O wyparciu

O wyparciu

1.

– A może by tak czas przestać się bawić i wrócić do domu? – mówi mój ojciec.

Jest początek roku 2001. Mam dwanaście lat, już miesiączkuję i za kilka miesięcy powinnam iść do gimnazjum, a policja zabrała mnie z domu. Powód zabrania znany jest każdemu śmieszkowi internetowemu teraz, a także każdemu na osiedlu piętnaście lat wcześniej – twój stary najebany leży brzuchem do góry, w samych gaciach, a w przedpokoju piętrzą się butelki po wódce. Dla dwunastoletniej mnie obecność butelek w przedpokoju zazwyczaj była powodem dzikiej histerii jeszcze zanim widziałam ojca – już lata wcześniej robiło mi się niedobrze, gdy w przedpokoju coś błysło kątem oka.

Tak więc sprawa prosta – stary najebany, wszyscy dookoła to widzą, i sąsiedzi, i szkoła, i policja, i pracownicy socjalni i pewnie sam papież pierdolnął tego dnia encyklikę – „Stary znowu najebany, przyjeździe wreszcie coś z tym zrobić”.

Te dwie godziny, pomiędzy przyjazdem policji a umieszczeniem w Pogotowiu Opiekuńczym to prawdopodobnie jedyny czas, kiedy wszystko było logiczne. Bo jak wiadomo, alkohol ludzi wiecznie nie trzyma jako zakładników, w końcu więc ojciec przyjedzie i powie mi, abym się przestała bawić.

2.

Nie jestem dobrą ofiarą. Gdy stary ze mną rozmawia, zapamiętuję, ale nie przetwarzam, nie świadomie. Stary staje twarzą w twarz z swoim najgorszym koszmarem… no może drugim po wódzie – autystycznym potworkiem, który Nie Rozumie. Do austystycznego potworka nie dociera, że powinno być mu wstyd, że zabrano go z domu i że powinien chcieć wrócić. Nie wie też, że to jego wina. Ma to gdzieś i chce, aby następnego razu ojciec przywiózł mu cukierki.

Nie jestem dobrą ofiarą, bo myślę o sobie i o przyziemnych przyjemnościach. Nie zabiegam o kontakt z ojcem, nie chcę wrócić, bo za bardzo boję się butelek, ale przykrywam ten strach dobrymi rzeczami. Na przykład, że może będę mogła nażreć się cukierków za wszystkie czasy.

Stary przywozi łapówę, ale inne dzieciaki zjadają ją, gdy mnie nie ma i rozwalają papierki po moim łóżku. Taka opcja nie przyszła mi do głowy.

3.

Mam problem.

Nie, nie chodzi o to, że ojciec mi kazał przestać się bawić i wrócić do domu. To nie będzie mnie zajmowało przez lata.

Mam problem, bo jestem inna niż cała reszta dzieciaków. Nie jest to specjalnie nowy dylemat, ale inne dzieciaki są inne od wszystkich innych dzieciaków, jakie znam. Są gorsze – orientuję się z zalążkiem nastoletniego poczucia wyjątkowości, które miało zamaskować to, że sama czuję się gorsza. Inne dzieciaki nie potrafią niczego w tej marnej szkole, do której nas wysyłają, kradną na potęgę, ich zabawą jest symulowanie stosunków i uciekanie z ośrodka. Trzynastolatki w czasie godziny Internetu w weekend wchodzą na erotyczne czaty, aby pisać o seksie z dorosłymi facetami. Nie lubią mnie, ja nimi gardzę. One mnie biją, ja staję się coraz bardziej agresywna.

4.

– Może sobie sama wymyśliłaś ten alkoholizm, nie ma żadnych dowodów – mówi matka zastępcza.

Nie mam pojęcia, skąd wie, ale jakoś zawsze wie, gdzie uderzyć, aby najbardziej bolało. Śmieje się, że inne dzieci mnie nie lubią, śmieje się z moich zębów, ponieważ sama nie posłała mnie do lekarza, aby je naprawił, śmieje się z tego, że zauroczyłam się w koledze. Widzi mój nadęty intelektualizm i mówi, że wszyscy uważają mnie za upośledzoną, moje hobby nazywa blablaniem. ‘

Nienawidzę jej. Jej biologiczne dzieci też jej nienawidzą, ale są od niej uzależnione, bo ciągle mówi nam, że sobie nie poradzimy bez niej. A jak ja chcę, to mogę wracać do domu.

Po latach nie boję się już butelek, boję się polecenia, aby wracać do domu. Nie kojarzę żadnego miejsca z domem.

5.

– Skąd wiesz, że twój ojciec był alkoholikiem? – pyta sędzia na rozprawie. Jestem na tyle dorosła, że mogę już zeznawać, nie na tyle dorosła, aby ktokolwiek uznawal to, co powiem, za mające jakąkolwiek wartość. W papierach jestem dzieckiem nieustannie zmanipulowanym, aczkolwiek niekoniecznie wiadomo, przez kogo. Ot, jak rozmawiają ze starym, to przez matkę, jak z matką, to przez ojca. Dociekanie prawdy nie jest sprawą sądu.

