Nawet w fantazji seks nie jest za darmo

Nawet w fantazji seks nie jest za darmo

Chciałoby się napisać, że książka 365 dni zaczyna się sceną gwałtu, a potem jest tylko gorzej. Jednak – w pewnym sensie – to nieprawda. Widzicie, ja obstaję przy zdaniu, że to książka ciekawa. Po prostu nie w taki sposób, jaki miała na myśli autorka.

(tutaj uczciwie czytelników muszę ostrzec, że we wpisie będą obrazki luźno związane z omawianym tematem. To jest – seksem i BDSM. Luźno związane, bo bardziej ściśle by pasowały jakieś sceny przemocy domowej.)

Dla niezorientowanych – omawiana powieść jest promowana jako polska odpowiedź na Greya (zresztą, któraś już z kolei) połączona z “Ojcem chrzestnym” (co z kolei jest po prostu bzdurą). Opowiada o radosnych przygodach Polki o imieniu Laura, która została porwana przez mafijnego bossa o zaiste masywnym mieniu don Massimo. Akcja 365 dni należy do specyficznego gatunku, który nazywam thrillerem mimo woli. Chodzi w nim o to, że chociaż sama autorka twierdzi, że napisała coś w stylu romantycznego erotyka, tak naprawdę nie trzeba wiele zmieniać w treści, aby mieć opowieść o zwykłej kobiecie porwanej i gwałconej przez mafioza. Mafiozo cierpi na urojenia, przez co twierdzi, że rzeczona Polka jest mu przeznaczona. A skoro przeznaczona, to może sobie brać bez pytania, kto by tam się przejmował zdaniem samej zainteresowanej.

(pomijając wszelkie kwestie związane z jakością takiej literatury, we wszelkich podróbkach Greya zawsze musi występować dominujący w łóżku mężczyzna, jakby nie było żadnej innej opcji)

Autorka, Blanka Lipińska, przyznaje w wywiadach, że chciała stworzyć niezobowiązującą historyjkę erotyczną, która przełamie tabu dotyczące rozmawiania o seksie. Tu widzimy pierwszy problem. Otóż, ja uważam, że – uwaga – Polacy generalnie mówią o seksie, inna sprawa, w jaki sposób to robią. Polskie mówienie o seksie to sprośne komiksy na tablicy na Facebooku pań i panów w średnim wieku, wywołujące lekkie poczucie zażenowania wszystkich dookoła. Polski seks to pani w stringach przynosząca wodę Kubie Wojewódzkiemu w studiu na oczach setek tysięcy rodaków, to zbliżenia na dekolty aktorek w Świecie według Kiepskich, to w końcu – żarty o pierścionku w dupie z komedii romantycznych oraz perła humoru, szczyt osiągnięć cywilizacji w dziedzinie rozbawiania publiki: kabaret z chłopem przebranym za babę gadającym o, hehe, wibratorach.

Gdzie w tym spektrum rodzimych znajduje się 365 dni? Na szczęście, nie jest to podszyte wstydem heheszkowanie z samego aktu seksualnego. Innych plusów dodatnich – nie stwierdzono. W powieści pani Lipińskiej mamy do czynienia z bardzo niemiłą wizją rzeczywistości, wizją, w której pod pozorem romansu mężczyzna wykorzystuje kobietę, a kobieta wykorzystuje mężczyznę. I tak sobie razem tkwią w tym toksycznym bagienku przez ponad trzysta stron, a czytelniczka zastanawia się, z jakiego dokładnie powodu ma kibicować tej pączkującej patologii.

(podobno w tych bedeesemach ważne jest zaufanie do partnera, tego jednak nie uświadczymy tutaj) 

Zacznijmy jednak może od toksycznych zachowań ze strony głównego bohatera, bo są zdecydowanie prostsze do zdefiniowania. Massimo to typowy smalec alfa, dominujący zarówno w życiu, jak i w sypialni, bezwzględny, agresywny, pozbawiony szczątkowego szacunku do stawianych przez kobiety granic. Jest kłamcą – w trakcie trwania powieści kilka razy powtarza, że nie zgwałci Laury i jej nie wykorzysta, po czym pakuje jej się pod prysznic z gołym fiutkiem, aby nieproszony poocierać się niczym kundel Azor o nogę listonosza. Jest zaborczy, izoluje bohaterkę od rodziny, ba, grozi śmiercią matki i chłopaka, jeśli ta nie będzie robić tego, co on pragnie. Cała powieść jest zapisem sposobów upokarzającego przekraczania przez Massima kolejnych poziomów bycia zdegenerowanym małym kurwiem, włączając w to kłamstwo, że stosuje antykoncepcję, w nadziei że złapie Laurę na dziecko (!) czy wszczepienie jej w skórę GPS-a. Aha, jakby tego było mało, nasz bohater ciągle mówi swojej ukochanej, że “on ją nie pyta, on ją informuje”, co we mnie osobiście budzi chęć odpowiedzi “informować możesz mamę, że wolisz schabowe na obiad zamiast mielonych”.

Massimo uosabia ogólny problem, jaki mamy z męskimi postaciami w jakichkolwiek relacjach romantycznych. Otóż w tradycyjnej wizji męskości, im bardziej jesteś zaborczym małym kurwiem, tym bardziej ci zależy, a więc – jesteś lepszym kandydatem do związku. Takie przekonanie nie wzięło się zresztą znikąd. Policzcie sobie, ile razy w Starej Trylogii Gwiezdnych Wojen księżniczka Leia odmówiła Hanowi, ile razy powiedziała mu “nie”, zanim skończyli razem. Ile razy kobiety odmawiały Bondowi (a i tak kończyło się to sceną seksu), ile razy kobiece “nie” oznacza, że mężczyzna ma po prostu naciskać bardziej. Bo nachalność oznacza, że mu zależy. Wampir Edward wymontował z samochodu ukochanej silnik, aby nie mogła spotkać się przyjacielem. A więc zaborczość też oznacza, że mu zależy. W całkiem nowiutkiej kreskówce Final Space główny bohater – Gary – przez pięć lat codziennie wysyła kobiecie widzianej raz w barze wiadomości z więzienia, chociaż nie otrzymuje odpowiedzi na żadną z nich. Love interest Gary’ego widzi te wszystkie maile dużo później, te pięćset wiadomości wysyłanych jej przez jakiegoś obcego typa, i mięknie jej serduszko, że tak się stara.

A więc stalkerstwo także oznacza, że mu zależy.

(dodatkowo, w kolejnych “Greyach” kolejne autorki wychodzą z przekonania, że tym seks jest ostrzejszy, im bardziej mężczyzna nie szanuje bohaterki i jej “nie”.  A przecież w życiu jest dokładnie odwrotnie, większość ludzi musi ufać komuś, aby dać mu się związać, batożyć porem i podduszać za pomocą kebaba w sosie ostro-kwaśnym)

A to bardzo ważne, bo – również w ujęciu tradycyjnym – wartość kobiety zależy od tego, jacy mężczyźni i jak bardzo się o nią starają. A więc Massimo – gwałciciel, kłamca, zaborczy kurw i jeden z najmasywniejszych śmieci, jakie widziała literatura, jest wręcz facetem idealnym.

Co jednak sama Laura ma ze związku z Massimem? Co sprawia, że w ogóle jej się to opłaca, prócz zakorzenionego w kulturze przeświadczenia, że nasz Massimo ideałem jest, i jak nie zachwyca, jak zachwyca?

Widzicie, tradycyjnie seks jest czymś, co kobieta “daje” mężczyźnie w zamian za określone zasoby. Nierzadko są to zasoby, których wcześniej została przez społeczeństwo pozbawiona – chociażby zdolność samodzielnego utrzymania się na sensownym poziomie, coś, co przez wiele wieków było domeną nielicznych kobiet. Współcześnie seks, a także granie własną atrakcyjnością seksualną i kobiecością, nadal jest tym, co kobieta “wymienia” na inne fanty – od dziewczynek zwolnionych z pytania na lekcji polskiego za założenie spódniczek, po poświęcanie się “dla niego” w związku za gratyfikację emocjonalną. Zwłaszcza to ostatnie bywa zgubne – atrakcyjne dziewczyny szybko uczą się, że ich ciało i seksualność jest pierwszym możliwym produktem do wymiany na popularność, adorację, prezenty.

W 365 dniach mamy właśnie taką, konserwatywną, wizję kobiecości. Niby książka jest o seksie, ale tak naprawdę – o wymianie seksu i fizycznej atrakcyjności na zasoby. Laura Biel za seks i podobieństwo do wyśnionej Pani Massima dostaje złote kozaczki od Gucciego, którymi może szpanować przed rodziną. Nic dziwnego, że w takiej wizji rola mężczyzny jako obiektu seksualnego jest dość bierna – tak, Massimo jest opisywany jako przystojny i z kutasem, którego może używać zamiast węża strażackiego, jednakże bynajmniej nie jest uwodzicielski i robi też niczego świadczącego o tym, że chciałby być dla Laury atrakcyjnym partnerem seksualnym. Po co miałby to robić? Przecież zasypał ją pożądanymi zasobami.

(Nawiasem, Lufycer jest serialem bardzo ciekawym, gdyż główny bohater robi w nim rzecz zarezerwowaną prawie wyłącznie dla kobiet – wykorzystuje własną seksualną atrakcyjność i popęd innych, aby zbierać fanty. Ale jest diabłem, to mu wolno)

Natomiast w realnym świecie autorka powieści pozuje półnago do CKM-u (tego samego pisma, którego “mądrości” obśmiewałam tutaj) ze swoją książką. A więc – pokazanie piersi za reklamę, seks za zasoby, koło się zamyka. W całym tym cyrku nie ma miejsca dla kobiet wykorzystujących seksualność dla własnej satysfakcji. Głównie dlatego, że stawiałoby to mężczyzn na bardzo nielubianym przez nich stanowisku obiektu seksualnego, sytuacji, w której nie możesz tak po prostu seksu kupić za złote kozaczki czy pogłaskanie po głowie.

Dość symptomatyczna jest scena w samej książce, w której jedna z bohaterek – chyba matka Laury, nie każcie mi sprawdzać – ma wątpliwości wobec narzeczonego córki. Matka Laury jest świadoma, jak pokaźnych rozmiarów skurwielem jest Massimo, wszystkie wątpliwości wnet zostają rozwiane. Gdy tylko widzi, jakie prezenty dostaje jej pociecha, natychmiast zmienia zdanie.

