominałam już, że Alyssa nie tylko jest „bezczelna i niepokorna”, ale także kreowana na „zabójcę z sumieniem i współczuciem”? No, w każdym razie nie przeszkadza jej to w zakupie i posiadaniu niewolnika)

…trenował Kitsune i serio, ja nie mogę z tych imion.

Szlag, pomyliłam się, to był dopiero prolog. Dobra, to teraz ROZDZIAŁ PIERWSZY.

Bohaterka wreszcie trafia do dziury. Opis dziury – zimna, wilgotna, stęchłe powietrze, z ziemią zamiast podłogi, absolutnie zero światła. Przypominam, Alyssa ma w niej spędzić PÓŁ ROKU. To jakieś dziewięć razy dłużej, niż wytrzymał uczestnik dobrowolnego eksperymentu, który co prawda siedział w ciemności, ale w wygodnym apartamencie, miał do dyspozycji bieżnię do ćwiczeń i motywację w postaci 100 000$, jeśli wytrzyma miesiąc. Wyszedł na własną prośbę po dwudziestu dniach.
Nie będę nawet szukać danych pochodzących z mniej etycznych źródeł, zresztą – to książka o nastoletniej asasynce, to nie tak, że spodziewam się jakiegoś stuprocentowo wiarygodnego opisania skutków psychologicznych czy zdrowotnych dziury w ziemi.

To, do czego mam zastrzeżenia, to coś innego – a mianowicie autorka traktuje całą sytuację, jakby ta część z wycinaniem skrzydeł była gorsza. Nie, nie jest. Po drugie, ewentualne konsekwencje dla bohaterki są ledwo symboliczne. Jest napisane, że ma problemy z przyzwyczajeniem się do światła – ale nijak nie wpływa to na nic znaczącego. Przypisuje się jej nerwowość i ataki paniki, te jednak do tej pory nie powstrzymały ją przed zrobieniem niczego, co ma chociaż najmniejsze znaczenie dla fabuły. Ma koszmary, ale ich jedyny sens jest taki, żeby ten jej niewolnik Oliwier przy niej siedział w nocy. Ma problemy z kontaktami z ludźmi z Gildii… ale i tak nie była z nimi blisko. Jej kondycja fizyczna jest wyśmienita, porównywalna z osobami w szczycie formy, uprawiającymi sporty wyczynowe. O jakichkolwiek powikłaniach zdrowotnych związanych z przebywaniem pół roku non stop w zimnie, wilgoci i stęchliźnie autorka oczywiście nie pomyślała.

Tak więc praktycznie cały prolog był dla picu, a każda wstawka o problemach Alyssy to jeszcze większy pic, bo ulegają one zniknięciu za każdym razem, gdy dziewczyna musi cokolwiek zrobić, a więc – musi być w tym najlepsza, żadnych przeszkód nie przewidujemy.


4.

Już kilka dni po wyjściu z dziury w ziemi Alyssa chce „wracać do pracy”, tj. zabijać ludzi. Uroczo.

Jest jednak, według Króla Zabójców „nerwowa i się izoluje” co zważywszy na sytuację wydaje się raczej opisem maturzysty godzinę przed ustnym. Nie ma to znaczenia, ponieważ Król Zabójców, fan Ricka i Morty’ego, 200 IQ, galaxy brain i arcymistrz szachów 4D wie, co wobec tego zrobi. Otóż, uwaga:

ZABIERZE BOHATERKĘ NA PRYWATNY KONCERT K-POPU

Absolutnie nie żartuję, to właśnie się dzieje. Król Zabójców wręcz bohaterce bilet (zespół nazywa się Interstellar, nie żeby miało znaczenie). Oczywiście, jak przystało na każdą główną postać kobiecą z opek o boysbandach, Alyssa fanką k-popu nie jest.

Bohaterka spędza koncert ze słuchawkami na uszach, puszczając sobie inną muzykę. Nie rozpoznaje nawet języka, w którym panowie śpiewają, co jest o tyle śmieszne, że gdy w końcu jeden jej się przedstawi, to od razu rozpozna go jako Koreańczyka.
Dobra, Król Zabójców (ciekawe, czy on dla odmiany lubi k-pop) po koncercie prowadzi naszą zabójczynię do tych biednych typków i ich agenta, po czym mówi NO WYBIERZ SOBIE JEDNEGO, BĘDZIECIE MIEĆ RANDKEM.

I powiem szczerze, że o ile jestem przekonana, że agent idoli posypany odpowiednią ilością hajsu chętnie by chłopaków z boysbandu sprzedał, tak cała sytuacja to taki dziki bek z absurdu, że nie mogę dalej być poważna. Smaczku dodaje fakt, że najwyraźniej Król Zabójców to miliarder z lekką ręką do hajsu, bo załatwienie czegoś takiego z zespołem na tyle sławnym, aby koncertować w Europie, pewnie kosztowało krocie.

No więc Alyssa wybiera jednego z chłopaczków, aby stary… tj. Król Zabójców się odczepił. Oczywiście, jako że NIE JEST FANKĄ od razu chce go zbyć. Chłopak (ma na imię Jayden/Yi Jee Dae) nie wierzy, że nie jest fanką, bo przecież inaczej to wszystko nie ma sensu. Jayden nie wie, że właśnie został pionkiem w szachach 4D Króla.

Bohaterka traktuje go bardzo protekcjonalnie i… powiem Wam, Alyssa nie jest ani ciekawą, ani specjalnie budzącą sympatię osobą. Głównie dlatego, że pomimo powtarzania wiele razy, że Gildia to miejsce cokolwiek parszywe, już pomijając zabójstwa, oni dosłownie szkolą dzieci i to takie kupione często od handlarzy ludźmi. I w teorii Alyssa jest kreowana na taką buntowniczkę, co łamie zasady Gildii pomimo konsekwencji, zabójczynię z kodeksem moralnym itd… ale w praktyce to ona ma do „zwykłych ludzi” głównie pogardę połączoną z pobłażaniem i zero tożsamości poza „ja zabijam ludzi”. I to nie tak, że była jakoś strasznie izolowana od zewnętrznego świata – przedstawiana jest jako bardzo oczytana, mają więc tam dostęp do „normalnej” literatury, filmu, muzyki, czegokolwiek. Alyssa jednak wszystko, co robi, musi sprowadzać do ‘JA JESTEM ZABÓJCZYNIĄ ROZUMIECIE ZABIJAM LUDZI”. Jak ogląda horror, to komentuje, że „reżyser nie widział na oczy trupa”. Jak ma wymyślić jakąś rozrywkę dla siebie i tych biednych k-popowców, to idzie postrzelać farbą, bo „to przynajmniej niezły trening, szkoda, że nie ma szans na ostrą amunicję”. No rozumiemy, nie masz osobowości poza tym, że wysyłasz innych na tamten świat, proszę, przestań.

Alyssa myśli o ucieczce, bo „po raz pierwszy nikt jej nie obserwuje”. Jak rozumiem, do tej pory zabijała ludzi jedynie pod ścisłym nadzorem innych. Ponadto, nie czarujmy się, to rozważania bez sensu, zwłaszcza, że jej motywacją do pozostania na miejscu jest niewolnik Oliwier. Niespecjalnie mnie przekonuje ta troska, zważywszy na to, że nasz wzór cnót kupił tego chłopaka z własnej woli, za własne pieniądze i jako buntowniczka, w dodatku mocno kasiasta, Alyssa mogła po prostu przekazać sierotę odpowiednim służbom, zamiast pakować go w to łajno. Skoro w tym świecie istnieje k-pop i nastolatki zdające sprawdziany z przyry, to w cywilizowanych państwach ktoś by się dzieckiem zajął.

ALE PO CO, JAK MOŻNA TERAZ NARZEKAĆ, ŻE BIEDNEGO NIEWOLNIKA BIJO.

Alyssa uważa, że „najbardziej pasuje hipoteza, że Król Zabójców chce się jej pozbyć z organizacji”. Randka z Koreańczykiem z boysbandu = próba wywalenia z gildii zabójców, gdzie Król w zasadzie nie musi niczego próbować, bo z prologu wynika, że może podjąć decyzję o zabiciu czy torturowaniu członków samodzielnie i nie potrzebuje zgody nikogo. Szachy wkraczają w piąty wymiar.

Nie będę opisywać randki, bo jest nudna – bohaterka traktuje Jaydena trochę z politowaniem, ten nie ma pojęcia, o co tu w ogóle chodzi i nadal jest przekonany, że Alyssa jest fanką, której bogaty stary załatwił randkę, oczywiście bohaterka stwierdza, że mimo wszystko nasz chłopak jest przystojny, co niczego ciekawego nie dochodzi.
Koniec rozdziału pierwszego i zabawy na dziś, chyba że mnie wieczorem coś natchnie.


5.

Rozdział zaczyna się zmiany punktu widzenia. Tj. mamy tekst kursywą, który nie traktuje o Alyssie, a nawet k-popiarzach.
Dziewczynka o imieniu Mila dowiaduje się, że będzie miała braciszka. Znaczy, nie w zwyczajowy sposób, po prostu rodzice przywożą do domu dziecko (chłopcu na imię Dominik) i mówią, że od dzisiaj z nimi mieszka. Rodziców chłopca zabił jakieś straszny seryjny morderca, znany z zabijania rodziców i porywania dzieci – na miejscu Mili zaczęłabym być BARDZO podejrzliwa w stosunku do starych.

Wstawka jest krótka, ale doceniam, że autorka wprowadza jakiś element tajemnicy (inny niż plan arcyszachisty Króla Zabójców) i próbuje przeplatać wątki. Nie za dużo tego dobrego, wracamy do zabójców.

