Wrażenia z czytania: Małgorzata Stefanik, “Gildia Zabójców”

Wrażenia z czytania: Małgorzata Stefanik, “Gildia Zabójców”

Cześć. Zanim zagłębisz się w treść, chcę wyjaśnić, czym ten artykuł nie jest.

Nie jest recenzją. Recenzja tej książki pojawi się oddzielnie, będzie też zawierała nieco… powiedziałabym, poważniejszą analizę niż to, co teraz czytasz. “Wrażenia z czytania” po to prostu moje przemyślenia. Spisuję je na bieżąco w czasie lektury, tak więc książka jest analizowana rozdział po rozdziale, sesja po sesji. Jeśli jakieś informacje są powtarzane po kilka razy, to dlatego, że oryginalnie poszczególne części ukazywały się w odcinkach, a to wymusza zabieg polegający na przypominaniu czytelnikom, o czym pisałam kilka dni temu.

Poszczególne odcinki są oddzielone poziomą linią. Artykuł będzie aktualizowany. Dla ułatwienia:

Stan artykułu: niezakończony
Liczba opublikowanych części: 10
Ostatnia aktualizacja: 19 lipca 21, 18:00


1.

LET’S THE SHOW BEGIN

Od razu chcę zaznaczyć, że nie sięgnęłam po tę książkę tylko po to, aby mieć łatwy cel do obśmiewania w Internecie. Chciałam poczytać coś lekkiego, a autorkę kojarzyłam z jej bloga – po reklamie uznałam, że to wszystko tak trochę ironicznie jest. Otusz moi drodzy jednak nie jest.

Zacznijmy od samego początku, a więc – ROZDZIAŁ PIERWSZY.

Spotykamy Króla Zabójców, który wraz z doradcami, Przydupasem A oraz Przydupasem B dywaguje, jaka Główna Bohaterka jest bezczelna i niezrównoważona. Nie powiem, nie zaczyna się dobrze, zwłaszcza, gdy dowiadujemy się, że Alyssa (tak się zwie nasza heroina) zasłużyła na epitety posyłając do piachu trzech kolegów z Europejskiej Gildii Zabójców.

Gildia Zabójców to, z tego co przeczytałam, taki absolutnie przedziwny twór. Akcja dzieje się mniej więcej w świecie niewiele różnym od naszego, ze wszystkich szczegółów, jakie ogarnęłam do tej pory wynika, że to w zasadzie świat rzeczywisty, tylko z jakiegoś powodu w Krakówku jest siedziba Gildii Zabójców, co zabijają ludzi i są bogaci jak Bezos (o tym później).

Król Zabójców mówi, że w sumie zdrada czy dezercja z Gildii oznacza śmierć i ja tak sobie myślę, że pewnie pomordowanie jakichś innych zabójców można liczyć jako zdradę, no ale nie. Bo po pierwsze, Alyssa jest w cholerę dobrą zabójczynią i dużo piniondzów przynosi, a drugie, jest następczynią tronu, tj. przyszłą królową. Nie jest jednak biologiczną córką króla, tylko jego protegowaną, w każdym razie – jej wolno.

Przydupas A mówi, że co za problem, Gildia stosowała krwawego orła jako karę od wieków i działało, po co cokolwiek zmieniać. Krwawy orzeł to takie tortury wspomniane w legendach nordyckich. Zresztą, przeczytajcie sami i podumajcie, jaką ta książka miała redakcję, skoro autorka pisze, że coś takiego „miało wiele wspólnego z torturami”, a nie po prostu, że to była tortura. Nie jest to jedyne miejsce, gdzie coś nie styka – sporo zdań brzmi nienaturalnie, nieco niezdarnie i ogólnie czyta się to szybko, ale bynajmniej nie płynnie.

Czekajcie spokojnie, szybko dojdziemy do kwiatków, mimo dość neutralnego wstępu.


2.

Zaczynają się kwiatuszki.

Król Zabójców mówi „Noż panie przydupasie, tak nie wolno, toż to główna bohaterka”, więc krwawego orła nie będzie.
Zamiast tego… wytną jej na plecach skrzydła. Tak, te z okładki. Pomyślałby ktoś, że oznaczanie w tak charakterystyczny sposób zabójczyni, co ma po cichu mordować ludzi to pomysł taki se, ale uwierzcie mi – Król Zabójców gra w tej książce w takie szachy 4D, że sens jego poczynań jest niepojęty dla takich malućkich jak ja.

Żeby nie było za łatwo, dodatkowo postanawiają zamknąć bohaterkę w ciemnej, wilgotnej krypcie bez światła (aka – dziurze w ziemi) na pół roku. I tutaj już zaczęłam patrzeć na to wszystko z niedowierzaniem.

Problem polega na tym, że o ile autorce coś świta, że okaleczenie fizyczne może powodować traumę, tak najwyraźniej kompletnie nie zdaje sobie sprawy, że ta druga część zabawy to jedna z najgorszych tortur, jakie istnieją. I to nie jest żadna wiedza tajemna, jedno z najbardziej znanych nieetycznych badań psychologicznych traktowało właśnie o efekcie długotrwałej izolacji w małym pomieszczeniu, bez dostępu do jakichkolwiek bodźców.

Jasne, eksperyment przeprowadzono na makakach, ale nie wydaje mi się, że gdyby były ludźmi, zaraz po wyjściu z sali tortur nadrabiałyby oglądanie horrorów w TV, a to właśnie robi nasza dzielna bohaterka.

I żeby nie było, to nie czepianie się dla czepiania, po prostu jeśli autor sygnalizuje na samym początku, że takie wydarzenia nie pociągają za sobą żadnych chociaż częściowo realnych konsekwencji dla bohaterów, to raczej trudno będzie później utrzymać jakiekolwiek napięcie.

Wątek dziury w ziemi to w ogóle jedno z największych WTF do tej pory, spoiler, autorka nie ma absolutnie zielonego pojęcia, co zafundowała bohaterce i im dalej w las, tym pojęcia mniej.


3.

Przechodzimy do wykonania kary na biednej dziewoi. Tu zaczyna powoli wychodzić pewna fascynacja autorki Azją Wschodnią, aczkolwiek imiona, które wybrała dla japońskich przedstawicieli tamtejszej Gildii Zabójców (Kira dla króla, Kitsune dla jakiegoś innego) są upojne nawet dla mnie, a znam piętnaście słów po japońsku.

W każdym razie, tradycja mówi, że skazaniec ma prawo do dwóch życzeń. Bohaterka nijak skazańcem nie jest, tj. przewiduje się, że przeżyje karę (spoiler: nie dość, że przeżyje, to jeszcze kilka dni po wypełzaniu z tej dziury będzie prezentować formę olimpijskiego atlety), no ale to szczegóły.