Dostaję nakaz powrotu do ojca, który magicznym wyrokiem nagle się odnajebał z trybem wstecznym wskazującym, iż tak naprawdę od zawsze był nienajebany.

6.

– Czy przed tym, jak cię zabrali, ustalałaś coś z policją i matką zastępczą, na przykład w szkole? – pyta ojciec.

Nie myślę o tym.

Wyrok sądu nie działa – ojciec, który nigdy się nie najebał zmarł na poboczu w samochodzie na zawał serca, do którego wydatnie przyczyniły się olewanie zaleceń lekarza odnośnie diety i alkoholu.

Przez pół roku jestem najprawdopodobniej jedyną piętnastolatką w Polsce, która nie ma żadnego opiekuna prawnego, bo po śmierci ojca cały świat machnął na to ręką.

7.

Matka zastępcza mówi, że zabiłam własnego ojca.

Niektórych rzeczy nie potrafię wyprzeć, ale znam skuteczny sposób, praktykuje go biologiczny syn matki, mój przyszywany brat. Sposób polega na prawilnym przyjebaniu. Gdy brat uderzy matkę, biegnie ona do naszego pokoju, wrzeszcząc, abym ją ratowała. Gdy przyjebie mnie (albowiem funkcja przyjebania niezależna jest tak naprawdę od niczego, na przyjebanie zasługuję matka, ale też ja, geje, Żydzi i czarni, a zwłaszcza Barack Obama), matka mówi, że go prowokowałam, bo mam okres.

Przyjebanie skutkuje – pewnie dlatego, że przez te lata nigdy nie uderzyłam nikogo. Matka wie, że to nie ciosy, za którymi stoi agresja, to nagromadzona latami nienawiść. Następnego dnia próbuje mi wmówić, że wcale nie powiedziała tego, co powiedziała. Dzwoni po instytucjach i wymyśla, że ją prowokuję, bo mam okres.

Albo udaje, że dzwoni, albo wszelkie biura od złych dzieci w końcu proponują jej kurację taką, jak ojcu – napiszą na papierze, że wcale nie, i problem zniknie.

8.

Matka, która od lat powtarzała, że jak mi się nie podoba, to mam znaleźć sobie inną rodzinę, dziwi się, że wyprowadzam się zaraz po osiemnastce.

Pętla się zamyka – teraz też przyjeżdża policja, chociaż to ja ją wzywam – gdyby nie to, wyszłabym w samych majtkach, bo nawet pamiątek po ojcu nie mogę odzyskać. Matka nie traktuje mojej wyprowadzki poważnie, ale robi się blada, gdy widzi mundurowych z jednej strony, adwokata z drugiej i dochodzi do niej, że się nie udało. Nie będę z nią siedzieć do czterdziestki, jak jej własne dzieci i tarzać się w polewie z własnej beznadziejności.

9.

Jest początek roku 2019. Śnię o tym, jak wyjeżdżałam z ojcem na ryby, wspomnienia składają się z powolnego warczenia samochodu i zapachu papierosów. Urywają się nagle.

Łatwo jest mi mówić o nienawiści, bo nienawiść jest łatwa. Nienawiść mnie wzmacnia, sprawia, że nie czuję wstydu, gdy każą mi przestać się bawić i wracać, że oddaję, gdy ktoś mnie atakuje. Ludzi, którzy żerują na miłości i przywiązaniu, nienawiść zaskakuje – oto spotykają się z logicznym efektem tego, co zrobili. Z osobą, która chce się od nich odciąć, zamiast dawać kolejne szanse.

Nie potrafię poradzić sobie z pozytywnymi uczuciami, więc przesączają się powoli, latami. Gdy już zatraciły pierwotne znaczenie, sny o ludziach martwych od dekady, o żałobie, której nie przechodziłam, o wstydzie, którego nie odczuwałam.

Dopiero terapeuta mówi mi, że na jakimś poziomie musiałam odczuwać i że to wszystko nie znikło – po prostu teraz nagle mam i dwanaście, i piętnaście, i dwadzieścia siedem lat i w końcu jestem całością.

W ten jeden PROSTY SPOSÓB ograniczysz emisję CO2

W ten jeden PROSTY SPOSÓB ograniczysz emisję CO2

Dbając o własne codzienne wybory mamy komfortowe złudzenie sprawczości – coś, co nie jest wcale takie oczywiste, gdy w grę wchodzi lobbowanie za zmianami odgórnymi, na poziomie systemowym. Ograniczając się do osobistych wyborów, naszym “przeciwnikiem” może być ojciec, który pomarudzi “jak to mięska nie zjesz”, domagając się zmian odgórnych, nagle stajemy wobec potęg tego świata i w najlepszym wypadku spotka nas to, co spotkało Gretę Thunberg. A jak pisałam na swoim funpagu, istnieje niezerowa liczba ludzi, którzy stracili pracę za sugerowanie, że Gretę powinno się zamordować, ewentualnie – to dużo częściej – zgwałcić. Tak więc segregowanie śmieci jest jakby bezpieczniejsze.