To kolejny poziom toksyczności – traktowanie relacji dwojgiem niby zakochanych ludzi niczym transakcji między prostytutką a klientem, jedynie pozbawionej potępienia ze strony otoczenia. Wręcz przeciwnie, Laura może liczyć na podziw i szacunek rodziny czy znajomych. Bo ją Massimo obsypuje tymi kozaczkami, drogimi samochodami, kompletami bielizny. Jednocześnie dziewczyna sprzedaje się w znaczeniu pełnym i niepodważalnym, to nie jest czysta, uczciwa transakcja, w której klient kupuje usługi seksualne, Massimo kupuje całą Laurę, wyłączność do jej ciała, do jej życia, do kontrolowania, z kim się spotyka, w końcu, do traktowania jej jako inkubator, który można zapłodnić bez pytania o zdanie.

Z zachowania Laury emanuje jednak bardzo przykre przeświadczenie, że  transakcja jest tego warta. Nie tylko z powodu korzyści materialnych, ale nade wszystko z uwagi na podziw wszystkich dookoła, według których wyrwanie faceta z masywną platynową kartą oraz ładną twarzą jest absolutnie największym życiowym sukcesem, jaki może przypaść w udziale kobiece.

I to jest niewyobrażalnie smutne.

(Autorka 365 dni chwaliła się, że w następnej książce najostrzejsza scena będzie zawierała Laurę – pardon – wsadzającą Massimowi palec do dupy. Wiadomo bowiem, że facet posiada Święty Odbyt, a wsadzanie w niego czegokolwiek, nawet palców cycatej blondyny, prowadzi do strasznej rzeczy, tj. zgejenia. BTW, na tym gifie powyżej nie ma ani jednej kobiety)

W tym całym korowodzie przebrzydłości, seks wydaje się najmniej ciekawy. Owszem, jest opisany dość wulgarnie. Owszem, on nie szanuje jej granic, ale ona jest napalona niczym fani Star Wars przed premierą The Force Awakens, więc finalnie nie ma to znaczenia.

Osobiście uważam jednak za nieporozumienie, że Laura opisywana jest jako kobieta wyzwolona, tylko dlatego, że ma zasygnalizowane jakieś tam potrzeby seksualne, masturbuje się wibratorem i lubi (pseudo) BDSM. Zdawanie sobie sprawy z istnienia własnej seksualności to dobry start, ale zauważymy jedno, a mianowicie: nie ma już roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego. To, jak chcemy realizować się w seksie jest równie ważne, jak to, w jaki sposób nie chcemy tego robić. Jeżeli partner nie szanuje naszego “nie”, wymusza, manipuluje, ignoruje hasła bezpieczeństwa, stalkuje, ogranicza – brak zgody na tego typu zachowania nie sprawia, że jesteśmy “zbyt waniliowe” lub “za mało wyzwolone”. Wręcz przeciwnie, to taka Laura, znosząca wszelkie wyskoki Massima, której jedyną reakcją jest okazjonalne walnięcie go w twarz – czego nikt nie bierze na serio, a bohater robi dalej swoje – jest postacią fałszywie wyemancypowaną. I kończy, wtłoczona w scenariusz jak z koszmaru, wrobiona w dziecko ze swoim katem.

To ja już, kurna, czasem wolę dowcipy o chłopie przebranym za babę.

Roboty późnego kapitalizmu

Roboty późnego kapitalizmu

Dżizas, jakie te Detroit: Become Human nierealistyczne. Aż zęby mi szczękały na widok tego, co się dzieje na moim ekraniku.

Dla niewtajemniczonych, czyli osób niebędących fanami gier oraz, tfu, pececiarzy, Detroit: Become Human to świeży, tegoroczny twór produkcji Quantic Dream. Twory tego studia słyną z bycia czymś pomiędzy grą właściwą, a interaktywnym filmem. Fani japońskich visual noveli zapewne nazwaliby ten styl “VN, ale z wielkim budżetem i elementami przygodowymi”. Samo Detroit: Become Human opowiada o strasznej przyszłości roku 2038, w której powszechna sztuczna inteligencja w postaci androidów jest i wyzyskiwana przez paskudnych millenialsów i jeszcze gorszą Gen Z. 

Jestem Connor, wysłana przez Cyberlife alegoria wszystkich prześladowanych mniejszości, jakie znasz.

Można o tej grze powiedzieć dużo. Można zauważyć, że to dość typowa historia o należeniu do prześladowanej grupy napisana przez przedstawiciela grupy, wiadomo, najbardziej prześladowanej, jaką są biali mężczyźni europejskiego pochodzenia z klasy wyższej średniej. Że Detroit trochę tak brakuje zrozumienia tematów, jakich się podejmuje. Że walnięcie gracza po oczach piętnastoma nawiązaniami do Holokaustu oraz dwudziestoma do niewolnictwa i segregacji rasowej, niekoniecznie oznacza, że gierca nabiera gnębi.

Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że jeśli kopniesz swoją Roombę, nie oznacza to, że zasługujesz, aby Cię zadźgała gdy śpisz. 

Skynet jest blisko.

Ja jednak nie o tym. Chciałam jedynie zauważyć, z jak bardzo nierealistyczną wizją robotów mamy do czynienia. I odsuńmy na bok roboholokaust. Są ważniejsze kwestie.

Mamy rok 2038, co oznacza erę bardzo późnego kapitalizmu. Ja więc zadaję pytanie – gdzie abonamenty na te androidy? Gdzie lootboxy? 

Powiem Wam, jak by to naprawdę wyglądało w roku 2038. Najpierw kupujesz tego swojego robota. Ale to tylko podstawka, więc w zasadzie właśnie nabyłeś bardzo drogą cegłę w kształcie człowieka. Cegła nie zrobi niczego, dosłownie niczego, dopóki nie wykupisz abonamentu albo nie wykonasz mikropłatności. No dobra, robisz to. Teraz masz już swojego androida sprawnego, tak?

Dokonaj płatności zbliżeniowej, aby odblokować opcje Premium.

Jeśli tak pomyślałaś – przykro mi, nie umiesz w późny kapitalizm. Chcesz, aby twój robot od wynoszenia śmieci zmył też gary? Abonament, który wykupiłaś, jest za niski. Albo bierzesz wyższy, albo – SPECJALNA OKAZJA – dziesięć rundek ze śmieciami za jedynie 10,99$, jako jednorazowa płatność.

Później, wiadomo – jak roboty, to musi pojawić się temat seksu. Jesteśmy gatunkiem, który w jakiś sposób jest w stanie uznać dmuchaną lalkę z połączenia plastiku z azbestem za atrakcyjną partnerkę seksualną, więc nie po to kupujemy androida, aby darzyć go uczuciem platonicznym. Ale – stop. Tak nie wolno. I nie, nie dlatego, że mamy do czynienia z zaawansowaną sztuczną inteligencją, którą wypadałoby zapytać o zgodę w kwestii naszych erotycznych poczynań. Po prostu – opcja seksbota kosztuje i to raczej sporo. Nie ma tak, że sobie poruchamy, a prezes Cyberlife’u za to nie dostanie naszych pieniążków. 

Na szczęście, jak kogoś nie stać, to mamy lootboxy. Szansa, że wylosujemy usługi seksualne jest mniej więcej równa szansie na to, że wysłana przed dekadami w kosmos Tesla zawróci wokół Saturna i walnie nas w czoło przy przechodzeniu przez pasy. Ale Cyberlife nie ma obowiązku, aby o tym informować. Studenci wykupują więc lootboxy pasjami, z nadzieją, że wreszcie wypadnie obciąganie. 

Jednak zawsze wypada opcja wyprowadzania psa na spacery czy gra w szachy.

Próbujesz odblokować… co?

Jeśli android w fabryce dostanie szału i zacznie zabijać ludzi dookoła, nie licz na to, że go odstrzelą. Pomiędzy niebezpieczną maszyną a oddziałem uderzeniowym stanie właściciel androida, z wrzaskiem, żeby tylko go nie uszkodzić, bo był cholernie drogi.

Nie wierzycie? Autor sci-fi David Langford już dawno stworzył bardziej aktualną wersję praw robotyki Asimova. Brzmią one:

Robot nie może działać na szkodę Rządu, któremu służy, ale zlikwiduje wszystkich jego przeciwników
Robot będzie przestrzegać rozkazów wydanych przez dowódców, z wyjątkiem przypadków, w których będzie to sprzeczne z trzecim prawem
Robot będzie chronił własną egzystencję przy pomocy broni lekkiej, ponieważ robot jest „cholernie drogi”.

Na pocieszenie jednak napiszę, że w takim wypadku przynajmniej nie czeka nas roboapokalipsa.

Złośliwe puchy dup nie ruszą, dopóki im nie zapłacimy. 


W przyszłości jak dzisiaj – Twoja pensja będzie sponsorować obleśny szlafrok typowi zarabiającego kilkanaście milionów więcej od Ciebie

//a tu mamy link do funpaga

Fikaton 2018, czyli siedem fanfików w cenie jednego

Fikaton 2018, czyli siedem fanfików w cenie jednego

Mam głupie wrażenie, że każda lista w stylu “Jak mieć popularnego i profesjonalnego blogaska” powinna zaczynać się od punktu zero, wyglądającego mniej więcej tak:

0. NIE WRZUCAJ NA NIEGO GAYFURRY FANFIKÓW ZE STARŁORSÓW, DO JASNEJ ANIELKI.

Jednakże, powiedzmy sobie szczerze – czy mi zależy na maniu profesjonalnego i popularnego blogaska? 🙂 Oto więc szereg niewielkich fanficzków, popełnionych na wyzwanie literackie na forum Mirriel. Konkretnie, wyzwanie polegało na napisaniu siedmiu tekstów – po jednym dziennie – do odpowiednich promptów. Wszystkie moje ficzki osadzone są w uniwersum Gwiezdnych Wojen, sześć traktuje o tradycyjnej więc, szesnastoletniej Mary Sue, jeden dodatkowy to… no, chyba się już domyślacie.

I jak pisałam na fanpage’u – gdy jesteś w gimnazjum i piszesz fanfiki o szesnastoletniej Mary Sue w Gwiezdnych Wojnach i jej czworokącie miłosnym, jesteś grafomanką. Gdy masz lat dwadzieścia pięć – są to opowiadania retro-ironiczne.

Miłego czytania.