Pierwsze życzenie jest takie, aby Oliwiera

(adepta, którego zwerbowała… nie, przepraszam, kupiła na targu niewolników i przekazała instytucji, która szkoli dzieci do zabijania i z której dezercja jest karana śmiercią – wspominałam już, że Alyssa nie tylko jest „bezczelna i niepokorna”, ale także kreowana na „zabójcę z sumieniem i współczuciem”? No, w każdym razie nie przeszkadza jej to w zakupie i posiadaniu niewolnika)

…trenował Kitsune i serio, ja nie mogę z tych imion.

Szlag, pomyliłam się, to był dopiero prolog. Dobra, to teraz ROZDZIAŁ PIERWSZY.

Bohaterka wreszcie trafia do dziury. Opis dziury – zimna, wilgotna, stęchłe powietrze, z ziemią zamiast podłogi, absolutnie zero światła. Przypominam, Alyssa ma w niej spędzić PÓŁ ROKU. To jakieś dziewięć razy dłużej, niż wytrzymał uczestnik dobrowolnego eksperymentu, który co prawda siedział w ciemności, ale w wygodnym apartamencie, miał do dyspozycji bieżnię do ćwiczeń i motywację w postaci 100 000$, jeśli wytrzyma miesiąc. Wyszedł na własną prośbę po dwudziestu dniach.
Nie będę nawet szukać danych pochodzących z mniej etycznych źródeł, zresztą – to książka o nastoletniej asasynce, to nie tak, że spodziewam się jakiegoś stuprocentowo wiarygodnego opisania skutków psychologicznych czy zdrowotnych dziury w ziemi.

To, do czego mam zastrzeżenia, to coś innego – a mianowicie autorka traktuje całą sytuację, jakby ta część z wycinaniem skrzydeł była gorsza. Nie, nie jest. Po drugie, ewentualne konsekwencje dla bohaterki są ledwo symboliczne. Jest napisane, że ma problemy z przyzwyczajeniem się do światła – ale nijak nie wpływa to na nic znaczącego. Przypisuje się jej nerwowość i ataki paniki, te jednak do tej pory nie powstrzymały ją przed zrobieniem niczego, co ma chociaż najmniejsze znaczenie dla fabuły. Ma koszmary, ale ich jedyny sens jest taki, żeby ten jej niewolnik Oliwier przy niej siedział w nocy. Ma problemy z kontaktami z ludźmi z Gildii… ale i tak nie była z nimi blisko. Jej kondycja fizyczna jest wyśmienita, porównywalna z osobami w szczycie formy, uprawiającymi sporty wyczynowe. O jakichkolwiek powikłaniach zdrowotnych związanych z przebywaniem pół roku non stop w zimnie, wilgoci i stęchliźnie autorka oczywiście nie pomyślała.

Tak więc praktycznie cały prolog był dla picu, a każda wstawka o problemach Alyssy to jeszcze większy pic, bo ulegają one zniknięciu za każdym razem, gdy dziewczyna musi cokolwiek zrobić, a więc – musi być w tym najlepsza, żadnych przeszkód nie przewidujemy.


4.

Już kilka dni po wyjściu z dziury w ziemi Alyssa chce „wracać do pracy”, tj. zabijać ludzi. Uroczo.

Jest jednak, według Króla Zabójców „nerwowa i się izoluje” co zważywszy na sytuację wydaje się raczej opisem maturzysty godzinę przed ustnym. Nie ma to znaczenia, ponieważ Król Zabójców, fan Ricka i Morty’ego, 200 IQ, galaxy brain i arcymistrz szachów 4D wie, co wobec tego zrobi. Otóż, uwaga:

ZABIERZE BOHATERKĘ NA PRYWATNY KONCERT K-POPU

Absolutnie nie żartuję, to właśnie się dzieje. Król Zabójców wręcz bohaterce bilet (zespół nazywa się Interstellar, nie żeby miało znaczenie). Oczywiście, jak przystało na każdą główną postać kobiecą z opek o boysbandach, Alyssa fanką k-popu nie jest.

Bohaterka spędza koncert ze słuchawkami na uszach, puszczając sobie inną muzykę. Nie rozpoznaje nawet języka, w którym panowie śpiewają, co jest o tyle śmieszne, że gdy w końcu jeden jej się przedstawi, to od razu rozpozna go jako Koreańczyka.
Dobra, Król Zabójców (ciekawe, czy on dla odmiany lubi k-pop) po koncercie prowadzi naszą zabójczynię do tych biednych typków i ich agenta, po czym mówi NO WYBIERZ SOBIE JEDNEGO, BĘDZIECIE MIEĆ RANDKEM.

I powiem szczerze, że o ile jestem przekonana, że agent idoli posypany odpowiednią ilością hajsu chętnie by chłopaków z boysbandu sprzedał, tak cała sytuacja to taki dziki bek z absurdu, że nie mogę dalej być poważna. Smaczku dodaje fakt, że najwyraźniej Król Zabójców to miliarder z lekką ręką do hajsu, bo załatwienie czegoś takiego z zespołem na tyle sławnym, aby koncertować w Europie, pewnie kosztowało krocie.

No więc Alyssa wybiera jednego z chłopaczków, aby stary… tj. Król Zabójców się odczepił. Oczywiście, jako że NIE JEST FANKĄ od razu chce go zbyć. Chłopak (ma na imię Jayden/Yi Jee Dae) nie wierzy, że nie jest fanką, bo przecież inaczej to wszystko nie ma sensu. Jayden nie wie, że właśnie został pionkiem w szachach 4D Króla.

Bohaterka traktuje go bardzo protekcjonalnie i… powiem Wam, Alyssa nie jest ani ciekawą, ani specjalnie budzącą sympatię osobą. Głównie dlatego, że pomimo powtarzania wiele razy, że Gildia to miejsce cokolwiek parszywe, już pomijając zabójstwa, oni dosłownie szkolą dzieci i to takie kupione często od handlarzy ludźmi. I w teorii Alyssa jest kreowana na taką buntowniczkę, co łamie zasady Gildii pomimo konsekwencji, zabójczynię z kodeksem moralnym itd… ale w praktyce to ona ma do „zwykłych ludzi” głównie pogardę połączoną z pobłażaniem i zero tożsamości poza „ja zabijam ludzi”. I to nie tak, że była jakoś strasznie izolowana od zewnętrznego świata – przedstawiana jest jako bardzo oczytana, mają więc tam dostęp do „normalnej” literatury, filmu, muzyki, czegokolwiek. Alyssa jednak wszystko, co robi, musi sprowadzać do ‘JA JESTEM ZABÓJCZYNIĄ ROZUMIECIE ZABIJAM LUDZI”. Jak ogląda horror, to komentuje, że „reżyser nie widział na oczy trupa”. Jak ma wymyślić jakąś rozrywkę dla siebie i tych biednych k-popowców, to idzie postrzelać farbą, bo „to przynajmniej niezły trening, szkoda, że nie ma szans na ostrą amunicję”. No rozumiemy, nie masz osobowości poza tym, że wysyłasz innych na tamten świat, proszę, przestań.