Mamy więc jako społeczeństwo olbrzymi problem z przekładaniem ekologicznych wyborów konsumenckich (np. nieużywania plastikowych siatek, niejedzenia mięsa, ogólnego ograniczenia konsumpcji) nad rozwiązania odgórne i systemowe. I to bardzo wygodna sytuacja dla tych, co produkują najwięcej śmiecia i dwutlenku węgla, czyli wielkich korporacji – którym bardzo zależy na przerzucenie obowiązku dbania o środowisko na konsumentów. I to udaje się, ponieważ bardzo przecież chcemy dbać o to, aby nasza planeta nas nie zabiła, prawda? Korporacje muszą przegiąć w naprawdę fantastyczny sposób, aby zauważono, że coś nie halo – tak było z “ekologiczną” “kampanią uświadamiającą” w ramach której Coca-Cola wysyłała różnym ludziom puste plastikowe butelki pocztą, z dołączonym listem, aby je wyrzucili do koszów. 

Coca-Cola produkuje pięć i pół miliona ton CO2 rocznie. Aha – i trzy miliony ton plastiku. Okej, ale Coca-Coca jest jedna. Ile plastiku produkuje przeciętny konsument? 

To jedno z tych podchwytliwych pytań, ale aby naprowadzić na odpowiedź, warto zadać kolejne. Czy wiesz w ogóle, jak produkuje się plastik? Zakładam, że większość czytelników jednak nie wie, a ci, którzy wiedzą, zatrzymali się na poziomie teoretyki – chyba że mamy tu jednak jakiegoś specjalistę od wytwarzania tworzyw sztucznych (jeśli tak, to serdecznie pozdrawiam).

Nie wiesz, jak dokładnie się wytwarza bądź przetwarza plastik, bo go, tak jakby, nie wytwarzasz. My, konsumenci, jesteśmy na samym końcu zjeżdżalni, do której trafia już wytworzony i przetworzony plastik. Tak, kupujemy go, ale nie czarujmy się – gdyby zjeżdżalnią wolnego rynku zjeżdżały produkty wykonane z innych materiałów, też byśmy je kupili. Oczywiście, że byśmy kupili – taka Coca-Cola ma już sposoby, abyśmy kupowali.

Nie oznacza to jednak, że nie ciąży na nas żadna odpowiedzialność – aby puścić już wyprodukowany plastik do obiegu, nasza końcówka zjeżdżalni musi postarać się, aby został on ponownie przetworzony. Problem w tym, że nie każdy plastik się do tego nadaje – więc znowu, wracamy do producentów tworzyw sztucznych – oraz wytwarzanie i przetwarzanie tworzyw sztucznych generuje nasz ulubiony gaz cieplarniany, więc jednak wypadałoby je ograniczyć.

Pewnie znalazłyby się osoby, które powiedzą – no tak, ale gdybyśmy wszyscy przestali kupować produkty nieekologiczne, to ich produkcja przestałaby być opłacalna i poprzez nacisk zmusilibyśmy koncerny do zaprzestania trucia planety, prawda?

Niestety, odpowiedź na to pytanie jest rozczarowujące – nigdy do tego nie dojdzie. Ekologiczna konsumpcja wymaga wiedzy, czasu i niekiedy dodatkowych pieniędzy, a więc jest raczej czymś, co robią ludzie z krajów wysoko rozwiniętych, ewentualnie tych, gdzie ekologiczne warianty konsumpcji mocno zakorzenione są w tradycji. 

Na przeszkodzie stoi także inny mechanizm, związany z wychodzeniem z gospodarki niedoboru/biedy. Osoby wychowane w ubóstwie po podniesieniu swojego statusu społecznego mają tendencję do tzw. łapczywej konsumpcji, a więc gromadzenia dóbr, zwłaszcza tych, których brak odczuwali najmocniej. Można to przełożyć na całe społeczeństwa – minimalizm, ograniczanie konsumpcji poprzez świadome wybory to zdecydowanie częściej domeny społeczeństw bogatych niż bogacących się. Trudno wytłumaczyć komuś, kto ma w sobie często wielopokoleniowe doświadczenie ubóstwa, że ma ograniczać konsumpcję w imię ekologicznych ideałów. A poziom skrajnego ubóstwa na świecie od lat spada – mamy więc olbrzymią liczbę ludzi, którzy zostaną postawieni w sytuacji podobnej do ten, w której postawieni zostali Polacy po przemianie ustroju. Może coś mi umyka, ale Polska początku lat 90-tych nie była raczej przykładem minimalizmu, ekologii i hygge.

Tytuł notki jest, rzecz jasna, kłamstwem. Zależy mi jednak na trafieniu do tych, którzy wierzą w proste sposoby – tylko po to, aby móc przedstawić im trudny, ale który zapewne zadziała. Musimy sprawić, aby konsumpcja ekologiczna stała się podstawą konsumpcji – tylko, jeśli inne opcje staną się trudno dostępne i nieopłacalne, mamy szansę cokolwiek zmienić. 

/funpag, patronite

Nawet w fantazji seks nie jest za darmo

Nawet w fantazji seks nie jest za darmo

Chciałoby się napisać, że książka 365 dni zaczyna się sceną gwałtu, a potem jest tylko gorzej. Jednak – w pewnym sensie – to nieprawda. Widzicie, ja obstaję przy zdaniu, że to książka ciekawa. Po prostu nie w taki sposób, jaki miała na myśli autorka.

