Wrażenia z czytania: Małgorzata Stefanik, “Gildia Zabójców”

Wrażenia z czytania: Małgorzata Stefanik, “Gildia Zabójców”

Cześć. Zanim zagłębisz się w treść, chcę wyjaśnić, czym ten artykuł nie jest.

Nie jest recenzją. Recenzja tej książki pojawi się oddzielnie, będzie też zawierała nieco… powiedziałabym, poważniejszą analizę niż to, co teraz czytasz. “Wrażenia z czytania” po to prostu moje przemyślenia. Spisuję je na bieżąco w czasie lektury, tak więc książka jest analizowana rozdział po rozdziale, sesja po sesji. Jeśli jakieś informacje są powtarzane po kilka razy, to dlatego, że oryginalnie poszczególne części ukazywały się w odcinkach, a to wymusza zabieg polegający na przypominaniu czytelnikom, o czym pisałam kilka dni temu.

Poszczególne odcinki są oddzielone poziomą linią. Artykuł będzie aktualizowany. Dla ułatwienia:

Stan artykułu: niezakończony
Liczba opublikowanych części: 13
Ostatnia aktualizacja: 10 sierpnia 21, 15:00


1.

LET’S THE SHOW BEGIN

Od razu chcę zaznaczyć, że nie sięgnęłam po tę książkę tylko po to, aby mieć łatwy cel do obśmiewania w Internecie. Chciałam poczytać coś lekkiego, a autorkę kojarzyłam z jej bloga – po reklamie uznałam, że to wszystko tak trochę ironicznie jest. Otusz moi drodzy jednak nie jest.

Zacznijmy od samego początku, a więc – ROZDZIAŁ PIERWSZY.

Spotykamy Króla Zabójców, który wraz z doradcami, Przydupasem A oraz Przydupasem B dywaguje, jaka Główna Bohaterka jest bezczelna i niezrównoważona. Nie powiem, nie zaczyna się dobrze, zwłaszcza, gdy dowiadujemy się, że Alyssa (tak się zwie nasza heroina) zasłużyła na epitety posyłając do piachu trzech kolegów z Europejskiej Gildii Zabójców.

Gildia Zabójców to, z tego co przeczytałam, taki absolutnie przedziwny twór. Akcja dzieje się mniej więcej w świecie niewiele różnym od naszego, ze wszystkich szczegółów, jakie ogarnęłam do tej pory wynika, że to w zasadzie świat rzeczywisty, tylko z jakiegoś powodu w Krakówku jest siedziba Gildii Zabójców, co zabijają ludzi i są bogaci jak Bezos (o tym później).

Król Zabójców mówi, że w sumie zdrada czy dezercja z Gildii oznacza śmierć i ja tak sobie myślę, że pewnie pomordowanie jakichś innych zabójców można liczyć jako zdradę, no ale nie. Bo po pierwsze, Alyssa jest w cholerę dobrą zabójczynią i dużo piniondzów przynosi, a drugie, jest następczynią tronu, tj. przyszłą królową. Nie jest jednak biologiczną córką króla, tylko jego protegowaną, w każdym razie – jej wolno.

Przydupas A mówi, że co za problem, Gildia stosowała krwawego orła jako karę od wieków i działało, po co cokolwiek zmieniać. Krwawy orzeł to takie tortury wspomniane w legendach nordyckich. Zresztą, przeczytajcie sami i podumajcie, jaką ta książka miała redakcję, skoro autorka pisze, że coś takiego „miało wiele wspólnego z torturami”, a nie po prostu, że to była tortura. Nie jest to jedyne miejsce, gdzie coś nie styka – sporo zdań brzmi nienaturalnie, nieco niezdarnie i ogólnie czyta się to szybko, ale bynajmniej nie płynnie.

Czekajcie spokojnie, szybko dojdziemy do kwiatków, mimo dość neutralnego wstępu.


2.

Zaczynają się kwiatuszki.

Król Zabójców mówi „Noż panie przydupasie, tak nie wolno, toż to główna bohaterka”, więc krwawego orła nie będzie.
Zamiast tego… wytną jej na plecach skrzydła. Tak, te z okładki. Pomyślałby ktoś, że oznaczanie w tak charakterystyczny sposób zabójczyni, co ma po cichu mordować ludzi to pomysł taki se, ale uwierzcie mi – Król Zabójców gra w tej książce w takie szachy 4D, że sens jego poczynań jest niepojęty dla takich malućkich jak ja.

Żeby nie było za łatwo, dodatkowo postanawiają zamknąć bohaterkę w ciemnej, wilgotnej krypcie bez światła (aka – dziurze w ziemi) na pół roku. I tutaj już zaczęłam patrzeć na to wszystko z niedowierzaniem.

Problem polega na tym, że o ile autorce coś świta, że okaleczenie fizyczne może powodować traumę, tak najwyraźniej kompletnie nie zdaje sobie sprawy, że ta druga część zabawy to jedna z najgorszych tortur, jakie istnieją. I to nie jest żadna wiedza tajemna, jedno z najbardziej znanych nieetycznych badań psychologicznych traktowało właśnie o efekcie długotrwałej izolacji w małym pomieszczeniu, bez dostępu do jakichkolwiek bodźców.

Jasne, eksperyment przeprowadzono na makakach, ale nie wydaje mi się, że gdyby były ludźmi, zaraz po wyjściu z sali tortur nadrabiałyby oglądanie horrorów w TV, a to właśnie robi nasza dzielna bohaterka.

I żeby nie było, to nie czepianie się dla czepiania, po prostu jeśli autor sygnalizuje na samym początku, że takie wydarzenia nie pociągają za sobą żadnych chociaż częściowo realnych konsekwencji dla bohaterów, to raczej trudno będzie później utrzymać jakiekolwiek napięcie.

Wątek dziury w ziemi to w ogóle jedno z największych WTF do tej pory, spoiler, autorka nie ma absolutnie zielonego pojęcia, co zafundowała bohaterce i im dalej w las, tym pojęcia mniej.


3.

Przechodzimy do wykonania kary na biednej dziewoi. Tu zaczyna powoli wychodzić pewna fascynacja autorki Azją Wschodnią, aczkolwiek imiona, które wybrała dla japońskich przedstawicieli tamtejszej Gildii Zabójców (Kira dla króla, Kitsune dla jakiegoś innego) są upojne nawet dla mnie, a znam piętnaście słów po japońsku.

W każdym razie, tradycja mówi, że skazaniec ma prawo do dwóch życzeń. Bohaterka nijak skazańcem nie jest, tj. przewiduje się, że przeżyje karę (spoiler: nie dość, że przeżyje, to jeszcze kilka dni po wypełzaniu z tej dziury będzie prezentować formę olimpijskiego atlety), no ale to szczegóły.

Pierwsze życzenie jest takie, aby Oliwiera

(adepta, którego zwerbowała… nie, przepraszam, kupiła na targu niewolników i przekazała instytucji, która szkoli dzieci do zabijania i z której dezercja jest karana śmiercią – wspominałam już, że Alyssa nie tylko jest „bezczelna i niepokorna”, ale także kreowana na „zabójcę z sumieniem i współczuciem”? No, w każdym razie nie przeszkadza jej to w zakupie i posiadaniu niewolnika)

…trenował Kitsune i serio, ja nie mogę z tych imion.

Szlag, pomyliłam się, to był dopiero prolog. Dobra, to teraz ROZDZIAŁ PIERWSZY.

Bohaterka wreszcie trafia do dziury. Opis dziury – zimna, wilgotna, stęchłe powietrze, z ziemią zamiast podłogi, absolutnie zero światła. Przypominam, Alyssa ma w niej spędzić PÓŁ ROKU. To jakieś dziewięć razy dłużej, niż wytrzymał uczestnik dobrowolnego eksperymentu, który co prawda siedział w ciemności, ale w wygodnym apartamencie, miał do dyspozycji bieżnię do ćwiczeń i motywację w postaci 100 000$, jeśli wytrzyma miesiąc. Wyszedł na własną prośbę po dwudziestu dniach.
Nie będę nawet szukać danych pochodzących z mniej etycznych źródeł, zresztą – to książka o nastoletniej asasynce, to nie tak, że spodziewam się jakiegoś stuprocentowo wiarygodnego opisania skutków psychologicznych czy zdrowotnych dziury w ziemi.

To, do czego mam zastrzeżenia, to coś innego – a mianowicie autorka traktuje całą sytuację, jakby ta część z wycinaniem skrzydeł była gorsza. Nie, nie jest. Po drugie, ewentualne konsekwencje dla bohaterki są ledwo symboliczne. Jest napisane, że ma problemy z przyzwyczajeniem się do światła – ale nijak nie wpływa to na nic znaczącego. Przypisuje się jej nerwowość i ataki paniki, te jednak do tej pory nie powstrzymały ją przed zrobieniem niczego, co ma chociaż najmniejsze znaczenie dla fabuły. Ma koszmary, ale ich jedyny sens jest taki, żeby ten jej niewolnik Oliwier przy niej siedział w nocy. Ma problemy z kontaktami z ludźmi z Gildii… ale i tak nie była z nimi blisko. Jej kondycja fizyczna jest wyśmienita, porównywalna z osobami w szczycie formy, uprawiającymi sporty wyczynowe. O jakichkolwiek powikłaniach zdrowotnych związanych z przebywaniem pół roku non stop w zimnie, wilgoci i stęchliźnie autorka oczywiście nie pomyślała.

Tak więc praktycznie cały prolog był dla picu, a każda wstawka o problemach Alyssy to jeszcze większy pic, bo ulegają one zniknięciu za każdym razem, gdy dziewczyna musi cokolwiek zrobić, a więc – musi być w tym najlepsza, żadnych przeszkód nie przewidujemy.


4.

Już kilka dni po wyjściu z dziury w ziemi Alyssa chce „wracać do pracy”, tj. zabijać ludzi. Uroczo.

Jest jednak, według Króla Zabójców „nerwowa i się izoluje” co zważywszy na sytuację wydaje się raczej opisem maturzysty godzinę przed ustnym. Nie ma to znaczenia, ponieważ Król Zabójców, fan Ricka i Morty’ego, 200 IQ, galaxy brain i arcymistrz szachów 4D wie, co wobec tego zrobi. Otóż, uwaga:

ZABIERZE BOHATERKĘ NA PRYWATNY KONCERT K-POPU

Absolutnie nie żartuję, to właśnie się dzieje. Król Zabójców wręcz bohaterce bilet (zespół nazywa się Interstellar, nie żeby miało znaczenie). Oczywiście, jak przystało na każdą główną postać kobiecą z opek o boysbandach, Alyssa fanką k-popu nie jest.

Bohaterka spędza koncert ze słuchawkami na uszach, puszczając sobie inną muzykę. Nie rozpoznaje nawet języka, w którym panowie śpiewają, co jest o tyle śmieszne, że gdy w końcu jeden jej się przedstawi, to od razu rozpozna go jako Koreańczyka.
Dobra, Król Zabójców (ciekawe, czy on dla odmiany lubi k-pop) po koncercie prowadzi naszą zabójczynię do tych biednych typków i ich agenta, po czym mówi NO WYBIERZ SOBIE JEDNEGO, BĘDZIECIE MIEĆ RANDKEM.

I powiem szczerze, że o ile jestem przekonana, że agent idoli posypany odpowiednią ilością hajsu chętnie by chłopaków z boysbandu sprzedał, tak cała sytuacja to taki dziki bek z absurdu, że nie mogę dalej być poważna. Smaczku dodaje fakt, że najwyraźniej Król Zabójców to miliarder z lekką ręką do hajsu, bo załatwienie czegoś takiego z zespołem na tyle sławnym, aby koncertować w Europie, pewnie kosztowało krocie.

No więc Alyssa wybiera jednego z chłopaczków, aby stary… tj. Król Zabójców się odczepił. Oczywiście, jako że NIE JEST FANKĄ od razu chce go zbyć. Chłopak (ma na imię Jayden/Yi Jee Dae) nie wierzy, że nie jest fanką, bo przecież inaczej to wszystko nie ma sensu. Jayden nie wie, że właśnie został pionkiem w szachach 4D Króla.

Bohaterka traktuje go bardzo protekcjonalnie i… powiem Wam, Alyssa nie jest ani ciekawą, ani specjalnie budzącą sympatię osobą. Głównie dlatego, że pomimo powtarzania wiele razy, że Gildia to miejsce cokolwiek parszywe, już pomijając zabójstwa, oni dosłownie szkolą dzieci i to takie kupione często od handlarzy ludźmi. I w teorii Alyssa jest kreowana na taką buntowniczkę, co łamie zasady Gildii pomimo konsekwencji, zabójczynię z kodeksem moralnym itd… ale w praktyce to ona ma do „zwykłych ludzi” głównie pogardę połączoną z pobłażaniem i zero tożsamości poza „ja zabijam ludzi”. I to nie tak, że była jakoś strasznie izolowana od zewnętrznego świata – przedstawiana jest jako bardzo oczytana, mają więc tam dostęp do „normalnej” literatury, filmu, muzyki, czegokolwiek. Alyssa jednak wszystko, co robi, musi sprowadzać do ‘JA JESTEM ZABÓJCZYNIĄ ROZUMIECIE ZABIJAM LUDZI”. Jak ogląda horror, to komentuje, że „reżyser nie widział na oczy trupa”. Jak ma wymyślić jakąś rozrywkę dla siebie i tych biednych k-popowców, to idzie postrzelać farbą, bo „to przynajmniej niezły trening, szkoda, że nie ma szans na ostrą amunicję”. No rozumiemy, nie masz osobowości poza tym, że wysyłasz innych na tamten świat, proszę, przestań.

Alyssa myśli o ucieczce, bo „po raz pierwszy nikt jej nie obserwuje”. Jak rozumiem, do tej pory zabijała ludzi jedynie pod ścisłym nadzorem innych. Ponadto, nie czarujmy się, to rozważania bez sensu, zwłaszcza, że jej motywacją do pozostania na miejscu jest niewolnik Oliwier. Niespecjalnie mnie przekonuje ta troska, zważywszy na to, że nasz wzór cnót kupił tego chłopaka z własnej woli, za własne pieniądze i jako buntowniczka, w dodatku mocno kasiasta, Alyssa mogła po prostu przekazać sierotę odpowiednim służbom, zamiast pakować go w to łajno. Skoro w tym świecie istnieje k-pop i nastolatki zdające sprawdziany z przyry, to w cywilizowanych państwach ktoś by się dzieckiem zajął.

ALE PO CO, JAK MOŻNA TERAZ NARZEKAĆ, ŻE BIEDNEGO NIEWOLNIKA BIJO.

Alyssa uważa, że „najbardziej pasuje hipoteza, że Król Zabójców chce się jej pozbyć z organizacji”. Randka z Koreańczykiem z boysbandu = próba wywalenia z gildii zabójców, gdzie Król w zasadzie nie musi niczego próbować, bo z prologu wynika, że może podjąć decyzję o zabiciu czy torturowaniu członków samodzielnie i nie potrzebuje zgody nikogo. Szachy wkraczają w piąty wymiar.

Nie będę opisywać randki, bo jest nudna – bohaterka traktuje Jaydena trochę z politowaniem, ten nie ma pojęcia, o co tu w ogóle chodzi i nadal jest przekonany, że Alyssa jest fanką, której bogaty stary załatwił randkę, oczywiście bohaterka stwierdza, że mimo wszystko nasz chłopak jest przystojny, co niczego ciekawego nie dochodzi.
Koniec rozdziału pierwszego i zabawy na dziś, chyba że mnie wieczorem coś natchnie.


5.

Rozdział zaczyna się zmiany punktu widzenia. Tj. mamy tekst kursywą, który nie traktuje o Alyssie, a nawet k-popiarzach.
Dziewczynka o imieniu Mila dowiaduje się, że będzie miała braciszka. Znaczy, nie w zwyczajowy sposób, po prostu rodzice przywożą do domu dziecko (chłopcu na imię Dominik) i mówią, że od dzisiaj z nimi mieszka. Rodziców chłopca zabił jakieś straszny seryjny morderca, znany z zabijania rodziców i porywania dzieci – na miejscu Mili zaczęłabym być BARDZO podejrzliwa w stosunku do starych.