Alyssa myśli o ucieczce, bo „po raz pierwszy nikt jej nie obserwuje”. Jak rozumiem, do tej pory zabijała ludzi jedynie pod ścisłym nadzorem innych. Ponadto, nie czarujmy się, to rozważania bez sensu, zwłaszcza, że jej motywacją do pozostania na miejscu jest niewolnik Oliwier. Niespecjalnie mnie przekonuje ta troska, zważywszy na to, że nasz wzór cnót kupił tego chłopaka z własnej woli, za własne pieniądze i jako buntowniczka, w dodatku mocno kasiasta, Alyssa mogła po prostu przekazać sierotę odpowiednim służbom, zamiast pakować go w to łajno. Skoro w tym świecie istnieje k-pop i nastolatki zdające sprawdziany z przyry, to w cywilizowanych państwach ktoś by się dzieckiem zajął.

ALE PO CO, JAK MOŻNA TERAZ NARZEKAĆ, ŻE BIEDNEGO NIEWOLNIKA BIJO.

Alyssa uważa, że „najbardziej pasuje hipoteza, że Król Zabójców chce się jej pozbyć z organizacji”. Randka z Koreańczykiem z boysbandu = próba wywalenia z gildii zabójców, gdzie Król w zasadzie nie musi niczego próbować, bo z prologu wynika, że może podjąć decyzję o zabiciu czy torturowaniu członków samodzielnie i nie potrzebuje zgody nikogo. Szachy wkraczają w piąty wymiar.

Nie będę opisywać randki, bo jest nudna – bohaterka traktuje Jaydena trochę z politowaniem, ten nie ma pojęcia, o co tu w ogóle chodzi i nadal jest przekonany, że Alyssa jest fanką, której bogaty stary załatwił randkę, oczywiście bohaterka stwierdza, że mimo wszystko nasz chłopak jest przystojny, co niczego ciekawego nie dochodzi.
Koniec rozdziału pierwszego i zabawy na dziś, chyba że mnie wieczorem coś natchnie.


5.

Rozdział zaczyna się zmiany punktu widzenia. Tj. mamy tekst kursywą, który nie traktuje o Alyssie, a nawet k-popiarzach.
Dziewczynka o imieniu Mila dowiaduje się, że będzie miała braciszka. Znaczy, nie w zwyczajowy sposób, po prostu rodzice przywożą do domu dziecko (chłopcu na imię Dominik) i mówią, że od dzisiaj z nimi mieszka. Rodziców chłopca zabił jakieś straszny seryjny morderca, znany z zabijania rodziców i porywania dzieci – na miejscu Mili zaczęłabym być BARDZO podejrzliwa w stosunku do starych.

Wstawka jest krótka, ale doceniam, że autorka wprowadza jakiś element tajemnicy (inny niż plan arcyszachisty Króla Zabójców) i próbuje przeplatać wątki. Nie za dużo tego dobrego, wracamy do zabójców.

Oczywiście, wszystko musi jebnąć z grubej rury. Otóż Alyssa wraz z Oliwierem (tym chłopcem, co go kupiła na targu) biorą udział w treningu. Intensywnym treningu. Trwającym siedem godzin. Polegającym na sparringu jeden na jednego. Który Alyssa wygrywa.

Jeśli dobrze obliczam, od jej wyjścia z dziury w ziemi minął jakiś miesiąc. Raczej nie więcej, bo Alyssa nadal mówi o „wydarzeniach sprzed pół roku” i nie mniej niż trzy tygodnie. Oliwier w tym czasie był szkolony przez hehe, Kitsune (przysięgam, za każdym razem, gdy natrafię na upojne czy mroczne japońskie imię, będę przed nim dodawać „hehe”) i nawet zakładając, że chłopak jest słaby (podobno jest) i młodszy od Alyssy (na pewno jest) po epizodzie z dziurą powinien z nią wygrać każdy, kto akurat nie jest ciężko niepełnosprawny.

Dowiadujemy się, że Oliwier na samym początku gardził Alyssą, próbował ją zabić lub przed nią zwiać, ale potem nabrał szacunku i ogólnie polubił naszą zabójczynie. Najwyraźniej w wątku z Oliwierem Alyssa to dobre Mzimu, chociaż osobiście śmiem w to wątpić. Już wspominałam, że jakby jej zależało, to mogła kupić chłopaka, oddać go w ręce jakiejś organizacji zajmującej się ofiarami handlu ludźmi i prawdopodobnie jedynie otrzymać burę od stare… znaczy, arcyszachisty Króla Zabójców. Król sam wydaje kasę na jakieś k-popy, przeżyłby to.

A propos Króla – ten przerywa trening, aby obwieścić, że… Alyssa ma kolejną randkę, tym razem z CAŁYM ZESPOŁEM. Nie powiem, arcyszachista ma gest, to musiało kosztować krocie. Po wyjściu Króla Oliwier zaczyna dywagować, czy rozgrywającym się w piątym wymiarze planem Króla nie jest pozwolenie, aby Alyssa polubiła k-popiarzy, aby potem kazać jej ich zabić. Nie powiem, jak na standardy tej książki jest to sugestia nawet niby logiczna. Tylko wiecie, standardowo w takim wątku stosuje się szczeniaki, prawdopodobnie dlatego, że są tańsze niż cały zespół koreańskich idoli.

UWAGA, WAŻNY WĄTEK

Wiele osób pytało, co z tym Erykiem, co twierdzi, że Alyssa ma świetny tyłek. Do tej pory nas nie zaszczycił obecnością i PRZYSIĘGAM, PRAGNĘ, ABY TAK POZOSTAŁO. Niestety, wątek Eryka pojawia się tutaj.
Eryk jest innym zabójcą i przysięgam, ma charakter najgorszego spermiarza. Scena idzie tak:
Alyssa: <puka do drzwi>
Eryk: <otwiera i rzuca seksualną aluzją>
Alyssa: <wchodzi>
Goła baba: <jest na łóżku Eryka, ewidentnie zaszokowana, co się tu odpierdala>
Eryk: <ignoruje gołą babę i nadal rzuca seksualne aluzje do Alyssy>
Goła baba: <ucieka z pokoju>
Alyssa: <pyta Eryka, czy to jego adeptka i że tu się szkoli na zabójców, nie kurtyzany>

(oczywiście, sam fakt uprawiania seksu sprawia, że dziewczyna zostaje nazwana „kurtyzaną”, natomiast obleśne spermiarstwo faceta i fakt, że sypia z własną protegowaną mija bez komentarza)

Eryk: <więcej obleśnych aluzji>

Werdykt – gówno mnie interesuje, co sądzi Eryk o tyłku bohaterki, niech przyjdzie żółty pies i go zatłucze kijem.