(tutaj uczciwie czytelników muszę ostrzec, że we wpisie będą obrazki luźno związane z omawianym tematem. To jest – seksem i BDSM. Luźno związane, bo bardziej ściśle by pasowały jakieś sceny przemocy domowej.)

Dla niezorientowanych – omawiana powieść jest promowana jako polska odpowiedź na Greya (zresztą, któraś już z kolei) połączona z “Ojcem chrzestnym” (co z kolei jest po prostu bzdurą). Opowiada o radosnych przygodach Polki o imieniu Laura, która została porwana przez mafijnego bossa o zaiste masywnym mieniu don Massimo. Akcja 365 dni należy do specyficznego gatunku, który nazywam thrillerem mimo woli. Chodzi w nim o to, że chociaż sama autorka twierdzi, że napisała coś w stylu romantycznego erotyka, tak naprawdę nie trzeba wiele zmieniać w treści, aby mieć opowieść o zwykłej kobiecie porwanej i gwałconej przez mafioza. Mafiozo cierpi na urojenia, przez co twierdzi, że rzeczona Polka jest mu przeznaczona. A skoro przeznaczona, to może sobie brać bez pytania, kto by tam się przejmował zdaniem samej zainteresowanej.

(pomijając wszelkie kwestie związane z jakością takiej literatury, we wszelkich podróbkach Greya zawsze musi występować dominujący w łóżku mężczyzna, jakby nie było żadnej innej opcji)

Autorka, Blanka Lipińska, przyznaje w wywiadach, że chciała stworzyć niezobowiązującą historyjkę erotyczną, która przełamie tabu dotyczące rozmawiania o seksie. Tu widzimy pierwszy problem. Otóż, ja uważam, że – uwaga – Polacy generalnie mówią o seksie, inna sprawa, w jaki sposób to robią. Polskie mówienie o seksie to sprośne komiksy na tablicy na Facebooku pań i panów w średnim wieku, wywołujące lekkie poczucie zażenowania wszystkich dookoła. Polski seks to pani w stringach przynosząca wodę Kubie Wojewódzkiemu w studiu na oczach setek tysięcy rodaków, to zbliżenia na dekolty aktorek w Świecie według Kiepskich, to w końcu – żarty o pierścionku w dupie z komedii romantycznych oraz perła humoru, szczyt osiągnięć cywilizacji w dziedzinie rozbawiania publiki: kabaret z chłopem przebranym za babę gadającym o, hehe, wibratorach.

Gdzie w tym spektrum rodzimych znajduje się 365 dni? Na szczęście, nie jest to podszyte wstydem heheszkowanie z samego aktu seksualnego. Innych plusów dodatnich – nie stwierdzono. W powieści pani Lipińskiej mamy do czynienia z bardzo niemiłą wizją rzeczywistości, wizją, w której pod pozorem romansu mężczyzna wykorzystuje kobietę, a kobieta wykorzystuje mężczyznę. I tak sobie razem tkwią w tym toksycznym bagienku przez ponad trzysta stron, a czytelniczka zastanawia się, z jakiego dokładnie powodu ma kibicować tej pączkującej patologii.

(podobno w tych bedeesemach ważne jest zaufanie do partnera, tego jednak nie uświadczymy tutaj) 

Zacznijmy jednak może od toksycznych zachowań ze strony głównego bohatera, bo są zdecydowanie prostsze do zdefiniowania. Massimo to typowy smalec alfa, dominujący zarówno w życiu, jak i w sypialni, bezwzględny, agresywny, pozbawiony szczątkowego szacunku do stawianych przez kobiety granic. Jest kłamcą – w trakcie trwania powieści kilka razy powtarza, że nie zgwałci Laury i jej nie wykorzysta, po czym pakuje jej się pod prysznic z gołym fiutkiem, aby nieproszony poocierać się niczym kundel Azor o nogę listonosza. Jest zaborczy, izoluje bohaterkę od rodziny, ba, grozi śmiercią matki i chłopaka, jeśli ta nie będzie robić tego, co on pragnie. Cała powieść jest zapisem sposobów upokarzającego przekraczania przez Massima kolejnych poziomów bycia zdegenerowanym małym kurwiem, włączając w to kłamstwo, że stosuje antykoncepcję, w nadziei że złapie Laurę na dziecko (!) czy wszczepienie jej w skórę GPS-a. Aha, jakby tego było mało, nasz bohater ciągle mówi swojej ukochanej, że “on ją nie pyta, on ją informuje”, co we mnie osobiście budzi chęć odpowiedzi “informować możesz mamę, że wolisz schabowe na obiad zamiast mielonych”.