Oczywiście, wszystko musi jebnąć z grubej rury. Otóż Alyssa wraz z Oliwierem (tym chłopcem, co go kupiła na targu) biorą udział w treningu. Intensywnym treningu. Trwającym siedem godzin. Polegającym na sparringu jeden na jednego. Który Alyssa wygrywa.

Jeśli dobrze obliczam, od jej wyjścia z dziury w ziemi minął jakiś miesiąc. Raczej nie więcej, bo Alyssa nadal mówi o „wydarzeniach sprzed pół roku” i nie mniej niż trzy tygodnie. Oliwier w tym czasie był szkolony przez hehe, Kitsune (przysięgam, za każdym razem, gdy natrafię na upojne czy mroczne japońskie imię, będę przed nim dodawać „hehe”) i nawet zakładając, że chłopak jest słaby (podobno jest) i młodszy od Alyssy (na pewno jest) po epizodzie z dziurą powinien z nią wygrać każdy, kto akurat nie jest ciężko niepełnosprawny.

Dowiadujemy się, że Oliwier na samym początku gardził Alyssą, próbował ją zabić lub przed nią zwiać, ale potem nabrał szacunku i ogólnie polubił naszą zabójczynie. Najwyraźniej w wątku z Oliwierem Alyssa to dobre Mzimu, chociaż osobiście śmiem w to wątpić. Już wspominałam, że jakby jej zależało, to mogła kupić chłopaka, oddać go w ręce jakiejś organizacji zajmującej się ofiarami handlu ludźmi i prawdopodobnie jedynie otrzymać burę od stare… znaczy, arcyszachisty Króla Zabójców. Król sam wydaje kasę na jakieś k-popy, przeżyłby to.

A propos Króla – ten przerywa trening, aby obwieścić, że… Alyssa ma kolejną randkę, tym razem z CAŁYM ZESPOŁEM. Nie powiem, arcyszachista ma gest, to musiało kosztować krocie. Po wyjściu Króla Oliwier zaczyna dywagować, czy rozgrywającym się w piątym wymiarze planem Króla nie jest pozwolenie, aby Alyssa polubiła k-popiarzy, aby potem kazać jej ich zabić. Nie powiem, jak na standardy tej książki jest to sugestia nawet niby logiczna. Tylko wiecie, standardowo w takim wątku stosuje się szczeniaki, prawdopodobnie dlatego, że są tańsze niż cały zespół koreańskich idoli.

UWAGA, WAŻNY WĄTEK

Wiele osób pytało, co z tym Erykiem, co twierdzi, że Alyssa ma świetny tyłek. Do tej pory nas nie zaszczycił obecnością i PRZYSIĘGAM, PRAGNĘ, ABY TAK POZOSTAŁO. Niestety, wątek Eryka pojawia się tutaj.
Eryk jest innym zabójcą i przysięgam, ma charakter najgorszego spermiarza. Scena idzie tak:
Alyssa: <puka do drzwi>
Eryk: <otwiera i rzuca seksualną aluzją>
Alyssa: <wchodzi>
Goła baba: <jest na łóżku Eryka, ewidentnie zaszokowana, co się tu odpierdala>
Eryk: <ignoruje gołą babę i nadal rzuca seksualne aluzje do Alyssy>
Goła baba: <ucieka z pokoju>
Alyssa: <pyta Eryka, czy to jego adeptka i że tu się szkoli na zabójców, nie kurtyzany>

(oczywiście, sam fakt uprawiania seksu sprawia, że dziewczyna zostaje nazwana „kurtyzaną”, natomiast obleśne spermiarstwo faceta i fakt, że sypia z własną protegowaną mija bez komentarza)

Eryk: <więcej obleśnych aluzji>

Werdykt – gówno mnie interesuje, co sądzi Eryk o tyłku bohaterki, niech przyjdzie żółty pies i go zatłucze kijem.

W każdym razie, Alyssa prosi Eryka, aby przez chwilę trenował Oliwiera, bo jak wiadomo, ona ma RANDKEM. Eryk dopytuje, o ciul w ogóle chodziło z tą karą (skrzydłami i dziurą w ziemi) – przypominam, nikt tu niczego nie wie, bo powody, dla którego Alyssa zabiła tych trzech typów na początku książki nie zostały ujawnione.

Tak kończy się rozdział drugi. Myślałam, że kawałek z k-popem był zły, ale postać Erysia ma w sobie takie pokłady obleśności i cringe’u, że czekam na powrót idoli.


6.

Okej, wróćmy na razie do tych idoli z Korei, bo mam przemyślenia.

Na początku nie przyszły do głowy żadne poważne zarzuty dotyczące tych postaci, ale potem palnęłam się w głowę i powtórzyłam powoli „koreański idol”, bo coś mi zaskoczyło.

Otóż mieliśmy jedną randkę (z k-popiarzem imieniem Jaden), teraz mamy drugą z całym zespołem. I doszło do mnie, że autorka po prostu położyła te postacie po całości.

Już wyjaśniam. Panowie zachowują się w mniejszym lub większym stopniu jak aroganccy piosenkarze z opek z Wattpada, taki trochę Justin Bieber vibe. Jayden na pierwszej randce dopytuje namolnie, czy aby Alyssa na pewno nie jest fanką, posuwa się do tego, aby zdjąć jej słuchawki i sprawdzić, czy nie leci tam ich muzyka (!). Na standardy europejskich artystów byłoby to zachowanie aroganckie i porządnie zblazowane.

Problem w tym, że Jayden jest Koreańczykiem, co więcej, jest idolem, który właśnie dostał zlecenie od szefa. Więc po pierwsze – o ile Korea nie różni się znacząco od krajów z tego regionu, o których wiem więcej – sam fakt, że Jayden jest bezpośredni i natarczywy, a jego koledzy w czasie kolejnej randki narzekają i paplają o sobie, byłoby uznawane za kompletną dzicz i wstyd na cały kraj. K-popiarze towarzyszą Alyssie, ponieważ zlecił im to menadżer, który przygarnął hajs od arcyszachisty Króla Zabójców. Alyssa jest więc de facto klientką, którą mają zadowolić w ramach pracy jako idole.

Kojarzycie może, że języki regionu wschodniej Azji posiadają niewiarygodnie rozbudowany system honoryfikatorów i bardziej i mniej oficjalnych zwrotów językowych oraz kilka wersji tych samych słów, których celem jest okazywanie szacunku rozmówcy w mniej lub bardziej formalnych sytuacjach? Otóż – pomijając to wszystko, mówienie o sobie jest uniwersalnie uznawane za niestosowne nawet w kontaktach z kolegami z pracy o równej pozycji – a co dopiero z klientami. Zbytnia bezpośredniość – tak samo. Bycie natarczywym – absolutnie przekreślenie kariery.

Prawidłowo opisana sytuacja powinna wyglądać tak, Alyssa może się zachowywać bucowato czy arogancko, ale idole by nie pisnęli ani słowem i uznali za oczywiste, że robią to, co ona każe, nie zadają zbyt osobistych pytań, umilają jej czas i na koniec mówią, że to było absolutnie przewspaniałe i niezwykle są wdzięczni za pokazanie Krakówka czy coś w tym stylu.

Co na razie robią idole w tym opku:

  • uporczywie próbują udowodnić, że Alyssa jest ich fanką, nawet jeśli mówi, że nie jest;
  • dotykają jej rzeczy bez jej zgody, tylko po to, aby coś udowodnić;
  • paplają o sobie tak dużo, że Alyssa stwierdza, że wie o nich więcej niż o członkach własnej gildii;
  • narzekają;
  • dopytują się nachalnie o sytuację rodzinną Alyssy, komentując, że „nie wygląda na spokrewnioną z Oliwierem” (którego przedstawiła jako brata);
  • Przechwalają się;
  • Komentują, że Alyssa poprzednim razem się inaczej zachowywała;

I, uwaga, wpierdalają się do jej sypialni bez pytania (sytuacja jest taka, że Jayden skręcił kostkę, Alyssa zamiast zabrać go do szpitala lezie do własnego apartamentu).

Wniosek – panów powinien menadżer wywalić od razu, najlepiej zostawiając ich w Krakówku, aby wstydu nie zanieśli do własnego kraju. Potem wytwórnia powinna wywalić menadżera za zatrudnienie ich. A poza tym – autorka jest wielką fanką koreańskich dram i jeju, jakim cudem ja wiem takie rzeczy, a ona nie? Nie widziałam ani jednej dramy, chyba że koreańskie horrory się liczą.


7.

Uwaga, ujawniam, o co chodziło z tą randką z k-popiarzami i na czym polegał genialny plan. Otóż, popełniłam błąd zakładając, że Król Zabójców jest tutaj jedynym mistrzem szachów 5D, chociaż to oczywiste, że dwóch ich było, mistrz i uczeń. A mianowicie w sprawę jest wplątany jeden z k-popowców, o imieniu Moon.
Pozwólcie, że streszczę, o co chodziło z tymi randkami.

Arcyszachista K-popowiec: chcę wynająć się zabójczynię do zabijania bo mam kogoś do zabicia

Arcyszachista Król Zabójców: mógłbym ją wynająć ci do zabijania, ale ostatnio Gildia zafundowała jej tortury fizyczne i psychiczne, o czym oczywiście cię poinformuję jako klienta, bo ma to sens, stawiamy na przejrzystość usługi i tak dalej

Arcyszachista K-popowiec: nie ma sprawy, mogę sam przeprowadzić ewaluację psychologiczną zabójczyni jako wytrawny znawca ludzkiej psychiki

Arcyszachista Król Zabójców: w jakiż to sposób?