*

JEDEN

W rodzinie Tarkinów od pokoleń panowało przeświadczenie, że nic tak nie kształtuje charakteru jak Żerowisko. Od wieków spoczywały tam szczątki tych, którzy najwyraźniej nie zostali ukształtowani dostatecznie dobrze, aby podołać wyzwaniu. Z pewnością wypadkom służyło przeświadczenie, że dzieci są jak kości – młode można dowolnie powyginać i odkształcić pod odpowiednim naciskiem, starsze kończyły jedynie połamane i bezużyteczne.

Każdy więc, kto miał w żyłach chociaż kroplę tarkinowej krwi, wysyłał synów i córki na Żerowisko, aby zakosztowali szkoły życia. Dobra, rodzinna tradycja.

Nikt nie narzekał.

Na Żerowisku można było spotkać komary wielkości pięści i bestie mogące człowieka rozpruć, stratować, zatruć jadem czy oślepić kwasem. Czasami w głuszy ukrywali się piraci.

Gdy młody   dziesięcio- czy jedenastoletni Tarkin z asystą starszego krewnego upolował pierwszą zdobycz, miał obowiązek wyrwać jej wątrobę i skosztować na surowo. Mięso było zazwyczaj obrzydliwe i później się od niego wymiotowało, ale znowu nikt nie narzekał. Był to wielki honor, znak statusu. Oznaka, że się było lepszym od miękkich ludzi ze Światów Jądra, którzy nie przeżyliby jednego dnia bez udogodnień zaawansowanej techniki. Lepszym od pospolitych mieszkańców Eriadu, żyjących w ciągłym strachu przed Żerowiskiem. A bycie Tarkinem zawsze, ale to absolutnie zawsze wymagało bycia lepszym.

Arana uznała, że jeśli tak wygląda honor, to nie chce mieć z nim wiele wspólnego.

— Nie włożę tego do ust — stwierdziła z obrzydzeniem. Wątroba przelewała się jej przez palce, oślizgła i parująca. Zwierzę, które dziewczyna upolowała, jeszcze żyło. Leżało u jej stóp, na wpół wypatroszone. Jego ciałem wstrząsały drgawki. Wokół stało dwunastu uzbrojonych mężczyzn, rozluźnionych i zadowolonych. Jeszcze przed chwilą chwalili Aranę, jak bardzo jest podobna do dziadka.

— Wobec tego wrócimy, po czym powiesz swojemu ojcu, jak wielką porażką się okazałaś — stwierdził Aaro, krewny Arany w drugiej linii i formalny przywódca wyprawy.

Dziewczyna chwilę memłała wątrobę w palcach. Była za stara na pierwszą wyprawę na Żerowisko. Dzieci Tarkinów trzeba było kształtować szybko, zanim ich osobowość zastygała dzięki rodzinnej upartości. Na nieszczęście Arany, miała starszego brata, który swojego czasu polował w tym samym miejscu i z dumą przeżuł swoje mięso. Młodego Sheeva jednak zabiła Rebelia. Pozostawił po sobie jedynie aspiracje rodziców, które ktoś musiał przejąć.

Arana miała już niemalże piętnaście lat. Zbyt wiele, aby kształtować ją bez konieczności łamania.

Wypuściła trofeum z dłoni, czując jak całe jej ciało zastyga z przerażenia przed tym gestem nieposłuszeństwa. Och, jak dobrze by się poczuła, gdyby teraz dostała w twarz od Aaro za ten bunt, gdyby mogła mu oddać w imię własnej niezależności. Całym duchem szykowała się do walki, czując podniecenie, którego nie doświadczyła podczas polowania.

Aaro jednak nawet na nią nie spojrzał. Dobił konające zwierzę, zepchnął truchło z drogi. Dał znak, że wracają do Eriadu City.

Nikt nigdy już o tej wyprawie nie wspomniał.

Arana czuła się, jakby ktoś zabrał jej cel, w który zamierzała uderzyć.

A Tarkinowie bardzo, bardzo potrzebują celu, który mogliby zniszczyć.

*

DWA

W rodzinie Arany szanowano prawo do prywatności. Ani ojciec, ani matka prawdopodobnie od czasu narodzin nie widzieli jej nago czy w negliżu. Nigdy nie przekroczyli progu sypialni córki, tak samo jak i ona nie miała wstępu do ich prywatnych pomieszczeń. Żaden Tarkin nie pokazuje się nikomu a przynajmniej nikomu cokolwiek znaczącemu w koszuli nocnej, nieuczesany, niedysponowany czy w jakikolwiek sposób nieidealny. Nawet przed najbliższą rodziną nie pokazuje, że jest po prostu ludzki.

Dziewczyna więc nie miała towarzystwa przy swoim niewielkim hobby. Owszem, rodzice ufundowali jej warsztat, uznając grzebanie w starej artylerii i odrzuconych projektach kolejnych Gwiazd Śmierci za bardzo rozsądne zainteresowania. Oczywiście, nie była to ścieżka kariery, jaką Arana miała podążać, ale jeśli jakimś cudem skonstruowałaby coś pożytecznego, jej matka byłaby skłonna natychmiast przyklepać projekt.

Całe zastępy droidów i manekinów ginęły w jej warsztacie. Arana bowiem z zapałem majstrowała przy wszystkim, co strzelało, wybuchało, cięło czy miażdżyło. Lubiła moment, w którym godziny planów dają widoczny efekt. Lubiła uczucie konstruowania czegoś całymi dniami i kilka ekscytujących sekund destrukcji.

W swoim zapale nie znała umiaru.

Cieszę się, że nie jestem człowiekiem powiedział droid bojowy B1, będący aktualnym towarzyszem Arany. Został odświeżony i przeprogramowany. – To wygląda bardzo… wonnie.

– Śmierdzi jak Wookiee – poprawiła go Arana, która nigdy nie widziała na żywo Wookieego.

Cała hala była zajęta przez wybebeszonego purrgila, szerokiego na dwa i pół metra, długiego na piętnaście. Purrgil, dzięki Aaro, miał w głowie dziurę, do której mógłby wejść i schować się  dorosły mężczyzna, o ile oczywiście nie przeszkadzałby mu fragmenty zimnego mózgu.

Nie do końca jestem świadomy, co ma pani zamiar z tym zrobić kontynuował droid.

Uczę się. Te stworzenia żyją w przestrzeni kosmicznej, wezmę więc skórę, kości i tkankę, aby przeprowadzić kilka testów. Zeskanuję ciało do symulacji. Natura zawsze jest świetną inspiracją.

Zrobi pani z tego stworzenia… pancerz? Projekt jednostki? Ten osobnik wygląda groźnie, jakby tak człowiek wszedł do jego gardła, to pewnie przeżyłby nawet mocny ostrzał, gdyby nie gazy, które… Nie, to zły pomysł. Ale ciekawy. Chyba istniała taka powieść, o Twi’lekance, purrgilu i piracie, w której purrgil połyka pirata, a jego żona spieszy mu na pomoc…

Arana uśmiechnęła się. Była to jedna z tych republikańskich, ckliwych historii, w których zaczytywała się przed snem i których prawdopodobnie nie powinna posiadać. Miały jednak wartką akcję oraz wiele ilustracji z półnagimi przystojnymi mężczyznami, a Arana była nastolatką. Jakkolwiek Republika była tworem żałosnym, na pewno lepiej rozumiała niektóre ludzkie potrzeby.

Droid miał wgrany jeden ze zmodyfikowanych republikańskich protokołów dyplomatycznych, przez cały dzień więc umilał pracę Aranie opowiadając historie o dzielnych rycerzach Jedi i przemytnikach o złotym sercu. Gdy purrgil został zeskanowany, a jego ciało – pocięte na niewielkie części, dziewczyna była spocona i cuchnąca, ale wybitnie zadowolona. Podeszła do swojego towarzysza.

Włącz program kontrolny.

Droid natychmiast zamarł, jakby został wyłączony, zgięty w pół w nienaturalnej pozie, w momencie, gdy właśnie opowiadał kolejną anegdotę.

Dezaktywuj funkcje konwersacyjne. Tylko podstawowe informacje.

Arana poszła pod prysznic, myśląc przy tym o przystojnych, młodych mężczyznach. Wróciła ubrana w pancerz, ciągnąc za sobą poprzedni projekt niewielkie działko pulsacyjne. Droid czekał na nią tak, jak go zostawiła, w zupełnym bezruchu.

Po zakończonych testach Arana wgrała ten sam protokół kolejnemu droidowi, ograniczając jednak trochę poziom gadulstwa. Uznała, że zbyt duża liczba wesołych historyjek z Republiki może odciągnąć ją od pracy.

(purrgile to wielkie walenie z mackami, które żyją w kosmosie. pamiętajcie — cokolwiek głupiego wymyślicie do fanfika, kanonicze pomysły są głupsze)

*

TRZY

Tarkinowie zawsze gardzili Devrimem za skłonności do bezcelowego okrucieństwa. Może dlatego, że była to skaza, którą niemalże każdy z rodu posiadał, a praktycznie wszyscy potępiali. Devrim Velari jednak, ten wżeniony w rodzinę coruscancki pętak, uznawał swoje okrucieństwo za chwałę i spodziewał się uznania. Przez dwadzieścia lat nie zorientował się, czemu nikt mu nie przyklaskuje.

Weźmy na przykład tę nieszczęsną wojnę z Chissami. Wszyscy byli zgodni, że niebieskich skurwesynów należałoby ustawić do pionu, trochę postraszyć, zrobić zaplecze z ich planet, wziąć sobie co lepszą technologię i zostawić resztę, niech żyją ku chwale Imperium. Velari jednak, wielkie admiralisko pnące się po szczeblach kariery po trupie teścia, wolał wybić ich niemalże do cna, by potem szczerzyć zęby na bankietach, że zrobił drugi Alderaan. I znowu zdziwiony, że nie spotyka się z wiwatami z powodu tak bezsensownego strategicznie posunięcia.

Nikomu nie imponowało ściganie niedobitków, bezsensowna gonitwa Gwiezdnego Niszczyciela za małymi stateczkami. Ani to, że gdy chissański dowódca błagał na kolanach o życie swoich ludzi, Velari dobił ich wszystkich, zostawiając jedynie grupkę cywili, którą można było opchnąć Huttom, gdy cena niewolników tego gatunku poszybowały w górę dzięki największemu z admirałów, słońcu Imperium, najgorszemu taktykowi, jaki został wypuszczony kiedykolwiek z Akademii. Gdy jednak darował życie temu nieudolnie dukającemu błagania w basiku Chissowi, tylko po to, aby ten usługiwał mu przy stole, wszyscy byli już pewni – ten facet skończy zadźgany we własnym łóżku.

