O pastorze, który leczył wybielaczem

O pastorze, który leczył wybielaczem

Zadziwiające, jak wiele w ostatnich latach mówi się o spożywaniu środków do czyszczenia. Angielska Wikipedia ma nawet stronę zatytułowaną Consumption of Tide Pod, z której można się dowiedzieć, że owszem – heheszki w Internecie heheszkami, ale tak naprawdę zanotowano tylko kilkanaście przypadków słynnego Tide Pod Challege, który miał być podobno nowym hobby znudzonych nastolatków.

Także ostatnio temat, hm, alternatywnego zastosowania środków czyszczących wrócił dzięki geniuszowi Najdroższego Przywódcy, Gwiazdy Zarannej Ameryki Donaldowi Trumpowi, sugerującemu, że może by tak zatłuc tego koronawirusa wstrzykując sobie Domestos.

Jak widać, rządzą nami jednostki wybitne.

Aha, i jeszcze była ta sprawa z pastorem, który namówił 50 000 Ugandyjczyków do picia wybielacza.

MMS - początek

Cofnijmy się do roku 2006. Były scjentolog o nazwisku Jim Humble publikuje książkę o nazwie The Miracle Mineral Solution of the 21st Century. Jeśli  interesujesz się altmedem, to zdajesz sobie sprawę, że w dzieli się on na dwa wyraźne nurty. Pierwszy z nich reprezentuje podejście, które ja nazywam „goopizmem”, od nazwy firmy Gwyneth Paltrow, znanej z promowania tego rodzaju altmedu. Goopizm to mambo-dżambo puchate i oświecone, zawiera stosunkowo nieinwazyjne zabiegi jak przeróżne „ręce, które leczą”, palenie kadzideł czy przyklejanie na czoło karteczek naładowanych pozytywną energią. Czasem nieopatrznie wymsknie są im coś niebezpiecznego, jak wsadzanie kryształów do waginy, ogólnie jednak leczenie ma być miłe i estetyczne.

Druga odnoga altmedu uznaje, że im bardziej coś jest nieprzyjemne, bolesne i pospolicie popierdolone, tym lepiej. Tacy ludzie piją mocz, nakładają na skórę black salve, grzebią w kupie i dzielnie znoszą skutki swoich działań, twierdząc, że ból, biegunki i wymioty to symptom „oczyszczania organizmu”.

Jak pewnie się już domyśliliście, Humble był zwolennikiem pierdolca drugiego typu. Jego Miracle Mineral Solution (MMS) to prosty roztwór wodny chlorynu sodu, substancji wybielającej, używanej także do uzdatniania ścieków. Skuteczność tego środka została oczywiście potwierdzona, tj. Humble napisał w książce, że działa.

Co miało leczyć MMS? No cóż, wszystko. Od raka, poprzez AIDS, malarię, ptasią grypę, a kończąc na przeziębieniu i autyzmie. Substancja pobrylowała trochę w krajach zachodu, a różne instytucje na pytania o właściwości lecznicze MMS musiały wystosować odezwy, które można podsumować jako „Co? Nie, skąd ten pomysł?”. Obrót środkiem stał się utrudniony, ponieważ z jakiegoś sprzedawanie wybielacza opatrzonego obietnicą, że wyleczy on czerniaka babci  nie podobało się wielu osobom.

 

Przekręt ugandyjski

Wtedy jednak na scenę wkroczył pastor Robert Baldwin. Był to człowiek nie tylko bardzo bogobojny, ale też zainteresowany gałęzią sztuki określaną pogardliwie jako “filmy z żółtymi napisami”. Przeglądając Youtube’a, natknął się na eksperyment z 2012, w ramach którego Humble z kolegami pojechał do Ugandy celem sfałszowania akcji Czerwonego Krzyża. Humble był wtedy głową Kościoła Genesis II i zajmował się udzielaniem sakramentu z kwasu chlorowodorowego. Innymi słowy, pomyślał Baldwin, nie tylko ktoś, komu należy zaufać, ale za kim należy podążać!

Baldwin szybko uznał, że skoro w USA nie chcą MMS, w Europie nie chcą MMS, to wyjedzie tam, gdzie ludzie nie będą mogli przeczytać na Wikipedii o tym, że Miracle Mineral Solution może spowodować niewydolność nerek. Na przykład dlatego, że nie mają Internetu. Lub nie potrafią czytać.

Baldwin był cwany. Uganda jest krajem chrześcijańskim, co więcej, raczej w stylu, który podoba się alt-rightom z USA. I nic dziwnego, ponieważ różnego rodzaju zagraniczni lobbyści i sponsorzy traktują ten biedny kraj jako poletko do hodowania owieczek. Przykładowo, amerykański PEPFAR (President’s Emergency Plan for AIDS Relief) próbuje zapobiegać AIDS siłą wiary – głównie wiary w to, że kondomy to grzech. Nasz Robercik spostrzegł w Ugandzie okazję dla siebie. Był pastorem i był Amerykaninem, co dawało mu pewnego rodzaju autorytet. Co więcej, otwierało mu to furtkę do obejścia prawa. Gdyby próbował reklamować MMS jako lek, szybko znalazłby się pod ostrzałem lokalnych instytucji. Jeśli jednak przedstawi swój wybielacz jako cud od Boga…

Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba.

Tak więc Baldwin wyszkolił lokalnych księży, aby odwalali robotę za niego. Dawał im beczkę wybielacza, mówił, że to dar boży i obiecywał, że ci najlepiej sprzedający cudowny trunek otrzymają od niego po Iphonie. Całkiem serio, Iphony za nakłonienie jak największej liczby ludzi do picia roztworu do uzdatniania ścieków. Oczywiście, MMS miało leczyć wszystko, a zwłaszcza AIDS oraz malarię, tak powszechne wśród ugandyjskich wiejskich owieczek.