Massimo uosabia ogólny problem, jaki mamy z męskimi postaciami w jakichkolwiek relacjach romantycznych. Otóż w tradycyjnej wizji męskości, im bardziej jesteś zaborczym małym kurwiem, tym bardziej ci zależy, a więc – jesteś lepszym kandydatem do związku. Takie przekonanie nie wzięło się zresztą znikąd. Policzcie sobie, ile razy w Starej Trylogii Gwiezdnych Wojen księżniczka Leia odmówiła Hanowi, ile razy powiedziała mu “nie”, zanim skończyli razem. Ile razy kobiety odmawiały Bondowi (a i tak kończyło się to sceną seksu), ile razy kobiece “nie” oznacza, że mężczyzna ma po prostu naciskać bardziej. Bo nachalność oznacza, że mu zależy. Wampir Edward wymontował z samochodu ukochanej silnik, aby nie mogła spotkać się przyjacielem. A więc zaborczość też oznacza, że mu zależy. W całkiem nowiutkiej kreskówce Final Space główny bohater – Gary – przez pięć lat codziennie wysyła kobiecie widzianej raz w barze wiadomości z więzienia, chociaż nie otrzymuje odpowiedzi na żadną z nich. Love interest Gary’ego widzi te wszystkie maile dużo później, te pięćset wiadomości wysyłanych jej przez jakiegoś obcego typa, i mięknie jej serduszko, że tak się stara.

A więc stalkerstwo także oznacza, że mu zależy.

(dodatkowo, w kolejnych “Greyach” kolejne autorki wychodzą z przekonania, że tym seks jest ostrzejszy, im bardziej mężczyzna nie szanuje bohaterki i jej “nie”.  A przecież w życiu jest dokładnie odwrotnie, większość ludzi musi ufać komuś, aby dać mu się związać, batożyć porem i podduszać za pomocą kebaba w sosie ostro-kwaśnym)

A to bardzo ważne, bo – również w ujęciu tradycyjnym – wartość kobiety zależy od tego, jacy mężczyźni i jak bardzo się o nią starają. A więc Massimo – gwałciciel, kłamca, zaborczy kurw i jeden z najmasywniejszych śmieci, jakie widziała literatura, jest wręcz facetem idealnym.

Co jednak sama Laura ma ze związku z Massimem? Co sprawia, że w ogóle jej się to opłaca, prócz zakorzenionego w kulturze przeświadczenia, że nasz Massimo ideałem jest, i jak nie zachwyca, jak zachwyca?

Widzicie, tradycyjnie seks jest czymś, co kobieta “daje” mężczyźnie w zamian za określone zasoby. Nierzadko są to zasoby, których wcześniej została przez społeczeństwo pozbawiona – chociażby zdolność samodzielnego utrzymania się na sensownym poziomie, coś, co przez wiele wieków było domeną nielicznych kobiet. Współcześnie seks, a także granie własną atrakcyjnością seksualną i kobiecością, nadal jest tym, co kobieta “wymienia” na inne fanty – od dziewczynek zwolnionych z pytania na lekcji polskiego za założenie spódniczek, po poświęcanie się “dla niego” w związku za gratyfikację emocjonalną. Zwłaszcza to ostatnie bywa zgubne – atrakcyjne dziewczyny szybko uczą się, że ich ciało i seksualność jest pierwszym możliwym produktem do wymiany na popularność, adorację, prezenty.

W 365 dniach mamy właśnie taką, konserwatywną, wizję kobiecości. Niby książka jest o seksie, ale tak naprawdę – o wymianie seksu i fizycznej atrakcyjności na zasoby. Laura Biel za seks i podobieństwo do wyśnionej Pani Massima dostaje złote kozaczki od Gucciego, którymi może szpanować przed rodziną. Nic dziwnego, że w takiej wizji rola mężczyzny jako obiektu seksualnego jest dość bierna – tak, Massimo jest opisywany jako przystojny i z kutasem, którego może używać zamiast węża strażackiego, jednakże bynajmniej nie jest uwodzicielski i robi też niczego świadczącego o tym, że chciałby być dla Laury atrakcyjnym partnerem seksualnym. Po co miałby to robić? Przecież zasypał ją pożądanymi zasobami.

(Nawiasem, Lufycer jest serialem bardzo ciekawym, gdyż główny bohater robi w nim rzecz zarezerwowaną prawie wyłącznie dla kobiet – wykorzystuje własną seksualną atrakcyjność i popęd innych, aby zbierać fanty. Ale jest diabłem, to mu wolno)

Natomiast w realnym świecie autorka powieści pozuje półnago do CKM-u (tego samego pisma, którego “mądrości” obśmiewałam tutaj) ze swoją książką. A więc – pokazanie piersi za reklamę, seks za zasoby, koło się zamyka. W całym tym cyrku nie ma miejsca dla kobiet wykorzystujących seksualność dla własnej satysfakcji. Głównie dlatego, że stawiałoby to mężczyzn na bardzo nielubianym przez nich stanowisku obiektu seksualnego, sytuacji, w której nie możesz tak po prostu seksu kupić za złote kozaczki czy pogłaskanie po głowie.

Dość symptomatyczna jest scena w samej książce, w której jedna z bohaterek – chyba matka Laury, nie każcie mi sprawdzać – ma wątpliwości wobec narzeczonego córki. Matka Laury jest świadoma, jak pokaźnych rozmiarów skurwielem jest Massimo, wszystkie wątpliwości wnet zostają rozwiane. Gdy tylko widzi, jakie prezenty dostaje jej pociecha, natychmiast zmienia zdanie.