Wstawka jest krótka, ale doceniam, że autorka wprowadza jakiś element tajemnicy (inny niż plan arcyszachisty Króla Zabójców) i próbuje przeplatać wątki. Nie za dużo tego dobrego, wracamy do zabójców.

Oczywiście, wszystko musi jebnąć z grubej rury. Otóż Alyssa wraz z Oliwierem (tym chłopcem, co go kupiła na targu) biorą udział w treningu. Intensywnym treningu. Trwającym siedem godzin. Polegającym na sparringu jeden na jednego. Który Alyssa wygrywa.

Jeśli dobrze obliczam, od jej wyjścia z dziury w ziemi minął jakiś miesiąc. Raczej nie więcej, bo Alyssa nadal mówi o „wydarzeniach sprzed pół roku” i nie mniej niż trzy tygodnie. Oliwier w tym czasie był szkolony przez hehe, Kitsune (przysięgam, za każdym razem, gdy natrafię na upojne czy mroczne japońskie imię, będę przed nim dodawać „hehe”) i nawet zakładając, że chłopak jest słaby (podobno jest) i młodszy od Alyssy (na pewno jest) po epizodzie z dziurą powinien z nią wygrać każdy, kto akurat nie jest ciężko niepełnosprawny.

Dowiadujemy się, że Oliwier na samym początku gardził Alyssą, próbował ją zabić lub przed nią zwiać, ale potem nabrał szacunku i ogólnie polubił naszą zabójczynie. Najwyraźniej w wątku z Oliwierem Alyssa to dobre Mzimu, chociaż osobiście śmiem w to wątpić. Już wspominałam, że jakby jej zależało, to mogła kupić chłopaka, oddać go w ręce jakiejś organizacji zajmującej się ofiarami handlu ludźmi i prawdopodobnie jedynie otrzymać burę od stare… znaczy, arcyszachisty Króla Zabójców. Król sam wydaje kasę na jakieś k-popy, przeżyłby to.

A propos Króla – ten przerywa trening, aby obwieścić, że… Alyssa ma kolejną randkę, tym razem z CAŁYM ZESPOŁEM. Nie powiem, arcyszachista ma gest, to musiało kosztować krocie. Po wyjściu Króla Oliwier zaczyna dywagować, czy rozgrywającym się w piątym wymiarze planem Króla nie jest pozwolenie, aby Alyssa polubiła k-popiarzy, aby potem kazać jej ich zabić. Nie powiem, jak na standardy tej książki jest to sugestia nawet niby logiczna. Tylko wiecie, standardowo w takim wątku stosuje się szczeniaki, prawdopodobnie dlatego, że są tańsze niż cały zespół koreańskich idoli.

UWAGA, WAŻNY WĄTEK

Wiele osób pytało, co z tym Erykiem, co twierdzi, że Alyssa ma świetny tyłek. Do tej pory nas nie zaszczycił obecnością i PRZYSIĘGAM, PRAGNĘ, ABY TAK POZOSTAŁO. Niestety, wątek Eryka pojawia się tutaj.
Eryk jest innym zabójcą i przysięgam, ma charakter najgorszego spermiarza. Scena idzie tak:
Alyssa: <puka do drzwi>
Eryk: <otwiera i rzuca seksualną aluzją>
Alyssa: <wchodzi>
Goła baba: <jest na łóżku Eryka, ewidentnie zaszokowana, co się tu odpierdala>
Eryk: <ignoruje gołą babę i nadal rzuca seksualne aluzje do Alyssy>
Goła baba: <ucieka z pokoju>
Alyssa: <pyta Eryka, czy to jego adeptka i że tu się szkoli na zabójców, nie kurtyzany>

(oczywiście, sam fakt uprawiania seksu sprawia, że dziewczyna zostaje nazwana „kurtyzaną”, natomiast obleśne spermiarstwo faceta i fakt, że sypia z własną protegowaną mija bez komentarza)

Eryk: <więcej obleśnych aluzji>

Werdykt – gówno mnie interesuje, co sądzi Eryk o tyłku bohaterki, niech przyjdzie żółty pies i go zatłucze kijem.

W każdym razie, Alyssa prosi Eryka, aby przez chwilę trenował Oliwiera, bo jak wiadomo, ona ma RANDKEM. Eryk dopytuje, o ciul w ogóle chodziło z tą karą (skrzydłami i dziurą w ziemi) – przypominam, nikt tu niczego nie wie, bo powody, dla którego Alyssa zabiła tych trzech typów na początku książki nie zostały ujawnione.

Tak kończy się rozdział drugi. Myślałam, że kawałek z k-popem był zły, ale postać Erysia ma w sobie takie pokłady obleśności i cringe’u, że czekam na powrót idoli.


6.

Okej, wróćmy na razie do tych idoli z Korei, bo mam przemyślenia.

Na początku nie przyszły do głowy żadne poważne zarzuty dotyczące tych postaci, ale potem palnęłam się w głowę i powtórzyłam powoli „koreański idol”, bo coś mi zaskoczyło.

Otóż mieliśmy jedną randkę (z k-popiarzem imieniem Jaden), teraz mamy drugą z całym zespołem. I doszło do mnie, że autorka po prostu położyła te postacie po całości.

Już wyjaśniam. Panowie zachowują się w mniejszym lub większym stopniu jak aroganccy piosenkarze z opek z Wattpada, taki trochę Justin Bieber vibe. Jayden na pierwszej randce dopytuje namolnie, czy aby Alyssa na pewno nie jest fanką, posuwa się do tego, aby zdjąć jej słuchawki i sprawdzić, czy nie leci tam ich muzyka (!). Na standardy europejskich artystów byłoby to zachowanie aroganckie i porządnie zblazowane.

Problem w tym, że Jayden jest Koreańczykiem, co więcej, jest idolem, który właśnie dostał zlecenie od szefa. Więc po pierwsze – o ile Korea nie różni się znacząco od krajów z tego regionu, o których wiem więcej – sam fakt, że Jayden jest bezpośredni i natarczywy, a jego koledzy w czasie kolejnej randki narzekają i paplają o sobie, byłoby uznawane za kompletną dzicz i wstyd na cały kraj. K-popiarze towarzyszą Alyssie, ponieważ zlecił im to menadżer, który przygarnął hajs od arcyszachisty Króla Zabójców. Alyssa jest więc de facto klientką, którą mają zadowolić w ramach pracy jako idole.

Kojarzycie może, że języki regionu wschodniej Azji posiadają niewiarygodnie rozbudowany system honoryfikatorów i bardziej i mniej oficjalnych zwrotów językowych oraz kilka wersji tych samych słów, których celem jest okazywanie szacunku rozmówcy w mniej lub bardziej formalnych sytuacjach? Otóż – pomijając to wszystko, mówienie o sobie jest uniwersalnie uznawane za niestosowne nawet w kontaktach z kolegami z pracy o równej pozycji – a co dopiero z klientami. Zbytnia bezpośredniość – tak samo. Bycie natarczywym – absolutnie przekreślenie kariery.

Prawidłowo opisana sytuacja powinna wyglądać tak, Alyssa może się zachowywać bucowato czy arogancko, ale idole by nie pisnęli ani słowem i uznali za oczywiste, że robią to, co ona każe, nie zadają zbyt osobistych pytań, umilają jej czas i na koniec mówią, że to było absolutnie przewspaniałe i niezwykle są wdzięczni za pokazanie Krakówka czy coś w tym stylu.

Co na razie robią idole w tym opku:

  • uporczywie próbują udowodnić, że Alyssa jest ich fanką, nawet jeśli mówi, że nie jest;
  • dotykają jej rzeczy bez jej zgody, tylko po to, aby coś udowodnić;
  • paplają o sobie tak dużo, że Alyssa stwierdza, że wie o nich więcej niż o członkach własnej gildii;
  • narzekają;
  • dopytują się nachalnie o sytuację rodzinną Alyssy, komentując, że „nie wygląda na spokrewnioną z Oliwierem” (którego przedstawiła jako brata);
  • Przechwalają się;
  • Komentują, że Alyssa poprzednim razem się inaczej zachowywała;

I, uwaga, wpierdalają się do jej sypialni bez pytania (sytuacja jest taka, że Jayden skręcił kostkę, Alyssa zamiast zabrać go do szpitala lezie do własnego apartamentu).

Wniosek – panów powinien menadżer wywalić od razu, najlepiej zostawiając ich w Krakówku, aby wstydu nie zanieśli do własnego kraju. Potem wytwórnia powinna wywalić menadżera za zatrudnienie ich. A poza tym – autorka jest wielką fanką koreańskich dram i jeju, jakim cudem ja wiem takie rzeczy, a ona nie? Nie widziałam ani jednej dramy, chyba że koreańskie horrory się liczą.


7.

Uwaga, ujawniam, o co chodziło z tą randką z k-popiarzami i na czym polegał genialny plan. Otóż, popełniłam błąd zakładając, że Król Zabójców jest tutaj jedynym mistrzem szachów 5D, chociaż to oczywiste, że dwóch ich było, mistrz i uczeń. A mianowicie w sprawę jest wplątany jeden z k-popowców, o imieniu Moon.
Pozwólcie, że streszczę, o co chodziło z tymi randkami.

Arcyszachista K-popowiec: chcę wynająć się zabójczynię do zabijania bo mam kogoś do zabicia

Arcyszachista Król Zabójców: mógłbym ją wynająć ci do zabijania, ale ostatnio Gildia zafundowała jej tortury fizyczne i psychiczne, o czym oczywiście cię poinformuję jako klienta, bo ma to sens, stawiamy na przejrzystość usługi i tak dalej

Arcyszachista K-popowiec: nie ma sprawy, mogę sam przeprowadzić ewaluację psychologiczną zabójczyni jako wytrawny znawca ludzkiej psychiki

Arcyszachista Król Zabójców: w jakiż to sposób?

Arcyszachista K-popowiec: wciągniemy w to cały k-popowy zespół i menadżera, oczywiście nie wyjawiając im planu, aby w razie gdyby zabójczyni poległa i dała się złapać przez stróży prawa w Korei mieli totalnie przesrane do końca życia i nie mogli się wykręcić z afery

Arcyszachista Król Zabójców: brzmi absolutnie logicznie

Arcyszachista K-popowiec: zabierzesz zabójczynię na nasz koncert jako prezent czy coś, umówisz ze mną na randkem i to będzie ewaluacja

Arcyszachista Król Zabójców: co jeśli będzie chciała iść na randkę z innym k-popowcem z zespołu

Arcyszachista K-popowiec: tak się nie stanie

(tak się właśnie stało)

Arcyszachista K-popowiec: trochę kicha, ale mam lepszy plan – niech wyjdzie na randkę z całym zespołem

Arcyszachista Król Zabójców: da się załatwić

(tak się dzieje)

Arcyszachista K-popowiec: na podstawie ewaluacji polegającej na łażeniu po Krakówku i słuchaniu legend o smoku i studentach AGH ustaliłem, że zabójczyni jest świetną kandydatką do zabicia kilku bardzo ważnych koreańskich polityków i innych wysokopostawionych ludzi

Arcyszachista Król Zabójców: zajebiście


8.

Jeśli ostatni wpis zostawił Was w stanie WTF CO TU SIĘ STAŁO, wyjaśnię fabułę trochę mniej memowo.

Otóż to, co opisałam ostatnio, naprawdę się stało, aczkolwiek pragnę rozwinąć niektóre wątki. Po pierwsze – kogo chce zabić Arcyszachista K-popowiec? Typów, co zabili jego rodziców, nie znam na razie więcej szczegółów, poza tym, że oczywiście było to okrutne morderstwo i w ogóle.

Wątek Oliwiera w dodatku zaczyna mnie BARDZO wkurwiać, ponieważ flashbacki z tego, jak Alyssa kupiła go na targu są… niepokojące. Autorko, błagam – jeśli chcesz pisać o uratowaniu dzieciaka z rąk handlarzy ludźmi, to gdy Twoja protagonistka skupia się głównie na tym, jaki był ładny, brzmi to W CHUJ NIEPOKOJĄCO. Sugerowanie, że Oliwier w jakiś sposób był wyjątkowy, w przeciwieństwie do stada innych dzieci na tym samym targu powoduje raczej wzrost stężenia obleśności w książce, a nie świadczy o jakiejś automatycznej więzi na linii Oliwier-Alyssa.

Przede wszystkim jednak – niech narracja przestanie sugerować, że Alyssa go uratowała, dobrze? Bo nie, nie zrobiła tego.
I tak, jest sugestia, że gdyby nie ona, to trafiłby do burdelu dla pedofilii, ale… przepraszam, ale autorka stworzyła sytuację, w której należy poważnie zastanawiać się, co jest gorsze – pedoburdel czy Szkoła Zabójców. Absolutnie nie chciałam kiedykolwiek rozważać o takich rzeczach, ale chyba muszę.

Otóż – w Szkole Zabójców zmuszają dzieci (Alyssa musiała zacząć jako dziecko) do zabijania innych ludzi. To samo w sobie jest zbrodnią podobnego kalibru, co wykorzystanie seksualne, jednakże rozumiem, taka konwencja i sam fakt dokonywania morderstw na zlecenie jest tu raczej kwestią, hm, traktowaną z przymrużeniem oka. Ale. Alyssa stwierdza, że wielu uczniów nie przeżywa w ogóle szkolenia, a Oliwier jest przedstawiany jako mały i słaby. Wiadomo też, że w czasie treningów takiego dzieciaka można nie tylko zatłuc, ale też solidnie połamać – hehe, Kitsune złamał Oliwierowi nos i jest zasugerowane, że nie była to pierwsza poważna rana. Jeśli dzieciak przeżyje, jest winny Gildii dożywotnią służbę, tj. zabijanie ludzi na zlecenie (są też chyba mniej paskudne opcje, ale wspomniane mimochodem). Arcyszachista Król może członków Gildii karać torturami. Dezercja równa jest karze śmierci i wszystko sugeruje, że Gildia ma dostateczne środki i motywację, aby wytropić nawet sprytnego uciekiniera.

No zajebistą przysługę chłopakowi zrobiła Alyssa, oby tak dalej.

Dobra, wracajmy do fabuły.

Pomyślałby ktoś, że nasza Alyssa, przedstawiana jako nieutrzymująca bliskich relacji z nikim innym niż Oliwier (którego uważa za brata) i Król Zabójców (który jest dla niej figurą ojcowską), w dodatku przedstawiana jako izolująca się jeszcze bardziej po epizodzie z dziurą, natychmiast po otrzymaniu informacji, po co była ta szopka z k-popem oleje sikiem prostym k-popiarzy innych niż jej klient.

Hehe, oczywiście, że nie. Oczywiście, że do nich lezie następnego dnia. I oni oczywiście są zachwyceni, chociaż mieli się z nią spotykać jedynie, że tak powiem, służbowo. Co więcej, Alyssa pyta, czy Moon (przypominam, tak ma na imię arcyszachista k-popiarz, ten od zlecenia zabójstwa) wyjawił może kolegom, że jest ona zabójczynią na zlecenie? Arcyszachista k-popiarz mówi, że nie (co ma sens), na co Alyssa stwierdza, że w sumie to jest jej to obojętne, bo i tak woli nikogo nie udawać i być sobą.Zaraz, zaraz, przyszedł mi do głowy dowcip:

Alyssa wchodzi do gabinetu menadżera k-popiarzy:

– Nie chciałby pan pracować dla Gildii Zabójców? – pyta. – Nieźle płacą.

Zszokowany menadżer patrzy podejrzliwie. Alyssa zmieszana idzie do drzwi. Przystaje:

– Nie ma pan przypadkiem aspiryny? – pyta. Wie, że ludzie zapamiętują tylko koniec rozmowy.

Chyba będę wstawiać jeden dowcip za każdym razem, gdy Alyssa zaprezentuje poziom poczucia konspiry godny najsłynniejszego rosyjskiego szpiona.