Wybielający interes szybko przyciągnął naśladowców, między innymi Brytyjczyka Sama Little, który przyjechał „pomagać”, tj. faszerować jeszcze większą liczbę ludzi wybielaczem, cały ten cyrk nagrywać i wrzucać na Youtube’a.

Chciałabym napisać, że cała operacja zakończyła się gwałtownie i nie po myśli Baldwina, ale to nieprawda. Sam Little został w końcu aresztowany, ale sprawa z Baldwinem jak na razie stoi w miejscu. Można wręcz pomyśleć, że wszystko zakończyło się na ugandyjskim ministrze zdrowia piszącym na Twitterze „Ups, amerykańska gazeta szybciej się orientowała, że nasi obywatele są na masową skalę pojeni wybielaczem. Kurna, przypał”.

Nie chciałabym jednak, abyście traktowali tę historię powierzchownie. Nie jest to zwykła opowieść o altmedowym szaleństwie i filmach z żółtymi napisami. To, co zrobił Baldwin, jest przede wszystkim postkolonialnym symptomem traktowania krajów rozwijających się jako własnych folwarków, gdzie za stosunkowo niewielkie pieniądze można sprzedać ideologię, którą znacznie trudniej wcisnąć w krajach rozwiniętych. I nie twierdzę tu, że w Ugandzie ludzie są bardziej łatwowierni czy naiwni, ale brakuje tam kontroli, która chociaż symbolicznie wykopałaby cudowne wybielacze z obiegu. Jest XXI wiek, ale nadal traktujemy kraje rozwijające się jako własne strefy wpływów, jako dzicz, która nikogo nie obchodzi i w której wszystko wolno.

Historia Baldwina jest więc skróconą historią kolonializmu.

Prawdopodobnie ktoś zapyta – czy MMS ma leczyć koronawirusa? Ale już wiecie, że tak, oczywiście.

W ten jeden PROSTY SPOSÓB ograniczysz emisję CO2

W ten jeden PROSTY SPOSÓB ograniczysz emisję CO2

Dbając o własne codzienne wybory mamy komfortowe złudzenie sprawczości – coś, co nie jest wcale takie oczywiste, gdy w grę wchodzi lobbowanie za zmianami odgórnymi, na poziomie systemowym. Ograniczając się do osobistych wyborów, naszym “przeciwnikiem” może być ojciec, który pomarudzi “jak to mięska nie zjesz”, domagając się zmian odgórnych, nagle stajemy wobec potęg tego świata i w najlepszym wypadku spotka nas to, co spotkało Gretę Thunberg. A jak pisałam na swoim funpagu, istnieje niezerowa liczba ludzi, którzy stracili pracę za sugerowanie, że Gretę powinno się zamordować, ewentualnie – to dużo częściej – zgwałcić. Tak więc segregowanie śmieci jest jakby bezpieczniejsze.

Mamy więc jako społeczeństwo olbrzymi problem z przekładaniem ekologicznych wyborów konsumenckich (np. nieużywania plastikowych siatek, niejedzenia mięsa, ogólnego ograniczenia konsumpcji) nad rozwiązania odgórne i systemowe. I to bardzo wygodna sytuacja dla tych, co produkują najwięcej śmiecia i dwutlenku węgla, czyli wielkich korporacji – którym bardzo zależy na przerzucenie obowiązku dbania o środowisko na konsumentów. I to udaje się, ponieważ bardzo przecież chcemy dbać o to, aby nasza planeta nas nie zabiła, prawda? Korporacje muszą przegiąć w naprawdę fantastyczny sposób, aby zauważono, że coś nie halo – tak było z “ekologiczną” “kampanią uświadamiającą” w ramach której Coca-Cola wysyłała różnym ludziom puste plastikowe butelki pocztą, z dołączonym listem, aby je wyrzucili do koszów. 

Coca-Cola produkuje pięć i pół miliona ton CO2 rocznie. Aha – i trzy miliony ton plastiku. Okej, ale Coca-Coca jest jedna. Ile plastiku produkuje przeciętny konsument? 

To jedno z tych podchwytliwych pytań, ale aby naprowadzić na odpowiedź, warto zadać kolejne. Czy wiesz w ogóle, jak produkuje się plastik? Zakładam, że większość czytelników jednak nie wie, a ci, którzy wiedzą, zatrzymali się na poziomie teoretyki – chyba że mamy tu jednak jakiegoś specjalistę od wytwarzania tworzyw sztucznych (jeśli tak, to serdecznie pozdrawiam).

Nie wiesz, jak dokładnie się wytwarza bądź przetwarza plastik, bo go, tak jakby, nie wytwarzasz. My, konsumenci, jesteśmy na samym końcu zjeżdżalni, do której trafia już wytworzony i przetworzony plastik. Tak, kupujemy go, ale nie czarujmy się – gdyby zjeżdżalnią wolnego rynku zjeżdżały produkty wykonane z innych materiałów, też byśmy je kupili. Oczywiście, że byśmy kupili – taka Coca-Cola ma już sposoby, abyśmy kupowali.

Nie oznacza to jednak, że nie ciąży na nas żadna odpowiedzialność – aby puścić już wyprodukowany plastik do obiegu, nasza końcówka zjeżdżalni musi postarać się, aby został on ponownie przetworzony. Problem w tym, że nie każdy plastik się do tego nadaje – więc znowu, wracamy do producentów tworzyw sztucznych – oraz wytwarzanie i przetwarzanie tworzyw sztucznych generuje nasz ulubiony gaz cieplarniany, więc jednak wypadałoby je ograniczyć.