Arcyszachista K-popowiec: wciągniemy w to cały k-popowy zespół i menadżera, oczywiście nie wyjawiając im planu, aby w razie gdyby zabójczyni poległa i dała się złapać przez stróży prawa w Korei mieli totalnie przesrane do końca życia i nie mogli się wykręcić z afery

Arcyszachista Król Zabójców: brzmi absolutnie logicznie

Arcyszachista K-popowiec: zabierzesz zabójczynię na nasz koncert jako prezent czy coś, umówisz ze mną na randkem i to będzie ewaluacja

Arcyszachista Król Zabójców: co jeśli będzie chciała iść na randkę z innym k-popowcem z zespołu

Arcyszachista K-popowiec: tak się nie stanie

(tak się właśnie stało)

Arcyszachista K-popowiec: trochę kicha, ale mam lepszy plan – niech wyjdzie na randkę z całym zespołem

Arcyszachista Król Zabójców: da się załatwić

(tak się dzieje)

Arcyszachista K-popowiec: na podstawie ewaluacji polegającej na łażeniu po Krakówku i słuchaniu legend o smoku i studentach AGH ustaliłem, że zabójczyni jest świetną kandydatką do zabicia kilku bardzo ważnych koreańskich polityków i innych wysokopostawionych ludzi

Arcyszachista Król Zabójców: zajebiście


8.

Jeśli ostatni wpis zostawił Was w stanie WTF CO TU SIĘ STAŁO, wyjaśnię fabułę trochę mniej memowo.

Otóż to, co opisałam ostatnio, naprawdę się stało, aczkolwiek pragnę rozwinąć niektóre wątki. Po pierwsze – kogo chce zabić Arcyszachista K-popowiec? Typów, co zabili jego rodziców, nie znam na razie więcej szczegółów, poza tym, że oczywiście było to okrutne morderstwo i w ogóle.

Wątek Oliwiera w dodatku zaczyna mnie BARDZO wkurwiać, ponieważ flashbacki z tego, jak Alyssa kupiła go na targu są… niepokojące. Autorko, błagam – jeśli chcesz pisać o uratowaniu dzieciaka z rąk handlarzy ludźmi, to gdy Twoja protagonistka skupia się głównie na tym, jaki był ładny, brzmi to W CHUJ NIEPOKOJĄCO. Sugerowanie, że Oliwier w jakiś sposób był wyjątkowy, w przeciwieństwie do stada innych dzieci na tym samym targu powoduje raczej wzrost stężenia obleśności w książce, a nie świadczy o jakiejś automatycznej więzi na linii Oliwier-Alyssa.

Przede wszystkim jednak – niech narracja przestanie sugerować, że Alyssa go uratowała, dobrze? Bo nie, nie zrobiła tego.
I tak, jest sugestia, że gdyby nie ona, to trafiłby do burdelu dla pedofilii, ale… przepraszam, ale autorka stworzyła sytuację, w której należy poważnie zastanawiać się, co jest gorsze – pedoburdel czy Szkoła Zabójców. Absolutnie nie chciałam kiedykolwiek rozważać o takich rzeczach, ale chyba muszę.

Otóż – w Szkole Zabójców zmuszają dzieci (Alyssa musiała zacząć jako dziecko) do zabijania innych ludzi. To samo w sobie jest zbrodnią podobnego kalibru, co wykorzystanie seksualne, jednakże rozumiem, taka konwencja i sam fakt dokonywania morderstw na zlecenie jest tu raczej kwestią, hm, traktowaną z przymrużeniem oka. Ale. Alyssa stwierdza, że wielu uczniów nie przeżywa w ogóle szkolenia, a Oliwier jest przedstawiany jako mały i słaby. Wiadomo też, że w czasie treningów takiego dzieciaka można nie tylko zatłuc, ale też solidnie połamać – hehe, Kitsune złamał Oliwierowi nos i jest zasugerowane, że nie była to pierwsza poważna rana. Jeśli dzieciak przeżyje, jest winny Gildii dożywotnią służbę, tj. zabijanie ludzi na zlecenie (są też chyba mniej paskudne opcje, ale wspomniane mimochodem). Arcyszachista Król może członków Gildii karać torturami. Dezercja równa jest karze śmierci i wszystko sugeruje, że Gildia ma dostateczne środki i motywację, aby wytropić nawet sprytnego uciekiniera.

No zajebistą przysługę chłopakowi zrobiła Alyssa, oby tak dalej.

Dobra, wracajmy do fabuły.

Pomyślałby ktoś, że nasza Alyssa, przedstawiana jako nieutrzymująca bliskich relacji z nikim innym niż Oliwier (którego uważa za brata) i Król Zabójców (który jest dla niej figurą ojcowską), w dodatku przedstawiana jako izolująca się jeszcze bardziej po epizodzie z dziurą, natychmiast po otrzymaniu informacji, po co była ta szopka z k-popem oleje sikiem prostym k-popiarzy innych niż jej klient.

Hehe, oczywiście, że nie. Oczywiście, że do nich lezie następnego dnia. I oni oczywiście są zachwyceni, chociaż mieli się z nią spotykać jedynie, że tak powiem, służbowo. Co więcej, Alyssa pyta, czy Moon (przypominam, tak ma na imię arcyszachista k-popiarz, ten od zlecenia zabójstwa) wyjawił może kolegom, że jest ona zabójczynią na zlecenie? Arcyszachista k-popiarz mówi, że nie (co ma sens), na co Alyssa stwierdza, że w sumie to jest jej to obojętne, bo i tak woli nikogo nie udawać i być sobą.Zaraz, zaraz, przyszedł mi do głowy dowcip:

Alyssa wchodzi do gabinetu menadżera k-popiarzy:

– Nie chciałby pan pracować dla Gildii Zabójców? – pyta. – Nieźle płacą.

Zszokowany menadżer patrzy podejrzliwie. Alyssa zmieszana idzie do drzwi. Przystaje:

– Nie ma pan przypadkiem aspiryny? – pyta. Wie, że ludzie zapamiętują tylko koniec rozmowy.

Chyba będę wstawiać jeden dowcip za każdym razem, gdy Alyssa zaprezentuje poziom poczucia konspiry godny najsłynniejszego rosyjskiego szpiona.

Z innych ciekawych rzeczy – Alyssa jest ciągle przedstawiana jako zabójca z kodeksem moralnym, celująca jedynie w innych morderców i tym podobnych ludzi, bardzo wybrednie wybierająca zlecenia. Z jaką więc przerażającą sytuacją mamy do czynienia w przypadku zlecenia od arcymistrza k-popiarza?

Na razie sytuacja wygląda tak, że arcyszachista k-popiarz twierdzi, że konspira doprowadziła do śmierci jego rodziców. Przekazał jej dokumenty dotyczące tej sprawy, ale są po koreańsku – tłumaczy je Oliwier, który podobno język zna. Na ten moment z części przetłumaczonych dokumentów wynika, że ojciec Moona produkował broń, zdefraudował pieniądze, a gdy to wyszło – razem z żoną popełnił samobójstwo. To są na razie jedyne dane, jakie posiada Alyssa, co, hm, nie wygląda dobrze jeśli chodzi o wiarę w jakiś złożony spisek czyhający na rodzinę arcyszachisty k-popiarza.

Oczywiście, sensownie byłoby przetłumaczyć pozostałe dokumenty, a potem zasięgnąć źródła trochę bardziej neutralnego niż Najgenialniejszy z K-popiarzy, aby ocenić samej, czy rzeczywiście…

A nie, przepraszam, Alyssa już przyjęła zlecenie i szykuje się do odlotu do Korei XDDD

Czysty geniusz.


9.

Konspiry część dalszy.

Jak na razie plan Alyssy ma jakieś dziesięć słabych punktów, a jeszcze nie wyjechali do KoreiPo pierwsze, Alyssa zawiera swojego wiernego niewolnika, Oliwiera. Ma to sens głównie z perspektywy samej Alyssy, bowiem wyjazd ma trwać długo, a zostawienie go oznacza, że będzie znowu go trenował hehe Kitsune, albo co gorsza, Eryś. Unikanie Eryka poprzez wyjazd na drugi koniec świata to najbardziej logiczna postawa w tej książce, jaką napotkałam.

Inna sprawa, że sens ma to TYLKO z perspektywy Alyssy. Oliwier podobno zna koreański, ale jako że trafił z ulicy do Gildii jakieś dwa lata wcześniej, nie założyłabym się o jego rzeczywisty poziom. Co prawda ostatnio szkolił go Kitsune, który chyba jest Koreańczykiem (nie, autorka nie nazwała Koreańczyka Kitsune, to ksywa), ale w ramach tych ćwiczeń Oliwier otrzymywał głównie wpierdol, a nie lekcje gramatyki.

Co więcej – arcyszachista Król Zabójców nie ma żadnego powodu, aby puszczać niewolnika z Alyssą. Oliwier teoretycznie ma się teraz szkolić na asasyna i wszystko wskazuje, że byłby obciążeniem, a nie pomocą. Książka mocno sugeruje, że Europejska Gildia prowadzi ścisłą współpracę z tą z Azji, co oznacza, że praktycznie każdy koreański zabójca byłby lepszą opcją niż biały nastolatek, co się uczył koreańskiego najwyżej dwa lata. Przez chwilę przyszło mi do głowy, że w Gildii Azjatyckiej może Koreańczyków nie być – jakby nie patrzeć, do tej pory mieliśmy do czynienia z japońskimi imionami/ksywami, a niechęć na linii Japonia-Korea jest wyczuwalna do teraz, ale… no, prawdziwe imię Kitsune to Lee Sek (przeczytajcie to na głos i powiedzcie, czy wydaliście odgłosy cringe’u).