Z innych ciekawych rzeczy – Alyssa jest ciągle przedstawiana jako zabójca z kodeksem moralnym, celująca jedynie w innych morderców i tym podobnych ludzi, bardzo wybrednie wybierająca zlecenia. Z jaką więc przerażającą sytuacją mamy do czynienia w przypadku zlecenia od arcymistrza k-popiarza?

Na razie sytuacja wygląda tak, że arcyszachista k-popiarz twierdzi, że konspira doprowadziła do śmierci jego rodziców. Przekazał jej dokumenty dotyczące tej sprawy, ale są po koreańsku – tłumaczy je Oliwier, który podobno język zna. Na ten moment z części przetłumaczonych dokumentów wynika, że ojciec Moona produkował broń, zdefraudował pieniądze, a gdy to wyszło – razem z żoną popełnił samobójstwo. To są na razie jedyne dane, jakie posiada Alyssa, co, hm, nie wygląda dobrze jeśli chodzi o wiarę w jakiś złożony spisek czyhający na rodzinę arcyszachisty k-popiarza.

Oczywiście, sensownie byłoby przetłumaczyć pozostałe dokumenty, a potem zasięgnąć źródła trochę bardziej neutralnego niż Najgenialniejszy z K-popiarzy, aby ocenić samej, czy rzeczywiście…

A nie, przepraszam, Alyssa już przyjęła zlecenie i szykuje się do odlotu do Korei XDDD

Czysty geniusz.


9.

Konspiry część dalszy.

Jak na razie plan Alyssy ma jakieś dziesięć słabych punktów, a jeszcze nie wyjechali do KoreiPo pierwsze, Alyssa zawiera swojego wiernego niewolnika, Oliwiera. Ma to sens głównie z perspektywy samej Alyssy, bowiem wyjazd ma trwać długo, a zostawienie go oznacza, że będzie znowu go trenował hehe Kitsune, albo co gorsza, Eryś. Unikanie Eryka poprzez wyjazd na drugi koniec świata to najbardziej logiczna postawa w tej książce, jaką napotkałam.

Inna sprawa, że sens ma to TYLKO z perspektywy Alyssy. Oliwier podobno zna koreański, ale jako że trafił z ulicy do Gildii jakieś dwa lata wcześniej, nie założyłabym się o jego rzeczywisty poziom. Co prawda ostatnio szkolił go Kitsune, który chyba jest Koreańczykiem (nie, autorka nie nazwała Koreańczyka Kitsune, to ksywa), ale w ramach tych ćwiczeń Oliwier otrzymywał głównie wpierdol, a nie lekcje gramatyki.

Co więcej – arcyszachista Król Zabójców nie ma żadnego powodu, aby puszczać niewolnika z Alyssą. Oliwier teoretycznie ma się teraz szkolić na asasyna i wszystko wskazuje, że byłby obciążeniem, a nie pomocą. Książka mocno sugeruje, że Europejska Gildia prowadzi ścisłą współpracę z tą z Azji, co oznacza, że praktycznie każdy koreański zabójca byłby lepszą opcją niż biały nastolatek, co się uczył koreańskiego najwyżej dwa lata. Przez chwilę przyszło mi do głowy, że w Gildii Azjatyckiej może Koreańczyków nie być – jakby nie patrzeć, do tej pory mieliśmy do czynienia z japońskimi imionami/ksywami, a niechęć na linii Japonia-Korea jest wyczuwalna do teraz, ale… no, prawdziwe imię Kitsune to Lee Sek (przeczytajcie to na głos i powiedzcie, czy wydaliście odgłosy cringe’u).

Plan Alyssy dotyczący życia po przylocie do Korei to już inna para starych gumofilców. Nasza zabójczyni nie ogarnia, że jej zadaniem nie jest wtopienie się w koreańskie społeczeństwo, a raczej unikanie styczności z tymże, o ile to nie jest absolutnie konieczne. Wynikają z tego całe rabatki kwiatuszków, takich jak:

Pomysł, aby wysłać Oliwiera na miejscu do szkoły, w końcu chłopak ma 16 lat, a wtedy się chodzi na przyrę, tak? Tyle że absolutnie wszystkie dokumenty naszych zabójców są fałszywe (muszą być, ponieważ nikt tam nie używa swojej legalnej tożsamości, a sądząc po historii Oliwiera to nawet nie jest opcją), więc nie ma ABSOLUTNIE ŻADNEGO powodu, aby, nie wiem, nie wpisać, że chłopak jest pełnoletni. Nie mówiąc już o takim drobnym fakcie, jak to, że nawet jeśli Oliwier kiedykolwiek chodził do szkoły, to ma lata zaległości w stosunku do dzieciaków w jego wieku.

Znajomość Alyssy z k-popiarzami. Żadna ze stron nie chce jej zakończyć, co jest już w tej chwili zupełnie bez sensu, a po przyjeździe do Korei dodatkowo będzie niewiarygodnie niebezpieczne. K-popiarze są, tak jakby, sławni. Co więcej, idole są zazwyczaj sławni w ten sposób, że fani próbują śledzić każdy ich ruch, a cień podejrzenia, że idol może mieć jakieś życie prywatne i np. spotykać się z dziewczyną wywołuje skandal. Dalszy kontakt z nimi to nie budowanie przykrywki, tylko wystawianie się na świecznik.

K-popiarze są też powiązani ze zleceniodawcą Alyssy, czyli arcyszachistą Moonem. Zwykle jeśli wynajmujesz zabójcę, to nie chcesz, aby kręcił się potem ciągle wokół ciebie, dając jasne poszlaki każdemu, kto ich szuka. Niezbadane są jednak ścieżki szachów 5D.

Obecność k-popiarzy ogranicza też Alyssę, która musi utrzymywać jakąś spójną przykrywkę specjalnie dla nich. Jak na razie nie ma absolutnie żadnego powodu, dla którego nasza zabójczyni miałaby tworzyć sobie w Korei jedną spójną tożsamość – ona tam przyjeżdża zabijać ludzi, nie jako szpieg, absolutnie nie musi utrzymywać żadnych pozorów normalności poza sytuacjami, kiedy miałoby to pomóc dotrzeć do celu.

Okej, czas na dowcip.

Agent k-popiarzy wiedział, że zabójcy, zamieszawszy cukier, zostawiają łyżkę w szklance z herbatą. Chcąc sprawdzić Alyssę, zaprosił ją na herbatę. Alyssa wsypała cukier do szklanki, zamieszała, wyjęła łyżeczkę, położyła ją na spodeczku, po czym pokazała agentowi język.

To jednak nie koniec fragmentów ukazujących ogarnięcie Alyssy. Niestety, tutaj powracamy do Gildii i, co jest zdecydowanie gorsze, mamy kolejną scenę z Erykiem.

Otóż, pomyślałby ktoś, że zabicie przez Alyssę trzech kolegów z Gildii spowoduje jakąś reakcję wśród mieszkańców, inną niż oficjalna kara. I owszem, ktoś by pomyślał, ale nie Alyssa. Dopiero Eryś ją uświadamia, że jeden z trupów był partnerem zabójczyni o imieniu Waleria – mam głupie wrażenie, że znajomość tego faktu nie ma nic wspólnego z tym, że Eryś jest bardziej ogarnięty, a raczej zainteresowaniem czymkolwiek chociażby luźno powiązanym z seks, dupa, cipa, chujek, ruchanie.

W każdym razie Alyssa reaguje spuszczeniem tamtej wpierdolu, rzucając przy okazji, żeby „nigdy więcej nie dotykała jej własności”.

Ciekawe, czy później będzie chciała coś z Avonu.


10.

Szybka errata do części poprzedniej – można było odnieść wrażenie, że Alyssa obiła drugą zabójczynię bez powodu, bo zapomniałam dopisać, że tamta kopnęła jej szczeniaka… znaczy, niewolnika Oliwiera. W Gildii najwyraźniej stosuje się subtelną logikę dresów z ósmej klasy – jak ktoś podpadnie, to idzie się bić młodszego brata z drugiej ce.

Aha – mogliście tego nie zauważyć, ale mamy już jedną czwartą książki, a Alyssa do tej pory uczestniczyła w sezonie ogórkowym, będąc w zasadzie jedyną postacią kobiecą wymienioną z imienia. Jeśli przypominacie sobie, że gdzieś tam była jeszcze jakaś Mila – otóż to była zmyłka, Mila to też Alyssa, tylko że sprzed kariery w Gildii. W skrócie, zamordowali jej rodziców i porwali adoptowanego brata, a potem zgarnął ją arcyszachista Król Zabójców. Jest sugestia, że za tym wszystkim stał jakiś seryjny morderca (za zabiciem rodziców, nie za Królem).

W każdym razie, zabójczyni Waleria, której rolą było oberwanie od wkurzonej Alyssy to druga kobieta w książce, całe szczęście jednak, sytuacja szybko ulega poprawie, ponieważ do Alyssy przyjeżdża psiapsióła z Ameryki.

Psiapsióła jest córką króla Gildii Amerykańskiej (a jakże), nazywa się Olimpia i posiada zdolności intelektualne cegły.
Pozwólcie, że wkleję cały fragment:

– […] Wiesz, jak zniszczyły mi się dłonie od trzymania łopaty? Wisisz mi za krem!
Na dowód zamachała rękami przed oczami Alyssy, by zaprezentować gamę zniszczeń dłonie były jedwabiście gładkie z perfekcyjnie wykonanym manicurem.

– Wyjaśnij mi na spokojnie, o czym mówisz, bo nie rozumiem.

– No tak, zapomniałam, że zaprzyjaźniłam się z idiotką, przez którą musiałam przekopywać ziemię jak jakiś rolnik i to w środku cholernej zimy! To bardziej przypominało odśnieżanie niż kopanie!
– Chcesz mi powiedzieć, że próbowałaś mnie wykopać spod ziemi? – zapytała Alyssa z niedowierzaniem.
Dziewczyna przytaknęła.

– Czekaj… Myślałaś, że zakopali mnie w ziemi na trawniku przed Gildia? Wpatrywała się w nią szeroko otwartymi oczami.
Tamta ponownie przytaknęła. Alyssa nie potrafiła dłużej wstrzymywać śmiechu.

– Z czego się cieszysz, idiotko? – Gdyby jej spojrzenie mogło zabijać, Alyssa padłaby trupem. – Powiedzieli, że Darius zakopał cię pod ziemią.

– Tak, ale nie chodziło o wykopany w pośpiechu dół i pogrzebanie żywcem, tylko o małą podziemną celę pod lochami.
Dziewczyna zamilkła, przyswajając słowa zabójczyni. Wcześniej nie przyszło jej do głowy, że przeżycie pół roku pod ziemią wymaga dostępu tlenu, wody i choćby minimalnej dawki jedzenia. Nieświadomie pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Okej, to ma więcej sensu. Cholerni Europejczycy zawsze mają cholerne lochy. Co jest z wami nie tak?

Powiem absolutnie szczerze, że gdyby nie stwierdzenie wprost, że nasza nowa bohaterka jest zbyt głupia aby zorientować się, że ludzie nie przeżyją zakopani w ziemi, podejrzewałabym ją o mistrzostwo szachowe przewyższające o co najmniej jeden wymiar to, co robi Król Zabójców. Bo nie ukrywajmy, na tle konspiry, co odwalała się w tej książce, założenie Olimpii jest dokładnie tym, czego bym się spodziewała po arcyszachiście Królu.

Na szczęście narracja sprecyzowała, że Olimpia po prostu jest idiotką. Aha, jest też wytrawną hakerką (mając przy tym 17-18 lat) i chyba pojawienie się Olimpii jest znakiem, że oto zaczyna się zbieranie drużyny do heistu… znaczy, zabijania ludzi w Korei.

Słodki Jezó, właśnie mi przyszła do głowy przerażająca perspektywa… a jeśli oni zechcą zabrać tam także Eryka? Do tej pory miał dwie sceny i to już o dwie za dużo. Oddam autorce sprawiedliwość, że Alyssa też uważa typka za obleśnego i żenującego, problem w tym, że absolutnie nic z tego nie wynika. Eryk jest żenujący i obleśny, Alyssa mu mówi, że jest żenujący i obleśny i żeby przestał, Eryk nadal jest żenujący i obleśny. Wizja znoszenia tego trochę nie pasuje do osoby, która jest skłonna wdać się w publiczną bójkę z inną zabójczynią i co prawda przyznaję, że przewinienia Walerii były większe, jednak Eryś wywołuje takie swędzenie pięści, że wszystkie kobiety w Gildii powinny mieć spuszczenie mu wpierdolu wpisane do tygodniowego grafiku.

Wracamy jednak do Oliwiera tłumaczącego koreańskie dokumenty. Otóż historia idzie tak – ojciec arcyszachisty Moona, pan Park, był handlarzem bronią. Jako prawdziwy Janusz biznesu postanowił sprzedać jedną partię dwa razy – raz Somalijczykom, spod lady, drugi – Afgańczykom, oficjalnie. Nie jestem specjalistką od praw związanych z eksportem broni, jednakże coś mi świta, że zarówno Somalia, jak i Afganistan objęte są sankcjami międzynarodowymi, Park powinien więc beknąć za sam fakt, że tę broń sprzedał.

Ale nie o to chodziło w aferze. Otóż broń do Somalii nie dotarła, więc jak przystało na porządnych obywateli, Somalijczycy zgłosili fakt nieotrzymania broni palnej do koreańskiego wymiaru sprawiedliwości. Co prawda nie wiem, kogo z kilku stron walczących w wojnie domowej miał zaopatrywać Park, aczkolwiek uważam, że wizja reprezentacji Państwa Islamskiego występującej w sądzie w sprawie o niewysłanie im karabinów działa najlepiej na moją wyobraźnię.

W każdym razie, znaleziono dokumenty potwierdzające, że Park sprzedał broń dwa razy, Park twierdzi, że z Afganistanem się w ogóle na nic nie umawiał i dokumenty są podrobione. Sprawa trwa, naszemu Januszowi grozi 25 zł grzywny lub 60 000 lat więzienia, firma upada, Park w końcu ginie – jak wspomniałam kilka części temu, popełnia samobójstwo z żoną.
Warto zadać sobie pytanie – o chuj tu chodzi? Jak wiadomo, Alyssa ma zabić morderców Parka, arcyszachista Moon zapewnia ją, że ma dowody na to, że jego ojciec został wrobiony i zabity. Z dokumentów jednak w żaden sposób to nie wynika, że Park został wrobiony w cokolwiek, a co więcej – nawet jeśli był, to cholera wie, przez kogo, więc jak mniemam, Alyssa sobie musi sama zgadnąć, kto jest celem.

Prócz wspomnianych dokumentów w teczce od Moona znajduje się jedynie fotografia dwóch mężczyzn – Azjaty i jakiegoś typa w pakolu. Arcyszachista Moon twierdzi, że to spotkanie pracownika koreańskiego ministerstwa obrony z odbiorcą broni z Afganistanu, a jak wiadomo, jak najgenialniejszy z k-popiarzy tak mówi, to na pewno to prawda. A więc sprawa uratowana, co prawda Alyssa nadal nie zna celu, dowód jest mocno taki se, ale najwyraźniej to wystarczy, aby uratować wycieczkę do Korei.
Mam szczerą nadzieję, że to zdjęcie przedstawia losowego Koreańczyka na randce z jego chłopakiem z Islamabadu XD


11.

Kończymy księgę pierwszą, czyli tak jakby pierwszy akt książki.

Muszę przyznać, że na ten moment czysto strukturalnie autorka prowadzi powieść poprawnie pod względem rozwijania wątków, za to absolutnie płasko, jeśli chodzi o napięcie. Zauważyliście, czego brakuje do tej pory? Jakiegokolwiek mocnego akcentu czy zagrożenia pojawiającego się na tym etapie powieści.
Autorka postanowiła uderzyć w mocne tony w prologu, z tymi torturami i w ogóle, po czym kompletnie zaprzepaściła cokolwiek kilka stron później, bo to wszystko odbija się na Alyssie w stopniu absolutnie marginalnym. Na ten moment nie pojawiło się ŻADNE realne zagrożenie wymierzone w któregokolwiek z bohaterów, i nie chodzi mi tu nawet o zagrożenie życia, ale chociażby pozycji czy nawet jakikolwiek wstrząs emocjonalny. Najbliżej tego mamy słynną scenę z dziurą, obicie niewolnikowi mordy (co jest wykorzystywane do podkreślania empatii Alyssy, więc napięcie jest znikome) oraz flashbacki z Milą (tam jednak porwanie brata i morderstwo rodziców dzieje się poza kadrem).