Pewnie znalazłyby się osoby, które powiedzą – no tak, ale gdybyśmy wszyscy przestali kupować produkty nieekologiczne, to ich produkcja przestałaby być opłacalna i poprzez nacisk zmusilibyśmy koncerny do zaprzestania trucia planety, prawda?

Niestety, odpowiedź na to pytanie jest rozczarowujące – nigdy do tego nie dojdzie. Ekologiczna konsumpcja wymaga wiedzy, czasu i niekiedy dodatkowych pieniędzy, a więc jest raczej czymś, co robią ludzie z krajów wysoko rozwiniętych, ewentualnie tych, gdzie ekologiczne warianty konsumpcji mocno zakorzenione są w tradycji. 

Na przeszkodzie stoi także inny mechanizm, związany z wychodzeniem z gospodarki niedoboru/biedy. Osoby wychowane w ubóstwie po podniesieniu swojego statusu społecznego mają tendencję do tzw. łapczywej konsumpcji, a więc gromadzenia dóbr, zwłaszcza tych, których brak odczuwali najmocniej. Można to przełożyć na całe społeczeństwa – minimalizm, ograniczanie konsumpcji poprzez świadome wybory to zdecydowanie częściej domeny społeczeństw bogatych niż bogacących się. Trudno wytłumaczyć komuś, kto ma w sobie często wielopokoleniowe doświadczenie ubóstwa, że ma ograniczać konsumpcję w imię ekologicznych ideałów. A poziom skrajnego ubóstwa na świecie od lat spada – mamy więc olbrzymią liczbę ludzi, którzy zostaną postawieni w sytuacji podobnej do ten, w której postawieni zostali Polacy po przemianie ustroju. Może coś mi umyka, ale Polska początku lat 90-tych nie była raczej przykładem minimalizmu, ekologii i hygge.

Tytuł notki jest, rzecz jasna, kłamstwem. Zależy mi jednak na trafieniu do tych, którzy wierzą w proste sposoby – tylko po to, aby móc przedstawić im trudny, ale który zapewne zadziała. Musimy sprawić, aby konsumpcja ekologiczna stała się podstawą konsumpcji – tylko, jeśli inne opcje staną się trudno dostępne i nieopłacalne, mamy szansę cokolwiek zmienić. 

/funpag, patronite

Autystyczne kobiety są niewidzialne

Autystyczne kobiety są niewidzialne

Autyzm jest powszechnie uważany jako typowa przypadłość mężczyzn. Nawet w niektórych naukowych opracowaniach, jakie zdarzyło mi się czytać, określa się spektrum autystyczne jako posiadanie “wybitnie męskiego umysłu”, cokolwiek to miałoby znaczyć. Na cztery zdiagnozowane przypadki niskofunkcjonujących autystyków-mężczyzn przypada jedna kobieta. Przepaść pogłębia się, gdy weźmiemy pod lupę autyzm wysokofunkcjonujący – tu mamy proporcje 9 do 1. A jednak – autystycznych kobiet nie jest jakoś drastycznie mniej.

Po prostu nikt ich nie diagnozuje.

Autystyczne dziewczynki pierwsze kilka, kilkanaście lat życia zazwyczaj spędzają, ucząc się maskować. Imitować zachowania, które uznawane są za poprawne. Społeczeństwo ma wobec nich dużo większe oczekiwania, gdy w grę wchodzi sfera kontaktów międzyludzkich – ta, z którą mają zasadniczy problem. Uczą się więc ludzi tak, jak inni uczą się matematyki – z książek, gier, monotonną metodą prób i błędów. Wysiłek jest zdecydowanie niewspółmierny do nagrody – 90% pada i tak ofiarą znęcania się w szkole, jakieś 70% – takiej czy innej formy wykorzystywania seksualnego. Kiepskie w odczytywaniu ukrytych intencji czy mowy ciała, pod względem psychicznym wydające się młodsze, niż metrykalnie, stają się łatwymi ofiarami. 

I, oczywiście, nadal przy tym nie są diagnozowane, bo większość kryteriów autyzmu została opracowana w oparciu o symptomy mężczyzn. Gdy mały chłopiec ma problemy z mową, układa klocki w równy szereg i wykazuje obsesyjne zamiłowanie do liczb, dziecko prowadzi się wprost z przedszkola do ośrodka na diagnozę. Dziewczynka z obsesją na punkcie lalek czy koni? Unikająca innych dzieci, żyjąca we własnym świecie? No, to normalne, dziewczyńskie zainteresowania, a poza tym – pewnie jest nieśmiała. Nauczy się. Będzie musiała. 

(EDIT: Zwrócono mi uwagę na pewne mylące uproszczenie, dodaję więc: nie jest regułą, że chłopcy-autystycy preferują stereotypowo “męskie” zajęcia związane z liczeniem czy budowaniem, a dziewczynki – stereotypowo kobiece. Dziewczynki jednak częściej znajdują sobie “specjalne zainteresowanie” sprzeczne z tym, co w powszechnej świadomości kojarzy się z autyzmem – np. sztukę robienia wzorów na paznokciach, literaturę, operę.)

Może to wydawać się stronnicze. Z własnego przykładu jednak wiem, że wiedza na temat spectrum autyzmu u kobiet jest praktycznie zerowa. Byłam dzieckiem, które przeszło przez długaśną kolejkę psychologów i innych specjalistów. Gdy toczyła się batalia sądowa pomiędzy moją rodziną biologiczną a zastępczą, przyznawano mi tyle badań specjalistycznych, że mogłam opinie psychologów sądowych zbierać jak koleżanki kolorowe kartki do segregatorów. Nikt nawet nie zasugerował spektrum autyzmu.