To kolejny poziom toksyczności – traktowanie relacji dwojgiem niby zakochanych ludzi niczym transakcji między prostytutką a klientem, jedynie pozbawionej potępienia ze strony otoczenia. Wręcz przeciwnie, Laura może liczyć na podziw i szacunek rodziny czy znajomych. Bo ją Massimo obsypuje tymi kozaczkami, drogimi samochodami, kompletami bielizny. Jednocześnie dziewczyna sprzedaje się w znaczeniu pełnym i niepodważalnym, to nie jest czysta, uczciwa transakcja, w której klient kupuje usługi seksualne, Massimo kupuje całą Laurę, wyłączność do jej ciała, do jej życia, do kontrolowania, z kim się spotyka, w końcu, do traktowania jej jako inkubator, który można zapłodnić bez pytania o zdanie.

Z zachowania Laury emanuje jednak bardzo przykre przeświadczenie, że  transakcja jest tego warta. Nie tylko z powodu korzyści materialnych, ale nade wszystko z uwagi na podziw wszystkich dookoła, według których wyrwanie faceta z masywną platynową kartą oraz ładną twarzą jest absolutnie największym życiowym sukcesem, jaki może przypaść w udziale kobiece.

I to jest niewyobrażalnie smutne.

(Autorka 365 dni chwaliła się, że w następnej książce najostrzejsza scena będzie zawierała Laurę – pardon – wsadzającą Massimowi palec do dupy. Wiadomo bowiem, że facet posiada Święty Odbyt, a wsadzanie w niego czegokolwiek, nawet palców cycatej blondyny, prowadzi do strasznej rzeczy, tj. zgejenia. BTW, na tym gifie powyżej nie ma ani jednej kobiety)

W tym całym korowodzie przebrzydłości, seks wydaje się najmniej ciekawy. Owszem, jest opisany dość wulgarnie. Owszem, on nie szanuje jej granic, ale ona jest napalona niczym fani Star Wars przed premierą The Force Awakens, więc finalnie nie ma to znaczenia.

Osobiście uważam jednak za nieporozumienie, że Laura opisywana jest jako kobieta wyzwolona, tylko dlatego, że ma zasygnalizowane jakieś tam potrzeby seksualne, masturbuje się wibratorem i lubi (pseudo) BDSM. Zdawanie sobie sprawy z istnienia własnej seksualności to dobry start, ale zauważymy jedno, a mianowicie: nie ma już roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego. To, jak chcemy realizować się w seksie jest równie ważne, jak to, w jaki sposób nie chcemy tego robić. Jeżeli partner nie szanuje naszego “nie”, wymusza, manipuluje, ignoruje hasła bezpieczeństwa, stalkuje, ogranicza – brak zgody na tego typu zachowania nie sprawia, że jesteśmy “zbyt waniliowe” lub “za mało wyzwolone”. Wręcz przeciwnie, to taka Laura, znosząca wszelkie wyskoki Massima, której jedyną reakcją jest okazjonalne walnięcie go w twarz – czego nikt nie bierze na serio, a bohater robi dalej swoje – jest postacią fałszywie wyemancypowaną. I kończy, wtłoczona w scenariusz jak z koszmaru, wrobiona w dziecko ze swoim katem.

To ja już, kurna, czasem wolę dowcipy o chłopie przebranym za babę.

Autystyczne kobiety są niewidzialne

Autystyczne kobiety są niewidzialne

Autyzm jest powszechnie uważany jako typowa przypadłość mężczyzn. Nawet w niektórych naukowych opracowaniach, jakie zdarzyło mi się czytać, określa się spektrum autystyczne jako posiadanie “wybitnie męskiego umysłu”, cokolwiek to miałoby znaczyć. Na cztery zdiagnozowane przypadki niskofunkcjonujących autystyków-mężczyzn przypada jedna kobieta. Przepaść pogłębia się, gdy weźmiemy pod lupę autyzm wysokofunkcjonujący – tu mamy proporcje 9 do 1. A jednak – autystycznych kobiet nie jest jakoś drastycznie mniej.

Po prostu nikt ich nie diagnozuje.

Autystyczne dziewczynki pierwsze kilka, kilkanaście lat życia zazwyczaj spędzają, ucząc się maskować. Imitować zachowania, które uznawane są za poprawne. Społeczeństwo ma wobec nich dużo większe oczekiwania, gdy w grę wchodzi sfera kontaktów międzyludzkich – ta, z którą mają zasadniczy problem. Uczą się więc ludzi tak, jak inni uczą się matematyki – z książek, gier, monotonną metodą prób i błędów. Wysiłek jest zdecydowanie niewspółmierny do nagrody – 90% pada i tak ofiarą znęcania się w szkole, jakieś 70% – takiej czy innej formy wykorzystywania seksualnego. Kiepskie w odczytywaniu ukrytych intencji czy mowy ciała, pod względem psychicznym wydające się młodsze, niż metrykalnie, stają się łatwymi ofiarami. 

I, oczywiście, nadal przy tym nie są diagnozowane, bo większość kryteriów autyzmu została opracowana w oparciu o symptomy mężczyzn. Gdy mały chłopiec ma problemy z mową, układa klocki w równy szereg i wykazuje obsesyjne zamiłowanie do liczb, dziecko prowadzi się wprost z przedszkola do ośrodka na diagnozę. Dziewczynka z obsesją na punkcie lalek czy koni? Unikająca innych dzieci, żyjąca we własnym świecie? No, to normalne, dziewczyńskie zainteresowania, a poza tym – pewnie jest nieśmiała. Nauczy się. Będzie musiała. 