Plan Alyssy dotyczący życia po przylocie do Korei to już inna para starych gumofilców. Nasza zabójczyni nie ogarnia, że jej zadaniem nie jest wtopienie się w koreańskie społeczeństwo, a raczej unikanie styczności z tymże, o ile to nie jest absolutnie konieczne. Wynikają z tego całe rabatki kwiatuszków, takich jak:

Pomysł, aby wysłać Oliwiera na miejscu do szkoły, w końcu chłopak ma 16 lat, a wtedy się chodzi na przyrę, tak? Tyle że absolutnie wszystkie dokumenty naszych zabójców są fałszywe (muszą być, ponieważ nikt tam nie używa swojej legalnej tożsamości, a sądząc po historii Oliwiera to nawet nie jest opcją), więc nie ma ABSOLUTNIE ŻADNEGO powodu, aby, nie wiem, nie wpisać, że chłopak jest pełnoletni. Nie mówiąc już o takim drobnym fakcie, jak to, że nawet jeśli Oliwier kiedykolwiek chodził do szkoły, to ma lata zaległości w stosunku do dzieciaków w jego wieku.

Znajomość Alyssy z k-popiarzami. Żadna ze stron nie chce jej zakończyć, co jest już w tej chwili zupełnie bez sensu, a po przyjeździe do Korei dodatkowo będzie niewiarygodnie niebezpieczne. K-popiarze są, tak jakby, sławni. Co więcej, idole są zazwyczaj sławni w ten sposób, że fani próbują śledzić każdy ich ruch, a cień podejrzenia, że idol może mieć jakieś życie prywatne i np. spotykać się z dziewczyną wywołuje skandal. Dalszy kontakt z nimi to nie budowanie przykrywki, tylko wystawianie się na świecznik.

K-popiarze są też powiązani ze zleceniodawcą Alyssy, czyli arcyszachistą Moonem. Zwykle jeśli wynajmujesz zabójcę, to nie chcesz, aby kręcił się potem ciągle wokół ciebie, dając jasne poszlaki każdemu, kto ich szuka. Niezbadane są jednak ścieżki szachów 5D.

Obecność k-popiarzy ogranicza też Alyssę, która musi utrzymywać jakąś spójną przykrywkę specjalnie dla nich. Jak na razie nie ma absolutnie żadnego powodu, dla którego nasza zabójczyni miałaby tworzyć sobie w Korei jedną spójną tożsamość – ona tam przyjeżdża zabijać ludzi, nie jako szpieg, absolutnie nie musi utrzymywać żadnych pozorów normalności poza sytuacjami, kiedy miałoby to pomóc dotrzeć do celu.

Okej, czas na dowcip.

Agent k-popiarzy wiedział, że zabójcy, zamieszawszy cukier, zostawiają łyżkę w szklance z herbatą. Chcąc sprawdzić Alyssę, zaprosił ją na herbatę. Alyssa wsypała cukier do szklanki, zamieszała, wyjęła łyżeczkę, położyła ją na spodeczku, po czym pokazała agentowi język.

To jednak nie koniec fragmentów ukazujących ogarnięcie Alyssy. Niestety, tutaj powracamy do Gildii i, co jest zdecydowanie gorsze, mamy kolejną scenę z Erykiem.

Otóż, pomyślałby ktoś, że zabicie przez Alyssę trzech kolegów z Gildii spowoduje jakąś reakcję wśród mieszkańców, inną niż oficjalna kara. I owszem, ktoś by pomyślał, ale nie Alyssa. Dopiero Eryś ją uświadamia, że jeden z trupów był partnerem zabójczyni o imieniu Waleria – mam głupie wrażenie, że znajomość tego faktu nie ma nic wspólnego z tym, że Eryś jest bardziej ogarnięty, a raczej zainteresowaniem czymkolwiek chociażby luźno powiązanym z seks, dupa, cipa, chujek, ruchanie.

W każdym razie Alyssa reaguje spuszczeniem tamtej wpierdolu, rzucając przy okazji, żeby „nigdy więcej nie dotykała jej własności”.

Ciekawe, czy później będzie chciała coś z Avonu.


10.

Szybka errata do części poprzedniej – można było odnieść wrażenie, że Alyssa obiła drugą zabójczynię bez powodu, bo zapomniałam dopisać, że tamta kopnęła jej szczeniaka… znaczy, niewolnika Oliwiera. W Gildii najwyraźniej stosuje się subtelną logikę dresów z ósmej klasy – jak ktoś podpadnie, to idzie się bić młodszego brata z drugiej ce.

Aha – mogliście tego nie zauważyć, ale mamy już jedną czwartą książki, a Alyssa do tej pory uczestniczyła w sezonie ogórkowym, będąc w zasadzie jedyną postacią kobiecą wymienioną z imienia. Jeśli przypominacie sobie, że gdzieś tam była jeszcze jakaś Mila – otóż to była zmyłka, Mila to też Alyssa, tylko że sprzed kariery w Gildii. W skrócie, zamordowali jej rodziców i porwali adoptowanego brata, a potem zgarnął ją arcyszachista Król Zabójców. Jest sugestia, że za tym wszystkim stał jakiś seryjny morderca (za zabiciem rodziców, nie za Królem).

W każdym razie, zabójczyni Waleria, której rolą było oberwanie od wkurzonej Alyssy to druga kobieta w książce, całe szczęście jednak, sytuacja szybko ulega poprawie, ponieważ do Alyssy przyjeżdża psiapsióła z Ameryki.

Psiapsióła jest córką króla Gildii Amerykańskiej (a jakże), nazywa się Olimpia i posiada zdolności intelektualne cegły.
Pozwólcie, że wkleję cały fragment:

– […] Wiesz, jak zniszczyły mi się dłonie od trzymania łopaty? Wisisz mi za krem!
Na dowód zamachała rękami przed oczami Alyssy, by zaprezentować gamę zniszczeń dłonie były jedwabiście gładkie z perfekcyjnie wykonanym manicurem.

– Wyjaśnij mi na spokojnie, o czym mówisz, bo nie rozumiem.

– No tak, zapomniałam, że zaprzyjaźniłam się z idiotką, przez którą musiałam przekopywać ziemię jak jakiś rolnik i to w środku cholernej zimy! To bardziej przypominało odśnieżanie niż kopanie!
– Chcesz mi powiedzieć, że próbowałaś mnie wykopać spod ziemi? – zapytała Alyssa z niedowierzaniem.
Dziewczyna przytaknęła.

– Czekaj… Myślałaś, że zakopali mnie w ziemi na trawniku przed Gildia? Wpatrywała się w nią szeroko otwartymi oczami.
Tamta ponownie przytaknęła. Alyssa nie potrafiła dłużej wstrzymywać śmiechu.

– Z czego się cieszysz, idiotko? – Gdyby jej spojrzenie mogło zabijać, Alyssa padłaby trupem. – Powiedzieli, że Darius zakopał cię pod ziemią.

– Tak, ale nie chodziło o wykopany w pośpiechu dół i pogrzebanie żywcem, tylko o małą podziemną celę pod lochami.
Dziewczyna zamilkła, przyswajając słowa zabójczyni. Wcześniej nie przyszło jej do głowy, że przeżycie pół roku pod ziemią wymaga dostępu tlenu, wody i choćby minimalnej dawki jedzenia. Nieświadomie pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Okej, to ma więcej sensu. Cholerni Europejczycy zawsze mają cholerne lochy. Co jest z wami nie tak?

Powiem absolutnie szczerze, że gdyby nie stwierdzenie wprost, że nasza nowa bohaterka jest zbyt głupia aby zorientować się, że ludzie nie przeżyją zakopani w ziemi, podejrzewałabym ją o mistrzostwo szachowe przewyższające o co najmniej jeden wymiar to, co robi Król Zabójców. Bo nie ukrywajmy, na tle konspiry, co odwalała się w tej książce, założenie Olimpii jest dokładnie tym, czego bym się spodziewała po arcyszachiście Królu.

Na szczęście narracja sprecyzowała, że Olimpia po prostu jest idiotką. Aha, jest też wytrawną hakerką (mając przy tym 17-18 lat) i chyba pojawienie się Olimpii jest znakiem, że oto zaczyna się zbieranie drużyny do heistu… znaczy, zabijania ludzi w Korei.

Słodki Jezó, właśnie mi przyszła do głowy przerażająca perspektywa… a jeśli oni zechcą zabrać tam także Eryka? Do tej pory miał dwie sceny i to już o dwie za dużo. Oddam autorce sprawiedliwość, że Alyssa też uważa typka za obleśnego i żenującego, problem w tym, że absolutnie nic z tego nie wynika. Eryk jest żenujący i obleśny, Alyssa mu mówi, że jest żenujący i obleśny i żeby przestał, Eryk nadal jest żenujący i obleśny. Wizja znoszenia tego trochę nie pasuje do osoby, która jest skłonna wdać się w publiczną bójkę z inną zabójczynią i co prawda przyznaję, że przewinienia Walerii były większe, jednak Eryś wywołuje takie swędzenie pięści, że wszystkie kobiety w Gildii powinny mieć spuszczenie mu wpierdolu wpisane do tygodniowego grafiku.

Wracamy jednak do Oliwiera tłumaczącego koreańskie dokumenty. Otóż historia idzie tak – ojciec arcyszachisty Moona, pan Park, był handlarzem bronią. Jako prawdziwy Janusz biznesu postanowił sprzedać jedną partię dwa razy – raz Somalijczykom, spod lady, drugi – Afgańczykom, oficjalnie. Nie jestem specjalistką od praw związanych z eksportem broni, jednakże coś mi świta, że zarówno Somalia, jak i Afganistan objęte są sankcjami międzynarodowymi, Park powinien więc beknąć za sam fakt, że tę broń sprzedał.

Ale nie o to chodziło w aferze. Otóż broń do Somalii nie dotarła, więc jak przystało na porządnych obywateli, Somalijczycy zgłosili fakt nieotrzymania broni palnej do koreańskiego wymiaru sprawiedliwości. Co prawda nie wiem, kogo z kilku stron walczących w wojnie domowej miał zaopatrywać Park, aczkolwiek uważam, że wizja reprezentacji Państwa Islamskiego występującej w sądzie w sprawie o niewysłanie im karabinów działa najlepiej na moją wyobraźnię.