W każdym razie, Alyssa prosi Eryka, aby przez chwilę trenował Oliwiera, bo jak wiadomo, ona ma RANDKEM. Eryk dopytuje, o ciul w ogóle chodziło z tą karą (skrzydłami i dziurą w ziemi) – przypominam, nikt tu niczego nie wie, bo powody, dla którego Alyssa zabiła tych trzech typów na początku książki nie zostały ujawnione.

Tak kończy się rozdział drugi. Myślałam, że kawałek z k-popem był zły, ale postać Erysia ma w sobie takie pokłady obleśności i cringe’u, że czekam na powrót idoli.


6.

Okej, wróćmy na razie do tych idoli z Korei, bo mam przemyślenia.

Na początku nie przyszły do głowy żadne poważne zarzuty dotyczące tych postaci, ale potem palnęłam się w głowę i powtórzyłam powoli „koreański idol”, bo coś mi zaskoczyło.

Otóż mieliśmy jedną randkę (z k-popiarzem imieniem Jaden), teraz mamy drugą z całym zespołem. I doszło do mnie, że autorka po prostu położyła te postacie po całości.

Już wyjaśniam. Panowie zachowują się w mniejszym lub większym stopniu jak aroganccy piosenkarze z opek z Wattpada, taki trochę Justin Bieber vibe. Jayden na pierwszej randce dopytuje namolnie, czy aby Alyssa na pewno nie jest fanką, posuwa się do tego, aby zdjąć jej słuchawki i sprawdzić, czy nie leci tam ich muzyka (!). Na standardy europejskich artystów byłoby to zachowanie aroganckie i porządnie zblazowane.

Problem w tym, że Jayden jest Koreańczykiem, co więcej, jest idolem, który właśnie dostał zlecenie od szefa. Więc po pierwsze – o ile Korea nie różni się znacząco od krajów z tego regionu, o których wiem więcej – sam fakt, że Jayden jest bezpośredni i natarczywy, a jego koledzy w czasie kolejnej randki narzekają i paplają o sobie, byłoby uznawane za kompletną dzicz i wstyd na cały kraj. K-popiarze towarzyszą Alyssie, ponieważ zlecił im to menadżer, który przygarnął hajs od arcyszachisty Króla Zabójców. Alyssa jest więc de facto klientką, którą mają zadowolić w ramach pracy jako idole.

Kojarzycie może, że języki regionu wschodniej Azji posiadają niewiarygodnie rozbudowany system honoryfikatorów i bardziej i mniej oficjalnych zwrotów językowych oraz kilka wersji tych samych słów, których celem jest okazywanie szacunku rozmówcy w mniej lub bardziej formalnych sytuacjach? Otóż – pomijając to wszystko, mówienie o sobie jest uniwersalnie uznawane za niestosowne nawet w kontaktach z kolegami z pracy o równej pozycji – a co dopiero z klientami. Zbytnia bezpośredniość – tak samo. Bycie natarczywym – absolutnie przekreślenie kariery.

Prawidłowo opisana sytuacja powinna wyglądać tak, Alyssa może się zachowywać bucowato czy arogancko, ale idole by nie pisnęli ani słowem i uznali za oczywiste, że robią to, co ona każe, nie zadają zbyt osobistych pytań, umilają jej czas i na koniec mówią, że to było absolutnie przewspaniałe i niezwykle są wdzięczni za pokazanie Krakówka czy coś w tym stylu.

Co na razie robią idole w tym opku:

  • uporczywie próbują udowodnić, że Alyssa jest ich fanką, nawet jeśli mówi, że nie jest;
  • dotykają jej rzeczy bez jej zgody, tylko po to, aby coś udowodnić;
  • paplają o sobie tak dużo, że Alyssa stwierdza, że wie o nich więcej niż o członkach własnej gildii;
  • narzekają;
  • dopytują się nachalnie o sytuację rodzinną Alyssy, komentując, że „nie wygląda na spokrewnioną z Oliwierem” (którego przedstawiła jako brata);
  • Przechwalają się;
  • Komentują, że Alyssa poprzednim razem się inaczej zachowywała;

I, uwaga, wpierdalają się do jej sypialni bez pytania (sytuacja jest taka, że Jayden skręcił kostkę, Alyssa zamiast zabrać go do szpitala lezie do własnego apartamentu).

Wniosek – panów powinien menadżer wywalić od razu, najlepiej zostawiając ich w Krakówku, aby wstydu nie zanieśli do własnego kraju. Potem wytwórnia powinna wywalić menadżera za zatrudnienie ich. A poza tym – autorka jest wielką fanką koreańskich dram i jeju, jakim cudem ja wiem takie rzeczy, a ona nie? Nie widziałam ani jednej dramy, chyba że koreańskie horrory się liczą.


7.

Uwaga, ujawniam, o co chodziło z tą randką z k-popiarzami i na czym polegał genialny plan. Otóż, popełniłam błąd zakładając, że Król Zabójców jest tutaj jedynym mistrzem szachów 5D, chociaż to oczywiste, że dwóch ich było, mistrz i uczeń. A mianowicie w sprawę jest wplątany jeden z k-popowców, o imieniu Moon.
Pozwólcie, że streszczę, o co chodziło z tymi randkami.

Arcyszachista K-popowiec: chcę wynająć się zabójczynię do zabijania bo mam kogoś do zabicia

Arcyszachista Król Zabójców: mógłbym ją wynająć ci do zabijania, ale ostatnio Gildia zafundowała jej tortury fizyczne i psychiczne, o czym oczywiście cię poinformuję jako klienta, bo ma to sens, stawiamy na przejrzystość usługi i tak dalej

Arcyszachista K-popowiec: nie ma sprawy, mogę sam przeprowadzić ewaluację psychologiczną zabójczyni jako wytrawny znawca ludzkiej psychiki

Arcyszachista Król Zabójców: w jakiż to sposób?