Tak do dwudziestego trzeciego roku życia “Asperger” czy “autystyczka” to były jedynie takie wyzwiska, którymi obdarzano mnie przez wszystkie etapy edukacji szkolnej. W żaden sposób nie brałam ich na serio, bo, wiadomo – Aspie to ten gościu, co w ogóle nie kuma sarkazmu i umie wymienić liczbę pi do pierdyliardowego miejsca po przecinku. Ja mogłam być jedynie nienormalna w jakiś niedookreślony, ale zdecydowanie czyniący mnie gorszą jednostką sposób. 

Jeśli jesteś niezdiagnozowaną kobietą ze spektrum autyzmu, całe twoje życie składa się z poczucia, że z jakiegoś powodu odbijasz się od innych ludzi, a oni Ciebie albo nienawidzą, albo uważają za gorszą. Słuchasz opowieści o tym, jak to w przedszkolu opiekunki pytały się, czy przypadkiem nie jesteś upośledzona, bo nie bawisz się z innymi dziećmi, później, gdy jesteś starsza – podbijają do Ciebie mężczyźni mający nadzieje, że poprzez cały głód emocjonalny, jakiego doświadczyłaś w życiu, będziesz bardziej dostępna. Łatwiejsza do zmanipulowania. 

Kobiety ze spektrum najczęściej diagnozuje się przypadkiem. Większość z nich wkraczając w dorosłe życie ma już cały zestaw towarzyszących chorób, od depresji do zaburzeń odżywiania. W pewnym momencie terapeuta pyta się: czy aby przypadkiem nie drażnią Cię niektóre dźwięki czy kolory? Czy może nie zawijasz się w kołdrę, jak burrito, bo to Ci sprawia przyjemność, bądź przeciwnie – izolujesz głowę od poduszki za pomocą własnych dłoni? Chodziłaś do liceum – czy po roku poznałabyś twarze wszystkich kolegów i dopasowała je do nazwisk? Widzę, że nie patrzysz mi w oczy. Ile możesz opowiadać o swoim hobby, a ile słuchać o cudzym? Czy inni biorą Cię za mało wrażliwą i egocentryczną, pomimo że wcale nie chcesz za taką uchodzić?

I w końcu – czy kiedykolwiek byłaś diagnozowana pod kątem spektrum autyzmu?

W paradoksalny sposób jakakolwiek diagnoza staje się wybawieniem, bo w końcu jesteś przypadkiem w jakiś sposób opisanym. Marny, bo marny, ale zawsze. A to własnie niedookreślenie, wrażenie, że jest się inną i brak możliwości wskazania, czemu dokładnie, jest czasami najgorsze. Diagnoza daje – a przynajmniej mi dała – jakąś niszę, w której funkcjonują ludzie podobni do Ciebie. Z bardzo podobnymi przeżyciami, uzyskujący własne diagnozy po trzydziestce czy czterdziestce. 

I skoro dają radę, to może i Ty dasz. 

*
Na koniec, z okazji Autistic Speaking Day, garść linków:

  1. 7 rzeczy, których nie należy mówić osobie z zespołem Aspergera;
  2. List kobiet ze spektrum do dziewcząt;
  3. How do women and girls experience autism?;
  4. The women who don’t know they’re autistic.

//jestem też na funpagu

Roboty późnego kapitalizmu

Roboty późnego kapitalizmu

Dżizas, jakie te Detroit: Become Human nierealistyczne. Aż zęby mi szczękały na widok tego, co się dzieje na moim ekraniku.

Dla niewtajemniczonych, czyli osób niebędących fanami gier oraz, tfu, pececiarzy, Detroit: Become Human to świeży, tegoroczny twór produkcji Quantic Dream. Twory tego studia słyną z bycia czymś pomiędzy grą właściwą, a interaktywnym filmem. Fani japońskich visual noveli zapewne nazwaliby ten styl “VN, ale z wielkim budżetem i elementami przygodowymi”. Samo Detroit: Become Human opowiada o strasznej przyszłości roku 2038, w której powszechna sztuczna inteligencja w postaci androidów jest i wyzyskiwana przez paskudnych millenialsów i jeszcze gorszą Gen Z. 

Jestem Connor, wysłana przez Cyberlife alegoria wszystkich prześladowanych mniejszości, jakie znasz.

Można o tej grze powiedzieć dużo. Można zauważyć, że to dość typowa historia o należeniu do prześladowanej grupy napisana przez przedstawiciela grupy, wiadomo, najbardziej prześladowanej, jaką są biali mężczyźni europejskiego pochodzenia z klasy wyższej średniej. Że Detroit trochę tak brakuje zrozumienia tematów, jakich się podejmuje. Że walnięcie gracza po oczach piętnastoma nawiązaniami do Holokaustu oraz dwudziestoma do niewolnictwa i segregacji rasowej, niekoniecznie oznacza, że gierca nabiera gnębi.

Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że jeśli kopniesz swoją Roombę, nie oznacza to, że zasługujesz, aby Cię zadźgała gdy śpisz. 

Skynet jest blisko.

Ja jednak nie o tym. Chciałam jedynie zauważyć, z jak bardzo nierealistyczną wizją robotów mamy do czynienia. I odsuńmy na bok roboholokaust. Są ważniejsze kwestie.

Mamy rok 2038, co oznacza erę bardzo późnego kapitalizmu. Ja więc zadaję pytanie – gdzie abonamenty na te androidy? Gdzie lootboxy? 

Powiem Wam, jak by to naprawdę wyglądało w roku 2038. Najpierw kupujesz tego swojego robota. Ale to tylko podstawka, więc w zasadzie właśnie nabyłeś bardzo drogą cegłę w kształcie człowieka. Cegła nie zrobi niczego, dosłownie niczego, dopóki nie wykupisz abonamentu albo nie wykonasz mikropłatności. No dobra, robisz to. Teraz masz już swojego androida sprawnego, tak?

Dokonaj płatności zbliżeniowej, aby odblokować opcje Premium.