W każdym razie, znaleziono dokumenty potwierdzające, że Park sprzedał broń dwa razy, Park twierdzi, że z Afganistanem się w ogóle na nic nie umawiał i dokumenty są podrobione. Sprawa trwa, naszemu Januszowi grozi 25 zł grzywny lub 60 000 lat więzienia, firma upada, Park w końcu ginie – jak wspomniałam kilka części temu, popełnia samobójstwo z żoną.
Warto zadać sobie pytanie – o chuj tu chodzi? Jak wiadomo, Alyssa ma zabić morderców Parka, arcyszachista Moon zapewnia ją, że ma dowody na to, że jego ojciec został wrobiony i zabity. Z dokumentów jednak w żaden sposób to nie wynika, że Park został wrobiony w cokolwiek, a co więcej – nawet jeśli był, to cholera wie, przez kogo, więc jak mniemam, Alyssa sobie musi sama zgadnąć, kto jest celem.

Prócz wspomnianych dokumentów w teczce od Moona znajduje się jedynie fotografia dwóch mężczyzn – Azjaty i jakiegoś typa w pakolu. Arcyszachista Moon twierdzi, że to spotkanie pracownika koreańskiego ministerstwa obrony z odbiorcą broni z Afganistanu, a jak wiadomo, jak najgenialniejszy z k-popiarzy tak mówi, to na pewno to prawda. A więc sprawa uratowana, co prawda Alyssa nadal nie zna celu, dowód jest mocno taki se, ale najwyraźniej to wystarczy, aby uratować wycieczkę do Korei.
Mam szczerą nadzieję, że to zdjęcie przedstawia losowego Koreańczyka na randce z jego chłopakiem z Islamabadu XD


11.

Kończymy księgę pierwszą, czyli tak jakby pierwszy akt książki.

Muszę przyznać, że na ten moment czysto strukturalnie autorka prowadzi powieść poprawnie pod względem rozwijania wątków, za to absolutnie płasko, jeśli chodzi o napięcie. Zauważyliście, czego brakuje do tej pory? Jakiegokolwiek mocnego akcentu czy zagrożenia pojawiającego się na tym etapie powieści.
Autorka postanowiła uderzyć w mocne tony w prologu, z tymi torturami i w ogóle, po czym kompletnie zaprzepaściła cokolwiek kilka stron później, bo to wszystko odbija się na Alyssie w stopniu absolutnie marginalnym. Na ten moment nie pojawiło się ŻADNE realne zagrożenie wymierzone w któregokolwiek z bohaterów, i nie chodzi mi tu nawet o zagrożenie życia, ale chociażby pozycji czy nawet jakikolwiek wstrząs emocjonalny. Najbliżej tego mamy słynną scenę z dziurą, obicie niewolnikowi mordy (co jest wykorzystywane do podkreślania empatii Alyssy, więc napięcie jest znikome) oraz flashbacki z Milą (tam jednak porwanie brata i morderstwo rodziców dzieje się poza kadrem).

Problem polega w dużym stopniu na tym, że autorka daje Alyssie jakąkolwiek sensowną motywację (spoiler – jej brat żyje, tych zabójców zamordowała właśnie z jego powodu) ZDECYDOWANIE ZA PÓŹNO. Bardzo długo nie wspomina o tym, czemu w ogóle Alyssa zabiła członków Gildii, kłopot w tym, że domyślanie się, czemu jedna ledwo znana postać zabiła trzy zupełnie anonimowe po prostu nie jest ciekawą zagadką w większości przypadków. Tak więc Alyssa przez 1/3 książki nie ma ŻADNEJ motywacji oraz ŻADNYCH bodźców wywołujących reakcję. Nie jest więc ani bohaterką proaktywną, ani reaktywną, jest całkiem bierna – robi to, co każe jej Król (idzie na randkę z k-popiarzami) oraz chce robić to, co jej zwykle każe robić Król (zabijać ludzi). W zasadzie jedyny bohater, który ma jakiś cel czy motyw to arcyszachista Moon – aczkolwiek tenże motyw (zemsta za śmierć rodziców) nie jest szczególnie eksplorowany.

Jak ktoś się uprze, może nazwać ten styl prowadzenia wątków character driven, tutaj jednak jest dokładnie jedna postać, wokół której kręci się wszystko, a każda inna jest zarysowana słabo i definiowana głównie poprzez relację z Alyssą.

Żeby nie było, że narzekam tylko – osobiście uważam, że chociaż cały wątek randki był niemożebnie głupiutki, tak postać arcyszachisty Moona była wprowadzona dobrze, z lekkim foreshadowingiem jego pozycji i interesu, który miał do Alyssy.

Księgę drugą zacznę, jak Legimi mi przetworzy płatność, bo książka mi znikła w trakcie czytania XD


12.

Wracam po przerwie do Gildii Zabójców. Zaczynamy Księgę Drugą.

Alyssa przybywa do Seulu. Podejmując się zlecenia w innym kraju najwyraźniej nie zatroszczyła się o jakiekolwiek rozeznanie – dopiero po wyjściu z samolotu orientuje się, że w stolicy Korei w sumie jest bardziej tłoczno niż luźno. Wraz z naszą zabójczynią przybywa cała jej drużyna – niewolnik Oliwier, Olimpia (córka króla Gildii Amerykańskiej) oraz kobieta o imieniu Braine. Pojawienie się tej ostatniej uświadomiło mi, że jakimś cudem udało mi się połączyć dwie bohaterki w jedno – to Braine jest hakerką, natomiast Olimpia… no, jest. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że o Braine wspomniano do tej pory dwa razy (sprawdzałam), a jej istnienie w sumie przekreśla jakikolwiek sens targania Olimpii do Seulu.

W sumie nie jestem pewna, czemu Olimpia w ogóle towarzyszy Alyssie. Nie robi tego na zlecenie króla własnej Gildii i jedynie sprawia, że nasz dream team się JESZCZE bardziej wyróżnia. Co prawda Seul to miasto turystyczne, jednak dodawanie kolejnych, ewidentnie nietutejszych ludzi do ekipy wydaje się być średnim pomysłem. Zwłaszcza, że oni chyba mają zamiar mieszkać w jednym domu – cudowna idea.

Muszę się też przyczepić – kupując tę książkę absolutnie nie dostajemy tego, co nam sugeruje tytuł, okładka, opis czy materiały promocyjne. I nie chodzi tu mi o żaden plot twist czy zabawę z oczekiwaniami, po prostu sięgając po Gildię Zabójców chciałam przeczytać historię o… no, zabójcach. I tak, Alyssa niby jest zabójczynią, problem w tym, że ten fakt na razie służy jedynie do powodowania zgrzytów w fabule. Widzicie, “Gildia Zabójców” prezentuje się jako dwie książki bardzo kiepsko sklejone w jedną. Pierwsza opowieść w zasadzie bardziej przypomina jakieś luźne notatki traktujące o Gildii Zabójców i służy w zasadzie tylko po to, aby dać bohaterom odpowiednio krawędziowe backstory.

Druga historia jest o czymś zupełnie innym – bohaterka poznaje k-popiarzy i leci rozwiązać zagadkę związaną ze śmiercią rodziców jednego z członków zespołu. Bo widzicie, niby Alyssa jest zabójczynią, ale jak na razie mamy mocną sugestię, że będzie przede wszystkim odwalać robotę detektywistyczną – de facto to ona musi ustalić, kto dokładnie stoi za morderstwem. Historia z zaginionym, porwanym przez seryjnego mordercę bratem Alyssy również jest na razie typowo thrillerowa i wcale się nie zdziwię, jeśli ten quest będzie bardzo sklejony z tą całą Gildią na ślinę.

Książka bardzo by zyskała, gdyby kompletnie wywalić z niej tych zabójców. Pozbyłaby się wtedy najgorszych problemów fabularnych, czyli tragicznych, acz bardzo płytkich backstory, lekko paskudnych implikacji moralnych (cały wątek Oliwiera), konieczności połączenia kiepsko wykreowanego świata Gildii ze światem rzeczywistym itd. Obawiam się jedynie, że wtedy powieść byłaby… no, mocno nijaka, bo bardzo widać, że ta Gildia jest tak naprawdę czymś w rodzaju protezy dla pacynek – ma generować sztucznie napięcie (tortury Alyssy, cała historia Oliwiera), osobowość bohaterów (bycie zabójczynią ma sprawiać, że Alyssa jest cool) i wytrychem pozwalającym na zniesienie ograniczeń typu „bohaterka potrzebuje nieograniczonej ilości pieniędzy i znajomości z hakerką”.

Wracamy jednak do czytania. Wreszcie wychodzi na jaw, czemu Alyssa zabiła tych ludzi z Gildii i, jak pisałam w poprzedniej części, ta zagadka została rozwiązana zdecydowanie zbyt późno. Poza tym – niezły śmieszek z arcyszachisty Króla Zabójców, nasłanie ludzi na zaginionego brata swojej najlepszej zabójczyni, doskonale wiedząc, że Alyssie bardzo zależy na odnalezieniu Dominika.

Alyssa prosi Braine o znalezienie aktualnej lokalizacji Dominika (próba zabójstwa odbyła się w Szanghaju). Najwyraźniej wychodzi z założenia, arcyszachista Król Zabójców po wpakowaniu jej do dziury w ziemi absolutnie nie kazał dokończyć roboty – jak już wiadomo od dawna, geniusz największego z szachistów może być niezrozumiały dla ludzi, którzy nie myślą w sześciu wymiarach.