Arcyszachista K-popowiec: wciągniemy w to cały k-popowy zespół i menadżera, oczywiście nie wyjawiając im planu, aby w razie gdyby zabójczyni poległa i dała się złapać przez stróży prawa w Korei mieli totalnie przesrane do końca życia i nie mogli się wykręcić z afery

Arcyszachista Król Zabójców: brzmi absolutnie logicznie

Arcyszachista K-popowiec: zabierzesz zabójczynię na nasz koncert jako prezent czy coś, umówisz ze mną na randkem i to będzie ewaluacja

Arcyszachista Król Zabójców: co jeśli będzie chciała iść na randkę z innym k-popowcem z zespołu

Arcyszachista K-popowiec: tak się nie stanie

(tak się właśnie stało)

Arcyszachista K-popowiec: trochę kicha, ale mam lepszy plan – niech wyjdzie na randkę z całym zespołem

Arcyszachista Król Zabójców: da się załatwić

(tak się dzieje)

Arcyszachista K-popowiec: na podstawie ewaluacji polegającej na łażeniu po Krakówku i słuchaniu legend o smoku i studentach AGH ustaliłem, że zabójczyni jest świetną kandydatką do zabicia kilku bardzo ważnych koreańskich polityków i innych wysokopostawionych ludzi

Arcyszachista Król Zabójców: zajebiście


8.

Jeśli ostatni wpis zostawił Was w stanie WTF CO TU SIĘ STAŁO, wyjaśnię fabułę trochę mniej memowo.

Otóż to, co opisałam ostatnio, naprawdę się stało, aczkolwiek pragnę rozwinąć niektóre wątki. Po pierwsze – kogo chce zabić Arcyszachista K-popowiec? Typów, co zabili jego rodziców, nie znam na razie więcej szczegółów, poza tym, że oczywiście było to okrutne morderstwo i w ogóle.

Wątek Oliwiera w dodatku zaczyna mnie BARDZO wkurwiać, ponieważ flashbacki z tego, jak Alyssa kupiła go na targu są… niepokojące. Autorko, błagam – jeśli chcesz pisać o uratowaniu dzieciaka z rąk handlarzy ludźmi, to gdy Twoja protagonistka skupia się głównie na tym, jaki był ładny, brzmi to W CHUJ NIEPOKOJĄCO. Sugerowanie, że Oliwier w jakiś sposób był wyjątkowy, w przeciwieństwie do stada innych dzieci na tym samym targu powoduje raczej wzrost stężenia obleśności w książce, a nie świadczy o jakiejś automatycznej więzi na linii Oliwier-Alyssa.

Przede wszystkim jednak – niech narracja przestanie sugerować, że Alyssa go uratowała, dobrze? Bo nie, nie zrobiła tego.
I tak, jest sugestia, że gdyby nie ona, to trafiłby do burdelu dla pedofilii, ale… przepraszam, ale autorka stworzyła sytuację, w której należy poważnie zastanawiać się, co jest gorsze – pedoburdel czy Szkoła Zabójców. Absolutnie nie chciałam kiedykolwiek rozważać o takich rzeczach, ale chyba muszę.

Otóż – w Szkole Zabójców zmuszają dzieci (Alyssa musiała zacząć jako dziecko) do zabijania innych ludzi. To samo w sobie jest zbrodnią podobnego kalibru, co wykorzystanie seksualne, jednakże rozumiem, taka konwencja i sam fakt dokonywania morderstw na zlecenie jest tu raczej kwestią, hm, traktowaną z przymrużeniem oka. Ale. Alyssa stwierdza, że wielu uczniów nie przeżywa w ogóle szkolenia, a Oliwier jest przedstawiany jako mały i słaby. Wiadomo też, że w czasie treningów takiego dzieciaka można nie tylko zatłuc, ale też solidnie połamać – hehe, Kitsune złamał Oliwierowi nos i jest zasugerowane, że nie była to pierwsza poważna rana. Jeśli dzieciak przeżyje, jest winny Gildii dożywotnią służbę, tj. zabijanie ludzi na zlecenie (są też chyba mniej paskudne opcje, ale wspomniane mimochodem). Arcyszachista Król może członków Gildii karać torturami. Dezercja równa jest karze śmierci i wszystko sugeruje, że Gildia ma dostateczne środki i motywację, aby wytropić nawet sprytnego uciekiniera.

No zajebistą przysługę chłopakowi zrobiła Alyssa, oby tak dalej.

Dobra, wracajmy do fabuły.

Pomyślałby ktoś, że nasza Alyssa, przedstawiana jako nieutrzymująca bliskich relacji z nikim innym niż Oliwier (którego uważa za brata) i Król Zabójców (który jest dla niej figurą ojcowską), w dodatku przedstawiana jako izolująca się jeszcze bardziej po epizodzie z dziurą, natychmiast po otrzymaniu informacji, po co była ta szopka z k-popem oleje sikiem prostym k-popiarzy innych niż jej klient.

Hehe, oczywiście, że nie. Oczywiście, że do nich lezie następnego dnia. I oni oczywiście są zachwyceni, chociaż mieli się z nią spotykać jedynie, że tak powiem, służbowo. Co więcej, Alyssa pyta, czy Moon (przypominam, tak ma na imię arcyszachista k-popiarz, ten od zlecenia zabójstwa) wyjawił może kolegom, że jest ona zabójczynią na zlecenie? Arcyszachista k-popiarz mówi, że nie (co ma sens), na co Alyssa stwierdza, że w sumie to jest jej to obojętne, bo i tak woli nikogo nie udawać i być sobą.Zaraz, zaraz, przyszedł mi do głowy dowcip:

Alyssa wchodzi do gabinetu menadżera k-popiarzy:

– Nie chciałby pan pracować dla Gildii Zabójców? – pyta. – Nieźle płacą.

Zszokowany menadżer patrzy podejrzliwie. Alyssa zmieszana idzie do drzwi. Przystaje:

– Nie ma pan przypadkiem aspiryny? – pyta. Wie, że ludzie zapamiętują tylko koniec rozmowy.

Chyba będę wstawiać jeden dowcip za każdym razem, gdy Alyssa zaprezentuje poziom poczucia konspiry godny najsłynniejszego rosyjskiego szpiona.

Z innych ciekawych rzeczy – Alyssa jest ciągle przedstawiana jako zabójca z kodeksem moralnym, celująca jedynie w innych morderców i tym podobnych ludzi, bardzo wybrednie wybierająca zlecenia. Z jaką więc przerażającą sytuacją mamy do czynienia w przypadku zlecenia od arcymistrza k-popiarza?

Na razie sytuacja wygląda tak, że arcyszachista k-popiarz twierdzi, że konspira doprowadziła do śmierci jego rodziców. Przekazał jej dokumenty dotyczące tej sprawy, ale są po koreańsku – tłumaczy je Oliwier, który podobno język zna. Na ten moment z części przetłumaczonych dokumentów wynika, że ojciec Moona produkował broń, zdefraudował pieniądze, a gdy to wyszło – razem z żoną popełnił samobójstwo. To są na razie jedyne dane, jakie posiada Alyssa, co, hm, nie wygląda dobrze jeśli chodzi o wiarę w jakiś złożony spisek czyhający na rodzinę arcyszachisty k-popiarza.