Problem polega w dużym stopniu na tym, że autorka daje Alyssie jakąkolwiek sensowną motywację (spoiler – jej brat żyje, tych zabójców zamordowała właśnie z jego powodu) ZDECYDOWANIE ZA PÓŹNO. Bardzo długo nie wspomina o tym, czemu w ogóle Alyssa zabiła członków Gildii, kłopot w tym, że domyślanie się, czemu jedna ledwo znana postać zabiła trzy zupełnie anonimowe po prostu nie jest ciekawą zagadką w większości przypadków. Tak więc Alyssa przez 1/3 książki nie ma ŻADNEJ motywacji oraz ŻADNYCH bodźców wywołujących reakcję. Nie jest więc ani bohaterką proaktywną, ani reaktywną, jest całkiem bierna – robi to, co każe jej Król (idzie na randkę z k-popiarzami) oraz chce robić to, co jej zwykle każe robić Król (zabijać ludzi). W zasadzie jedyny bohater, który ma jakiś cel czy motyw to arcyszachista Moon – aczkolwiek tenże motyw (zemsta za śmierć rodziców) nie jest szczególnie eksplorowany.

Jak ktoś się uprze, może nazwać ten styl prowadzenia wątków character driven, tutaj jednak jest dokładnie jedna postać, wokół której kręci się wszystko, a każda inna jest zarysowana słabo i definiowana głównie poprzez relację z Alyssą.

Żeby nie było, że narzekam tylko – osobiście uważam, że chociaż cały wątek randki był niemożebnie głupiutki, tak postać arcyszachisty Moona była wprowadzona dobrze, z lekkim foreshadowingiem jego pozycji i interesu, który miał do Alyssy.

Księgę drugą zacznę, jak Legimi mi przetworzy płatność, bo książka mi znikła w trakcie czytania XD


12.

Wracam po przerwie do Gildii Zabójców. Zaczynamy Księgę Drugą.

Alyssa przybywa do Seulu. Podejmując się zlecenia w innym kraju najwyraźniej nie zatroszczyła się o jakiekolwiek rozeznanie – dopiero po wyjściu z samolotu orientuje się, że w stolicy Korei w sumie jest bardziej tłoczno niż luźno. Wraz z naszą zabójczynią przybywa cała jej drużyna – niewolnik Oliwier, Olimpia (córka króla Gildii Amerykańskiej) oraz kobieta o imieniu Braine. Pojawienie się tej ostatniej uświadomiło mi, że jakimś cudem udało mi się połączyć dwie bohaterki w jedno – to Braine jest hakerką, natomiast Olimpia… no, jest. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że o Braine wspomniano do tej pory dwa razy (sprawdzałam), a jej istnienie w sumie przekreśla jakikolwiek sens targania Olimpii do Seulu.

W sumie nie jestem pewna, czemu Olimpia w ogóle towarzyszy Alyssie. Nie robi tego na zlecenie króla własnej Gildii i jedynie sprawia, że nasz dream team się JESZCZE bardziej wyróżnia. Co prawda Seul to miasto turystyczne, jednak dodawanie kolejnych, ewidentnie nietutejszych ludzi do ekipy wydaje się być średnim pomysłem. Zwłaszcza, że oni chyba mają zamiar mieszkać w jednym domu – cudowna idea.

Muszę się też przyczepić – kupując tę książkę absolutnie nie dostajemy tego, co nam sugeruje tytuł, okładka, opis czy materiały promocyjne. I nie chodzi tu mi o żaden plot twist czy zabawę z oczekiwaniami, po prostu sięgając po Gildię Zabójców chciałam przeczytać historię o… no, zabójcach. I tak, Alyssa niby jest zabójczynią, problem w tym, że ten fakt na razie służy jedynie do powodowania zgrzytów w fabule. Widzicie, “Gildia Zabójców” prezentuje się jako dwie książki bardzo kiepsko sklejone w jedną. Pierwsza opowieść w zasadzie bardziej przypomina jakieś luźne notatki traktujące o Gildii Zabójców i służy w zasadzie tylko po to, aby dać bohaterom odpowiednio krawędziowe backstory.

Druga historia jest o czymś zupełnie innym – bohaterka poznaje k-popiarzy i leci rozwiązać zagadkę związaną ze śmiercią rodziców jednego z członków zespołu. Bo widzicie, niby Alyssa jest zabójczynią, ale jak na razie mamy mocną sugestię, że będzie przede wszystkim odwalać robotę detektywistyczną – de facto to ona musi ustalić, kto dokładnie stoi za morderstwem. Historia z zaginionym, porwanym przez seryjnego mordercę bratem Alyssy również jest na razie typowo thrillerowa i wcale się nie zdziwię, jeśli ten quest będzie bardzo sklejony z tą całą Gildią na ślinę.

Książka bardzo by zyskała, gdyby kompletnie wywalić z niej tych zabójców. Pozbyłaby się wtedy najgorszych problemów fabularnych, czyli tragicznych, acz bardzo płytkich backstory, lekko paskudnych implikacji moralnych (cały wątek Oliwiera), konieczności połączenia kiepsko wykreowanego świata Gildii ze światem rzeczywistym itd. Obawiam się jedynie, że wtedy powieść byłaby… no, mocno nijaka, bo bardzo widać, że ta Gildia jest tak naprawdę czymś w rodzaju protezy dla pacynek – ma generować sztucznie napięcie (tortury Alyssy, cała historia Oliwiera), osobowość bohaterów (bycie zabójczynią ma sprawiać, że Alyssa jest cool) i wytrychem pozwalającym na zniesienie ograniczeń typu „bohaterka potrzebuje nieograniczonej ilości pieniędzy i znajomości z hakerką”.

Wracamy jednak do czytania. Wreszcie wychodzi na jaw, czemu Alyssa zabiła tych ludzi z Gildii i, jak pisałam w poprzedniej części, ta zagadka została rozwiązana zdecydowanie zbyt późno. Poza tym – niezły śmieszek z arcyszachisty Króla Zabójców, nasłanie ludzi na zaginionego brata swojej najlepszej zabójczyni, doskonale wiedząc, że Alyssie bardzo zależy na odnalezieniu Dominika.

Alyssa prosi Braine o znalezienie aktualnej lokalizacji Dominika (próba zabójstwa odbyła się w Szanghaju). Najwyraźniej wychodzi z założenia, arcyszachista Król Zabójców po wpakowaniu jej do dziury w ziemi absolutnie nie kazał dokończyć roboty – jak już wiadomo od dawna, geniusz największego z szachistów może być niezrozumiały dla ludzi, którzy nie myślą w sześciu wymiarach.

Wspominając o osobach wybitnie inteligentnych, Alyssa spotyka się też z arcyszachistą k-popiarzem. Ten wydaje się zdziwiony, że zabójczyni, o której powszechnie wiadomo, że zabija tylko złe osoby – cały marketing usług Alyssy się na tym opiera – nie będzie zabijać bez dowodów, że ma do czynienia ze złymi ludźmi. Arcyszachista wysuwa więc argumenty „trust me, dude” i „tak było, nie zmyślam”. Poza tym, podoba mi się, że Moon twierdzi, że jego ojciec był uczciwym człowiekiem, dbał o ludzi w firmie i wypłacił solidne rekompensaty pracownikom po tym, jak przedsiębiorstwo splajtowało. Czyli – co prawda sprzedawał broń somalijskim watażkom, ale nie był Januszem biznesu.

Przy okazji, z timeline’u wychodzi, że Park sprzedawał broń w okolicach 2010 roku, czyli wtedy, gdy w Somalii panowała klęska głodu – spowodowana m.in. tym, że organizacje pomocy humanitarnej nie mogły dotrzeć do poszkodowanych przez suszę, ponieważ, zgadliście, panowała tam wojna domowa. Jednocześnie znowu muszę zrobić erratę, albowiem ewentualne wąty o brak dostawy karabinów nie mogło mieć wtedy Państwo Islamskie, bo wtedy kontrolę nad częścią terenów Somalii miała inna organizacja terrorystyczna, a mianowicie Al-Ka’ida. Co w sumie jest jeszcze śmieszniejsze, jeśli sobie uświadomimy, że do koreańskiego sądu mógł się zgłosić Osama bin Laden.

Moon tłumaczy Alyssie, czemu zatrudnił akurat ją. Otóż najwyraźniej przebieg poszczególnych zleceń zabójców dociera nawet do gwiazd k-popu, ponieważ przekonało go to, że Alyssa zwróciła zaginioną córkę rodzicom, chociaż jej robota miała polegać jedynie na zabójstwie porywaczy. Innymi słowy, Moon ją zatrudnił ze względu na miękkie serduszko. W ogóle nasz arcyszachista zdaje się nie ogarniać ewentualnych konsekwencji wynajęcia zabójczyni do zabójcowania, ale w tej książce ogółem przedstawienie ludzi niezwiązanych z Gildią jest… interesujące. Wszyscy k-popiarze z Moonem włącznie opisywani są naiwni, nieco dziecinni i niezdarni. U takiego Jaydena niezdarność jest podkreślana wiele razy, co jest o tyle ciekawe, że przecież k-popiarze muszą mieć zarówno dobrą formę fizyczną, jak i koordynację – treningi idoli są niesławnie wręcz wymagające.


13.

Autorka niespecjalnie wie, w jaki sposób przedstawić „normalnych ludzi”.

Pisałam to w poprzedniej części, ale powtórzę jeszcze raz, gdyż oto mamy event polegający na tym, że reszta zespołu… szpieguje spotkanie Moona z Alyssą. Nie z jakiegoś konkretnego powodu, po prostu dlatego, że najwyraźniej każda postać niepowiązana z Gildią Zabójców musi zachowywać się, jakby miała dwanaście lat, także dorośli faceci szpiegują kolegę z zespołu po prostu po to, aby wiedzieć, gdzie się szlaja i czy aby się z kimś nie spotyka. Gdyby chodziło o zwyczajnych facetów po dwudziestce, byłoby to… hm, trochę creepy, cały zespół k-popowy wykazuje jednak ekscytacje rodem z podstawówki na myśl o tym, że Moon mógł się umówić z – hehe – dziewczyną.

Alyssa wciska im kit o bogatej córce biznesmena, który przyjechał do Korei służbowo (taka jest oficjalna wersja wydarzeń, którą im serwuje od samego początku).

Dobra, porozmawiajmy o wątku romansowym. Wiadomo, że będzie, nie udawajmy, że nas to zaskakuje.

Książka po przeniesieniu akcji do Korei zaczęła mi nasuwać skojarzenia ze starutkimi opowiadaniami o Tokio Hotel. Jeśli ktoś jest za młody, aby pamiętać, albo za stary, aby to go obchodziło – Tokio Hotel było zespołem, który był niezwykle popularny w czasach, gdy akurat byłam targetem takich zespołów. W skrócie – czterech chłopaczków – bliźniaki Bill i Tom, dwóch jakichś innych, popularna wtedy stylistyka emo i tysiące opek na blogach na Onecie.

Opka o Tokio Hotel były w zasadzie własnym gatunkiem, a jako że pisały je głównie nastolatki w wieku 11-16 lat, obraz romansów głównej bohaterki z zespołem (zawsze o to chodziło, chyba że ktoś wolał aby chłopcy załatwili to pomiędzy sobą) był zazwyczaj pocieszny i naiwny. Często powtarzane schematy to:

  • członkowie zespołu z jakiegoś powodu mieszkają w jednym domu;
  • nie mają praktycznie żadnych obowiązków zawodowych, poza okazjonalnym koncertem co pięćdziesiąt rozdziałów;
  • Bill to ten wrażliwy, Tom – krawędziowy, ale bez przesady, reszta się nie liczy;
  • romans w stylu zupki chińskiej instant;
  • Bill i Tom konkurujący o główną bohaterkę;
  • dramy w stylu „bo ktoś coś powiedział, ale ktoś inny źle zrozumiał”
  • gra w butelkę.

I wiecie co? „Gildia Zabójców” zawiera WSZYSTKIE te tropy, prócz gry w butelkę. K-popiarze mieszkają razem i głównie się obijają, Alyssa do nich przychodzi, Jayden jest zazdrosny o Moona, Moon niby coś do heroiny czuje, ale nie do końca… Gdyby mi dać to wszystko bez kontekstu – autentycznie, nieironicznie powiedziałabym, że pisała to zdolna trzynastolatka.

Przy okazji, już od samego początku podejrzewałam, że „wybranym” będzie Jayden – głównie dlatego, że autorka angażuje zbyt wiele „przypadkowych” sytuacji z udziałem tych dwojga, aby było inaczej. Najpierw randka-nierandka, później – Jayden skręca kostkę, teraz natomiast zabiera Alyssie na jakiś streetfood. Powiedziałabym, że ten romans… nie jest tragiczny. Nie jest specjalnie fascynujący, bo – nie ukrywajmy – do tej pory Jayden nie był specjalnie ciekawą postacią. Nie, że jest całkiem pustą kartką, bo autorka przynajmniej stara się dać mu jakiś charakter, problem w tym, że na ten moment Jayden jest trochę arogancki, trochę niezdarny, wdaje się z Alyssą w przyjazne pyskówki i… to tyle. Powiedziałabym, że Jayden byłby okej, gdyby był postacią trzecioplanową. Nie jest jednak, co oznacza, że mamy obserwować romans tej wypasionej asasynki o pękatym backstory z kimś, kto niespecjalnie wykazuje się jakimikolwiek ciekawymi cechami.

I powiem szczerze, to można byłoby rozegrać dobrze, w końcu bycie „normalsem” ma też swoje zalety, a bycie superherosem względnie asasysem absolutnie jest wymogiem uczestnictwa w udanym romansie. Jednakże w tym wypadku niespecjalnie istnieją jakiekolwiek siły popychające tych dwoje do siebie inne niż imperatyw narracyjny – Jayden uwielbia Alyssę, tak samo jak reszta zespołu, bo tak. Nie to, że ten romans kłuje w oczy, w porównaniu z przemocowymi mężczyzna a’la Edward ze Zmierzchu czy Grey wątek z kimś, kto jest najwyżej trochę arogancki, ale ogólnie miły, to zdecydowanie krok w dobrą stronę.

No ale nie może być zbyt pięknie. Oczywiste jest, że Moon jest zbyt mało krawędziowy, aby robić za konkurenta o miłość Alyssy – jeśli masz w książce Gildię Zabójców (all Edge, no Point) drugi chłopak musi być właśnie stąd.

I tak absolutnie szczerze, jestem przekonana, że autorka ten wątek wymyśliła w 1/3 książki. Wspominałam o niejakim Kitsune, którego prawdziwe miano zdeklasowało w moim osobistym turnieju „najbardziej krindżowy dowcip związany z imieniem” Magi-chana (pozdro dla kumatych). Na razie śmiałam się głównie z imienia, bo niewiele więcej o typku można było powiedzieć, poza tym, że trochę taki chujek z niego wychodzi. Jednakże – na tym etapie książki nagle okazuje się, że:

a. Kitsune też jest w Korei, bo tak;
b. Autorka nagle zaczyna go opisywać w sposób mocno kojarzący się z fankami Darklinga z Shadow and Bone’, ogółem – ciemny, mroczny i sexy,
c. Piętnaście razy zostało powtórzone, że Kitsune wonie jaśminem;
d. Alyssa nagle ma z nim coś w stylu relacji love-hate;
e. Kitsune jest oczywiście mroczny, tajemniczy, małomówny i nikogo do siebie nie dopuszcza prócz samej Alyssy;
f. Poza tym jest trochę chujkiem (to już wiemy).