Jeśli tak pomyślałaś – przykro mi, nie umiesz w późny kapitalizm. Chcesz, aby twój robot od wynoszenia śmieci zmył też gary? Abonament, który wykupiłaś, jest za niski. Albo bierzesz wyższy, albo – SPECJALNA OKAZJA – dziesięć rundek ze śmieciami za jedynie 10,99$, jako jednorazowa płatność.

Później, wiadomo – jak roboty, to musi pojawić się temat seksu. Jesteśmy gatunkiem, który w jakiś sposób jest w stanie uznać dmuchaną lalkę z połączenia plastiku z azbestem za atrakcyjną partnerkę seksualną, więc nie po to kupujemy androida, aby darzyć go uczuciem platonicznym. Ale – stop. Tak nie wolno. I nie, nie dlatego, że mamy do czynienia z zaawansowaną sztuczną inteligencją, którą wypadałoby zapytać o zgodę w kwestii naszych erotycznych poczynań. Po prostu – opcja seksbota kosztuje i to raczej sporo. Nie ma tak, że sobie poruchamy, a prezes Cyberlife’u za to nie dostanie naszych pieniążków. 

Na szczęście, jak kogoś nie stać, to mamy lootboxy. Szansa, że wylosujemy usługi seksualne jest mniej więcej równa szansie na to, że wysłana przed dekadami w kosmos Tesla zawróci wokół Saturna i walnie nas w czoło przy przechodzeniu przez pasy. Ale Cyberlife nie ma obowiązku, aby o tym informować. Studenci wykupują więc lootboxy pasjami, z nadzieją, że wreszcie wypadnie obciąganie. 

Jednak zawsze wypada opcja wyprowadzania psa na spacery czy gra w szachy.

Próbujesz odblokować… co?

Jeśli android w fabryce dostanie szału i zacznie zabijać ludzi dookoła, nie licz na to, że go odstrzelą. Pomiędzy niebezpieczną maszyną a oddziałem uderzeniowym stanie właściciel androida, z wrzaskiem, żeby tylko go nie uszkodzić, bo był cholernie drogi.

Nie wierzycie? Autor sci-fi David Langford już dawno stworzył bardziej aktualną wersję praw robotyki Asimova. Brzmią one:

Robot nie może działać na szkodę Rządu, któremu służy, ale zlikwiduje wszystkich jego przeciwników
Robot będzie przestrzegać rozkazów wydanych przez dowódców, z wyjątkiem przypadków, w których będzie to sprzeczne z trzecim prawem
Robot będzie chronił własną egzystencję przy pomocy broni lekkiej, ponieważ robot jest „cholernie drogi”.

Na pocieszenie jednak napiszę, że w takim wypadku przynajmniej nie czeka nas roboapokalipsa.

Złośliwe puchy dup nie ruszą, dopóki im nie zapłacimy. 


W przyszłości jak dzisiaj – Twoja pensja będzie sponsorować obleśny szlafrok typowi zarabiającego kilkanaście milionów więcej od Ciebie

//a tu mamy link do funpaga

Kryzys, czyli jak nie podbiłam Galaktyki przed dwudziestkąpiątką

Kryzys, czyli jak nie podbiłam Galaktyki przed dwudziestkąpiątką

O straconych szansach i upływającym czasie

W maju zeszłego roku skończyłam dwadzieścia pięć lat.

Gdy to nastąpiło, nagle zaczęłam zauważać pewne rzeczy. Na przykład, że dzieciaki w liceum zaczynają do mnie mówić per “pani”. A przynajmniej mówiłyby, gdybym znała jakiegokolwiek dzieciaka z liceum.

Ludzie w sklepie nie proszą o dowód, gdy kupuję piwo. A przynajmniej by nie prosili, gdyby nie to, że piwa nie kupuję. Będę kupować, jak wynajdą takie, które nie smakuje jak sfermentowane zboże.

Zasadniczy problem ze starzeniem się mam taki, że mijały lata, w czasie których wydawało mi się, że mam jeszcze czas, aby osiągnąć jakiś bliżej nieokreślony sukces. Sama nie wiedziałam, co to może być – milion lajków na blogasku, napisanie książki, bycie sławną i bogatą, George Lucas ekranizujący mojego fanficzka z szesnastoletnią Mary Sue mającą romans z Chewbaccą – no wiecie, takie zwyczajne rzeczy. Było jednak dla mnie jasne, że ten cały chaos, który mam w życiu, ten brak motywacji, zmęczenie wszystkimi i wszystkim, nagle przejdzie i oto wyłonię się z czeluści otchłani jako Kobieta Sukcesu. A wszyscy dookoła spojrzą i rzekną: “Ale fajnie, chciałabym być taka, jak ona”.

Aż w końcu nadszedł dzień, gdy uznałam, że już jest za późno, chociaż jeszcze wczoraj było za wcześnie.

Ma to prawdopodobnie dużo wspólnego ze zjawiskiem zwanym “innymi ludźmi”, największym podkopywaczem wszelkich sukcesów. Jak powszechnie wiadomo, mityczny “syn koleżanki twojej matki” zawsze jest od ciebie we wszystkim lepszy. Przez lata słyszysz: “A, syn mojej koleżanki ma lepsze oceny”, “…dostał się na lepsze studia”, “…syn koleżanki wziął ślub”, “…syn koleżanki zarabia kwadrylion dolarów tym jednym prostym trikiem, który poznał w internecie, czemu ty tak nie możesz”? No więc nagle zaczęło mi się wydawać, że jestem otoczona przez takich “synów koleżanki matki”, podczas gdy ja jestem… cóż, sobą. W skali od zera do dziesięciu bycie mną oceniam jako słabe trzy. Nadal lepiej, niż bycie paskowym z TVP*, ale nic, czym można się chwalić.