Oczywiście, sensownie byłoby przetłumaczyć pozostałe dokumenty, a potem zasięgnąć źródła trochę bardziej neutralnego niż Najgenialniejszy z K-popiarzy, aby ocenić samej, czy rzeczywiście…

A nie, przepraszam, Alyssa już przyjęła zlecenie i szykuje się do odlotu do Korei XDDD

Czysty geniusz.


9.

Konspiry część dalszy.

Jak na razie plan Alyssy ma jakieś dziesięć słabych punktów, a jeszcze nie wyjechali do KoreiPo pierwsze, Alyssa zawiera swojego wiernego niewolnika, Oliwiera. Ma to sens głównie z perspektywy samej Alyssy, bowiem wyjazd ma trwać długo, a zostawienie go oznacza, że będzie znowu go trenował hehe Kitsune, albo co gorsza, Eryś. Unikanie Eryka poprzez wyjazd na drugi koniec świata to najbardziej logiczna postawa w tej książce, jaką napotkałam.

Inna sprawa, że sens ma to TYLKO z perspektywy Alyssy. Oliwier podobno zna koreański, ale jako że trafił z ulicy do Gildii jakieś dwa lata wcześniej, nie założyłabym się o jego rzeczywisty poziom. Co prawda ostatnio szkolił go Kitsune, który chyba jest Koreańczykiem (nie, autorka nie nazwała Koreańczyka Kitsune, to ksywa), ale w ramach tych ćwiczeń Oliwier otrzymywał głównie wpierdol, a nie lekcje gramatyki.

Co więcej – arcyszachista Król Zabójców nie ma żadnego powodu, aby puszczać niewolnika z Alyssą. Oliwier teoretycznie ma się teraz szkolić na asasyna i wszystko wskazuje, że byłby obciążeniem, a nie pomocą. Książka mocno sugeruje, że Europejska Gildia prowadzi ścisłą współpracę z tą z Azji, co oznacza, że praktycznie każdy koreański zabójca byłby lepszą opcją niż biały nastolatek, co się uczył koreańskiego najwyżej dwa lata. Przez chwilę przyszło mi do głowy, że w Gildii Azjatyckiej może Koreańczyków nie być – jakby nie patrzeć, do tej pory mieliśmy do czynienia z japońskimi imionami/ksywami, a niechęć na linii Japonia-Korea jest wyczuwalna do teraz, ale… no, prawdziwe imię Kitsune to Lee Sek (przeczytajcie to na głos i powiedzcie, czy wydaliście odgłosy cringe’u).

Plan Alyssy dotyczący życia po przylocie do Korei to już inna para starych gumofilców. Nasza zabójczyni nie ogarnia, że jej zadaniem nie jest wtopienie się w koreańskie społeczeństwo, a raczej unikanie styczności z tymże, o ile to nie jest absolutnie konieczne. Wynikają z tego całe rabatki kwiatuszków, takich jak:

Pomysł, aby wysłać Oliwiera na miejscu do szkoły, w końcu chłopak ma 16 lat, a wtedy się chodzi na przyrę, tak? Tyle że absolutnie wszystkie dokumenty naszych zabójców są fałszywe (muszą być, ponieważ nikt tam nie używa swojej legalnej tożsamości, a sądząc po historii Oliwiera to nawet nie jest opcją), więc nie ma ABSOLUTNIE ŻADNEGO powodu, aby, nie wiem, nie wpisać, że chłopak jest pełnoletni. Nie mówiąc już o takim drobnym fakcie, jak to, że nawet jeśli Oliwier kiedykolwiek chodził do szkoły, to ma lata zaległości w stosunku do dzieciaków w jego wieku.

Znajomość Alyssy z k-popiarzami. Żadna ze stron nie chce jej zakończyć, co jest już w tej chwili zupełnie bez sensu, a po przyjeździe do Korei dodatkowo będzie niewiarygodnie niebezpieczne. K-popiarze są, tak jakby, sławni. Co więcej, idole są zazwyczaj sławni w ten sposób, że fani próbują śledzić każdy ich ruch, a cień podejrzenia, że idol może mieć jakieś życie prywatne i np. spotykać się z dziewczyną wywołuje skandal. Dalszy kontakt z nimi to nie budowanie przykrywki, tylko wystawianie się na świecznik.

K-popiarze są też powiązani ze zleceniodawcą Alyssy, czyli arcyszachistą Moonem. Zwykle jeśli wynajmujesz zabójcę, to nie chcesz, aby kręcił się potem ciągle wokół ciebie, dając jasne poszlaki każdemu, kto ich szuka. Niezbadane są jednak ścieżki szachów 5D.

Obecność k-popiarzy ogranicza też Alyssę, która musi utrzymywać jakąś spójną przykrywkę specjalnie dla nich. Jak na razie nie ma absolutnie żadnego powodu, dla którego nasza zabójczyni miałaby tworzyć sobie w Korei jedną spójną tożsamość – ona tam przyjeżdża zabijać ludzi, nie jako szpieg, absolutnie nie musi utrzymywać żadnych pozorów normalności poza sytuacjami, kiedy miałoby to pomóc dotrzeć do celu.

Okej, czas na dowcip.

Agent k-popiarzy wiedział, że zabójcy, zamieszawszy cukier, zostawiają łyżkę w szklance z herbatą. Chcąc sprawdzić Alyssę, zaprosił ją na herbatę. Alyssa wsypała cukier do szklanki, zamieszała, wyjęła łyżeczkę, położyła ją na spodeczku, po czym pokazała agentowi język.

To jednak nie koniec fragmentów ukazujących ogarnięcie Alyssy. Niestety, tutaj powracamy do Gildii i, co jest zdecydowanie gorsze, mamy kolejną scenę z Erykiem.

Otóż, pomyślałby ktoś, że zabicie przez Alyssę trzech kolegów z Gildii spowoduje jakąś reakcję wśród mieszkańców, inną niż oficjalna kara. I owszem, ktoś by pomyślał, ale nie Alyssa. Dopiero Eryś ją uświadamia, że jeden z trupów był partnerem zabójczyni o imieniu Waleria – mam głupie wrażenie, że znajomość tego faktu nie ma nic wspólnego z tym, że Eryś jest bardziej ogarnięty, a raczej zainteresowaniem czymkolwiek chociażby luźno powiązanym z seks, dupa, cipa, chujek, ruchanie.

W każdym razie Alyssa reaguje spuszczeniem tamtej wpierdolu, rzucając przy okazji, żeby „nigdy więcej nie dotykała jej własności”.

Ciekawe, czy później będzie chciała coś z Avonu.


10.

Szybka errata do części poprzedniej – można było odnieść wrażenie, że Alyssa obiła drugą zabójczynię bez powodu, bo zapomniałam dopisać, że tamta kopnęła jej szczeniaka… znaczy, niewolnika Oliwiera. W Gildii najwyraźniej stosuje się subtelną logikę dresów z ósmej klasy – jak ktoś podpadnie, to idzie się bić młodszego brata z drugiej ce.