Wspominając o osobach wybitnie inteligentnych, Alyssa spotyka się też z arcyszachistą k-popiarzem. Ten wydaje się zdziwiony, że zabójczyni, o której powszechnie wiadomo, że zabija tylko złe osoby – cały marketing usług Alyssy się na tym opiera – nie będzie zabijać bez dowodów, że ma do czynienia ze złymi ludźmi. Arcyszachista wysuwa więc argumenty „trust me, dude” i „tak było, nie zmyślam”. Poza tym, podoba mi się, że Moon twierdzi, że jego ojciec był uczciwym człowiekiem, dbał o ludzi w firmie i wypłacił solidne rekompensaty pracownikom po tym, jak przedsiębiorstwo splajtowało. Czyli – co prawda sprzedawał broń somalijskim watażkom, ale nie był Januszem biznesu.

Przy okazji, z timeline’u wychodzi, że Park sprzedawał broń w okolicach 2010 roku, czyli wtedy, gdy w Somalii panowała klęska głodu – spowodowana m.in. tym, że organizacje pomocy humanitarnej nie mogły dotrzeć do poszkodowanych przez suszę, ponieważ, zgadliście, panowała tam wojna domowa. Jednocześnie znowu muszę zrobić erratę, albowiem ewentualne wąty o brak dostawy karabinów nie mogło mieć wtedy Państwo Islamskie, bo wtedy kontrolę nad częścią terenów Somalii miała inna organizacja terrorystyczna, a mianowicie Al-Ka’ida. Co w sumie jest jeszcze śmieszniejsze, jeśli sobie uświadomimy, że do koreańskiego sądu mógł się zgłosić Osama bin Laden.

Moon tłumaczy Alyssie, czemu zatrudnił akurat ją. Otóż najwyraźniej przebieg poszczególnych zleceń zabójców dociera nawet do gwiazd k-popu, ponieważ przekonało go to, że Alyssa zwróciła zaginioną córkę rodzicom, chociaż jej robota miała polegać jedynie na zabójstwie porywaczy. Innymi słowy, Moon ją zatrudnił ze względu na miękkie serduszko. W ogóle nasz arcyszachista zdaje się nie ogarniać ewentualnych konsekwencji wynajęcia zabójczyni do zabójcowania, ale w tej książce ogółem przedstawienie ludzi niezwiązanych z Gildią jest… interesujące. Wszyscy k-popiarze z Moonem włącznie opisywani są naiwni, nieco dziecinni i niezdarni. U takiego Jaydena niezdarność jest podkreślana wiele razy, co jest o tyle ciekawe, że przecież k-popiarze muszą mieć zarówno dobrą formę fizyczną, jak i koordynację – treningi idoli są niesławnie wręcz wymagające.


13.

Autorka niespecjalnie wie, w jaki sposób przedstawić „normalnych ludzi”.

Pisałam to w poprzedniej części, ale powtórzę jeszcze raz, gdyż oto mamy event polegający na tym, że reszta zespołu… szpieguje spotkanie Moona z Alyssą. Nie z jakiegoś konkretnego powodu, po prostu dlatego, że najwyraźniej każda postać niepowiązana z Gildią Zabójców musi zachowywać się, jakby miała dwanaście lat, także dorośli faceci szpiegują kolegę z zespołu po prostu po to, aby wiedzieć, gdzie się szlaja i czy aby się z kimś nie spotyka. Gdyby chodziło o zwyczajnych facetów po dwudziestce, byłoby to… hm, trochę creepy, cały zespół k-popowy wykazuje jednak ekscytacje rodem z podstawówki na myśl o tym, że Moon mógł się umówić z – hehe – dziewczyną.

Alyssa wciska im kit o bogatej córce biznesmena, który przyjechał do Korei służbowo (taka jest oficjalna wersja wydarzeń, którą im serwuje od samego początku).

Dobra, porozmawiajmy o wątku romansowym. Wiadomo, że będzie, nie udawajmy, że nas to zaskakuje.

Książka po przeniesieniu akcji do Korei zaczęła mi nasuwać skojarzenia ze starutkimi opowiadaniami o Tokio Hotel. Jeśli ktoś jest za młody, aby pamiętać, albo za stary, aby to go obchodziło – Tokio Hotel było zespołem, który był niezwykle popularny w czasach, gdy akurat byłam targetem takich zespołów. W skrócie – czterech chłopaczków – bliźniaki Bill i Tom, dwóch jakichś innych, popularna wtedy stylistyka emo i tysiące opek na blogach na Onecie.

Opka o Tokio Hotel były w zasadzie własnym gatunkiem, a jako że pisały je głównie nastolatki w wieku 11-16 lat, obraz romansów głównej bohaterki z zespołem (zawsze o to chodziło, chyba że ktoś wolał aby chłopcy załatwili to pomiędzy sobą) był zazwyczaj pocieszny i naiwny. Często powtarzane schematy to:

  • członkowie zespołu z jakiegoś powodu mieszkają w jednym domu;
  • nie mają praktycznie żadnych obowiązków zawodowych, poza okazjonalnym koncertem co pięćdziesiąt rozdziałów;
  • Bill to ten wrażliwy, Tom – krawędziowy, ale bez przesady, reszta się nie liczy;
  • romans w stylu zupki chińskiej instant;
  • Bill i Tom konkurujący o główną bohaterkę;
  • dramy w stylu „bo ktoś coś powiedział, ale ktoś inny źle zrozumiał”
  • gra w butelkę.

I wiecie co? „Gildia Zabójców” zawiera WSZYSTKIE te tropy, prócz gry w butelkę. K-popiarze mieszkają razem i głównie się obijają, Alyssa do nich przychodzi, Jayden jest zazdrosny o Moona, Moon niby coś do heroiny czuje, ale nie do końca… Gdyby mi dać to wszystko bez kontekstu – autentycznie, nieironicznie powiedziałabym, że pisała to zdolna trzynastolatka.

Przy okazji, już od samego początku podejrzewałam, że „wybranym” będzie Jayden – głównie dlatego, że autorka angażuje zbyt wiele „przypadkowych” sytuacji z udziałem tych dwojga, aby było inaczej. Najpierw randka-nierandka, później – Jayden skręca kostkę, teraz natomiast zabiera Alyssie na jakiś streetfood. Powiedziałabym, że ten romans… nie jest tragiczny. Nie jest specjalnie fascynujący, bo – nie ukrywajmy – do tej pory Jayden nie był specjalnie ciekawą postacią. Nie, że jest całkiem pustą kartką, bo autorka przynajmniej stara się dać mu jakiś charakter, problem w tym, że na ten moment Jayden jest trochę arogancki, trochę niezdarny, wdaje się z Alyssą w przyjazne pyskówki i… to tyle. Powiedziałabym, że Jayden byłby okej, gdyby był postacią trzecioplanową. Nie jest jednak, co oznacza, że mamy obserwować romans tej wypasionej asasynki o pękatym backstory z kimś, kto niespecjalnie wykazuje się jakimikolwiek ciekawymi cechami.

I powiem szczerze, to można byłoby rozegrać dobrze, w końcu bycie „normalsem” ma też swoje zalety, a bycie superherosem względnie asasysem absolutnie jest wymogiem uczestnictwa w udanym romansie. Jednakże w tym wypadku niespecjalnie istnieją jakiekolwiek siły popychające tych dwoje do siebie inne niż imperatyw narracyjny – Jayden uwielbia Alyssę, tak samo jak reszta zespołu, bo tak. Nie to, że ten romans kłuje w oczy, w porównaniu z przemocowymi mężczyzna a’la Edward ze Zmierzchu czy Grey wątek z kimś, kto jest najwyżej trochę arogancki, ale ogólnie miły, to zdecydowanie krok w dobrą stronę.

No ale nie może być zbyt pięknie. Oczywiste jest, że Moon jest zbyt mało krawędziowy, aby robić za konkurenta o miłość Alyssy – jeśli masz w książce Gildię Zabójców (all Edge, no Point) drugi chłopak musi być właśnie stąd.

I tak absolutnie szczerze, jestem przekonana, że autorka ten wątek wymyśliła w 1/3 książki. Wspominałam o niejakim Kitsune, którego prawdziwe miano zdeklasowało w moim osobistym turnieju „najbardziej krindżowy dowcip związany z imieniem” Magi-chana (pozdro dla kumatych). Na razie śmiałam się głównie z imienia, bo niewiele więcej o typku można było powiedzieć, poza tym, że trochę taki chujek z niego wychodzi. Jednakże – na tym etapie książki nagle okazuje się, że:

a. Kitsune też jest w Korei, bo tak;
b. Autorka nagle zaczyna go opisywać w sposób mocno kojarzący się z fankami Darklinga z Shadow and Bone’, ogółem – ciemny, mroczny i sexy,
c. Piętnaście razy zostało powtórzone, że Kitsune wonie jaśminem;
d. Alyssa nagle ma z nim coś w stylu relacji love-hate;
e. Kitsune jest oczywiście mroczny, tajemniczy, małomówny i nikogo do siebie nie dopuszcza prócz samej Alyssy;
f. Poza tym jest trochę chujkiem (to już wiemy).

Problem z tą postacią jest oczywiście taki, że jak chcesz mrocznego bohatera i sexual tension z nim oraz ogólną krawędziowość, to nie nazywasz go Lee Sek pseudonim Kitsune. Przysięgam, ten bohater promieniuje tą samą energią, co Shadow The Hedgehog stojący z karabinem na szczycie budynku w deszczu, gdy w tle słychać „Bring me to Life”.

To tyle na dzisiaj. Prawie tysiąc wyrazów i niemal nic o fabule, chyba pandemia się szybciej skończy niż ta seria. 