Devrim jednak, wbrew pozorom, nie był głupi. Przynajmniej nie w tradycyjny sposób. Codzienny widok przepełnionych nienawiścią oczu pokonanego wroga wzmagał u niego czujność. Zapowiedział swojemu niewolnikowi, swojej nowej zabawce, że jeśli chociaż piśnie w nieodpowiedni sposób, zginą nawet te smętne niedobitki jego rasy. Za każdym więc razem, gdy Chiss nalewał mu alkoholu, układał ubrania czy pełnił ogólnie pełnił rolę ulubionego popychadła, admirał napawał się swoją władzą.

Jeśli bowiem zniszczysz wroga, satysfakcja wzburzy się i wypali. Jeśli go zniewolisz, do cna upokorzysz, będzie żyła, dopóki któryś z nich nie zginie.

*

CZTERY

Eriadu od stuleci było planetą Tarkinów. Owszem, Tarkinowie mogli nazywać się różnie – Mondros, Velari, Piett… ale możesz sarlacca tysiąc razy nazwać porgiem, a on i tak cię pożre, gdy tylko się zbliżysz, jak to sarlacki mają w zwyczaju. Gdy więc gubernator Aima Velari wygłosiła orędzie z okazji końca kampanii na Zewnętrznych Rubieżach, oznaczało to ni mniej, ni więcej, że Tarkinowie znowu wygrali.

Gdy na horyzoncie pojawił się niszczyciel Interceptor, cała planeta uznawała to za dobry znak. Jasne, gdzieś była wojna. Z Rebelią, z niebieskimi obcymi. Gdzieś była polityka. Ale na Eriadu byli głównie piraci, może więc admirał Velari wreszcie weźmie się za tych cholernych łupieżców, zanim w końcu handel wewnętrzny szlag trafi. Admirał, a jakże, po przybyciu, przy okazji piratów połapał, zrobił publiczną egzekucję i poszczerzył się na holowizji razem z żoną i córką.

Arana, ku niezadowoleniu matki, nie za bardzo pasowała do propagandowych historyjek. Nie to, co Sheev, młody żołnierz, przystojny jak ojciec. Świetny oficer, opoka Imperium, tragicznie zamordowany przez rebelianckiego szpiega. Eriadu od bieguna do bieguna było zasrane pomnikami, trasami, powietrznymi rondami i szkołami imienia Sheeva Velari. Aaro, urodzony propagandzista, już miesiąc po pogrzebie zaczął przekonywać Aimę, że jej świeżo zmarły syn będzie figurą bardziej trafiającą do nowego pokolenia, niż dawno martwy ojciec.

Arana, dla odmiany, nie była piękną dziewczyną. Miała szare oczy i zapadłe policzki Tarkinów, była niska, zawsze więc uroczystości z jej udziałem trzeba było kręcić od dołu. Kilka lat życia spędziła w Akademii, a nic tak nie uświadamia nastolatki w kwestii własnych fizycznych ułomności, jak stłoczenie w dużą liczbą rówieśników. Nikt jej nigdy niczego nie powiedział wprost w końcu nie przyjmowano tam totalnych idiotów było to jednak oczywiste. Nie wzbudzała wyglądem ani sympatii, ani szacunku, ani namiętnych porywów. Jeśli dostałaby kiedykolwiek pomnik, trzeba będzie wygładzać rysy twarzy, co więcej, także wymyślać zasługi. W wieku szesnastu lat bowiem miała na koncie jedynie kilka pomniejszych innowacji, które doceniali głównie inżynierowie. Nawet tragiczna śmierć w walce była już zajęta.

Szesnaście lat to strasznie dużo, gdy od dwudziestu trwa regularna wojna.

Na szczęście jednak dla Arany, tym razem cała szopka nie skupiała się na niej. Pierwsze słowa od dwóch lat zamieniła z ojcem dopiero na osobności. Devrim, wylewny jak zawsze, objął ją. Jego mundur pachniał czymś ostrym i chemicznym, niczym chlor. Stali w jadalni, admirał dał ręką znak służbie, aby nie przejmowała się, że jeszcze nie wszyscy siedzą i dalej roznosiła dania.

 Przywiozłem mnóstwo technologii od tych niebieskich zasrańców zwrócił się Devrim do znajdującej się przy stole grupy Tarkinów.

Własnej żony nie powitał uściskiem, ta jednak była zbyt zajęta wymienianiem uprzejmości z którąś z młodszych kuzynek, aby to zauważyć.

Powiem wam, że byli nawet całkiem sprytni. Gdy straciliśmy Entropię, nawet przyszło mi do głowy, że trochę za sprytni. Musieliśmy rozłożyć doki na całej pętli Kerrecian, bo natychmiast niszczyli wszystkie nasze zapasy. A właśnie, widzieliście kiedyś Chissa na żywo? Oczy im się świecą, łatwiej w ciemności trafić…

 Wiem, do czego to prowadzi  przerwała Aima.  I proszę cię, nie przy stole…

 Arana z pewnością nie widziała Chissa natychmiast sparował Devrim i zanim jego córka zdołała poprzeć matkę (a był to wręcz odruch, podobnie jak Aaro już otwierał usta, aby usadzić tego gnoja i dać spokojnie reszcie zjeść), nakazał wprowadzić swoją zdobycz.

Chiss, prowadzony przez adiutanta admirała, miał na sobie brudny i porwany mundur. Krwawił i syczał w swoim języku, gdy Devrim podszedł do niego, aby przykładnie powalić go na podłogę mocnym kopniakiem. Aima i Aaro przyglądali się temu z zażenowaniem, ale bez słowa. Glacier, córka Aaro, ostentacyjnie odłożyła sztućce.

Arana jednak patrzyła z ciekawością. Rzeczywiście, nigdy nie widziała Chissa na żywo – w sumie nie widziała żadnego Chissa, prócz tego odmieńca Mitth’raw’nuruodo, który po latach słynął nie tyle z bycia pierwszym obcym na stołku admirała, co wręcz kleptomańskiego okradania muzeów w całej Galaktyce. Tarkinowie zawdzięczali Mitth’raw’nuruodo pokaźną część swojej kolekcji sztuki, odkąd jednak Imperium było w stanie wojny z Chissami, raczej rzadko wspominano o jakichkolwiek zasługach Thrawna.

Leżący na podłodze mężczyzna miał niebieską skórę, w kolorze czystego nieba, na Eriadu widocznego może dwa miesiące w roku. Usta miał rozchylone, klatka piersiowa wznosiła się i opadała równomiernie, jakby właśnie próbował uspokoić oddech. Arana złapała jego spojrzenie, zanim admirał kopnął go jeszcze raz, wywołując krótki jęk bólu i urwany protest w syczącym języku obcego.

Dziewczyna przyłapała się na tym, że przygląda mu się nad wyraz chętnie. Śmieszne, egzotyczne stworzenie. Sądząc po ubraniu, wojskowy. Kiepski pomysł, zapraszać wroga na obiad. Jeszcze gorszy – kopać niewolnika na oczach innych. Arana od dziecka była uczona, aby nie być okrutną wobec domowej służby i nie traktować jej jak żywe meble. W razie ostrzału przez Rebelię, nie chcesz nagle znaleźć się w domu, w którym wszyscy cię nienawidzą i tylko czekają na odpowiedni pretekst.

Razem z Glacier powstrzymały admirała, gdy wziął kolejny zamach.

 Ojcze, to nie jest zachowanie, które ktokolwiek tu popiera.  Arana uświadomiła sobie, że czuje ucisk w brzuchu. Zapomniała już, że posiłki zawsze były punktem zapalnym w rodzinie, z takiego czy innego powodu.  Ma on jakieś imię? Czy mam mu nadać numer?

Admirał stracił parę. Ignorując Chissa i nie patrząc na córkę, zasiadł do stołu, mrucząc długie i źle wymówione słowo w Cheuhn. Arana wyłapała tylko część, cóż, będą musieli sobie z tym radzić.

– Lumen – To chyba było najbliższe temu, co usłyszała. – Chorąży Higgins, wyjdź z nim. Adiutant admirała, do tej pory stojący przy drzwiach i profesjonalnie ignorujący zamieszanie, uśmiechnął się do niej. Znała Sheeva Higginsa z Akademii, słynął tam głównie ze szmuglowania alkoholu i pornografii z twi’lekankami.

Postawiony na nogi Chiss okazał się wyższy od Arany o głowę. Patrzył się to na nią, to na Devrima. Śmieszne stworzenie, pomyślała znowu dziewczyna. Jego oczy rzeczywiście świeciły wyraźnym w cieniu blaskiem.

Po obiedzie podeszła do Aaro, aby zapytać się, czemu sam nie przerwał przedstawienia. Jej rodzice wyszli z sali pierwsi, najwyraźniej nie chcąc czekać z kłótnią.

 Czemu sądzisz, że moim obowiązkiem jest robienie wszystkiego za ciebie? – zdziwił się Aaro.  Poza tym, przecież wiesz, nigdy nie sprzeciwiam się decyzjom admirała.

Tarkinowie zwykle lojalnie pomagali członkom rodziny. Czasami jednak – ale tylko czasami – gdy jakaś wyjątkowo oporna jednostka pędziła w przepaść, po prostu po drodze wymieniali uśmiechy i komplementy, i puszczali w dalszą drogę.

*

PIĘĆ

Glacier uważała Aranę za mało ambitną. Sama była kobietą Tarkinów do szpiku kości – w wolnym czasie polowała na piratów na Żerowisku. Gdy zabijała, bardzo przypominała ojcu starego Wilhuffa, chociaż z twarzy trudno byłoby znaleźć kogoś mniej podobnego  Glacier miała włosy czarne i kręcone, twarz ciemną, sylwetkę krępą i rozłożystą. Było jednak w niej mnóstwo rodzinnej śmiałości, tego nieustannego parcia na przód.

Arana przy każdej przeszkodzie przystaje i ogląda ją z każdej strony. Odchodzi, a potem wraca z jakimś pomysłem, jak wtedy, gdy wysłała drony, aby zaminowały piracki statek w sposób tak sprytny, że uszkodzone sterowanie posłało całą szajkę wprost na powierzchnię słońca. Piraci nigdy dowiedzieli się, co ich trafiło. A w rodzinie bardzo  dbało się, aby każdy wróg dokładnie wiedział, że trafił ich któryś z Tarkinów.

Nie oznacza to, że Glacier z Araną nie miały wspólnych tematów. W końcu obie miały szesnaście lat.