 

O konkurencji i czasie upływającym jeszcze szybciej

Pomyślałby ktoś, że zdrowa konkurencja może napędzać do sukcesów. Kłopot polega na tym, że napędza, ale głównie kompleksy. Ciągle mam wrażenie, że czymkolwiek bym się zajęła, zaraz spotykam kogoś, kto robi to lepiej. Wierzcie mi, mam naprawdę długaśną listę ludzi, która prowadzi lepsze blogaski ode mnie i czytam te blogaski w ramach umartwiania się tym, że istnieją ciekawsze blogaski od mojego. Znaczy, oczywiście, robię to również dlatego, że lubię czytać fajne blogi, ale ta nutka kompleksu ciągle tkwi. I drąży mnie w nieprzespane noce, powtarzając, że istnieją ludzie lepsi ode mnie, potem cały Wszechświat pustki i dopiero ja.

Jak dobrze, że istnieje paskowy z TVP, inaczej nie byłoby dla mnie nadziei.

Możecie powiedzieć – skończyłaś dwadzieścia pięć lat, kobieto, masz jeszcze mnóstwo czasu. Kłopot w tym – i tu prywata – zawsze byłam przekonana, że wcale nie mam. Średnia życia po żeńskiej stronie mojej rodziny wynosi jakieś trzydzieści kilka lat. Znałam tylko jedną babcię, tę od strony ojca, i żadnego dziadka. Babcia umarła, gdy miałam sześć lat. Dziesięć lat później nie miałam już ani dziadków, ani rodziców. Pozostało jedynie dojmujące wrażenie, że mam stanowczo mniej czasu niż inni ludzie.

Oczywiście, byłabym głupia, gdybym z tym wszystkim, tym całym przytłaczającym poczuciem tkwienia poniżej przeciętnej i stania gdzieś z boku do świata jakoś nie walczyła. Z kryzysami jednak tak jest, że jakakolwiek wyłamanie się z niego jest działaniem przeciw własnemu instynktowi, przeciwko jakiejś głębszej logice, która każe siedzieć cicho i nie opierać się beznadziei, bo all your base are belong to us. Od mojego urodzenia i w każdym momencie mojego istnienia, a cokolwiek zrobię, tylko wszystko pogorszę.

 

O nieudanych metodach wyjścia z kryzysu i  braku motywacji

Sztuczka polega na tym, że jeśli niczego nie zrobię, to TAKŻE wszystko pogorszę. W idealnie kulistym wolnym rynku** może życiowy bezruch nie powodowałby szkód, w rzeczywiści jednak stracony dzień jest po prostu stracony. Próbowałam wobec tego wielu metod przegonienia kryzysu, takich jak:

blogi motywacyjne. Absolutnie serio. Jeden wyłączyłam po tym, jak w pierwszych zdaniach radzono mi, aby zamiast seriali oglądać filmiki motywacyjne. Oglądanie czegokolwiek zamiast seriali zawsze jest beznadziejnym pomysłem.

nagradzanie samej siebie. Hint: nie działa, jeśli nagrody się nie cieszą, a w gorszych momentach mam wrażenie, że nawet goły Michael Fassbender by mnie nie cieszył.

robienie planów na przyszłość. Wciąż nie doszłam do tego, co zrobić, aby je realizować.

wyobrażanie sobie ludzi, których nienawidzę, jak zazdroszą mi sukcesów. Niestety, nie potrafię się pod tym względem oszukiwać – jeśli ktoś zasłużył już na moją wewnętrzną głęboką niechęć, jest takim człowiekiem, który w podobnej sytuacji natychmiast próbowałby każdy mój sukces umniejszyć oraz posypać mentalnym gnojowiskiem.

wyobrażanie sobie ludzi, których podziwiam, jak mówią mi, że jestem fajna. Nie działa, bo prawdopodobnie podbicie Galaktyki przed trzydziestką byłoby bardziej prawdopodobne.

robienie czegoś dla samej siebie. Absolutnie najczęściej polecana i najgorsza metoda, 0/10. Po postanowieniu, że będę robić cokolwiek dla samej siebie, nie wstawałam z łóżka przez dwa tygodnie. 

 

O tym, co działa

Bodajże Pratchett pisał, że każdy człowiek w głębi swojej duszy jest przekonany, że Wszechświat istnieje tylko dla niego.

Cokolwiek więc by się działo, jak bardzo w dołku bym nie była i jak daleko by nie było wyjście z nory, nie ma to większego znaczenia. Bo tu nie chodzi o dołek, nie chodzi o innych ludzi. Nigdy nie chodziło. W głębszym rozrachunku jedyny sens tego wszystkiego jest we mnie, wobec tego codziennie zmuszam się do ruszenia na przód.

Ludzką rzeczą jest szukanie jakichś sztuczek, które pozwolą nam wyjść z nieprzyjemnej sytuacji. Jestem głęboko przekonana, że takich rzeczy po prostu nie ma, trzeba po prostu się zmusić i iść do przodu.

A może jednak podbiję Galaktykę. Przed trzydziestką.

* paskowy z TVP:  typ, który pisał to

Powiedzmy sobie szczerze, niżej niż paskowy trudno się ześlizgnąć. 

** idealnie kulisty wolny rynek: sama nie wiem, co to jest, ale podobno jakby to wprowadzić, każdy miałby mercedesa

Tradycyjnie, zapraszam na swojego fanpage’a.

Depresyjne podsumowanie stycznia (o depresji – inaczej)

Depresyjne podsumowanie stycznia (o depresji – inaczej)

Uznałam, że będę więcej na blogu pisać o swoim życiu.