Problem z tą postacią jest oczywiście taki, że jak chcesz mrocznego bohatera i sexual tension z nim oraz ogólną krawędziowość, to nie nazywasz go Lee Sek pseudonim Kitsune. Przysięgam, ten bohater promieniuje tą samą energią, co Shadow The Hedgehog stojący z karabinem na szczycie budynku w deszczu, gdy w tle słychać „Bring me to Life”.

To tyle na dzisiaj. Prawie tysiąc wyrazów i niemal nic o fabule, chyba pandemia się szybciej skończy niż ta seria. 

Ciąg dalszy nastąpi


Podobała Ci się ta seria? Oto linki prowadzących do opcjonalnych form wsparcia, które pozwalają mi pisać częściej:

Całkiem poważna analiza mangi traktującej o pojedynkach na penisy

Całkiem poważna analiza mangi traktującej o pojedynkach na penisy

8人の戦士” to świetny przykład tego, że niekiedy subtelność może grać jedynie na niekorzyść dzieła. Oryginalny tytuł japoński oznacza po prostu „8-miu Wojowników” i bardzo niewiele mówi o zawartości. Na zachodzie próbowano też stosować tytuł alternatywny „The Chronicles of Pulau”, który po polsku pewnie zostałby przetłumaczony jako „Zapiski z Pulau” – to z kolei kojarzy się absolutnie z niczym, bo Pulau to wymyślona wyspa, na której dzieje się akcja. W końcu ktoś jednak uznał, że Japonia Japonią, tu rządzi biały człowiek, co takich subtelności nie lubi! Manga więc wyszła pod tytułem „Dick Fight Island”, ponieważ – oczywiście – każdy chciałby przeczytać coś o nazwie „Wyspa Walk na Chuje”.

(więcej…)
Nawet w fantazji seks nie jest za darmo

Nawet w fantazji seks nie jest za darmo

Chciałoby się napisać, że książka 365 dni zaczyna się sceną gwałtu, a potem jest tylko gorzej. Jednak – w pewnym sensie – to nieprawda. Widzicie, ja obstaję przy zdaniu, że to książka ciekawa. Po prostu nie w taki sposób, jaki miała na myśli autorka.

(tutaj uczciwie czytelników muszę ostrzec, że we wpisie będą obrazki luźno związane z omawianym tematem. To jest – seksem i BDSM. Luźno związane, bo bardziej ściśle by pasowały jakieś sceny przemocy domowej.)

Dla niezorientowanych – omawiana powieść jest promowana jako polska odpowiedź na Greya (zresztą, któraś już z kolei) połączona z “Ojcem chrzestnym” (co z kolei jest po prostu bzdurą). Opowiada o radosnych przygodach Polki o imieniu Laura, która została porwana przez mafijnego bossa o zaiste masywnym mieniu don Massimo. Akcja 365 dni należy do specyficznego gatunku, który nazywam thrillerem mimo woli. Chodzi w nim o to, że chociaż sama autorka twierdzi, że napisała coś w stylu romantycznego erotyka, tak naprawdę nie trzeba wiele zmieniać w treści, aby mieć opowieść o zwykłej kobiecie porwanej i gwałconej przez mafioza. Mafiozo cierpi na urojenia, przez co twierdzi, że rzeczona Polka jest mu przeznaczona. A skoro przeznaczona, to może sobie brać bez pytania, kto by tam się przejmował zdaniem samej zainteresowanej.

(pomijając wszelkie kwestie związane z jakością takiej literatury, we wszelkich podróbkach Greya zawsze musi występować dominujący w łóżku mężczyzna, jakby nie było żadnej innej opcji)

Autorka, Blanka Lipińska, przyznaje w wywiadach, że chciała stworzyć niezobowiązującą historyjkę erotyczną, która przełamie tabu dotyczące rozmawiania o seksie. Tu widzimy pierwszy problem. Otóż, ja uważam, że – uwaga – Polacy generalnie mówią o seksie, inna sprawa, w jaki sposób to robią. Polskie mówienie o seksie to sprośne komiksy na tablicy na Facebooku pań i panów w średnim wieku, wywołujące lekkie poczucie zażenowania wszystkich dookoła. Polski seks to pani w stringach przynosząca wodę Kubie Wojewódzkiemu w studiu na oczach setek tysięcy rodaków, to zbliżenia na dekolty aktorek w Świecie według Kiepskich, to w końcu – żarty o pierścionku w dupie z komedii romantycznych oraz perła humoru, szczyt osiągnięć cywilizacji w dziedzinie rozbawiania publiki: kabaret z chłopem przebranym za babę gadającym o, hehe, wibratorach.

Gdzie w tym spektrum rodzimych znajduje się 365 dni? Na szczęście, nie jest to podszyte wstydem heheszkowanie z samego aktu seksualnego. Innych plusów dodatnich – nie stwierdzono. W powieści pani Lipińskiej mamy do czynienia z bardzo niemiłą wizją rzeczywistości, wizją, w której pod pozorem romansu mężczyzna wykorzystuje kobietę, a kobieta wykorzystuje mężczyznę. I tak sobie razem tkwią w tym toksycznym bagienku przez ponad trzysta stron, a czytelniczka zastanawia się, z jakiego dokładnie powodu ma kibicować tej pączkującej patologii.

(podobno w tych bedeesemach ważne jest zaufanie do partnera, tego jednak nie uświadczymy tutaj) 

Zacznijmy jednak może od toksycznych zachowań ze strony głównego bohatera, bo są zdecydowanie prostsze do zdefiniowania. Massimo to typowy smalec alfa, dominujący zarówno w życiu, jak i w sypialni, bezwzględny, agresywny, pozbawiony szczątkowego szacunku do stawianych przez kobiety granic. Jest kłamcą – w trakcie trwania powieści kilka razy powtarza, że nie zgwałci Laury i jej nie wykorzysta, po czym pakuje jej się pod prysznic z gołym fiutkiem, aby nieproszony poocierać się niczym kundel Azor o nogę listonosza. Jest zaborczy, izoluje bohaterkę od rodziny, ba, grozi śmiercią matki i chłopaka, jeśli ta nie będzie robić tego, co on pragnie. Cała powieść jest zapisem sposobów upokarzającego przekraczania przez Massima kolejnych poziomów bycia zdegenerowanym małym kurwiem, włączając w to kłamstwo, że stosuje antykoncepcję, w nadziei że złapie Laurę na dziecko (!) czy wszczepienie jej w skórę GPS-a. Aha, jakby tego było mało, nasz bohater ciągle mówi swojej ukochanej, że “on ją nie pyta, on ją informuje”, co we mnie osobiście budzi chęć odpowiedzi “informować możesz mamę, że wolisz schabowe na obiad zamiast mielonych”.

Massimo uosabia ogólny problem, jaki mamy z męskimi postaciami w jakichkolwiek relacjach romantycznych. Otóż w tradycyjnej wizji męskości, im bardziej jesteś zaborczym małym kurwiem, tym bardziej ci zależy, a więc – jesteś lepszym kandydatem do związku. Takie przekonanie nie wzięło się zresztą znikąd. Policzcie sobie, ile razy w Starej Trylogii Gwiezdnych Wojen księżniczka Leia odmówiła Hanowi, ile razy powiedziała mu “nie”, zanim skończyli razem. Ile razy kobiety odmawiały Bondowi (a i tak kończyło się to sceną seksu), ile razy kobiece “nie” oznacza, że mężczyzna ma po prostu naciskać bardziej. Bo nachalność oznacza, że mu zależy. Wampir Edward wymontował z samochodu ukochanej silnik, aby nie mogła spotkać się przyjacielem. A więc zaborczość też oznacza, że mu zależy. W całkiem nowiutkiej kreskówce Final Space główny bohater – Gary – przez pięć lat codziennie wysyła kobiecie widzianej raz w barze wiadomości z więzienia, chociaż nie otrzymuje odpowiedzi na żadną z nich. Love interest Gary’ego widzi te wszystkie maile dużo później, te pięćset wiadomości wysyłanych jej przez jakiegoś obcego typa, i mięknie jej serduszko, że tak się stara.

A więc stalkerstwo także oznacza, że mu zależy.

(dodatkowo, w kolejnych “Greyach” kolejne autorki wychodzą z przekonania, że tym seks jest ostrzejszy, im bardziej mężczyzna nie szanuje bohaterki i jej “nie”.  A przecież w życiu jest dokładnie odwrotnie, większość ludzi musi ufać komuś, aby dać mu się związać, batożyć porem i podduszać za pomocą kebaba w sosie ostro-kwaśnym)

A to bardzo ważne, bo – również w ujęciu tradycyjnym – wartość kobiety zależy od tego, jacy mężczyźni i jak bardzo się o nią starają. A więc Massimo – gwałciciel, kłamca, zaborczy kurw i jeden z najmasywniejszych śmieci, jakie widziała literatura, jest wręcz facetem idealnym.

Co jednak sama Laura ma ze związku z Massimem? Co sprawia, że w ogóle jej się to opłaca, prócz zakorzenionego w kulturze przeświadczenia, że nasz Massimo ideałem jest, i jak nie zachwyca, jak zachwyca?

Widzicie, tradycyjnie seks jest czymś, co kobieta “daje” mężczyźnie w zamian za określone zasoby. Nierzadko są to zasoby, których wcześniej została przez społeczeństwo pozbawiona – chociażby zdolność samodzielnego utrzymania się na sensownym poziomie, coś, co przez wiele wieków było domeną nielicznych kobiet. Współcześnie seks, a także granie własną atrakcyjnością seksualną i kobiecością, nadal jest tym, co kobieta “wymienia” na inne fanty – od dziewczynek zwolnionych z pytania na lekcji polskiego za założenie spódniczek, po poświęcanie się “dla niego” w związku za gratyfikację emocjonalną. Zwłaszcza to ostatnie bywa zgubne – atrakcyjne dziewczyny szybko uczą się, że ich ciało i seksualność jest pierwszym możliwym produktem do wymiany na popularność, adorację, prezenty.

W 365 dniach mamy właśnie taką, konserwatywną, wizję kobiecości. Niby książka jest o seksie, ale tak naprawdę – o wymianie seksu i fizycznej atrakcyjności na zasoby. Laura Biel za seks i podobieństwo do wyśnionej Pani Massima dostaje złote kozaczki od Gucciego, którymi może szpanować przed rodziną. Nic dziwnego, że w takiej wizji rola mężczyzny jako obiektu seksualnego jest dość bierna – tak, Massimo jest opisywany jako przystojny i z kutasem, którego może używać zamiast węża strażackiego, jednakże bynajmniej nie jest uwodzicielski i robi też niczego świadczącego o tym, że chciałby być dla Laury atrakcyjnym partnerem seksualnym. Po co miałby to robić? Przecież zasypał ją pożądanymi zasobami.

(Nawiasem, Lufycer jest serialem bardzo ciekawym, gdyż główny bohater robi w nim rzecz zarezerwowaną prawie wyłącznie dla kobiet – wykorzystuje własną seksualną atrakcyjność i popęd innych, aby zbierać fanty. Ale jest diabłem, to mu wolno)

Natomiast w realnym świecie autorka powieści pozuje półnago do CKM-u (tego samego pisma, którego “mądrości” obśmiewałam tutaj) ze swoją książką. A więc – pokazanie piersi za reklamę, seks za zasoby, koło się zamyka. W całym tym cyrku nie ma miejsca dla kobiet wykorzystujących seksualność dla własnej satysfakcji. Głównie dlatego, że stawiałoby to mężczyzn na bardzo nielubianym przez nich stanowisku obiektu seksualnego, sytuacji, w której nie możesz tak po prostu seksu kupić za złote kozaczki czy pogłaskanie po głowie.

Dość symptomatyczna jest scena w samej książce, w której jedna z bohaterek – chyba matka Laury, nie każcie mi sprawdzać – ma wątpliwości wobec narzeczonego córki. Matka Laury jest świadoma, jak pokaźnych rozmiarów skurwielem jest Massimo, wszystkie wątpliwości wnet zostają rozwiane. Gdy tylko widzi, jakie prezenty dostaje jej pociecha, natychmiast zmienia zdanie.

To kolejny poziom toksyczności – traktowanie relacji dwojgiem niby zakochanych ludzi niczym transakcji między prostytutką a klientem, jedynie pozbawionej potępienia ze strony otoczenia. Wręcz przeciwnie, Laura może liczyć na podziw i szacunek rodziny czy znajomych. Bo ją Massimo obsypuje tymi kozaczkami, drogimi samochodami, kompletami bielizny. Jednocześnie dziewczyna sprzedaje się w znaczeniu pełnym i niepodważalnym, to nie jest czysta, uczciwa transakcja, w której klient kupuje usługi seksualne, Massimo kupuje całą Laurę, wyłączność do jej ciała, do jej życia, do kontrolowania, z kim się spotyka, w końcu, do traktowania jej jako inkubator, który można zapłodnić bez pytania o zdanie.

Z zachowania Laury emanuje jednak bardzo przykre przeświadczenie, że  transakcja jest tego warta. Nie tylko z powodu korzyści materialnych, ale nade wszystko z uwagi na podziw wszystkich dookoła, według których wyrwanie faceta z masywną platynową kartą oraz ładną twarzą jest absolutnie największym życiowym sukcesem, jaki może przypaść w udziale kobiece.

I to jest niewyobrażalnie smutne.

(Autorka 365 dni chwaliła się, że w następnej książce najostrzejsza scena będzie zawierała Laurę – pardon – wsadzającą Massimowi palec do dupy. Wiadomo bowiem, że facet posiada Święty Odbyt, a wsadzanie w niego czegokolwiek, nawet palców cycatej blondyny, prowadzi do strasznej rzeczy, tj. zgejenia. BTW, na tym gifie powyżej nie ma ani jednej kobiety)

W tym całym korowodzie przebrzydłości, seks wydaje się najmniej ciekawy. Owszem, jest opisany dość wulgarnie. Owszem, on nie szanuje jej granic, ale ona jest napalona niczym fani Star Wars przed premierą The Force Awakens, więc finalnie nie ma to znaczenia.

Osobiście uważam jednak za nieporozumienie, że Laura opisywana jest jako kobieta wyzwolona, tylko dlatego, że ma zasygnalizowane jakieś tam potrzeby seksualne, masturbuje się wibratorem i lubi (pseudo) BDSM. Zdawanie sobie sprawy z istnienia własnej seksualności to dobry start, ale zauważymy jedno, a mianowicie: nie ma już roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego. To, jak chcemy realizować się w seksie jest równie ważne, jak to, w jaki sposób nie chcemy tego robić. Jeżeli partner nie szanuje naszego “nie”, wymusza, manipuluje, ignoruje hasła bezpieczeństwa, stalkuje, ogranicza – brak zgody na tego typu zachowania nie sprawia, że jesteśmy “zbyt waniliowe” lub “za mało wyzwolone”. Wręcz przeciwnie, to taka Laura, znosząca wszelkie wyskoki Massima, której jedyną reakcją jest okazjonalne walnięcie go w twarz – czego nikt nie bierze na serio, a bohater robi dalej swoje – jest postacią fałszywie wyemancypowaną. I kończy, wtłoczona w scenariusz jak z koszmaru, wrobiona w dziecko ze swoim katem.

To ja już, kurna, czasem wolę dowcipy o chłopie przebranym za babę.

Roboty późnego kapitalizmu

Roboty późnego kapitalizmu

Dżizas, jakie te Detroit: Become Human nierealistyczne. Aż zęby mi szczękały na widok tego, co się dzieje na moim ekraniku.

Dla niewtajemniczonych, czyli osób niebędących fanami gier oraz, tfu, pececiarzy, Detroit: Become Human to świeży, tegoroczny twór produkcji Quantic Dream. Twory tego studia słyną z bycia czymś pomiędzy grą właściwą, a interaktywnym filmem. Fani japońskich visual noveli zapewne nazwaliby ten styl “VN, ale z wielkim budżetem i elementami przygodowymi”. Samo Detroit: Become Human opowiada o strasznej przyszłości roku 2038, w której powszechna sztuczna inteligencja w postaci androidów jest i wyzyskiwana przez paskudnych millenialsów i jeszcze gorszą Gen Z. 