Jak sądzisz, czy oni mają wszystko niebieskie? Glacier podzielała zainteresowanie Arany przywiezionym przez admirała Velari niewolnikiem. Tego dnia odbywały się zebrania ministrów, których obie dziewczyny nazywały prześmiewczo dronami. Gubernator Velari wysyłała właśnie swoje drony do wdrażania kolejnych reform i dekretów, przesyłając transmisję z obrad w czasie rzeczywistym, coby młodsze pokolenie zaznało trochę polityki. Drony dzisiaj jednak były wyjątkowo bezwolne, co przekładało się na ogólne znużenie tematem. Ciekawiej było wejść na admiralski statek i poobserwować przez kamery Chissa, jak kręci się w celi.

Bardziej takie fioletowe wyjaśniła Arana. Eriadu cenzurowało pornografię z nieludźmi, razem z całym szeregiem innych treści. W domu Velarich jednak cenzury nie było, gubernator bowiem uznawała, że warto znać wszelkie dowcipy polityczne z pierwszej ręki, aby móc szybko rozstrzelać autorów tych co paskudniejszych. Albo, jak dodawała przy obiedzie, najmniej śmiesznych.

Chiss zresztą bardzo szybko poszedł się umyć w kąt celi, można było więc sprawdzić i porównać spostrzeżenia. Arana widziała to już co najmniej kilka razy. Za pierwszym razem wmawiała sobie, że to czysta ciekawość. Za drugim już nie dała rady, intensywnie myśląc później pod prysznicem o tamtym mężczyźnie. Bo może to był niewolnik, nieczłowiek i istota pośrednia ewolucyjnie, ale na pewno także mężczyzna.

Glacier z kolei, gdy już zaspokoiła żądzę wiedzy, szybko straciła zainteresowanie. W przeciwieństwie do Arany, była zaręczona. Z porządnym oficerem, wobec czego ani w głowie jej były zboczenia.

— Gdyby nie siedział na Entropii, mogłabyś go sobie wziąć, a tak to zostaje ci tylko Higgins, ale on jest z Lysatry, i Morgan, ale jego ciotka to dezerterka, i… no, pewnie jeszcze połowa Eriadu – zauważyła przyjacielsko Glacier, uznając, że kuzynka po prostu ma napięcie do rozładowania. Ludzka rzecz, pewnie nawet drony to czasami robią, o ile gubernator pozwoli.

A wiadomo, Tarkinom nikt nie odmawia. Po prostu biorą, co chcą.

Czy też, jak Arana, najpierw oglądają z każdej strony, a potem dopiero biorą. W gruncie rzeczy jednak, niewielka różnica.

*

SZEŚĆ

Na wojnie szybko rozdawano awanse. Ktoś musiał zastępować poległych.

Major Armitage Hux miał osiemnaście lat i był niesamowicie zirytowany tym, że nikt się nim nie przejmuje. A, na litość Imperatora, absolutnie nikt się nie przejmował. Nie był to pierwszy bankiet, na krawędzi którego kręcił się jakiś blady chłopaczyna ściśnięty mundurem, niepasujący kompletnie do niczego dookoła. Tarkinowie nazywali takich “aktualnie pełniący obowiązki” kapitana czy tam majora. Każdego roku inny chłopaczek kręcił się wokół nich, aby po bankiecie zostać wysłanym na front. W akurat to miejsce, w które nie chciał udawać się nikt inny.

Wszyscy spodziewali się, że Huksa niedługo  zastąpi kolejny młodziutki, aktualnie  przez krótki czas  pełniący obowiązki oficera dowodzącego. Hux dokładnie o tym wiedział i właśnie dlatego był wściekły.

Aranie trochę było go żal. Powoli dochodziło do niej, jak przedmiotowo traktowane jest całe jej niezbyt liczne pokolenie.

Za mało pijesz stwierdziła, podchodząc do aktualnie pełniącego obowiązki majora Armitage’a Huxa.

Zasalutował jej tak, że prawie wylał wino. Uznała to za wyjątkowo zabawne.

 W każdej sytuacji warto zachować przytomność umysłu, ma’am.

Nic ci to nie da. I tak nikt nie traktuje cię tu poważnie – zauważyła Arana. W mundurze pułkownika wyglądała tak, że jeszcze kilkanaście lat wcześniej jedynym sposobem, aby ktokolwiek zaczął ją  traktować poważnie, byłoby porozrzucanie wszystkich oficerów Mocą po sali.

Hux poczerwieniał i wnerwił się jeszcze bardziej.

—  I przyszłaś tu tylko po to, aby mnie o tym poinformować?

Wzięła butelkę wina i dolała mu z obojętną miną.

—  Nie. Pij.

Zignorował rozkaz.

—  Pij, powiedziałam. Gdzie cię wysyłają?

Skrzywił się i wypił cały kieliszek jednym haustem.

—  Onderon.

— Z pewnością to odciągnie uwagę na jakiś czas.

Był to wybieg stary i prymitywny – zarzucić przynętę i szybko uderzyć gdzieś indziej, zanim wróg się połapie. Arana doskonale wiedziała, że poświęcanie części sił nie leży ani w naturze Tarkinów, ani nikomu nie przychodziło łatwo. Wiedziała jednak też, że kuzyn Janyrr, którego wysyłano do oblężenia w tym samym czasie, gdy młody major będzie się bohatersko poświęcał, chętnie wykopałby ją z pozycji w małym, rodzinnym kółku adoracji.

– Dostaniesz dodatkowe siedem skrzydeł myśliwców i kilka prototypów, ale za to masz mi przywieść coś ładnego z Onderonu – zadecydowała i znowu nalała mu wina, uśmiechając się szeroko. – No, do dna.

Przerwała mu w połowie zdania, gdy próbował niezbyt zręcznie podziękować. Dopilnowała, żeby wypił wszystko i odeszła bez pożegnania. Tego dnia przeprowadziła cztery podobne rozmowy i, jeśli miałaby być szczera, ta z Huxem podobała jej się najbardziej.

Przynajmniej słuchał, co mówiła. A to u nastoletniego, napuszonego pełniącego funkcję oficera dowodzącego zawsze było wymiernym sukcesem.

 

*

I BONUS, ficzek do Star Wars: Rebels

SIEDEM

Kallus miał zgubny nawyk myślenia za dużo. Co wieczór robił podsumowanie uczynków złych, gorszych i tych palących wstydem tak wielkim, że nawet nie ośmielał się głośno formuować ich w myślach. Tego, co było dobre, nie roztrząsał. Nie uważał, aby zasługiwał nawet na chwilę moralnego komfortu.

Zeb, dla odmiany, bardzo szybko zostawił przeszłość za sobą. Ciągał go po polach i lasach Lira San, i na zawody łowieckie, i na tradycyjne lasackie zapasy. Lasaci doceniali talent do mordobijki, Zeb szybko więc wybudował sobie dom za zebrane nagrody. I znowu, dumny ciągał Kallusa, pokazując ręcznie ciosane meble z wizerunkami dawnych herosów oraz całkiem współczesne plakaty z twarzami ulubionych zapaśników.

Gdy poprosił, aby z nim zamieszkał, Kallus nie wiedział, co powiedzieć, Zeb więc natychmiast wziął to za “tak”. No to mieszkali razem, najpierw w osobnych sypialniach, potem w jednej, bo jakoś tak wyszło. Pewnego dnia obaj byli trochę pijani, Zeb był trochę samotny, Kallus natomiast jak zawsze – bardzo samotny i miotający się we własnej głowie. Chrapanie po drugiej stronie łóżka sprawiało, że czuł się lepiej.

Lasaci go lubili, w ten dziwny, niezręczny sposób, jak reagują mieszkańcy odizolowanych światów na kosmitów. Dzieci podchodziły, aby dotknąć jego nóg, twarzy, włosów. Dostawał mnóstwo pytań, czy nie jest mu zimno, ukradkiem przyglądano się temu jak chodzi. Wszyscy byli przekonani, że ludzie, z tymi swoimi małymi, łysymi łapkami, są delikatni i mają kłopoty z równowagą. W końcu więc Zeb  znowu  wyciągnął go na zapasy. Tym razem na ring, nie w charakterze widza. A że Kallus miał mnóstwo, naprawdę żenująco dużo doświadczenia w próbach skopania lasacich tyłków, wygrał każdą walkę.

Absolutnie wszyscy byli zachwyceni.

Wracając ze swoim trofeum z wywiadu dla lokalnej stacji holonetowej, z promieniującym z dumy Zebem u boku, Kallus nadal myślał o Lasanie. Myśli były jednak płytsze, przytłoczone jakimś silnym, ciepłym uczuciem, którego do końca nie rozumiał.

Gdy wrócili do domu, najpierw trenowali, potem kochali się na macie. Do chwili, gdy wszelkie wątpliwości zanikły pod grubą warstwą szczęśliwych wspomnień.

*

Dawno nie pisałam takich rzeczy i chyba widać, że umiejętności mi mocno pordziewały. Jeśli jednak podobało się, dajcie znać, to pomiędzy różnymi innymi notkami postaram się pisać więcej fanficzków 🙂

5 rzeczy, które dowiedziałam się o Star Treku ze “ST: Discovery”

5 rzeczy, które dowiedziałam się o Star Treku ze “ST: Discovery”

Przyznaję – z wielkich franczyz popkulturowych Star Trek zawsze był czymś, co mnie po prostu omijało. Kojarzę główne założenia – mamy załogę, statek robiący piu-piu (jak w każdej dobrej produkcji tego typu – odkrywanie kosmosu i kontakty z nowymi cywilizacjami. Gdzieś przez osmozę kojarzę pogrzeb Spocka z kobzą w tle, no i oglądałam wszystkie odcinki Futuramy, co prawdopodobnie oznacza, że wchłonęłam zdecydowanie więcej parodii Star Treka niż samego Star Treka. A, jeszcze na studiach ruszyłam temat w ramach omawiania progresji obyczajowej w amerykańskiej telewizji.

(może kiedyś napiszę o progresji obyczajowej w amerykańskiej telewizji, kto wie)

Dążę do tego, że Star Trek: Discovery był moim pierwszym Star Trekiem, obejrzałam go z zainteresowaniem, po czym okazało się, że:

1. to nie jest prawdziwy Star Trek;

2. jeśli mi się podobało Discovery, to startreki mi się ogólnie podobać nie będą, ponieważ

3. to nie jest prawdziwy Star Trek.