(EDIT: Zwrócono mi uwagę na pewne mylące uproszczenie, dodaję więc: nie jest regułą, że chłopcy-autystycy preferują stereotypowo “męskie” zajęcia związane z liczeniem czy budowaniem, a dziewczynki – stereotypowo kobiece. Dziewczynki jednak częściej znajdują sobie “specjalne zainteresowanie” sprzeczne z tym, co w powszechnej świadomości kojarzy się z autyzmem – np. sztukę robienia wzorów na paznokciach, literaturę, operę.)

Może to wydawać się stronnicze. Z własnego przykładu jednak wiem, że wiedza na temat spectrum autyzmu u kobiet jest praktycznie zerowa. Byłam dzieckiem, które przeszło przez długaśną kolejkę psychologów i innych specjalistów. Gdy toczyła się batalia sądowa pomiędzy moją rodziną biologiczną a zastępczą, przyznawano mi tyle badań specjalistycznych, że mogłam opinie psychologów sądowych zbierać jak koleżanki kolorowe kartki do segregatorów. Nikt nawet nie zasugerował spektrum autyzmu.

Tak do dwudziestego trzeciego roku życia “Asperger” czy “autystyczka” to były jedynie takie wyzwiska, którymi obdarzano mnie przez wszystkie etapy edukacji szkolnej. W żaden sposób nie brałam ich na serio, bo, wiadomo – Aspie to ten gościu, co w ogóle nie kuma sarkazmu i umie wymienić liczbę pi do pierdyliardowego miejsca po przecinku. Ja mogłam być jedynie nienormalna w jakiś niedookreślony, ale zdecydowanie czyniący mnie gorszą jednostką sposób. 

Jeśli jesteś niezdiagnozowaną kobietą ze spektrum autyzmu, całe twoje życie składa się z poczucia, że z jakiegoś powodu odbijasz się od innych ludzi, a oni Ciebie albo nienawidzą, albo uważają za gorszą. Słuchasz opowieści o tym, jak to w przedszkolu opiekunki pytały się, czy przypadkiem nie jesteś upośledzona, bo nie bawisz się z innymi dziećmi, później, gdy jesteś starsza – podbijają do Ciebie mężczyźni mający nadzieje, że poprzez cały głód emocjonalny, jakiego doświadczyłaś w życiu, będziesz bardziej dostępna. Łatwiejsza do zmanipulowania. 

Kobiety ze spektrum najczęściej diagnozuje się przypadkiem. Większość z nich wkraczając w dorosłe życie ma już cały zestaw towarzyszących chorób, od depresji do zaburzeń odżywiania. W pewnym momencie terapeuta pyta się: czy aby przypadkiem nie drażnią Cię niektóre dźwięki czy kolory? Czy może nie zawijasz się w kołdrę, jak burrito, bo to Ci sprawia przyjemność, bądź przeciwnie – izolujesz głowę od poduszki za pomocą własnych dłoni? Chodziłaś do liceum – czy po roku poznałabyś twarze wszystkich kolegów i dopasowała je do nazwisk? Widzę, że nie patrzysz mi w oczy. Ile możesz opowiadać o swoim hobby, a ile słuchać o cudzym? Czy inni biorą Cię za mało wrażliwą i egocentryczną, pomimo że wcale nie chcesz za taką uchodzić?

I w końcu – czy kiedykolwiek byłaś diagnozowana pod kątem spektrum autyzmu?

W paradoksalny sposób jakakolwiek diagnoza staje się wybawieniem, bo w końcu jesteś przypadkiem w jakiś sposób opisanym. Marny, bo marny, ale zawsze. A to własnie niedookreślenie, wrażenie, że jest się inną i brak możliwości wskazania, czemu dokładnie, jest czasami najgorsze. Diagnoza daje – a przynajmniej mi dała – jakąś niszę, w której funkcjonują ludzie podobni do Ciebie. Z bardzo podobnymi przeżyciami, uzyskujący własne diagnozy po trzydziestce czy czterdziestce. 

I skoro dają radę, to może i Ty dasz. 

*
Na koniec, z okazji Autistic Speaking Day, garść linków:

  1. 7 rzeczy, których nie należy mówić osobie z zespołem Aspergera;
  2. List kobiet ze spektrum do dziewcząt;
  3. How do women and girls experience autism?;
  4. The women who don’t know they’re autistic.

//jestem też na funpagu

Roboty późnego kapitalizmu

Roboty późnego kapitalizmu

Dżizas, jakie te Detroit: Become Human nierealistyczne. Aż zęby mi szczękały na widok tego, co się dzieje na moim ekraniku.

Dla niewtajemniczonych, czyli osób niebędących fanami gier oraz, tfu, pececiarzy, Detroit: Become Human to świeży, tegoroczny twór produkcji Quantic Dream. Twory tego studia słyną z bycia czymś pomiędzy grą właściwą, a interaktywnym filmem. Fani japońskich visual noveli zapewne nazwaliby ten styl “VN, ale z wielkim budżetem i elementami przygodowymi”. Samo Detroit: Become Human opowiada o strasznej przyszłości roku 2038, w której powszechna sztuczna inteligencja w postaci androidów jest i wyzyskiwana przez paskudnych millenialsów i jeszcze gorszą Gen Z. 