Aha – mogliście tego nie zauważyć, ale mamy już jedną czwartą książki, a Alyssa do tej pory uczestniczyła w sezonie ogórkowym, będąc w zasadzie jedyną postacią kobiecą wymienioną z imienia. Jeśli przypominacie sobie, że gdzieś tam była jeszcze jakaś Mila – otóż to była zmyłka, Mila to też Alyssa, tylko że sprzed kariery w Gildii. W skrócie, zamordowali jej rodziców i porwali adoptowanego brata, a potem zgarnął ją arcyszachista Król Zabójców. Jest sugestia, że za tym wszystkim stał jakiś seryjny morderca (za zabiciem rodziców, nie za Królem).

W każdym razie, zabójczyni Waleria, której rolą było oberwanie od wkurzonej Alyssy to druga kobieta w książce, całe szczęście jednak, sytuacja szybko ulega poprawie, ponieważ do Alyssy przyjeżdża psiapsióła z Ameryki.

Psiapsióła jest córką króla Gildii Amerykańskiej (a jakże), nazywa się Olimpia i posiada zdolności intelektualne cegły.
Pozwólcie, że wkleję cały fragment:

– […] Wiesz, jak zniszczyły mi się dłonie od trzymania łopaty? Wisisz mi za krem!
Na dowód zamachała rękami przed oczami Alyssy, by zaprezentować gamę zniszczeń dłonie były jedwabiście gładkie z perfekcyjnie wykonanym manicurem.

– Wyjaśnij mi na spokojnie, o czym mówisz, bo nie rozumiem.

– No tak, zapomniałam, że zaprzyjaźniłam się z idiotką, przez którą musiałam przekopywać ziemię jak jakiś rolnik i to w środku cholernej zimy! To bardziej przypominało odśnieżanie niż kopanie!
– Chcesz mi powiedzieć, że próbowałaś mnie wykopać spod ziemi? – zapytała Alyssa z niedowierzaniem.
Dziewczyna przytaknęła.

– Czekaj… Myślałaś, że zakopali mnie w ziemi na trawniku przed Gildia? Wpatrywała się w nią szeroko otwartymi oczami.
Tamta ponownie przytaknęła. Alyssa nie potrafiła dłużej wstrzymywać śmiechu.

– Z czego się cieszysz, idiotko? – Gdyby jej spojrzenie mogło zabijać, Alyssa padłaby trupem. – Powiedzieli, że Darius zakopał cię pod ziemią.

– Tak, ale nie chodziło o wykopany w pośpiechu dół i pogrzebanie żywcem, tylko o małą podziemną celę pod lochami.
Dziewczyna zamilkła, przyswajając słowa zabójczyni. Wcześniej nie przyszło jej do głowy, że przeżycie pół roku pod ziemią wymaga dostępu tlenu, wody i choćby minimalnej dawki jedzenia. Nieświadomie pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Okej, to ma więcej sensu. Cholerni Europejczycy zawsze mają cholerne lochy. Co jest z wami nie tak?

Powiem absolutnie szczerze, że gdyby nie stwierdzenie wprost, że nasza nowa bohaterka jest zbyt głupia aby zorientować się, że ludzie nie przeżyją zakopani w ziemi, podejrzewałabym ją o mistrzostwo szachowe przewyższające o co najmniej jeden wymiar to, co robi Król Zabójców. Bo nie ukrywajmy, na tle konspiry, co odwalała się w tej książce, założenie Olimpii jest dokładnie tym, czego bym się spodziewała po arcyszachiście Królu.

Na szczęście narracja sprecyzowała, że Olimpia po prostu jest idiotką. Aha, jest też wytrawną hakerką (mając przy tym 17-18 lat) i chyba pojawienie się Olimpii jest znakiem, że oto zaczyna się zbieranie drużyny do heistu… znaczy, zabijania ludzi w Korei.

Słodki Jezó, właśnie mi przyszła do głowy przerażająca perspektywa… a jeśli oni zechcą zabrać tam także Eryka? Do tej pory miał dwie sceny i to już o dwie za dużo. Oddam autorce sprawiedliwość, że Alyssa też uważa typka za obleśnego i żenującego, problem w tym, że absolutnie nic z tego nie wynika. Eryk jest żenujący i obleśny, Alyssa mu mówi, że jest żenujący i obleśny i żeby przestał, Eryk nadal jest żenujący i obleśny. Wizja znoszenia tego trochę nie pasuje do osoby, która jest skłonna wdać się w publiczną bójkę z inną zabójczynią i co prawda przyznaję, że przewinienia Walerii były większe, jednak Eryś wywołuje takie swędzenie pięści, że wszystkie kobiety w Gildii powinny mieć spuszczenie mu wpierdolu wpisane do tygodniowego grafiku.

Wracamy jednak do Oliwiera tłumaczącego koreańskie dokumenty. Otóż historia idzie tak – ojciec arcyszachisty Moona, pan Park, był handlarzem bronią. Jako prawdziwy Janusz biznesu postanowił sprzedać jedną partię dwa razy – raz Somalijczykom, spod lady, drugi – Afgańczykom, oficjalnie. Nie jestem specjalistką od praw związanych z eksportem broni, jednakże coś mi świta, że zarówno Somalia, jak i Afganistan objęte są sankcjami międzynarodowymi, Park powinien więc beknąć za sam fakt, że tę broń sprzedał.

Ale nie o to chodziło w aferze. Otóż broń do Somalii nie dotarła, więc jak przystało na porządnych obywateli, Somalijczycy zgłosili fakt nieotrzymania broni palnej do koreańskiego wymiaru sprawiedliwości. Co prawda nie wiem, kogo z kilku stron walczących w wojnie domowej miał zaopatrywać Park, aczkolwiek uważam, że wizja reprezentacji Państwa Islamskiego występującej w sądzie w sprawie o niewysłanie im karabinów działa najlepiej na moją wyobraźnię.

W każdym razie, znaleziono dokumenty potwierdzające, że Park sprzedał broń dwa razy, Park twierdzi, że z Afganistanem się w ogóle na nic nie umawiał i dokumenty są podrobione. Sprawa trwa, naszemu Januszowi grozi 25 zł grzywny lub 60 000 lat więzienia, firma upada, Park w końcu ginie – jak wspomniałam kilka części temu, popełnia samobójstwo z żoną.
Warto zadać sobie pytanie – o chuj tu chodzi? Jak wiadomo, Alyssa ma zabić morderców Parka, arcyszachista Moon zapewnia ją, że ma dowody na to, że jego ojciec został wrobiony i zabity. Z dokumentów jednak w żaden sposób to nie wynika, że Park został wrobiony w cokolwiek, a co więcej – nawet jeśli był, to cholera wie, przez kogo, więc jak mniemam, Alyssa sobie musi sama zgadnąć, kto jest celem.