Z tego, co udało mi się ustalić, najczęściej powtarzające się zarzuty wobec Discovery to: zupełnie inny, cięższy ton serii, wyraźnie zaznaczona główna postać (wcześniejsze Treki nie miały głównego bohatera, skupiając się na przygodach załogi), zmiany i nieścisłości w kanonie (zwłaszcza względem The Original Series, czyli wersji z lat 60.) oraz zmiany w przedstawieniu już pokochanych przez fanów postaci, gatunków i całej reszty. Uczciwie zaznaczam, że powtarzam po ludziach, którzy mi to tłumaczyli i chociaż sama mam zamiar w najbliższym czasie wziąć się za oglądanie TOS, na ten moment nie mam po prostu jak się do tego odnieść.

Zrobiłam za to listę pięciu rzeczy, które dowiadujesz się o Star Treku, jeśli oglądałaś – tak jak ja – jedynie Discovery. Czy jest to spójne z resztą franczyzy? Nie wiem. Czy true trekowcy mnie nazwą fake fangirl? No, jeśli chociaż trochę przypominają fanów Star Wars, najprawdopodobniej tak. Czy Discovery zachęca do zapoznania się z resztą tego jakże rozbudowanego uniwersum? Mnie zachęciło, ale z wyraźnym zaznaczeniem, że mam świadomość, by nie spodziewać się drugiego Discovery po jakimkolwiek innym serialu startrekowym. W każdym razie, oto moja

LISTA PIĘCIU RZECZY, KTÓRE DOWIEDZIAŁAM SIĘ O UNIWERSUM STAR TREKA ZE ST: DISCOVERY

1. Wolkanie to cholerni rasiści i hipokryci.

Wyglądam na rozczarowanego, nawet gdy nie jestem… a nie. Zawsze jestem rozczarowany.

Ze wszystkich pokazanych w Discovery różnorodnych gatunków kosmitów, Wolkanie wypadają najgorzej. Znaczy jasne, są jeszcze Klingoni, którym zasadniczo można przykleić na wydatnych czołach plakietkę “jestem złym orkiem”, ale powiedzmy sobie szczerze – złolstwo Klingonów to coś, tego się człowiek spodziewa od początku do końca. Wolkanie natomiast przypominają tych irytujących typów z Facebooka, co nie są rasistami, ale. Ale to logiczne, że czarni są głupsi.

Na kilku spotkanych w serialu Wolkan ten najsympatyczniejszy – i najmniej ksenofobiczny – rozbija się o szklany sufit, gdy próbuje sprawić, aby jego ludzka podopieczna była traktowana… no, na takich samych zasadach, jak wszyscy inni. Szybko zostaje mu wytłumaczone, że oczywiście, my jesteśmy pokojową i LOGICZNĄ rasą, i cenimy sprawiedliwość i LOGIKĘ, ale to LOGICZNE, że nie-wolkanie są głupsi. Nawet jeśli wychodzi, że nie są, i bycie człowiekiem wcale w niczym nie przeszkadza (Michael przeszła wszystkie wymyślne wolkańskie teścidła), to i tak są. Chcesz, aby twoje dzieciaki były traktowane jak reszta? Hm, czy przypadkiem nie kierują tobą – tfu – emocje?

Co najlepsze, w skali nieprzyjemnej wolkańskości scena o której mówię wcale nie jest najgorsza. Wolkanom bowiem “w imię logiki” zdarza się samobójczo wysadzać w powietrze na ambasadorskich statkach.

I ja wiem, że to byli jacyś ekstremiści, ale, jako że z miarę przyzwoitych (dla baaardzo luźnej definicji “przyzwoitości”) Wolkanów mamy tylko Sareka, który w każdym pokazanym kontakcie z innymi Wolkanami obrywa za nie bycie rasistą, to może, tylko może, Wolkanie nie wypadają specjalnie dobrze?

Podobno ci goście nie byli tak paskudni w poprzednich Star Trekach. Trzymam za słowo.

2. Klingoński to fajny język, ale Klingoni nie mają za wiele do powiedzenia

W oczekiwaniu na kawę od stażysty, T’Kuvma postanowił wyglądać wyniośle.

Klingoński brzmi jak język stworzony dla istot, których krtanie nie są przystosowane do wymawiania sporej części dostępnych ludziom głosek i wobec tego opiera się na krótkich, tonalnych sylabach, przypominających warczenie. Nie, żebym specjalnie znała się na klingońskim czy nawet językach sztucznych, ale wiecie – wysłuchałam w Discovery multum dialogów w tym języku. Klingoński brzmi nieprzyjemnie, z wszelkim prawdopodobieństwem miał tak brzmieć i, szczerze mówiąc, dobrze mi się go słuchało. Brzmi obco, brzmi groźnie, no i dobrze, że jak już stworzył ten język (na Duolingo można się uczyć klingońskiego, tak swoją drogą), to przynajmniej jest gdzieś używany.

Szkoda tylko, że Klingoni niezbyt często mówią cokolwiek ciekawego. To wręcz interesujące, że rasa, która podobno słynie z agresji, przez większość serialu spędza czas na czymś w stylu small talku, który najwyraźniej u Klingonów składa się z gróźb połączonych z zapewnieniami o lojalności oraz tym, jak oni nie cierpią tych smerfów obcych z Federacji. Zadziwiające jest to, że po tylu dialogach bardzo mało wiem o samych Klingonach – wiem, że zginął Ważny Klingoński Manager, który wyznaczył na zastępstwo swojego Juniora, ale Manager z innego działu Klingońskiej Puszki Tortur się z tym briefem nie zgadza i chce wskoczyć na jego stołek. Nie zorientowałam się jednak do tej pory, czym zajmują się Klingoni, gdy nie prowadzą wojny i nie składują w kosmosie swoich trupów, o co chodzi z tymi klingońskimi klanami…

Wiem tylko jedno – Klingoni baaardzo lubią sobie pogadać.

3. W kosmosie nie ma seksizmu. Nawet, jeśli akurat mieszkasz w faszystowskim imperium, które wspiera niewolnictwo i robi zupę z inteligentnych istot

Ale jak to… zupę?

Najwyraźniej wszystkie wewnętrzne, ziemskie konflikty, dyskryminacje i ogólna światowa niesprawiedliwość minie, gdy tylko okryjemy kosmitów. Wtedy kobieta na równi z mężczyzną, Europejczyk z Azjatą i biały z brązowym zjednoczą się, aby zrobić z pokojowo nastawionych obcych potrawkę.

W wizji mirrorversu w Discovery, gdzie każdy jest taki, jak był, tylko zły (jestem pewna, że wątek ten przywędrował z TOS, to zbyt kiczowate na XXI wiek), jest coś jednocześnie uroczo naiwnego i niepokojącego. Mam wrażenie, że mimo ewidentnie antyrasistowskiego przekazu, mirroverse rozmywa odpowiedzialność, prezentując bardzo dziwną rzeczywistość, w która jest jednocześnie faszystowska (wobec kosmitów) i wyraźnie równościowa (dla ludzi, wszystkich ras i płci). A przecież w takiej wersji przyszłości, nie powinna wcale zaniknąć wewnętrzna dyskryminacja – seksizm wcale nie zniknął, gdy znalazł się lepszy obiekt do kopania (czarni niewolnicy), tak samo to, że pan Seba Naziol odkrył, że gejów nie lubi bardziej, nie sprawia, że stał się mniejszym rasistą. Złe, faszystowskie Imperium Terran, oparte na naszej pięknej cywilizacji, raczej nie byłoby władane przez duo w postaci azjatyckiej kobiety i jej ciemnoskórej, adoptowanej córki.

No, ale rozumiem zabieg fabularny i fajnie się to ogląda. Poza tym – jak ktokolwiek może być takim bydlakiem, aby zjeść zupę z Saru? Saru jest uroczy!

4. Wielki niesporczak może cię zabić.

Niesporczak. Bez żadnego dodatkowego komentarza, to po prostu niesporczak. W kosmosie.

Nie mam nic więcej do dodania. W kosmosie są wielkie niesporczaki, które sobie latają po sporowych sieciach i w sumie są inteligentne i pokojowo nastawione, ale jak je wkurzysz to cię zabiją. Dla mnie to brzmi sensowniej niż punkt powyżej.

5. Aby utrzymać kapitański stołek, wypadałoby się przespać z admirałem. Jak nie zadziała, musisz kombinować.

Takie zdjęcie mi się wrzuciło. Ups.

Podobno kapitanowie w Star Treku zazwyczaj są charyzmatyczni i szlachetni, i dobrzy, i sympatyczni.

Lorca jest charyzmatyczny i szlachetny, i dobry, i sympatyczny. Jak mu się to opłaca. Ze wszystkich postaci z Discovery to właśnie kapitan Gabriel Lorca jest tą najciekawszą, głównie dlatego, że gdzieś do dziesiątego odcinka sezonu nie byłam pewna, w którym momencie jest szczery, a w którym manipuluje. I czy są w ogóle momenty, w których jest szczery. I jaki ma cel. I czy w ogóle ma cel, czy tylko zdarza mu się robić niefajne rzeczy czasami, ot, dla utrzymania pozycji i kilku osobistych benefitów. A może scenarzyści nie ustalili między sobą balansu w charakterze Lorki?

Im dalej w las, tym więcej drzew i w końcu miałam szczerą nadzieję, że facet ukrywa coś tak grubego, że pobije wszystkie small talki w Klingon Inc.

I wiecie co? Serial przeskoczył moje oczekiwania o jakieś trzy oczka skali. Chyba po raz pierwszy, gdy przeczuwałam, że jakaś postać zasadniczo okaże się dupkiem, ta okazała się jeszcze większym dupkiem, niż sądziłam.

Brawa dla Lorki. Zdecydowanie najlepszy kapitan, jakiego widziałam, na zawsze w naszych sercach.

Czy polecam Discovery? No cóż, tak, jeśli szukasz dobrej opowieści o statkach robiących piu-piu w kosmosie, z ludźmi z toną silikonu na twarzy jako kosmitami, z wysokiej jakości efektami specjalnymi oraz trzymającymi się kupy bohaterami. Jak jednak pisałam wyżej – nie wiem, czy to dobry Star Trek, na pewno jednak to porządna space opera. W moim osobistym rankingu stawiam ją na poziomie mniej-więcej Battlestar Galactica, a do starego, dobrego Battlestara mam wielki sentyment.

 

Na facebooku trochę więcej wypowiadam się na temat ST: Discovery. Tam też będę relacjonowała oglądanie The Original Series, chociaż pewnie jako pierwszy pójdzie na ruszt jednak Modyfikowany węgiel – serial, w którym jako wielbicielka cyberpunku pokładam wielkie nadzieję. Modyfikowany węgiel ma dzisiaj premierę na Netfliksie. Tak tylko przypominam.