Jestem Connor, wysłana przez Cyberlife alegoria wszystkich prześladowanych mniejszości, jakie znasz.

Można o tej grze powiedzieć dużo. Można zauważyć, że to dość typowa historia o należeniu do prześladowanej grupy napisana przez przedstawiciela grupy, wiadomo, najbardziej prześladowanej, jaką są biali mężczyźni europejskiego pochodzenia z klasy wyższej średniej. Że Detroit trochę tak brakuje zrozumienia tematów, jakich się podejmuje. Że walnięcie gracza po oczach piętnastoma nawiązaniami do Holokaustu oraz dwudziestoma do niewolnictwa i segregacji rasowej, niekoniecznie oznacza, że gierca nabiera gnębi.

Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że jeśli kopniesz swoją Roombę, nie oznacza to, że zasługujesz, aby Cię zadźgała gdy śpisz. 

Skynet jest blisko.

Ja jednak nie o tym. Chciałam jedynie zauważyć, z jak bardzo nierealistyczną wizją robotów mamy do czynienia. I odsuńmy na bok roboholokaust. Są ważniejsze kwestie.

Mamy rok 2038, co oznacza erę bardzo późnego kapitalizmu. Ja więc zadaję pytanie – gdzie abonamenty na te androidy? Gdzie lootboxy? 

Powiem Wam, jak by to naprawdę wyglądało w roku 2038. Najpierw kupujesz tego swojego robota. Ale to tylko podstawka, więc w zasadzie właśnie nabyłeś bardzo drogą cegłę w kształcie człowieka. Cegła nie zrobi niczego, dosłownie niczego, dopóki nie wykupisz abonamentu albo nie wykonasz mikropłatności. No dobra, robisz to. Teraz masz już swojego androida sprawnego, tak?

Dokonaj płatności zbliżeniowej, aby odblokować opcje Premium.

Jeśli tak pomyślałaś – przykro mi, nie umiesz w późny kapitalizm. Chcesz, aby twój robot od wynoszenia śmieci zmył też gary? Abonament, który wykupiłaś, jest za niski. Albo bierzesz wyższy, albo – SPECJALNA OKAZJA – dziesięć rundek ze śmieciami za jedynie 10,99$, jako jednorazowa płatność.

Później, wiadomo – jak roboty, to musi pojawić się temat seksu. Jesteśmy gatunkiem, który w jakiś sposób jest w stanie uznać dmuchaną lalkę z połączenia plastiku z azbestem za atrakcyjną partnerkę seksualną, więc nie po to kupujemy androida, aby darzyć go uczuciem platonicznym. Ale – stop. Tak nie wolno. I nie, nie dlatego, że mamy do czynienia z zaawansowaną sztuczną inteligencją, którą wypadałoby zapytać o zgodę w kwestii naszych erotycznych poczynań. Po prostu – opcja seksbota kosztuje i to raczej sporo. Nie ma tak, że sobie poruchamy, a prezes Cyberlife’u za to nie dostanie naszych pieniążków. 

Na szczęście, jak kogoś nie stać, to mamy lootboxy. Szansa, że wylosujemy usługi seksualne jest mniej więcej równa szansie na to, że wysłana przed dekadami w kosmos Tesla zawróci wokół Saturna i walnie nas w czoło przy przechodzeniu przez pasy. Ale Cyberlife nie ma obowiązku, aby o tym informować. Studenci wykupują więc lootboxy pasjami, z nadzieją, że wreszcie wypadnie obciąganie. 

Jednak zawsze wypada opcja wyprowadzania psa na spacery czy gra w szachy.

Próbujesz odblokować… co?

Jeśli android w fabryce dostanie szału i zacznie zabijać ludzi dookoła, nie licz na to, że go odstrzelą. Pomiędzy niebezpieczną maszyną a oddziałem uderzeniowym stanie właściciel androida, z wrzaskiem, żeby tylko go nie uszkodzić, bo był cholernie drogi.

Nie wierzycie? Autor sci-fi David Langford już dawno stworzył bardziej aktualną wersję praw robotyki Asimova. Brzmią one:

Robot nie może działać na szkodę Rządu, któremu służy, ale zlikwiduje wszystkich jego przeciwników
Robot będzie przestrzegać rozkazów wydanych przez dowódców, z wyjątkiem przypadków, w których będzie to sprzeczne z trzecim prawem
Robot będzie chronił własną egzystencję przy pomocy broni lekkiej, ponieważ robot jest „cholernie drogi”.

Na pocieszenie jednak napiszę, że w takim wypadku przynajmniej nie czeka nas roboapokalipsa.

Złośliwe puchy dup nie ruszą, dopóki im nie zapłacimy. 


W przyszłości jak dzisiaj – Twoja pensja będzie sponsorować obleśny szlafrok typowi zarabiającego kilkanaście milionów więcej od Ciebie

//a tu mamy link do funpaga