Jestem Connor, wysłana przez Cyberlife alegoria wszystkich prześladowanych mniejszości, jakie znasz.

Można o tej grze powiedzieć dużo. Można zauważyć, że to dość typowa historia o należeniu do prześladowanej grupy napisana przez przedstawiciela grupy, wiadomo, najbardziej prześladowanej, jaką są biali mężczyźni europejskiego pochodzenia z klasy wyższej średniej. Że Detroit trochę tak brakuje zrozumienia tematów, jakich się podejmuje. Że walnięcie gracza po oczach piętnastoma nawiązaniami do Holokaustu oraz dwudziestoma do niewolnictwa i segregacji rasowej, niekoniecznie oznacza, że gierca nabiera gnębi.

Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że jeśli kopniesz swoją Roombę, nie oznacza to, że zasługujesz, aby Cię zadźgała gdy śpisz. 

Skynet jest blisko.

Ja jednak nie o tym. Chciałam jedynie zauważyć, z jak bardzo nierealistyczną wizją robotów mamy do czynienia. I odsuńmy na bok roboholokaust. Są ważniejsze kwestie.

Mamy rok 2038, co oznacza erę bardzo późnego kapitalizmu. Ja więc zadaję pytanie – gdzie abonamenty na te androidy? Gdzie lootboxy? 

Powiem Wam, jak by to naprawdę wyglądało w roku 2038. Najpierw kupujesz tego swojego robota. Ale to tylko podstawka, więc w zasadzie właśnie nabyłeś bardzo drogą cegłę w kształcie człowieka. Cegła nie zrobi niczego, dosłownie niczego, dopóki nie wykupisz abonamentu albo nie wykonasz mikropłatności. No dobra, robisz to. Teraz masz już swojego androida sprawnego, tak?

Dokonaj płatności zbliżeniowej, aby odblokować opcje Premium.

Jeśli tak pomyślałaś – przykro mi, nie umiesz w późny kapitalizm. Chcesz, aby twój robot od wynoszenia śmieci zmył też gary? Abonament, który wykupiłaś, jest za niski. Albo bierzesz wyższy, albo – SPECJALNA OKAZJA – dziesięć rundek ze śmieciami za jedynie 10,99$, jako jednorazowa płatność.

Później, wiadomo – jak roboty, to musi pojawić się temat seksu. Jesteśmy gatunkiem, który w jakiś sposób jest w stanie uznać dmuchaną lalkę z połączenia plastiku z azbestem za atrakcyjną partnerkę seksualną, więc nie po to kupujemy androida, aby darzyć go uczuciem platonicznym. Ale – stop. Tak nie wolno. I nie, nie dlatego, że mamy do czynienia z zaawansowaną sztuczną inteligencją, którą wypadałoby zapytać o zgodę w kwestii naszych erotycznych poczynań. Po prostu – opcja seksbota kosztuje i to raczej sporo. Nie ma tak, że sobie poruchamy, a prezes Cyberlife’u za to nie dostanie naszych pieniążków. 

Na szczęście, jak kogoś nie stać, to mamy lootboxy. Szansa, że wylosujemy usługi seksualne jest mniej więcej równa szansie na to, że wysłana przed dekadami w kosmos Tesla zawróci wokół Saturna i walnie nas w czoło przy przechodzeniu przez pasy. Ale Cyberlife nie ma obowiązku, aby o tym informować. Studenci wykupują więc lootboxy pasjami, z nadzieją, że wreszcie wypadnie obciąganie. 

Jednak zawsze wypada opcja wyprowadzania psa na spacery czy gra w szachy.

Próbujesz odblokować… co?

Jeśli android w fabryce dostanie szału i zacznie zabijać ludzi dookoła, nie licz na to, że go odstrzelą. Pomiędzy niebezpieczną maszyną a oddziałem uderzeniowym stanie właściciel androida, z wrzaskiem, żeby tylko go nie uszkodzić, bo był cholernie drogi.

Nie wierzycie? Autor sci-fi David Langford już dawno stworzył bardziej aktualną wersję praw robotyki Asimova. Brzmią one:

Robot nie może działać na szkodę Rządu, któremu służy, ale zlikwiduje wszystkich jego przeciwników
Robot będzie przestrzegać rozkazów wydanych przez dowódców, z wyjątkiem przypadków, w których będzie to sprzeczne z trzecim prawem
Robot będzie chronił własną egzystencję przy pomocy broni lekkiej, ponieważ robot jest „cholernie drogi”.

Na pocieszenie jednak napiszę, że w takim wypadku przynajmniej nie czeka nas roboapokalipsa.

Złośliwe puchy dup nie ruszą, dopóki im nie zapłacimy. 


W przyszłości jak dzisiaj – Twoja pensja będzie sponsorować obleśny szlafrok typowi zarabiającego kilkanaście milionów więcej od Ciebie

//a tu mamy link do funpaga

Fikaton 2018, czyli siedem fanfików w cenie jednego

Fikaton 2018, czyli siedem fanfików w cenie jednego

Mam głupie wrażenie, że każda lista w stylu “Jak mieć popularnego i profesjonalnego blogaska” powinna zaczynać się od punktu zero, wyglądającego mniej więcej tak:

0. NIE WRZUCAJ NA NIEGO GAYFURRY FANFIKÓW ZE STARŁORSÓW, DO JASNEJ ANIELKI.

Jednakże, powiedzmy sobie szczerze – czy mi zależy na maniu profesjonalnego i popularnego blogaska? 🙂 Oto więc szereg niewielkich fanficzków, popełnionych na wyzwanie literackie na forum Mirriel. Konkretnie, wyzwanie polegało na napisaniu siedmiu tekstów – po jednym dziennie – do odpowiednich promptów. Wszystkie moje ficzki osadzone są w uniwersum Gwiezdnych Wojen, sześć traktuje o tradycyjnej więc, szesnastoletniej Mary Sue, jeden dodatkowy to… no, chyba się już domyślacie.

I jak pisałam na fanpage’u – gdy jesteś w gimnazjum i piszesz fanfiki o szesnastoletniej Mary Sue w Gwiezdnych Wojnach i jej czworokącie miłosnym, jesteś grafomanką. Gdy masz lat dwadzieścia pięć – są to opowiadania retro-ironiczne.

Miłego czytania.

*

JEDEN

W rodzinie Tarkinów od pokoleń panowało przeświadczenie, że nic tak nie kształtuje charakteru jak Żerowisko. Od wieków spoczywały tam szczątki tych, którzy najwyraźniej nie zostali ukształtowani dostatecznie dobrze, aby podołać wyzwaniu. Z pewnością wypadkom służyło przeświadczenie, że dzieci są jak kości – młode można dowolnie powyginać i odkształcić pod odpowiednim naciskiem, starsze kończyły jedynie połamane i bezużyteczne.

Każdy więc, kto miał w żyłach chociaż kroplę tarkinowej krwi, wysyłał synów i córki na Żerowisko, aby zakosztowali szkoły życia. Dobra, rodzinna tradycja.

Nikt nie narzekał.

Na Żerowisku można było spotkać komary wielkości pięści i bestie mogące człowieka rozpruć, stratować, zatruć jadem czy oślepić kwasem. Czasami w głuszy ukrywali się piraci.

Gdy młody   dziesięcio- czy jedenastoletni Tarkin z asystą starszego krewnego upolował pierwszą zdobycz, miał obowiązek wyrwać jej wątrobę i skosztować na surowo. Mięso było zazwyczaj obrzydliwe i później się od niego wymiotowało, ale znowu nikt nie narzekał. Był to wielki honor, znak statusu. Oznaka, że się było lepszym od miękkich ludzi ze Światów Jądra, którzy nie przeżyliby jednego dnia bez udogodnień zaawansowanej techniki. Lepszym od pospolitych mieszkańców Eriadu, żyjących w ciągłym strachu przed Żerowiskiem. A bycie Tarkinem zawsze, ale to absolutnie zawsze wymagało bycia lepszym.

Arana uznała, że jeśli tak wygląda honor, to nie chce mieć z nim wiele wspólnego.

— Nie włożę tego do ust — stwierdziła z obrzydzeniem. Wątroba przelewała się jej przez palce, oślizgła i parująca. Zwierzę, które dziewczyna upolowała, jeszcze żyło. Leżało u jej stóp, na wpół wypatroszone. Jego ciałem wstrząsały drgawki. Wokół stało dwunastu uzbrojonych mężczyzn, rozluźnionych i zadowolonych. Jeszcze przed chwilą chwalili Aranę, jak bardzo jest podobna do dziadka.

— Wobec tego wrócimy, po czym powiesz swojemu ojcu, jak wielką porażką się okazałaś — stwierdził Aaro, krewny Arany w drugiej linii i formalny przywódca wyprawy.

Dziewczyna chwilę memłała wątrobę w palcach. Była za stara na pierwszą wyprawę na Żerowisko. Dzieci Tarkinów trzeba było kształtować szybko, zanim ich osobowość zastygała dzięki rodzinnej upartości. Na nieszczęście Arany, miała starszego brata, który swojego czasu polował w tym samym miejscu i z dumą przeżuł swoje mięso. Młodego Sheeva jednak zabiła Rebelia. Pozostawił po sobie jedynie aspiracje rodziców, które ktoś musiał przejąć.

Arana miała już niemalże piętnaście lat. Zbyt wiele, aby kształtować ją bez konieczności łamania.

Wypuściła trofeum z dłoni, czując jak całe jej ciało zastyga z przerażenia przed tym gestem nieposłuszeństwa. Och, jak dobrze by się poczuła, gdyby teraz dostała w twarz od Aaro za ten bunt, gdyby mogła mu oddać w imię własnej niezależności. Całym duchem szykowała się do walki, czując podniecenie, którego nie doświadczyła podczas polowania.

Aaro jednak nawet na nią nie spojrzał. Dobił konające zwierzę, zepchnął truchło z drogi. Dał znak, że wracają do Eriadu City.

Nikt nigdy już o tej wyprawie nie wspomniał.

Arana czuła się, jakby ktoś zabrał jej cel, w który zamierzała uderzyć.

A Tarkinowie bardzo, bardzo potrzebują celu, który mogliby zniszczyć.

*

DWA

W rodzinie Arany szanowano prawo do prywatności. Ani ojciec, ani matka prawdopodobnie od czasu narodzin nie widzieli jej nago czy w negliżu. Nigdy nie przekroczyli progu sypialni córki, tak samo jak i ona nie miała wstępu do ich prywatnych pomieszczeń. Żaden Tarkin nie pokazuje się nikomu a przynajmniej nikomu cokolwiek znaczącemu w koszuli nocnej, nieuczesany, niedysponowany czy w jakikolwiek sposób nieidealny. Nawet przed najbliższą rodziną nie pokazuje, że jest po prostu ludzki.

Dziewczyna więc nie miała towarzystwa przy swoim niewielkim hobby. Owszem, rodzice ufundowali jej warsztat, uznając grzebanie w starej artylerii i odrzuconych projektach kolejnych Gwiazd Śmierci za bardzo rozsądne zainteresowania. Oczywiście, nie była to ścieżka kariery, jaką Arana miała podążać, ale jeśli jakimś cudem skonstruowałaby coś pożytecznego, jej matka byłaby skłonna natychmiast przyklepać projekt.

Całe zastępy droidów i manekinów ginęły w jej warsztacie. Arana bowiem z zapałem majstrowała przy wszystkim, co strzelało, wybuchało, cięło czy miażdżyło. Lubiła moment, w którym godziny planów dają widoczny efekt. Lubiła uczucie konstruowania czegoś całymi dniami i kilka ekscytujących sekund destrukcji.

W swoim zapale nie znała umiaru.

Cieszę się, że nie jestem człowiekiem powiedział droid bojowy B1, będący aktualnym towarzyszem Arany. Został odświeżony i przeprogramowany. – To wygląda bardzo… wonnie.

– Śmierdzi jak Wookiee – poprawiła go Arana, która nigdy nie widziała na żywo Wookieego.

Cała hala była zajęta przez wybebeszonego purrgila, szerokiego na dwa i pół metra, długiego na piętnaście. Purrgil, dzięki Aaro, miał w głowie dziurę, do której mógłby wejść i schować się  dorosły mężczyzna, o ile oczywiście nie przeszkadzałby mu fragmenty zimnego mózgu.

Nie do końca jestem świadomy, co ma pani zamiar z tym zrobić kontynuował droid.

Uczę się. Te stworzenia żyją w przestrzeni kosmicznej, wezmę więc skórę, kości i tkankę, aby przeprowadzić kilka testów. Zeskanuję ciało do symulacji. Natura zawsze jest świetną inspiracją.

Zrobi pani z tego stworzenia… pancerz? Projekt jednostki? Ten osobnik wygląda groźnie, jakby tak człowiek wszedł do jego gardła, to pewnie przeżyłby nawet mocny ostrzał, gdyby nie gazy, które… Nie, to zły pomysł. Ale ciekawy. Chyba istniała taka powieść, o Twi’lekance, purrgilu i piracie, w której purrgil połyka pirata, a jego żona spieszy mu na pomoc…

Arana uśmiechnęła się. Była to jedna z tych republikańskich, ckliwych historii, w których zaczytywała się przed snem i których prawdopodobnie nie powinna posiadać. Miały jednak wartką akcję oraz wiele ilustracji z półnagimi przystojnymi mężczyznami, a Arana była nastolatką. Jakkolwiek Republika była tworem żałosnym, na pewno lepiej rozumiała niektóre ludzkie potrzeby.

Droid miał wgrany jeden ze zmodyfikowanych republikańskich protokołów dyplomatycznych, przez cały dzień więc umilał pracę Aranie opowiadając historie o dzielnych rycerzach Jedi i przemytnikach o złotym sercu. Gdy purrgil został zeskanowany, a jego ciało – pocięte na niewielkie części, dziewczyna była spocona i cuchnąca, ale wybitnie zadowolona. Podeszła do swojego towarzysza.

Włącz program kontrolny.

Droid natychmiast zamarł, jakby został wyłączony, zgięty w pół w nienaturalnej pozie, w momencie, gdy właśnie opowiadał kolejną anegdotę.

Dezaktywuj funkcje konwersacyjne. Tylko podstawowe informacje.

Arana poszła pod prysznic, myśląc przy tym o przystojnych, młodych mężczyznach. Wróciła ubrana w pancerz, ciągnąc za sobą poprzedni projekt niewielkie działko pulsacyjne. Droid czekał na nią tak, jak go zostawiła, w zupełnym bezruchu.

Po zakończonych testach Arana wgrała ten sam protokół kolejnemu droidowi, ograniczając jednak trochę poziom gadulstwa. Uznała, że zbyt duża liczba wesołych historyjek z Republiki może odciągnąć ją od pracy.

(purrgile to wielkie walenie z mackami, które żyją w kosmosie. pamiętajcie — cokolwiek głupiego wymyślicie do fanfika, kanonicze pomysły są głupsze)

*

TRZY

Tarkinowie zawsze gardzili Devrimem za skłonności do bezcelowego okrucieństwa. Może dlatego, że była to skaza, którą niemalże każdy z rodu posiadał, a praktycznie wszyscy potępiali. Devrim Velari jednak, ten wżeniony w rodzinę coruscancki pętak, uznawał swoje okrucieństwo za chwałę i spodziewał się uznania. Przez dwadzieścia lat nie zorientował się, czemu nikt mu nie przyklaskuje.

Weźmy na przykład tę nieszczęsną wojnę z Chissami. Wszyscy byli zgodni, że niebieskich skurwesynów należałoby ustawić do pionu, trochę postraszyć, zrobić zaplecze z ich planet, wziąć sobie co lepszą technologię i zostawić resztę, niech żyją ku chwale Imperium. Velari jednak, wielkie admiralisko pnące się po szczeblach kariery po trupie teścia, wolał wybić ich niemalże do cna, by potem szczerzyć zęby na bankietach, że zrobił drugi Alderaan. I znowu zdziwiony, że nie spotyka się z wiwatami z powodu tak bezsensownego strategicznie posunięcia.