Czemu nie lubię Rey?

Czemu nie lubię Rey?

Wychodzą nowe Starłorsy, dzisiaj więc będzie właśnie o Starłorsach. A dokładnie o Rey. A jeszcze dokładniej – czemu nie lubię Rey.

Pierwsza sprawa – “nie lubię Rey” należy tłumaczyć bardziej jako “postać ta nie budzi we mnie ani sympatii, ani specjalnej antypatii” niż “aby się potknęła i ten durny ryj rozwaliła”. Nie nienawidzę Rey. Nie uważam, aby była jakoś gorszą główną bohaterką od Bananakina Anakina Skywalkera, który nie lubi piasku, bo mu wchodzi w… eee… może lepiej do tego nie wracajmy. Ale mam z Rey problem. Głównie dlatego, bo uważam, że to niezbyt dobrze skonstruowana postać.

Nawet sama Rey się ze mną zgadza.

Rey poznajemy jako najbardziej bladą osobę, która całe życie spędziła na pustyni (serio, porównajcie sobie karnację Rey z pracującymi na słońcu robotnikami przy drodze). Rey ma te fafnaście lat, żyje gdzieś na gorącym, galaktycznym Podlasiu. Za dom ma stertę gruzu, pracuje, aby mieć co jeść – absolutnie dosłownie – jest samotna, wychowała się bez rodziców. Nie ma przyjaciół. Nie wydaje się, aby miała jakichkolwiek bliskich, prócz rodziców, którzy zostawili ją bez opieki na środku pustyni, zdobywając przy tym zapewne Puchar Rodziców Roku im. Dartha Vadera. Ogólnie maleńkości wiedzie żywot niezbyt godny pozazdroszczenia. Gdyby Gwiezdne Wojny były realistycznym filmem dokumentalnym, opisywano by ją jako lokalne połączenie zarabiającej równowartość 250zł miesięcznie szwaczki z Bangladeszu z dzikimi dziećmi z rosyjskich wysypisk. 

Oczywiście, Starłorsy nigdy nie aspirowały do miana realistycznych dla jakiejkowiek miary realizmu, wobec czego Przebudzenie Mocy nie jest opowieścią o twi’lekańskim psychiatrze próbującym załatać wszystkie traumy kiepsko zsocjalizowanej, dzikiej nastolatki z pustyni. Problem jednak polega na tym, że nawet jak na niezobowiązujące standardy Star Wars, życiorys Rey nie ma praktycznie żadnego odbicia w jej zachowaniu i osobowości. Rey nie tylko nie wygląda jak ktoś wychowany na pustyni pośrodku niczego (co można zrozumieć, bo autentyczna słoneczna opalenizna młodego Luke’a stała się niemodna już w latach ’80, razem zresztą z tamtą koszmarną fryzurą), ale też chyba ani raz nie zachowuje się w sposób uwiarygadniający jej origin story, czy jak to nazwiecie.

Powtarzam – nie wymagam głębokiego realizmu od Gwiezdnych Wojen. Trudno jednak pozbyć się myśli, że to całe “trudne życie Rey na Jakku” to atrapa i pic na wodę, coś, co nie ma kompletnie żadnego odbicia w samej tej bohaterce, ponieważ ta zachowuje się po prostu jak Generyczna, Sympatyczna Postać Nr 12. Rey, pomimo życia w samotności, nie ma problemu z nawiązywaniem kontaktów z ludźmi (oraz słodkimi, okrągłymi robocikami). Ma twardy kręgosłup moralny, chociaż nikt jej go nie przekazał i nie ukształtował tejże moralności, a przynajmniej nic o tym nie wiemy. Jest pewna siebie, dowcipna. Jeśli ma żal do rodziców, to z jakiegoś powodu nawet jej po tych wszystkich latach nie przychodzi do głowy, że może jednak nie wrócą po nią. Prosi Hana, aby ją odstawił na Jakku, z wręcz niepokojącą naiwnością pragnąc wrócić do swojego – koszmarnie ciężkiego życia – na wypadek, gdyby Obi-Wan Kenobi, czy kto tam się okaże jej ojcem, zechciał jednak ją odebrać.

Ale jestem sympatyczna, prawda?

To po prostu nie trzyma się kupy. Do tej pory wychowanie i pochodzenie bohatera miały zawsze wyraźny wpływ na bohaterów, przynajmniej tych głównych. Luke jest, przynajmniej początkowo, prostym, dobrym chłopakiem z farmy. Spora część problemów Anakina wynika z tego, gdzie się urodził i wychował – z jednej strony miał kochającą matkę, z drugiej – musiał ją opuścić, a próby wyrugania przez Jedi wszelkich uczuć do rodziny skończyły się źle (ogólnie jestem zdania, że Jedi to tak trochę idioci i sposób postępowania z małym Anakinkiem to wręcz podręcznik “jak nie postępować z problematycznym dzieckiem, chyba że chcesz eskalować te problemy do poziomu galaktycznego”). W przypadku Rey tego nie ma. Jest psychologicznie gorzej skonstruowana od Anakina z Nowej Trylogii, a Nowa Trylogia bynajmniej nie słynie z dużej ilości sensownych pomysłów. Co więcej, mam nieodparte wrażenie, że większość fanów to w jakiś sposób widzi, tylko nie potrafi tego kosmicznego rozbicia na tle “wychowanie” i “zachowanie” do końca określić, wobec czego padają zarzuty m.in. o marysuizm.

Ten dziwny, niepływający na nic origin story z ciężkim życiem na pustyni wydaje się też o tyle wręcz dziwaczny, że postać głównego antagonisty, Kylo Ren, praktycznie zbudowana jest wokół tego, kim nasz Kyluś miał szczęście/nieszczęście się urodzić. Praktycznie wszystko, co Kylo robi, ma swoje mniej lub bardziej łopatologiczne podłoże w tym, że jest wnukiem Dartha Vadera, tym, że jest/był Benem Solo (będę się upierać, że jego pełne nazwisko to Benjamin Chewbacca Solo), w tym, jakie emocje czuje do swojej rodziny i jak próbuje je wykorzystać. Innymi słowy, o ile to, co robi Rey, nie ma praktycznie żadnego zakotwiczenia w jej wcześniejszym życiu, podczas gdy z całej postaci Kylo wyżera próba nadania sobie tożsamości w odniesieniu do ukochanego dziadzia i (stanowczo mniej) kochanych rodziców. Innymi słowy, Kylo jest po prostu lepszą postacią. A poza tym ma piękne włosy.

Czemu po forach mówią, że Kyluś jest brzydki? On ma taką uroczą mordkę!

Wobec tego wszystkiego, jeśli czegoś oczekiwałabym po Ostatnim Jedi, to jakiejkolwiek próby odniesienia się do tego, jakie życie prowadziła Rey przed Przebudzeniem Mocy, jak to na nią wpłynęło. Inaczej nadal będzie bohaterką dość płaską, a uwaga wszystkich i tak się skupi na Kylo, którego jak na razie wszyscy albo kochają, albo nienawidzą (ja kocham, zatuliłabym na śmierć). Mam też szczerą nadzieję, że pomiędzy Kylo i Rey nie będzie żadnego romansu, bo a. serio, to by była płytka drama, b. jakakolwiek zmiana frontu z powodu zabujania się i syndromu “serce mi pika i klapa śmietnika” jest co najmniej głupie. Chociaż udawajmy, że wybory bohaterów mają cokolwiek wspólnego z moralnością.

Na seans Ostatniego Jedi idę w czwartek, będzie więc pewnie notka (spoilerowa) odnośnie samego filmu. Dowiecie się z niej z pewnością samych ważnych rzeczy, tj. czy Kylo nadal ma idealną fryzurę zaraz po wyjęciu z hełmu, w którym kisił się godzinami (pewnie ma), czy poprawili postać Rey oraz ile słodkich droidów wrzucili, aby sprzedać dużo zabawek.

W końcu, wiecie, to Disney.

Jak wspominałam – absolutnie przepiękne włosy.

Więcej Starłorsów? Polajkuj funpaga.

Mężczyzna, który nienawidził stóp

Mężczyzna, który nienawidził stóp

Porozmawiajmy o Robie Liefeldzie.

Nie no, naprawdę. Jeśli jakiekolwiek zjawisko na świecie zasługuje na wyraźne omówienie, są to rysunki Roberta Liefelda. Nie wiesz, kim jest Robert? Błąd. To tak, jakby nie wiedzieć, kim jest Tommy Wiseau.

Wszystko zaczęło się w latach ’90 XX wieku, gdy w Ameryce każdy szanujący się nastolatek nosił czapkę z daszkiem i był edgy, a najczęściej powtarzanym słowem w popkulturze było EXTREME (w wersji bardziej, khem, ekstremalnej, EXXXTREME). Wcześniej, w latach osiemdziesiątych, komiksy superbohaterskie przechodziły modę na tematy bardziej poważne, o ciężkim tonie, rodzili się pierwsi popularniejsi antybohaterowie. Tak więc lata ’80 dały nam fenomenalne i kultowe Watchmen (jeden z moich najbardziej uwielbianych komiksów evah), Batman: Śmierć w rodzinie czy, wychodząc poza tematykę trykociarzy, V jak Vendetta albo Maus. Wszystkie te dzieła wyróżniały się niejednoznacznymi bohaterami, poruszaniem poważnych tematów, częstokroć politycznych, dotykaniem zagadnień związanych z ludzką psychiką czy kondycją cywilizacji… i czytelnicy naprawdę to kochali.

A potem przyszły lata ’90. Pomyślcie o tym tak, jakby lata ’80 były Darthem Vaderem, natomiast ’90… no cóż, Kylo Renem.

Tak, było aż tak źle. Chciano bardziej mrocznych, edgy postaci. Chciano spluw wielkości lodówki, które przypakowany super-Pudzian w trykocie obsługiwał jedną ręką. Chciano postaci kobiecych chodzących w samych stringach (nasz Kylo Ren z lat ’90 ma trochę tak 16 lat i trądzik, sami więc rozumiecie). Chciano postaci kobiecych w samych stringach i żelaznych cyckonoszu ORAZ ze spluwami wielkości lodówki.

Rob Liefeld rozumiał te potrzeby. Nie ma innego wytłumaczenia na to, czemu ktoś, kto zasadniczo nie potrafił rysować, dorobił się tak wielkiej popularności i tak niesamowitej fortuny na rysowaniu komiksów. W pewnym momencie Liefeld był tak popularny, że Stan Lee przeprowadził z nim wywiad w serii dokumentalnej The Comic Book Greats. Z facetem, który, no… bardzo nie lubił stóp.