Pan Doktór twierdził, że mam tendencję do nierealnego wręcz eskapizmu. Powiedział mi o tym, jak wytłuściłam mu całą koncepcję transhumanistycznego transferu jaźni i zagrzebania się w cyfrowej projekcji własnych fantazji, umówmy się więc – sama na to wpadłam pierwsza.

Pisanie jedynie o serialach, głupich ludziach w internecie oraz Gwiezdnych Wojnach w każdym razie niezbyt pomaga w wyjściu z eskapistycznej pętli, oto więc notka o tym, co robię w życiu. Tak więc kolejno.

 

Wieś jest nudna

Od trzech miesięcy mieszkam na wsi. Jest to wieś trochę podrabiana – zero krów, kóz czy kurczaków, za to najbliższy spożywczak cztery kilometry dalej. Polną drogą. Nieoświetloną, nieoasfaltowaną polną drogą, wobec czego bywam w sklepie pi razy raz w miesiącu. Stanowczo pomaga w tym posiadanie spiżarki oraz dwóch lodówek. Zaleta jest taka, że nie kusi mnie picie dwulitrowej Pepsi raz w tygodniu – nie mam prawa jazdy, więc muszę albo jechać po nią rowerem, albo poprosić o podwózkę kolegę hehe Mirka.

Kolega hehe Mirek to kuzyn innego kolegi  – tego, od którego wynajmuję szacowną Willę na Wsi (nazwijmy kolegę od wynajmu T.). Mirek jest śmieszkiem i ostatnia prośba o podwózkę na większe zakupy skończyła się tak, że znalazłam w torbie paczkę prezerwatyw.

Wiecie, jak najlepiej poznać to, że jesteście już dorośli? Gdy znajdujecie paczkę gumek w swoich zakupach i jesteście absolutnie pewni, że hehe Mirek po prostu pomylił się przy rozdzielaniu rzeczy przy kasie. Dopiero T. musiał mi wyjaśnić, że…

…i że hehe Mirek tak ma. Innymi słowy, chyba mi jednak podskoczy forma fizyczna, bowiem boję się kolejnych mirkowych dowcipasów. Ponadto Mirek swoim autem niesamowicie rozbija się na zakrętach.

Jeśli ktokolwiek chociaż trochę mnie zna – więc raczej nie czytelnicy blogaska, bowiem tu raczej piszę o sobie mało – wie, że raczej jestem stworzeniem miejskim. Nie dla mnie urocze domki na wsi w jakiejś Zabajce czy innej Poczekajce. Powody, dla którego przeprowadziłam się są więc następujące:
– na wsi jest tanio;
– na wsi jest spokojnie.

Warto zaznaczyć, że wcześniejsze pół roku spędziłam w okolicach Warszawy, próbując ogarnąć rozsypujący się dom (długa historia) oraz ciężko chorą Ciotkę. Ciotka urodziła się jeszcze przed wojną, została pokarana przez los kombo lekkiego upośledzenia i schizofrenii i na ten moment nie tyle jest na jesieni swojego życia, co gwałtownie już zbliża się zima. Jeśli więc ktoś zastanawiał się, czemu blogasek był zdechnięty przez te miesiące – otóż dlatego, że wzięłam sobie na barki coś, co mnie zdecydowanie przerastało. Cieszę się, że to już za mną, a Ciotka ma dużo bardziej profesjonalną opiekę niż ja mogłam zapewnić.

 

Planowanie czasu jest trudne

W każdym razie, mieszkanie na wsi o populacji 14 mieszkańców (ze mną włącznie) okazało się tak bardzo spokojne i nieciekawe, jak myślałam. Pracuję zdalnie, dzień więc zaczynam w okolicach “kiedy mi się zechce obudzić”, po pracy mam natomiast kupę czasu, który mogę zmarnować na oglądanie seriali oraz granie w Simsy. Z uwagi jednak na problemy z produktywnością postanowiłam prowadzić dziennik zadań, jak kazała Sławna Blogerka Od Planowania.

Tu dygresja – depresja i przyległości sprawiają, że nie chce mi się wychodzić z łóżka, przy czym u mnie nie kończy się na “niechceniu”. Pan lekarz od kręgosłupa ostatnio widząc mnie zakrzyknął: “Paaaani, kto tak pani spierdolił!” i musiałam powiedzieć, że sama sobie zepsułam, brakiem ruchu, a w szczególności brakiem wstawania z łoża mej boleści. Postanowiłam więc być aktywna, planować rzeczy i takie tam. Po czym okazało się, że do planowania rzeczy potrzebny jest plan planowania rzeczy, a najlepiej cały kurs od Sławnej Blogerki Od Planowania, za jedyne 89,99zł w promocji świątecznej. Kursu nie kupiłam, gdyż okazało się, że 90% pań planujących ma na głowie troje dzieci, biznesa i pracę na etacie, a ja mam tylko biznesa, blogaska i nieskończonego fanfika o miłości generała Huksa i Mary Sue.

Tak więc z czym w ogóle do ludzi, planowanie nie jest dla mnie.

 

Facebookowe grupy wsparcia to… niekoniecznie dobry pomysł

Z racji spędzania dużo czasu w internecie, a co gorsza – pracowaniu w internecie, postanowiłam rozejrzeć się za grupami wsparcia dla osób z depresją i/lub z rodzin dysfunkcyjnych (tak zwane DDA, dorosłe dzieci alkoholików oraz DDD, dorosłe dzieci z rodzin dysfunkcyjnych). Jeśli masz podobne problemy, co ja – proszę, nie rób tego.

Naprawdę, ja, obca osoba z Internetu tak mówię, ale tym razem to na serio.