Ciąg dalszy nastąpi


Podobała Ci się ta seria? Oto linki prowadzących do opcjonalnych form wsparcia, które pozwalają mi pisać częściej:

Całkiem poważna analiza mangi traktującej o pojedynkach na penisy

Całkiem poważna analiza mangi traktującej o pojedynkach na penisy

8人の戦士” to świetny przykład tego, że niekiedy subtelność może grać jedynie na niekorzyść dzieła. Oryginalny tytuł japoński oznacza po prostu „8-miu Wojowników” i bardzo niewiele mówi o zawartości. Na zachodzie próbowano też stosować tytuł alternatywny „The Chronicles of Pulau”, który po polsku pewnie zostałby przetłumaczony jako „Zapiski z Pulau” – to z kolei kojarzy się absolutnie z niczym, bo Pulau to wymyślona wyspa, na której dzieje się akcja. W końcu ktoś jednak uznał, że Japonia Japonią, tu rządzi biały człowiek, co takich subtelności nie lubi! Manga więc wyszła pod tytułem „Dick Fight Island”, ponieważ – oczywiście – każdy chciałby przeczytać coś o nazwie „Wyspa Walk na Chuje”.

(więcej…)
Calling Bullshit: POZDROWIENIA Z WIĘZIENIA, czyli Margot, rozwiąż wszystkie moje problemy

Calling Bullshit: POZDROWIENIA Z WIĘZIENIA, czyli Margot, rozwiąż wszystkie moje problemy

Uznanie niebinarności jest dużo łatwiejsze niż walka ze stereotypami płciowymi, próba negocjacji ról, krytyczne poszerzanie kulturowych definicji męskości i kobiecości i mozolna nauka mężczyzn, że podłogi same się nie myją, a ubrania nie prasują.

Jest coś lekko przerażającego w sytuacji, gdy zaczynasz czytać jakiś tekst i już po pierwszym akapicie wiesz, po prostu wiesz, że komentowanie tego wszystkiego finalnie zajmie więcej miejsca niż treść oryginalna. Ot, autorka artykułu, Magdalena Grzyb, robi na samym wstępie takiego fikoła, że uwzględnienie wszystkich pętli myślowych, w jakie wpadła, zajmie trochę czasu.

(więcej…)
Calling Bullshit: CORAZ LEPSZA FIRMA, czyli jak odrzuciłem logikę i pokochałem zapierdol

Calling Bullshit: CORAZ LEPSZA FIRMA, czyli jak odrzuciłem logikę i pokochałem zapierdol

Wracam do analizowania artykułów, tylko – po pierwsze, na razie będę to robić na głównie Facebooku, po drugie, rzeczywistość trochę się zmieniła, a więc format też się trochę zmieni.

Zacznijmy od czegoś grubego, a mianowicie artykułu “Podwyżka dla pracownika – motywator czy gwóźdź do trumny, który sam sobie wbijasz?” z bloga “Coraz Lepsza Firma”, z którego dowiemy się, jak założyć przedsiębiorstwo, jeśli akurat charakteryzujesz się nie tylko empatią, ale i zdolnością przewidywania konsekwencji swoich poczyniań na poziomie psiej kupy w piaskownicy na placu zabaw.

Miłego czytania.

Dostajesz podwyżkę – powiedziałem Karolowi, dokładając mu jeszcze więcej obowiązków – ale od dziś będziesz nadzorował Ewelinę i Damiana na magazynie. No i przesiadasz się do biura – czeka Cię więcej pracy przy komputerze. Musisz poskładać zamówienia i przypilnować, żeby się wszystko zgadzało, okej?”.

Na początek wprowadzenie postaci przedsiębiorcy. Charakterystyka: młody, zdolny, pewnie w garniaku, spełnia marzenia, jak sra, to pewnie nie umie przewidzieć, że teraz kupa trafi do klopa. Przedsiębiorca wymyślił sobie sprytny plan – zamiast mieć trzech pracowników, dowali jednemu od zaraz trzy etaty. Poniesie z tego powodu konsekwencje, wniosków niestety nie wyciągnie.

“Widziałem, że się cieszy. No przecież dostał kolejną podwyżkę. Ja też się cieszyłem. W końcu oddawałem tę część swojej pracy, której szczerze nienawidziłem. I to komuś, komu ufam. Karol pracował u mnie już dwa lata. „Po co mi ktoś nowy? – myślałem. – Wolę jemu dorzucić do pensji – na pewno sobie poradzi”.
Miał wolną rękę i wszystko było w porządku.
To znaczy… Tak mi się wydawało…

Nasz podmiot przedsiębiorczy wykazuje się daleko posuniętym optymizmem polegającym na założeniu, że pracownik może mieć dowalone obowiązków w nieskończoność, co wygeneruje nieskończoną ilość pracy, a przez to wydatkowanie nieskończenie wielkiej energii.

Innymi słowy, próbuje wprowadzić w firmie rozwiązania, które teoretycznie występują jedynie w dwóch miejscach: chemii kwantowej i mózgach przedsiębiorców.

…bo serio myślałem, że jak dam mu kolejną podwyżkę i dołożę trochę obowiązków, to będzie pracował jeszcze lepiej!
A w sumie – jak tak teraz na to patrzę – to prawie całą robotę odwalałem za niego…

Czyli podsumowujmy – podmiot przedsiębiorczy ma jakiegoś pracownika Karola. Wpada na niesamowity pomysł uzyskania nieskończonej ilości pracy poprzez dowalenie Karolowi (prócz obecnych obowiązków) rolę menadżera na magazynie ORAZ osoby, która składa i kompletuje zamówienia.
Pytanie, co zadziało się nie tak:

  • Okazało się, że ten manewr jest po prostu niemożliwy z punktu widzenia fizyki klasycznej, ponieważ ta nie zawiera wyjątku traktującego o tym, że co prawda nie da się ciągnąć energii w nieskończoność, ale Karol akurat może;
  • Doba okazała się za krótka;
  • Karol jednak nie był cyborgiem wysłanym z przyszłości przez Korwina-Mikke w celu zapewnieniu przedsiębiorcom pracownikiem;
  • Karol był po prostu leniwy i nie doceniał przedsiębiorcy.

Gdy tylko wchodziłem do sklepu i zamykałem za sobą trzeszczące drzwi, Karol zaszywał się gdzieś na magazynie. Biuro stało puste, faktury porozrzucane po biurku, a na niektórych kartkach widać było ślady po kubkach z kawą.

Początkowo zupełnie mi to nie przeszkadzało. No przecież zarabiał teraz więcej, to i pilnował innych na magazynie. Dużo miał roboty. Przypominałem mu o różnych rzeczach, z częścią się nie wyrabiał. Myślałem: „Może jednak za dużo wymagam?”. I nadganiałem za niego.

Niestety, myśl o tym, że fizycznie nie można jednocześnie a. pilnować pracowników na magazynie, b. robić to, co Karol robił do tej pory, c. ogarniać zamówienia i, najwyraźniej jeszcze faktury, do głowy biednego przedsiębiorcy nie przyszła.
Myśl, że może jednak to nie był dobry pomysł co prawda w pewnej chwili się pojawiła, ale zrobiła minę zdziwionego Pikachu i sobie poszła.

W skrócie – genialny plan podmiotu przedsiębiorczego skończył się tak, że firma zaczęła zapadać się w czarną dziurę i w sumie dziwne, że dopiero teraz.

Teraz druga strona medalu, czyli ta sytuacja ze strony pracownika.

Następna podwyżka! Ale zajebiście! – pomyślał Karol, słysząc o kolejnych łatwych pieniądzach. – No to teraz bez problemu kupię sobie nową konsolę, w weekend zaproszę chłopaków… Meczyk, piwko i granie do rana. Lepiej być nie może!”

Durny Karolu, ty nie wiesz, że te pieniądze to inwestycja w to, abyś mógł w firmie robić na trzy etaty, więc konsolę niby możesz sobie kupić, ale pewnie się o nią jedynie potkniesz, gdy wrócisz do domu na sześć godzin snu o drugiej w nocy.

A poza tym:

„Co on gadał? Dobra, teraz w ciepłym biurze sobie posiedzę, coś tam porobię” – pomyślał, ale jakoś bardzo tym brakiem wiedzy się nie przejął…

Łaskawie przypomnę, że podmiot przedsiębiorczy nie umiałby przewidzieć, co się stanie, gdy wsadzi widelec do kontaktu i jestem absolutnie pewna, że regularnie sra w garniak. Bo jeśli jego firma jest jakimś wyznacznikiem, to typ uważa, że kupa mu się magicznie anihiluje, jeśli jej powie, że nie ma czasu, bo robi biznes.

Oooo, coś nie tak z zamówieniem? Zostawię na potem…” – pomyślał, próbując wygrzebać się spod sterty papierów i nieodczytanych maili.

„Oho, szef idzie!” – kątem oka zauważył, jak Rafał podjechał pod sklepowy magazyn firmowym vanem. Gdy tylko skrzypnęły drzwi, zgrabnie wyślizgnął się z biura do magazynu – unikając tym samym rozmowy.

„Taaaaa, mhm… pewnie znowu wylałby na mnie swoje żale i znów musiałbym się tłumaczyć. A już nie chce mi się wymyślać kolejnych powodów, dlaczego coś jest niedokończone…” – myślał, prześlizgując się pomiędzy kolejnymi regałami, byle jak najdalej od biura.

Przepraszam, ale dla podmiotu przedsiębiorczego po prostu nie istnieje żaden powód, dla którego „nie jest zrobione”. Nie dlatego, że jakiś powód mu konkretnie nie pasuje, tylko ponieważ nie potrafi w ogóle wyobrazić sobie koncepcji powodu, bo to za blisko stoi od przewidywania ewentualnych skutków własnych decyzji.

„Przecież nie powiem, że nie wiem, co i jak mam zrobić, bo jeszcze mi poleci po premii i cały plan zakupu następnych gier weźmie w łeb. A chłopaki już zacierają ręce na kolejne wspólne wieczory… Znowu wyjść na frajera? O nie, nie, nie…” – wypalił już trzeciego papierosa, a szef nadal tłukł swoimi ciężkimi butami o podłogę, zaglądając w kolejne kąty.