Nikomu nie imponowało ściganie niedobitków, bezsensowna gonitwa Gwiezdnego Niszczyciela za małymi stateczkami. Ani to, że gdy chissański dowódca błagał na kolanach o życie swoich ludzi, Velari dobił ich wszystkich, zostawiając jedynie grupkę cywili, którą można było opchnąć Huttom, gdy cena niewolników tego gatunku poszybowały w górę dzięki największemu z admirałów, słońcu Imperium, najgorszemu taktykowi, jaki został wypuszczony kiedykolwiek z Akademii. Gdy jednak darował życie temu nieudolnie dukającemu błagania w basiku Chissowi, tylko po to, aby ten usługiwał mu przy stole, wszyscy byli już pewni – ten facet skończy zadźgany we własnym łóżku.

Devrim jednak, wbrew pozorom, nie był głupi. Przynajmniej nie w tradycyjny sposób. Codzienny widok przepełnionych nienawiścią oczu pokonanego wroga wzmagał u niego czujność. Zapowiedział swojemu niewolnikowi, swojej nowej zabawce, że jeśli chociaż piśnie w nieodpowiedni sposób, zginą nawet te smętne niedobitki jego rasy. Za każdym więc razem, gdy Chiss nalewał mu alkoholu, układał ubrania czy pełnił ogólnie pełnił rolę ulubionego popychadła, admirał napawał się swoją władzą.

Jeśli bowiem zniszczysz wroga, satysfakcja wzburzy się i wypali. Jeśli go zniewolisz, do cna upokorzysz, będzie żyła, dopóki któryś z nich nie zginie.

*

CZTERY

Eriadu od stuleci było planetą Tarkinów. Owszem, Tarkinowie mogli nazywać się różnie – Mondros, Velari, Piett… ale możesz sarlacca tysiąc razy nazwać porgiem, a on i tak cię pożre, gdy tylko się zbliżysz, jak to sarlacki mają w zwyczaju. Gdy więc gubernator Aima Velari wygłosiła orędzie z okazji końca kampanii na Zewnętrznych Rubieżach, oznaczało to ni mniej, ni więcej, że Tarkinowie znowu wygrali.

Gdy na horyzoncie pojawił się niszczyciel Interceptor, cała planeta uznawała to za dobry znak. Jasne, gdzieś była wojna. Z Rebelią, z niebieskimi obcymi. Gdzieś była polityka. Ale na Eriadu byli głównie piraci, może więc admirał Velari wreszcie weźmie się za tych cholernych łupieżców, zanim w końcu handel wewnętrzny szlag trafi. Admirał, a jakże, po przybyciu, przy okazji piratów połapał, zrobił publiczną egzekucję i poszczerzył się na holowizji razem z żoną i córką.

Arana, ku niezadowoleniu matki, nie za bardzo pasowała do propagandowych historyjek. Nie to, co Sheev, młody żołnierz, przystojny jak ojciec. Świetny oficer, opoka Imperium, tragicznie zamordowany przez rebelianckiego szpiega. Eriadu od bieguna do bieguna było zasrane pomnikami, trasami, powietrznymi rondami i szkołami imienia Sheeva Velari. Aaro, urodzony propagandzista, już miesiąc po pogrzebie zaczął przekonywać Aimę, że jej świeżo zmarły syn będzie figurą bardziej trafiającą do nowego pokolenia, niż dawno martwy ojciec.

Arana, dla odmiany, nie była piękną dziewczyną. Miała szare oczy i zapadłe policzki Tarkinów, była niska, zawsze więc uroczystości z jej udziałem trzeba było kręcić od dołu. Kilka lat życia spędziła w Akademii, a nic tak nie uświadamia nastolatki w kwestii własnych fizycznych ułomności, jak stłoczenie w dużą liczbą rówieśników. Nikt jej nigdy niczego nie powiedział wprost w końcu nie przyjmowano tam totalnych idiotów było to jednak oczywiste. Nie wzbudzała wyglądem ani sympatii, ani szacunku, ani namiętnych porywów. Jeśli dostałaby kiedykolwiek pomnik, trzeba będzie wygładzać rysy twarzy, co więcej, także wymyślać zasługi. W wieku szesnastu lat bowiem miała na koncie jedynie kilka pomniejszych innowacji, które doceniali głównie inżynierowie. Nawet tragiczna śmierć w walce była już zajęta.

Szesnaście lat to strasznie dużo, gdy od dwudziestu trwa regularna wojna.

Na szczęście jednak dla Arany, tym razem cała szopka nie skupiała się na niej. Pierwsze słowa od dwóch lat zamieniła z ojcem dopiero na osobności. Devrim, wylewny jak zawsze, objął ją. Jego mundur pachniał czymś ostrym i chemicznym, niczym chlor. Stali w jadalni, admirał dał ręką znak służbie, aby nie przejmowała się, że jeszcze nie wszyscy siedzą i dalej roznosiła dania.

 Przywiozłem mnóstwo technologii od tych niebieskich zasrańców zwrócił się Devrim do znajdującej się przy stole grupy Tarkinów.

Własnej żony nie powitał uściskiem, ta jednak była zbyt zajęta wymienianiem uprzejmości z którąś z młodszych kuzynek, aby to zauważyć.

Powiem wam, że byli nawet całkiem sprytni. Gdy straciliśmy Entropię, nawet przyszło mi do głowy, że trochę za sprytni. Musieliśmy rozłożyć doki na całej pętli Kerrecian, bo natychmiast niszczyli wszystkie nasze zapasy. A właśnie, widzieliście kiedyś Chissa na żywo? Oczy im się świecą, łatwiej w ciemności trafić…

 Wiem, do czego to prowadzi  przerwała Aima.  I proszę cię, nie przy stole…

 Arana z pewnością nie widziała Chissa natychmiast sparował Devrim i zanim jego córka zdołała poprzeć matkę (a był to wręcz odruch, podobnie jak Aaro już otwierał usta, aby usadzić tego gnoja i dać spokojnie reszcie zjeść), nakazał wprowadzić swoją zdobycz.

Chiss, prowadzony przez adiutanta admirała, miał na sobie brudny i porwany mundur. Krwawił i syczał w swoim języku, gdy Devrim podszedł do niego, aby przykładnie powalić go na podłogę mocnym kopniakiem. Aima i Aaro przyglądali się temu z zażenowaniem, ale bez słowa. Glacier, córka Aaro, ostentacyjnie odłożyła sztućce.

Arana jednak patrzyła z ciekawością. Rzeczywiście, nigdy nie widziała Chissa na żywo – w sumie nie widziała żadnego Chissa, prócz tego odmieńca Mitth’raw’nuruodo, który po latach słynął nie tyle z bycia pierwszym obcym na stołku admirała, co wręcz kleptomańskiego okradania muzeów w całej Galaktyce. Tarkinowie zawdzięczali Mitth’raw’nuruodo pokaźną część swojej kolekcji sztuki, odkąd jednak Imperium było w stanie wojny z Chissami, raczej rzadko wspominano o jakichkolwiek zasługach Thrawna.

Leżący na podłodze mężczyzna miał niebieską skórę, w kolorze czystego nieba, na Eriadu widocznego może dwa miesiące w roku. Usta miał rozchylone, klatka piersiowa wznosiła się i opadała równomiernie, jakby właśnie próbował uspokoić oddech. Arana złapała jego spojrzenie, zanim admirał kopnął go jeszcze raz, wywołując krótki jęk bólu i urwany protest w syczącym języku obcego.

Dziewczyna przyłapała się na tym, że przygląda mu się nad wyraz chętnie. Śmieszne, egzotyczne stworzenie. Sądząc po ubraniu, wojskowy. Kiepski pomysł, zapraszać wroga na obiad. Jeszcze gorszy – kopać niewolnika na oczach innych. Arana od dziecka była uczona, aby nie być okrutną wobec domowej służby i nie traktować jej jak żywe meble. W razie ostrzału przez Rebelię, nie chcesz nagle znaleźć się w domu, w którym wszyscy cię nienawidzą i tylko czekają na odpowiedni pretekst.

Razem z Glacier powstrzymały admirała, gdy wziął kolejny zamach.

 Ojcze, to nie jest zachowanie, które ktokolwiek tu popiera.  Arana uświadomiła sobie, że czuje ucisk w brzuchu. Zapomniała już, że posiłki zawsze były punktem zapalnym w rodzinie, z takiego czy innego powodu.  Ma on jakieś imię? Czy mam mu nadać numer?

Admirał stracił parę. Ignorując Chissa i nie patrząc na córkę, zasiadł do stołu, mrucząc długie i źle wymówione słowo w Cheuhn. Arana wyłapała tylko część, cóż, będą musieli sobie z tym radzić.

– Lumen – To chyba było najbliższe temu, co usłyszała. – Chorąży Higgins, wyjdź z nim. Adiutant admirała, do tej pory stojący przy drzwiach i profesjonalnie ignorujący zamieszanie, uśmiechnął się do niej. Znała Sheeva Higginsa z Akademii, słynął tam głównie ze szmuglowania alkoholu i pornografii z twi’lekankami.

Postawiony na nogi Chiss okazał się wyższy od Arany o głowę. Patrzył się to na nią, to na Devrima. Śmieszne stworzenie, pomyślała znowu dziewczyna. Jego oczy rzeczywiście świeciły wyraźnym w cieniu blaskiem.

Po obiedzie podeszła do Aaro, aby zapytać się, czemu sam nie przerwał przedstawienia. Jej rodzice wyszli z sali pierwsi, najwyraźniej nie chcąc czekać z kłótnią.

 Czemu sądzisz, że moim obowiązkiem jest robienie wszystkiego za ciebie? – zdziwił się Aaro.  Poza tym, przecież wiesz, nigdy nie sprzeciwiam się decyzjom admirała.

Tarkinowie zwykle lojalnie pomagali członkom rodziny. Czasami jednak – ale tylko czasami – gdy jakaś wyjątkowo oporna jednostka pędziła w przepaść, po prostu po drodze wymieniali uśmiechy i komplementy, i puszczali w dalszą drogę.

*

PIĘĆ

Glacier uważała Aranę za mało ambitną. Sama była kobietą Tarkinów do szpiku kości – w wolnym czasie polowała na piratów na Żerowisku. Gdy zabijała, bardzo przypominała ojcu starego Wilhuffa, chociaż z twarzy trudno byłoby znaleźć kogoś mniej podobnego  Glacier miała włosy czarne i kręcone, twarz ciemną, sylwetkę krępą i rozłożystą. Było jednak w niej mnóstwo rodzinnej śmiałości, tego nieustannego parcia na przód.

Arana przy każdej przeszkodzie przystaje i ogląda ją z każdej strony. Odchodzi, a potem wraca z jakimś pomysłem, jak wtedy, gdy wysłała drony, aby zaminowały piracki statek w sposób tak sprytny, że uszkodzone sterowanie posłało całą szajkę wprost na powierzchnię słońca. Piraci nigdy dowiedzieli się, co ich trafiło. A w rodzinie bardzo  dbało się, aby każdy wróg dokładnie wiedział, że trafił ich któryś z Tarkinów.

Nie oznacza to, że Glacier z Araną nie miały wspólnych tematów. W końcu obie miały szesnaście lat.

Jak sądzisz, czy oni mają wszystko niebieskie? Glacier podzielała zainteresowanie Arany przywiezionym przez admirała Velari niewolnikiem. Tego dnia odbywały się zebrania ministrów, których obie dziewczyny nazywały prześmiewczo dronami. Gubernator Velari wysyłała właśnie swoje drony do wdrażania kolejnych reform i dekretów, przesyłając transmisję z obrad w czasie rzeczywistym, coby młodsze pokolenie zaznało trochę polityki. Drony dzisiaj jednak były wyjątkowo bezwolne, co przekładało się na ogólne znużenie tematem. Ciekawiej było wejść na admiralski statek i poobserwować przez kamery Chissa, jak kręci się w celi.

Bardziej takie fioletowe wyjaśniła Arana. Eriadu cenzurowało pornografię z nieludźmi, razem z całym szeregiem innych treści. W domu Velarich jednak cenzury nie było, gubernator bowiem uznawała, że warto znać wszelkie dowcipy polityczne z pierwszej ręki, aby móc szybko rozstrzelać autorów tych co paskudniejszych. Albo, jak dodawała przy obiedzie, najmniej śmiesznych.

Chiss zresztą bardzo szybko poszedł się umyć w kąt celi, można było więc sprawdzić i porównać spostrzeżenia. Arana widziała to już co najmniej kilka razy. Za pierwszym razem wmawiała sobie, że to czysta ciekawość. Za drugim już nie dała rady, intensywnie myśląc później pod prysznicem o tamtym mężczyźnie. Bo może to był niewolnik, nieczłowiek i istota pośrednia ewolucyjnie, ale na pewno także mężczyzna.

Glacier z kolei, gdy już zaspokoiła żądzę wiedzy, szybko straciła zainteresowanie. W przeciwieństwie do Arany, była zaręczona. Z porządnym oficerem, wobec czego ani w głowie jej były zboczenia.

— Gdyby nie siedział na Entropii, mogłabyś go sobie wziąć, a tak to zostaje ci tylko Higgins, ale on jest z Lysatry, i Morgan, ale jego ciotka to dezerterka, i… no, pewnie jeszcze połowa Eriadu – zauważyła przyjacielsko Glacier, uznając, że kuzynka po prostu ma napięcie do rozładowania. Ludzka rzecz, pewnie nawet drony to czasami robią, o ile gubernator pozwoli.

A wiadomo, Tarkinom nikt nie odmawia. Po prostu biorą, co chcą.

Czy też, jak Arana, najpierw oglądają z każdej strony, a potem dopiero biorą. W gruncie rzeczy jednak, niewielka różnica.

*

SZEŚĆ

Na wojnie szybko rozdawano awanse. Ktoś musiał zastępować poległych.

Major Armitage Hux miał osiemnaście lat i był niesamowicie zirytowany tym, że nikt się nim nie przejmuje. A, na litość Imperatora, absolutnie nikt się nie przejmował. Nie był to pierwszy bankiet, na krawędzi którego kręcił się jakiś blady chłopaczyna ściśnięty mundurem, niepasujący kompletnie do niczego dookoła. Tarkinowie nazywali takich “aktualnie pełniący obowiązki” kapitana czy tam majora. Każdego roku inny chłopaczek kręcił się wokół nich, aby po bankiecie zostać wysłanym na front. W akurat to miejsce, w które nie chciał udawać się nikt inny.

Wszyscy spodziewali się, że Huksa niedługo  zastąpi kolejny młodziutki, aktualnie  przez krótki czas  pełniący obowiązki oficera dowodzącego. Hux dokładnie o tym wiedział i właśnie dlatego był wściekły.

Aranie trochę było go żal. Powoli dochodziło do niej, jak przedmiotowo traktowane jest całe jej niezbyt liczne pokolenie.

Za mało pijesz stwierdziła, podchodząc do aktualnie pełniącego obowiązki majora Armitage’a Huxa.

Zasalutował jej tak, że prawie wylał wino. Uznała to za wyjątkowo zabawne.

 W każdej sytuacji warto zachować przytomność umysłu, ma’am.

Nic ci to nie da. I tak nikt nie traktuje cię tu poważnie – zauważyła Arana. W mundurze pułkownika wyglądała tak, że jeszcze kilkanaście lat wcześniej jedynym sposobem, aby ktokolwiek zaczął ją  traktować poważnie, byłoby porozrzucanie wszystkich oficerów Mocą po sali.

Hux poczerwieniał i wnerwił się jeszcze bardziej.

—  I przyszłaś tu tylko po to, aby mnie o tym poinformować?

Wzięła butelkę wina i dolała mu z obojętną miną.

—  Nie. Pij.

Zignorował rozkaz.

—  Pij, powiedziałam. Gdzie cię wysyłają?

Skrzywił się i wypił cały kieliszek jednym haustem.

—  Onderon.

— Z pewnością to odciągnie uwagę na jakiś czas.