Jeśli masz problem, powiedzmy, natury psychologicznej, z pewnością ulgę sprawi świadomość, że nie jest się samym. Kłopot polega na tym, że najwyraźniej wszelkie grupy wsparcia bez jakiejkolwiek kontroli psychologa czy lekarza bardzo szybko przyciągają ludzi, którzy nie bardzo chcą słyszeć, że ktoś miał problem i z niego wyszedł. Prawdopodobnie wynika to z tego, że sami wygodnie tkwią w swojej bezradności (znam to uczucie) i nie w smak im opowieści o tym, że komuś idzie lepiej od nich. Albo że te same przyczyny mogły rodzić inne problemy – przykładowo, wiele osób z rodzin dysfunkcyjnych ma tendencję do pakowania się w toksyczne związki, wobec czego spędziłam bardzo dziwne i oderwane od rzeczywistości trzydzieści minut próbując udowodnić obcym ludziom, że ja niespecjalnie pakuje się w jakiekolwiek związki, toksyczne czy nie. Przekonanych oczywiście nie przekonałam i po tym, jak mi ktoś napisał “zobaczysz, jeszcze będziesz żoną alkoholika” pożałowałam, że nie opcji zrzucenia grupy za bycie po prostu szkodliwą dla osób chorych.

Bądź mądry, nie popełniaj mojego błędu.

 

Życie osobiste jest powodem zmartwień, przezornie więc go nie posiadam

Jak pisałam, na mojej wsi mieszka, według Wikipedii, 14 osób (ze mną włącznie). Z tych 14 osób znam T., mamę T., tatę T. oraz hehe Mirka hehe. Od mamy T. dostaję czasami fanty ułatwiające przeżycie na wsi, jak np. ciepłe papucie, skarpety oraz spodnie Kylo Rena, które można podciągnąć pod pachy (a ponadto są bardzo wygodne). Od taty T. jeszcze nic nie dostałam, ale sytuacja jest rozwojowa.

Zaskoczyło mnie, jak bardzo lekko przyjęłam praktyczny brak znajomych w promieniach kilometrów, po czym do mnie doszło, że nawet za najlepszych czasów w centrum Krakowa czy Warszawy znajomych raczej dużo nie miałam. Kilka bliskich mi osób rozsypanych jest po całym globie, nigdy byłam osobą wychodzącą na piwo czy imprezy. Znajomości z Krakowa bardzo szybko rozluźniły się po mojej wyprowadzce i teraz są praktycznie martwe.

I oczywiście, są chwile, w których brakuje mi jakichś ludzi w moim otoczeniu, tak samo jak są chwile, w których brakuje mi rodziny, której nie mam – fakt faktem jednak, że zauważam to tak raz na dwa miesiące. Częstokroć w okolicach świąt Bożego Narodzenia czy Wielkanocy mam napływ poczucia samotności i ten rok nie różnił się w niczym od poprzedniego. Mam wrażenie, że rodzina i znajomi to coś, czego pragnę okresowo i w małych dawkach, zazwyczaj bowiem czuję się naprawdę dobrze sama. Plus, powiedzmy sobie szczerze – nie umiem nawiązywać znajomości, a już w ogóle nie umiem nawiązywać związków. Lata temu niezbyt przyjemni ludzie naśmiewali się, żem aspergeryczka i chociaż absolutnie się z tym nie zgadzam (i Pan Doktór też nie) – coś w tym może było, bowiem ewidentnie podejścia do zawierania znajomości nie mam.

 

Wreszcie wiem, gdzie chcę pojechać na stypendium

Dzisiaj miałam sen, w którym robiłam zakupy gdzieś w Ameryce Południowej. Sen nie precyzował, gdzie to było, ani jakie zakupy, niemniej jednak obudziłam się bardzo zadowolona, gdyż większość snów podróżniczych kończy się u mnie zadowoleniem wielkim. Koło roku temu uznałam, że skoro chcę gdzieś wyjechać na dłużej, to czemu tego nie zrobić? Tak zaczęłam uczyć się języka chińskiego. Trudno mi samej określić, czemu akurat taki kierunek wybrałam sobie jako cel, bowiem Chiny pewnie by się nie znalazły na moim “top 10 miejsc, w których chciałabym zamieszkać”. Wydaje mi się, że chodzi o dwa czynniki: język chiński jest trudny i bardzo ciekawy, oraz słyszałam o Chinach takie historie, że aż chce się pojechać z dużym patykiem do dźgania i sprawdzania, czy to rzeczywiście wszystko prawda. No i trudno wyobrazić sobie miejsce, w którym było bardziej INACZEJ niż na wsi w zachodniopomorskim (populacja: 14 osób ze mną włącznie) niż w azjatyckiej metropolii (populacja: mnóstwo).

W każdym razie, za cel postawiłam sobie Hainan University. Hainan to ta wyspa, która znajduje się na samym południu Chin, w monsunowym klimacie tropikalnym. Nazywa się ją “chińskimi Hawajami”, jak na lokalne standardy jest to też miejsce średnio zaludnione (największe miasto, Haikou, liczy zaledwie dwa miliony mieszkańców), bardzo czyste i urokliwe. Znajduje się jakieś 8 230 km od Antoniego Macierewicza, co jest niewątpliwą zaletą.

Nie śpieszy mi się jednak – pewnie rok spędzę na wypoczynku na odludziu, kolejny rok w jakimś średniej wielkości polskim mieście (na razie typuję Poznań) i dopiero w roku 2020 postaram się o stypendium na naukę.

 

Co dalej na blogasku?

Ano na blogasku dalej będzie Calling Bullshit, teksty o komiksach, filmie oraz o mnie. Zapewne będzie ich coraz więcej, zgodnie z tendencją wzrostową. Nie zdążyłam przygotować notki o The Last Jedi, czeka więc na premierę DVD. Chcę też wrócić do publikowania dłuższych opowiadań slash fanfików, co ostatni raz miało miejsce lata temu. Jakby nie patrzeć – mam sporo czasu 🙂