Wiecie co? W sumie podziwiam Karola, facet zauważył, że jego szef to jełop, który chce, aby robił na trzy różne etaty w zakresie przekraczającym nie tylko jego obowiązki, ale pewnie kwalifikacje. No chyba że Karol akurat jednocześnie jest menadżerem, księgowym, pewnie jeszcze masażystą, płetwonurkiem, a w chwili wolnej papieżem.
W takiej sytuacji palenie petów na zapleczu to absolutnie pożądane zachowanie – tak się robi, jak ktoś Cię próbuje pospolicie wyruchać na kilka różnych sposobów (bo nie czarujmy się, jeśli na kogoś zwalasz robotę, która powinna należeć do trzech ludzi i za ten cały zapierdol taki osobnik nawet nie dostaje tych trzech pensji, to to jest czystej wody próba wyruchania).

Iza, nie wyobrażasz sobie, jaki byłem wściekły, kiedy go w końcu dorwałem – Rafał dopiero tydzień później zadzwonił do mnie i opowiedział, co się wtedy właściwie stało. – Poważnie, puściły mi już nerwy. Zacząłem na niego krzyczeć, wymieniać, co spieprzył, co jest niezrobione, na jakie koszty mnie naraził. A on? A on spojrzał na mnie jak gdyby nigdy nic i z łaską wypowiedział tylko jedno zdanie:

– Jak się Panu nie podoba, to niech mnie Pan zwolni!

– Proszę pana, to jest Starbucks – odpowiedziała znudzona Iza za ladą.

Kompletnie mnie zatkało. I to zdanie do dziś dźwięczy mi w uszach. Jak mogłem dać się tak podejść? Stary a głupi. Co mi odbiło, żeby przestać patrzeć im na ręce? Dostał podwyżkę i tak mi się odpłacił? Co z tymi ludźmi jest nie tak?”.

Otóż z tymi ludźmi jest nie tak to, że mają szefa, debila, który uważa, że sypnięcie podwyżką uprawnia go do wszystkiego, łącznie z zakrzywianiem czasoprzestrzeni i elementarnej logiki. Nie, panie przedsiębiorco, to nie działa tak, że ty idziesz pracownikowi na rękę i robisz mu przyjemność podwyżką, jeśli dowalasz nowe obowiązki. To oznacza, że robisz minimalne logiczne minimum, czyli płacisz pracownikowi za dodatkową pracę.

W ogóle ciekawa rzecz z tymi podwyżkami:

  • jako że istnieje coś takiego jak inflacja, jeśli dostaniesz podwyżkę równą zmianie wartości pieniądza przez lata, to tak naprawdę nie jest to podwyżka, to waloryzacja;
  • jeśli dostaniesz podwyżkę i inny zestaw obowiązków, korespondujący z wyższym stanowiskiem w firmie – dostałeś awans;
  • jeśli dostałeś podwyżkę i inny zestaw obowiązków, ale na tym samym szczeblu w firmie – zostałeś przeniesiony i twoje nowe zajęcie jest lepiej płatne;
  • jeśli dostajesz podwyżkę wyższą niż wynikającą z waloryzacji, bez zmiany obowiązków – to jest ta prawdziwa podwyżka;
  • jeśli dostajesz podwyżkę, ale przedsiębiorca uważa, że w zamian za to masz zastępować kilkuosobowy zespół o zróżnicowanych obowiązkach – szef próbuje cię wyruchać, czas szukać innej pracy.

Mam nadzieję, że wszystko jest jasne, jak znajdę czas, to może napiszę jakieś wyjaśnienie dla podmiotu przedsiębiorczego w języku monke.

Historia Rafała wydarzyła się naprawdę. Co gorsze – Karol po tej rozmowie już więcej nie pojawił się w pracy. Pewnie domyślasz się, jak bardzo skomplikowało to funkcjonowanie całej firmy. Ktoś przecież musiał posprzątać ten bałagan…

Karol szybko awansuje na mojego bohatera – co de facto oznacza, że to najlepszy awans, jaki otrzymał, bo w zamian za niego nie musi mi czyścić kibla czy coś.

Czy ta historia mogła potoczyć się inaczej? Prawdopodobnie tak. Pewnie zauważyłeś już punkt zapalny.

Otóż to.

Pieniądze.

Ej, ale żeby tak polskich przedsiębiorców, sól tej ziemi szkalować?”Ja dam Ci podwyżkę, a Ty będziesz lepiej pracował. A jak się nie poprawisz, to po podwyżce nie będzie śladu!”.

„Ja dam Ci podwyżkę, a Ty będziesz lepiej pracował. A jak się nie poprawisz, to po podwyżce nie będzie śladu!”.

Wiesz, to wcale nie musi tak wyglądać. I wcale nie musisz sięgać do swojej kieszeni, żeby zachęcić pracowników do pracy.

Okej, przestańmy się śmiać na chwilę. Zastanówmy się, czemu większość ludzi pracuje. Czy ktoś myśli, że wypełnianie faktur i sprawdzanie magazynów dla Jego Wysokości Przedsiębiorcy to czyjeś hobby? Otóż – pracownicy pracują, aby zarobić pieniądze. Mamonę. Dolany. Dogecoiny. I potem iść na piwo i grać na konsoli z kolegami.
Jakby nie patrzeć, przedsiębiorcy zakładają firmy z tego samego powodu. Chociaż, nie powiem, z tego artykułu wynika, że robią to, ponieważ gdy jesteś szefem, inni w odpowiedzi na twoje zesranie mogą się jedynie zwolnić i podać do PIP-u.

Bo co sobie myśli pracownik, gdy nagle otrzyma podwyżkę?
Że świetnie pracuje, a co za tym idzie – może dalej robić to, co robił. I to w ten sam sposób!
Że podwyżka mu się po prostu należy.
Że nie musi się starać, bo jest niezastąpiony.
Że jest tak dobry, że może zmienić pracę na jeszcze „lepszą” – może na lepszym stanowisku, o innym zakresie obowiązków.
Teraz dobrze to widać: kolejne podwyżki często tworzą z pracownika osobę z pensją do pozazdroszczenia i z motywacją do pożałowania…

No, jakże by w tym utwierdzać pracownika. Zwłaszcza, że dwa akapity wyżej było, że jak Karol odszedł, to natychmiast się firma posypała biednemu podmiotowi przedsiębiorczemu.
Zabawne, że przedsiębiorcy tyle mówią o wolnym rynku, jednocześnie, jak widać, stosując całkowicie odwróconą logikę. Kiepsko opłacany pracownik na pewno nie poszuka lepszej pracy, ale dobrze opłacany już tak. Pięknej jakości fikoł.
Wiecie, kochani przedsiębiorcy, co dokładnie takim podejściem pokazujecie? Że wy, za przeproszeniem, ni chuja nie ogarniacie kwestii związanych z długotrwałą współpracą. Wydaje wam się, że pracownik, który siedzi u was pięć lat, wykonuje pracę wartą tyle samo, co nowy. Dokładnie tak się pojawia ciągły zalew gównousług robionych przez stażystów – bo nie ma nikogo, kto mógłby siedzieć w danej firmie na tyle długo, aby robić lepiej. A czemuż to nie ma nikogo takiego? Bo nie ma absolutnie żadnego powodu, aby tam siedzieć, skoro pensja się nie zmieni, a ewentualnie mogą dojść obowiązki.

Skoro jesteś już w tym miejscu, to masz świadomość, że kolejne podwyżki nic nie zmienią. No co najwyżej uszczuplą Twój firmowy portfel.
A sprawa jest prosta – wystarczy odkryć, co tak naprawdę motywuje ludzi do pracy. Odkryć, co sprawia, że pieniądze przestają być dla nich aż tak istotne.

Owocowe czwartki i młody, dynamiczny zespół. Ja osobiście po przeczytaniu tego tekstu jeszcze uznałam, że gdyby podmiot przedsiębiorczy wsadził sobie w tyłek czterdziestocentymetrowe dildo, to by mnie to raczej też zmotywowało.

Rafał, którego historię przed chwilą przeczytałeś, dotarł do wewnętrznej motywacji każdego ze swoich pracowników i nie popełnia już tych samych błędów. Kiedy ostatnio rozmawialiśmy, wdrażał siódmą osobę do zespołu, a jego ekipa świetnie się dogadywała. W firmie nikt nie chowa się po kątach, wszyscy wiedzą, co mają robić, i – co najważniejsze – Rafał w końcu nie musi po nikim niczego poprawiać.
Ty też możesz mieć takie relacje w swojej firmie. Dzieli Cię od tego tylko jeden krok.
Jest nim krótki quiz, który przygotowaliśmy specjalnie dla Ciebie. Dzięki niemu szybko dowiesz się, co motywuje Twoich pracowników do wydajnej pracy. I na pewno nie będą to kolejne podwyżki 🙂

Wrzucę Wam link do quizu, możecie sobie porobić… ja osobiście odpuszczę – w końcu już napisałam, co by mnie motywowało 😊

NAUKOWCY OGŁASZAJĄ – PINIONDZE NIE MOTYWUJĄ PRACOWNIKA, ALE PIENIĄDZE I LAJKI MOTYWUJĄ SHITPOSTERÓW

Wspadnij na Facebooka i wypełnił specjalny quiz za przedsiębiorców!

O pastorze, który leczył wybielaczem

O pastorze, który leczył wybielaczem

Zadziwiające, jak wiele w ostatnich latach mówi się o spożywaniu środków do czyszczenia. Angielska Wikipedia ma nawet stronę zatytułowaną Consumption of Tide Pod, z której można się dowiedzieć, że owszem – heheszki w Internecie heheszkami, ale tak naprawdę zanotowano tylko kilkanaście przypadków słynnego Tide Pod Challege, który miał być podobno nowym hobby znudzonych nastolatków. (więcej…)