Był to wybieg stary i prymitywny – zarzucić przynętę i szybko uderzyć gdzieś indziej, zanim wróg się połapie. Arana doskonale wiedziała, że poświęcanie części sił nie leży ani w naturze Tarkinów, ani nikomu nie przychodziło łatwo. Wiedziała jednak też, że kuzyn Janyrr, którego wysyłano do oblężenia w tym samym czasie, gdy młody major będzie się bohatersko poświęcał, chętnie wykopałby ją z pozycji w małym, rodzinnym kółku adoracji.

– Dostaniesz dodatkowe siedem skrzydeł myśliwców i kilka prototypów, ale za to masz mi przywieść coś ładnego z Onderonu – zadecydowała i znowu nalała mu wina, uśmiechając się szeroko. – No, do dna.

Przerwała mu w połowie zdania, gdy próbował niezbyt zręcznie podziękować. Dopilnowała, żeby wypił wszystko i odeszła bez pożegnania. Tego dnia przeprowadziła cztery podobne rozmowy i, jeśli miałaby być szczera, ta z Huxem podobała jej się najbardziej.

Przynajmniej słuchał, co mówiła. A to u nastoletniego, napuszonego pełniącego funkcję oficera dowodzącego zawsze było wymiernym sukcesem.

 

*

I BONUS, ficzek do Star Wars: Rebels

SIEDEM

Kallus miał zgubny nawyk myślenia za dużo. Co wieczór robił podsumowanie uczynków złych, gorszych i tych palących wstydem tak wielkim, że nawet nie ośmielał się głośno formuować ich w myślach. Tego, co było dobre, nie roztrząsał. Nie uważał, aby zasługiwał nawet na chwilę moralnego komfortu.

Zeb, dla odmiany, bardzo szybko zostawił przeszłość za sobą. Ciągał go po polach i lasach Lira San, i na zawody łowieckie, i na tradycyjne lasackie zapasy. Lasaci doceniali talent do mordobijki, Zeb szybko więc wybudował sobie dom za zebrane nagrody. I znowu, dumny ciągał Kallusa, pokazując ręcznie ciosane meble z wizerunkami dawnych herosów oraz całkiem współczesne plakaty z twarzami ulubionych zapaśników.

Gdy poprosił, aby z nim zamieszkał, Kallus nie wiedział, co powiedzieć, Zeb więc natychmiast wziął to za “tak”. No to mieszkali razem, najpierw w osobnych sypialniach, potem w jednej, bo jakoś tak wyszło. Pewnego dnia obaj byli trochę pijani, Zeb był trochę samotny, Kallus natomiast jak zawsze – bardzo samotny i miotający się we własnej głowie. Chrapanie po drugiej stronie łóżka sprawiało, że czuł się lepiej.

Lasaci go lubili, w ten dziwny, niezręczny sposób, jak reagują mieszkańcy odizolowanych światów na kosmitów. Dzieci podchodziły, aby dotknąć jego nóg, twarzy, włosów. Dostawał mnóstwo pytań, czy nie jest mu zimno, ukradkiem przyglądano się temu jak chodzi. Wszyscy byli przekonani, że ludzie, z tymi swoimi małymi, łysymi łapkami, są delikatni i mają kłopoty z równowagą. W końcu więc Zeb  znowu  wyciągnął go na zapasy. Tym razem na ring, nie w charakterze widza. A że Kallus miał mnóstwo, naprawdę żenująco dużo doświadczenia w próbach skopania lasacich tyłków, wygrał każdą walkę.

Absolutnie wszyscy byli zachwyceni.

Wracając ze swoim trofeum z wywiadu dla lokalnej stacji holonetowej, z promieniującym z dumy Zebem u boku, Kallus nadal myślał o Lasanie. Myśli były jednak płytsze, przytłoczone jakimś silnym, ciepłym uczuciem, którego do końca nie rozumiał.

Gdy wrócili do domu, najpierw trenowali, potem kochali się na macie. Do chwili, gdy wszelkie wątpliwości zanikły pod grubą warstwą szczęśliwych wspomnień.

*

Dawno nie pisałam takich rzeczy i chyba widać, że umiejętności mi mocno pordziewały. Jeśli jednak podobało się, dajcie znać, to pomiędzy różnymi innymi notkami postaram się pisać więcej fanficzków 🙂

5 rzeczy, które dowiedziałam się o Star Treku ze “ST: Discovery”

5 rzeczy, które dowiedziałam się o Star Treku ze “ST: Discovery”

Przyznaję – z wielkich franczyz popkulturowych Star Trek zawsze był czymś, co mnie po prostu omijało. Kojarzę główne założenia – mamy załogę, statek robiący piu-piu (jak w każdej dobrej produkcji tego typu – odkrywanie kosmosu i kontakty z nowymi cywilizacjami. Gdzieś przez osmozę kojarzę pogrzeb Spocka z kobzą w tle, no i oglądałam wszystkie odcinki Futuramy, co prawdopodobnie oznacza, że wchłonęłam zdecydowanie więcej parodii Star Treka niż samego Star Treka. A, jeszcze na studiach ruszyłam temat w ramach omawiania progresji obyczajowej w amerykańskiej telewizji.

(może kiedyś napiszę o progresji obyczajowej w amerykańskiej telewizji, kto wie)

Dążę do tego, że Star Trek: Discovery był moim pierwszym Star Trekiem, obejrzałam go z zainteresowaniem, po czym okazało się, że:

1. to nie jest prawdziwy Star Trek;

2. jeśli mi się podobało Discovery, to startreki mi się ogólnie podobać nie będą, ponieważ

3. to nie jest prawdziwy Star Trek.

Z tego, co udało mi się ustalić, najczęściej powtarzające się zarzuty wobec Discovery to: zupełnie inny, cięższy ton serii, wyraźnie zaznaczona główna postać (wcześniejsze Treki nie miały głównego bohatera, skupiając się na przygodach załogi), zmiany i nieścisłości w kanonie (zwłaszcza względem The Original Series, czyli wersji z lat 60.) oraz zmiany w przedstawieniu już pokochanych przez fanów postaci, gatunków i całej reszty. Uczciwie zaznaczam, że powtarzam po ludziach, którzy mi to tłumaczyli i chociaż sama mam zamiar w najbliższym czasie wziąć się za oglądanie TOS, na ten moment nie mam po prostu jak się do tego odnieść.

Zrobiłam za to listę pięciu rzeczy, które dowiadujesz się o Star Treku, jeśli oglądałaś – tak jak ja – jedynie Discovery. Czy jest to spójne z resztą franczyzy? Nie wiem. Czy true trekowcy mnie nazwą fake fangirl? No, jeśli chociaż trochę przypominają fanów Star Wars, najprawdopodobniej tak. Czy Discovery zachęca do zapoznania się z resztą tego jakże rozbudowanego uniwersum? Mnie zachęciło, ale z wyraźnym zaznaczeniem, że mam świadomość, by nie spodziewać się drugiego Discovery po jakimkolwiek innym serialu startrekowym. W każdym razie, oto moja

LISTA PIĘCIU RZECZY, KTÓRE DOWIEDZIAŁAM SIĘ O UNIWERSUM STAR TREKA ZE ST: DISCOVERY

1. Wolkanie to cholerni rasiści i hipokryci.

Wyglądam na rozczarowanego, nawet gdy nie jestem… a nie. Zawsze jestem rozczarowany.

Ze wszystkich pokazanych w Discovery różnorodnych gatunków kosmitów, Wolkanie wypadają najgorzej. Znaczy jasne, są jeszcze Klingoni, którym zasadniczo można przykleić na wydatnych czołach plakietkę “jestem złym orkiem”, ale powiedzmy sobie szczerze – złolstwo Klingonów to coś, tego się człowiek spodziewa od początku do końca. Wolkanie natomiast przypominają tych irytujących typów z Facebooka, co nie są rasistami, ale. Ale to logiczne, że czarni są głupsi.

Na kilku spotkanych w serialu Wolkan ten najsympatyczniejszy – i najmniej ksenofobiczny – rozbija się o szklany sufit, gdy próbuje sprawić, aby jego ludzka podopieczna była traktowana… no, na takich samych zasadach, jak wszyscy inni. Szybko zostaje mu wytłumaczone, że oczywiście, my jesteśmy pokojową i LOGICZNĄ rasą, i cenimy sprawiedliwość i LOGIKĘ, ale to LOGICZNE, że nie-wolkanie są głupsi. Nawet jeśli wychodzi, że nie są, i bycie człowiekiem wcale w niczym nie przeszkadza (Michael przeszła wszystkie wymyślne wolkańskie teścidła), to i tak są. Chcesz, aby twoje dzieciaki były traktowane jak reszta? Hm, czy przypadkiem nie kierują tobą – tfu – emocje?

Co najlepsze, w skali nieprzyjemnej wolkańskości scena o której mówię wcale nie jest najgorsza. Wolkanom bowiem “w imię logiki” zdarza się samobójczo wysadzać w powietrze na ambasadorskich statkach.

I ja wiem, że to byli jacyś ekstremiści, ale, jako że z miarę przyzwoitych (dla baaardzo luźnej definicji “przyzwoitości”) Wolkanów mamy tylko Sareka, który w każdym pokazanym kontakcie z innymi Wolkanami obrywa za nie bycie rasistą, to może, tylko może, Wolkanie nie wypadają specjalnie dobrze?

Podobno ci goście nie byli tak paskudni w poprzednich Star Trekach. Trzymam za słowo.

2. Klingoński to fajny język, ale Klingoni nie mają za wiele do powiedzenia

W oczekiwaniu na kawę od stażysty, T’Kuvma postanowił wyglądać wyniośle.

Klingoński brzmi jak język stworzony dla istot, których krtanie nie są przystosowane do wymawiania sporej części dostępnych ludziom głosek i wobec tego opiera się na krótkich, tonalnych sylabach, przypominających warczenie. Nie, żebym specjalnie znała się na klingońskim czy nawet językach sztucznych, ale wiecie – wysłuchałam w Discovery multum dialogów w tym języku. Klingoński brzmi nieprzyjemnie, z wszelkim prawdopodobieństwem miał tak brzmieć i, szczerze mówiąc, dobrze mi się go słuchało. Brzmi obco, brzmi groźnie, no i dobrze, że jak już stworzył ten język (na Duolingo można się uczyć klingońskiego, tak swoją drogą), to przynajmniej jest gdzieś używany.

Szkoda tylko, że Klingoni niezbyt często mówią cokolwiek ciekawego. To wręcz interesujące, że rasa, która podobno słynie z agresji, przez większość serialu spędza czas na czymś w stylu small talku, który najwyraźniej u Klingonów składa się z gróźb połączonych z zapewnieniami o lojalności oraz tym, jak oni nie cierpią tych smerfów obcych z Federacji. Zadziwiające jest to, że po tylu dialogach bardzo mało wiem o samych Klingonach – wiem, że zginął Ważny Klingoński Manager, który wyznaczył na zastępstwo swojego Juniora, ale Manager z innego działu Klingońskiej Puszki Tortur się z tym briefem nie zgadza i chce wskoczyć na jego stołek. Nie zorientowałam się jednak do tej pory, czym zajmują się Klingoni, gdy nie prowadzą wojny i nie składują w kosmosie swoich trupów, o co chodzi z tymi klingońskimi klanami…

Wiem tylko jedno – Klingoni baaardzo lubią sobie pogadać.

3. W kosmosie nie ma seksizmu. Nawet, jeśli akurat mieszkasz w faszystowskim imperium, które wspiera niewolnictwo i robi zupę z inteligentnych istot

Ale jak to… zupę?

Najwyraźniej wszystkie wewnętrzne, ziemskie konflikty, dyskryminacje i ogólna światowa niesprawiedliwość minie, gdy tylko okryjemy kosmitów. Wtedy kobieta na równi z mężczyzną, Europejczyk z Azjatą i biały z brązowym zjednoczą się, aby zrobić z pokojowo nastawionych obcych potrawkę.

W wizji mirrorversu w Discovery, gdzie każdy jest taki, jak był, tylko zły (jestem pewna, że wątek ten przywędrował z TOS, to zbyt kiczowate na XXI wiek), jest coś jednocześnie uroczo naiwnego i niepokojącego. Mam wrażenie, że mimo ewidentnie antyrasistowskiego przekazu, mirroverse rozmywa odpowiedzialność, prezentując bardzo dziwną rzeczywistość, w która jest jednocześnie faszystowska (wobec kosmitów) i wyraźnie równościowa (dla ludzi, wszystkich ras i płci). A przecież w takiej wersji przyszłości, nie powinna wcale zaniknąć wewnętrzna dyskryminacja – seksizm wcale nie zniknął, gdy znalazł się lepszy obiekt do kopania (czarni niewolnicy), tak samo to, że pan Seba Naziol odkrył, że gejów nie lubi bardziej, nie sprawia, że stał się mniejszym rasistą. Złe, faszystowskie Imperium Terran, oparte na naszej pięknej cywilizacji, raczej nie byłoby władane przez duo w postaci azjatyckiej kobiety i jej ciemnoskórej, adoptowanej córki.

No, ale rozumiem zabieg fabularny i fajnie się to ogląda. Poza tym – jak ktokolwiek może być takim bydlakiem, aby zjeść zupę z Saru? Saru jest uroczy!

4. Wielki niesporczak może cię zabić.

Niesporczak. Bez żadnego dodatkowego komentarza, to po prostu niesporczak. W kosmosie.

Nie mam nic więcej do dodania. W kosmosie są wielkie niesporczaki, które sobie latają po sporowych sieciach i w sumie są inteligentne i pokojowo nastawione, ale jak je wkurzysz to cię zabiją. Dla mnie to brzmi sensowniej niż punkt powyżej.

5. Aby utrzymać kapitański stołek, wypadałoby się przespać z admirałem. Jak nie zadziała, musisz kombinować.

Takie zdjęcie mi się wrzuciło. Ups.

Podobno kapitanowie w Star Treku zazwyczaj są charyzmatyczni i szlachetni, i dobrzy, i sympatyczni.

Lorca jest charyzmatyczny i szlachetny, i dobry, i sympatyczny. Jak mu się to opłaca. Ze wszystkich postaci z Discovery to właśnie kapitan Gabriel Lorca jest tą najciekawszą, głównie dlatego, że gdzieś do dziesiątego odcinka sezonu nie byłam pewna, w którym momencie jest szczery, a w którym manipuluje. I czy są w ogóle momenty, w których jest szczery. I jaki ma cel. I czy w ogóle ma cel, czy tylko zdarza mu się robić niefajne rzeczy czasami, ot, dla utrzymania pozycji i kilku osobistych benefitów. A może scenarzyści nie ustalili między sobą balansu w charakterze Lorki?

Im dalej w las, tym więcej drzew i w końcu miałam szczerą nadzieję, że facet ukrywa coś tak grubego, że pobije wszystkie small talki w Klingon Inc.

I wiecie co? Serial przeskoczył moje oczekiwania o jakieś trzy oczka skali. Chyba po raz pierwszy, gdy przeczuwałam, że jakaś postać zasadniczo okaże się dupkiem, ta okazała się jeszcze większym dupkiem, niż sądziłam.

Brawa dla Lorki. Zdecydowanie najlepszy kapitan, jakiego widziałam, na zawsze w naszych sercach.

Czy polecam Discovery? No cóż, tak, jeśli szukasz dobrej opowieści o statkach robiących piu-piu w kosmosie, z ludźmi z toną silikonu na twarzy jako kosmitami, z wysokiej jakości efektami specjalnymi oraz trzymającymi się kupy bohaterami. Jak jednak pisałam wyżej – nie wiem, czy to dobry Star Trek, na pewno jednak to porządna space opera. W moim osobistym rankingu stawiam ją na poziomie mniej-więcej Battlestar Galactica, a do starego, dobrego Battlestara mam wielki sentyment.

 

Na facebooku trochę więcej wypowiadam się na temat ST: Discovery. Tam też będę relacjonowała oglądanie The Original Series, chociaż pewnie jako pierwszy pójdzie na ruszt jednak Modyfikowany węgiel – serial, w którym jako wielbicielka cyberpunku pokładam wielkie nadzieję. Modyfikowany węgiel ma dzisiaj premierę na Netfliksie. Tak tylko przypominam.