X-Force #1

 Stopy – wielkie nemezis Liefelda

Spójrzmy chociaż na okładkę X-Force #1 – po kliknięciu dostaniecie obraz lepszej jakości. Zawiera dużo postaci. To źle, bardzo niedobrze dla Roba, dużo postaci oznacza bowiem dużo stóp, które trzeba poukrywać. Od razu widać, że z widocznym na pierwszym planie Juggernautem nasz rysownik poradził sobie całkiem nieźle – jedna stopa jest zakryta przez tło, druga natomiast znika za bohaterem o imieniu Warpath (przyzwyczajajcie się do tych imion, spora część mało znanych bohaterów lat ’90 ma w swoim mianie człon War, Death, Blood czy coś podobnego). Dobrze pod względem stóp wychodzi też Cable (prawy dolny róg), bowiem zostały one przezornie upitolone przez dolny brzeg komiksu. Uff, cztery stopy z głowy. Efekt finalny to jakieś trzy i pół stopy na siedem widocznych na okładce postaci, przy czym te stopy, które są widoczne, zostały baaardzo zniekształcone i pomniejszone przez dziwaczną perspektywę. Widzicie tylko sześciu bohaterów? Kliknijcie w obraz, w prawym dolnym rogu jest jeszcze Domino w pozie, jakby właśnie tańczyła twista i właśnie ją przyłapano na dziwnym połączeniu słowiańskiego przykucu i skrętu tułowia.

A kto tu ma skoliozę?

Powód niechęci Roba do stóp jest w sumie oczywisty, ale jakby ktoś się jeszcze nie domyślił – nie potrafi ich rysować. Spójrzcie na obraz po prawej, gdzie z kolei nie udało się usunąć stóp z zasięgu wzroku czytelnika. Pierwszym, co się rzuca w oczy, jest to, że wszyscy stoją… no, jakoś tak dziwnie. Wynika to z tego, że Liefeld niezbyt potrafi narysować człowieka w pozie swobodnej, wobec czego wszyscy stojąc opierają się na jednej nodze, drugą dziwnie trzymając w powietrzu. Nie dotyczy to kobiet, albo balansujących na olbrzymich szpilach, albo… chodzących jak baletnice, na czubkach palców.

Same stopy, oczywiście, narysowane są kiepsko – bardzo malutkie, nieforemne twory w kształcie diamentu lub trójkąta. Trzeba jedna zauważyć jedno – Rob Liefeld zadaje kłam wieściom, że mężczyźni w rurkach są niemęscy i jego bohaterowie już we wczesnych latach ’90 chodzili w rureczkach, które nęcąco podkreślały ich napakowane łydki. Trykociarze nie zaniedbują nóg na siłowni, potężne łydy to kolejny znak rozpoznawczy Roba.

Caps rasy belgian blue

Rob Liefeld i mężczyźni

Po lewej macie chyba jedno ze sławniejszych dzieł naszego wielkiego rysownika lat ’90. Jak widać, Rob lubi mięśnie. Nie do końca wie, jak działają i ile powinno ich być w ludzkim ciele, nie mówiąc już o umiejscowieniu, ale zdecydowanie bardzo je lubi. To chyba najlepszy tego przykład – potężny Kapitan Ameryka, którego amerykańska klata wystaje z dwa metry przed jego głową. Chodząca góra mięśni. Jego mięśnie mają mięśnie. Gdyby hodowcy bydła odkryli gen odpowiadający za tego rodzaju umięśnienie, cena wołowiny spadłaby do pięciu złotych za kilogram.

Istnieją w tym obrazie także bardziej subtelne oznaki stylu Liefelda. Jak chociażby szczękościsk, bowiem ten rysownik zna w sumie dwa rodzaje mimiki – otwartą paszczękę i właśnie szczękościsk. Szczękościsk oznajmia, że bohater jest twardy i nie da sobie w kaszę dmuchać, otwarte usta robią za wszystkie inne ekspresje (w latach ’90 nie było ich za dużo). Zwróćcie także też uwagę na dziwne cieniowanie, niespecjalnie mające jakikolwiek sens oraz dużą liczbę prostych kresek użytych, by dodatkowo pocieniować postać. Liefeld kocha kreski, zobaczycie je w bardzo wielu jego rysunkach.

Zwróćcie uwagę za oryginalny sposób trzymania broni

Dalej mamy Shatterstara, czyli bohatera, który zaczął jako generyczny maczo-Pudzian stworzony przez Liefelda, a skończył w gejowskim związku z meksykańskim mutantem (chyba nie muszę dodawać, że Robowi niespecjalnie się to spodobało, jeśli jeszcze macie jakieś wątpliwości odnośnie sposobu odbierania przez niego rzeczywistości, poczekajcie do liefeldowej wizji kobiet). W każdym razie, twarz Shatterstara wygląda trochę, jakby Liefeld chciał narysować bardzo leciwego dziadka, ale niekoniecznie wiedział, jak wyglądają zmarszczki. Nie, ten bohater nie ma żadnej dziwnej choroby skóry. To po prostu jego twarz.

Poza tym standardowy zestaw – tona mięśni. Szczękościsk. Włosy narysowane tak, jakby Shatterstar codziennie rano rozdzielał je na pasma i każde pasmo sklejał osobno pomadą. No i… kto w ogóle tak trzyma szablę?

Rob Liefeld i kobiety

Kobiety nie czytają komiksów z superbohaterami, powtarzali i chyba do tej pory powtarzają pewne specyficzne typy fanboyów. Ehe. Ciekawe, jak bardzo oni by się pchali do czytania trykociarskich komiksów w latach ’90, gdyby połowa superbohaterów chodziła w stringach, prezentując przez 3/4 numeru na przemian mięśnie pośladów oraz klatę (oczywiście, nie poślady i klatę Pudziana, a wyidealizowanego fit-modela, trafiającego pod ustandaryzowane gusta żeńskiej widowni). Oczywiście, tylko tak do chwili, gdy alternatywna wersja naszego ulubionego rysownika, Roberta Liefeld, nie wpadłaby na genialny pomysł – a mianowicie przy odpowiednim złamaniu kręgosłupa bohatera, może być widać tyłek i klatę jednocześnie.

Auć. Po prostu auć.

Patrzcie na to. Tak właśnie Rob Liefeld postrzega kobiety. Tu powinien być żart o tym, że pewnie żadnej na oczy nie widział, ale z drugiej strony… nie słyszałam, aby urodził się bez stóp, pewnie więc nie o to, khem, chodzi. W każdym razie, patrzenie na to daje jakieś +500 damage’u w kręgosłup. Czy ona w ogóle ma organy wewnętrzne? Jak można stać tak wypiętym i wykręconym w obie strony?

Inna sprawa, że Liefeld ewidentnie brał pomysły na ubrania dla swoich heroin od aktorek porno, i to takich niskobudżetowych. O ile stroje wyglądające jak namalowane na ciele to w sumie standard u każdej z płci, tak powiedzmy sobie szczerze… to nawet nie udaje. Facet chciał po prostu sprzedać materiał do radosnego fapingu, na który prędzej pozwoli mamusia naszego edgy dzieciaka z lat ’90 niż na prawdziwą gazetkę z gołymi paniami.

Pomijając już bardzo bolesną anatomię – co ten facet ma do pasków i sakiewek? Naprawdę, prawie każda jego bohaterka (bohaterowie także, ale trochę rzadziej) ma co najmniej kilka. Wokół pasa (może usztywnia kręgosłup naszej gołej pani tak, aby się nie złamał?), wokół ud, wokół ramion. One tam trzymają coś pożytecznego, czy tylko dla ozdoby?

Ten strój nie wydaje się spełniać wymogów BHP

Kolejna bohaterka pochodzi z komiksu Re:Gex, który absolutnie polecam. Zaczyna się sceną, w której drużyna naszych herosów (zawsze była jakaś drużyna), stoi na szczycie lodowca. Dwóch ciepło ubranych facetów (no, w miarę ciepło, nawet w najlepszym wypadku zależność ubranie-temperatura była dla Liefelda zagadką), jakiś lodowy gigant, wielki robot i… kobieta. W staniczku i stringach. Sam komiks został wycofany bardzo szybko, ale jeśli ktoś chce zobaczyć podrygiwania zdychających lat ’90, powinien to przeczytać. Jest tam wszystko, co najgorsze w Liefeldzie i tej dekadzie – bezsensowna rozwałka, seksizm, miałkie postacie, edgy spluwy, supermoce i podróbka Wolverine’a (tych chyba Liefeld wyprodukował co najmniej dziesięć). Nawet nie wiem, czy Re:Gex jest dostępny legalnie (można próbować w ramach Marvel Unlimited), ale cholera, macie moje błogosławieństwo odnośnie piracenia. Jeden raz, bo za czytanie tego twórca powinien raczej dopłacać.

Czemu to w ogóle się sprzedawało?

Wydaje mi się, że po prostu Rob Liefeld zagospodarował niszę, która tylko na niego czekała. W momencie, w którym okazało się, że komiks może ukazywać antybohaterów, politykę, moralne dylematy, otworzyła się także furtka z bezsensowną golizną i przemocą. Granica tego, co mogło być pokazane w komiksach z trykociarzami przesunęła się. Łatwiej jest generować lekką siekankę niż ciekawą historię, a goła baba z mieczem i waginą odciśniętą na stringach przyciągnie główny target.

Lata ’90 z pewnością nieźle przyczyniły się do (teraz wyjątkowo głupiego już) stereotypu komiksiarza-niezbyt atrakcyjnego, zakompleksionego nerda o małych wymaganiach odnośnie uwielbianego przez siebie medium. Z grami komputerowymi było zresztą podobnie, takie serie jak Mortal Kombat czy Duke Nukem, chociaż same w sobie bardzo technicznie dobre, zdecydowanie jechały na przemocy i żeńskiej goliźnie. Podobnych, niezbyt subtelnych rozrywek targetowanych na kobiety nie było, przez co w sposób oczywisty, wśród odbiorców dominowała płeć męska.

A na sam koniec, uwaga – ULTIMATE EXXXTREME HYPER ’90 ROB LIEFELD SPECIAL! Czyli wszystko, z czego Rob słynie, kondensowane do jednego, porażającego dzieła! Trzymajcie:

EXXXTREEEEMEEE

Pragniesz więcej złych komiksów z lat ’90? Polajkuj.