Prócz wspomnianych dokumentów w teczce od Moona znajduje się jedynie fotografia dwóch mężczyzn – Azjaty i jakiegoś typa w pakolu. Arcyszachista Moon twierdzi, że to spotkanie pracownika koreańskiego ministerstwa obrony z odbiorcą broni z Afganistanu, a jak wiadomo, jak najgenialniejszy z k-popiarzy tak mówi, to na pewno to prawda. A więc sprawa uratowana, co prawda Alyssa nadal nie zna celu, dowód jest mocno taki se, ale najwyraźniej to wystarczy, aby uratować wycieczkę do Korei.
Mam szczerą nadzieję, że to zdjęcie przedstawia losowego Koreańczyka na randce z jego chłopakiem z Islamabadu XD


11.

Kończymy księgę pierwszą, czyli tak jakby pierwszy akt książki.

Muszę przyznać, że na ten moment czysto strukturalnie autorka prowadzi powieść poprawnie pod względem rozwijania wątków, za to absolutnie płasko, jeśli chodzi o napięcie. Zauważyliście, czego brakuje do tej pory? Jakiegokolwiek mocnego akcentu czy zagrożenia pojawiającego się na tym etapie powieści.
Autorka postanowiła uderzyć w mocne tony w prologu, z tymi torturami i w ogóle, po czym kompletnie zaprzepaściła cokolwiek kilka stron później, bo to wszystko odbija się na Alyssie w stopniu absolutnie marginalnym. Na ten moment nie pojawiło się ŻADNE realne zagrożenie wymierzone w któregokolwiek z bohaterów, i nie chodzi mi tu nawet o zagrożenie życia, ale chociażby pozycji czy nawet jakikolwiek wstrząs emocjonalny. Najbliżej tego mamy słynną scenę z dziurą, obicie niewolnikowi mordy (co jest wykorzystywane do podkreślania empatii Alyssy, więc napięcie jest znikome) oraz flashbacki z Milą (tam jednak porwanie brata i morderstwo rodziców dzieje się poza kadrem).

Problem polega w dużym stopniu na tym, że autorka daje Alyssie jakąkolwiek sensowną motywację (spoiler – jej brat żyje, tych zabójców zamordowała właśnie z jego powodu) ZDECYDOWANIE ZA PÓŹNO. Bardzo długo nie wspomina o tym, czemu w ogóle Alyssa zabiła członków Gildii, kłopot w tym, że domyślanie się, czemu jedna ledwo znana postać zabiła trzy zupełnie anonimowe po prostu nie jest ciekawą zagadką w większości przypadków. Tak więc Alyssa przez 1/3 książki nie ma ŻADNEJ motywacji oraz ŻADNYCH bodźców wywołujących reakcję. Nie jest więc ani bohaterką proaktywną, ani reaktywną, jest całkiem bierna – robi to, co każe jej Król (idzie na randkę z k-popiarzami) oraz chce robić to, co jej zwykle każe robić Król (zabijać ludzi). W zasadzie jedyny bohater, który ma jakiś cel czy motyw to arcyszachista Moon – aczkolwiek tenże motyw (zemsta za śmierć rodziców) nie jest szczególnie eksplorowany.

Jak ktoś się uprze, może nazwać ten styl prowadzenia wątków character driven, tutaj jednak jest dokładnie jedna postać, wokół której kręci się wszystko, a każda inna jest zarysowana słabo i definiowana głównie poprzez relację z Alyssą.

Żeby nie było, że narzekam tylko – osobiście uważam, że chociaż cały wątek randki był niemożebnie głupiutki, tak postać arcyszachisty Moona była wprowadzona dobrze, z lekkim foreshadowingiem jego pozycji i interesu, który miał do Alyssy.

Księgę drugą zacznę, jak Legimi mi przetworzy płatność, bo książka mi znikła w trakcie czytania XD


12.

Wracam po przerwie do Gildii Zabójców. Zaczynamy Księgę Drugą.

Alyssa przybywa do Seulu. Podejmując się zlecenia w innym kraju najwyraźniej nie zatroszczyła się o jakiekolwiek rozeznanie – dopiero po wyjściu z samolotu orientuje się, że w stolicy Korei w sumie jest bardziej tłoczno niż luźno. Wraz z naszą zabójczynią przybywa cała jej drużyna – niewolnik Oliwier, Olimpia (córka króla Gildii Amerykańskiej) oraz kobieta o imieniu Braine. Pojawienie się tej ostatniej uświadomiło mi, że jakimś cudem udało mi się połączyć dwie bohaterki w jedno – to Braine jest hakerką, natomiast Olimpia… no, jest. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że o Braine wspomniano do tej pory dwa razy (sprawdzałam), a jej istnienie w sumie przekreśla jakikolwiek sens targania Olimpii do Seulu.

W sumie nie jestem pewna, czemu Olimpia w ogóle towarzyszy Alyssie. Nie robi tego na zlecenie króla własnej Gildii i jedynie sprawia, że nasz dream team się JESZCZE bardziej wyróżnia. Co prawda Seul to miasto turystyczne, jednak dodawanie kolejnych, ewidentnie nietutejszych ludzi do ekipy wydaje się być średnim pomysłem. Zwłaszcza, że oni chyba mają zamiar mieszkać w jednym domu – cudowna idea.

Muszę się też przyczepić – kupując tę książkę absolutnie nie dostajemy tego, co nam sugeruje tytuł, okładka, opis czy materiały promocyjne. I nie chodzi tu mi o żaden plot twist czy zabawę z oczekiwaniami, po prostu sięgając po Gildię Zabójców chciałam przeczytać historię o… no, zabójcach. I tak, Alyssa niby jest zabójczynią, problem w tym, że ten fakt na razie służy jedynie do powodowania zgrzytów w fabule. Widzicie, “Gildia Zabójców” prezentuje się jako dwie książki bardzo kiepsko sklejone w jedną. Pierwsza opowieść w zasadzie bardziej przypomina jakieś luźne notatki traktujące o Gildii Zabójców i służy w zasadzie tylko po to, aby dać bohaterom odpowiednio krawędziowe backstory.

Druga historia jest o czymś zupełnie innym – bohaterka poznaje k-popiarzy i leci rozwiązać zagadkę związaną ze śmiercią rodziców jednego z członków zespołu. Bo widzicie, niby Alyssa jest zabójczynią, ale jak na razie mamy mocną sugestię, że będzie przede wszystkim odwalać robotę detektywistyczną – de facto to ona musi ustalić, kto dokładnie stoi za morderstwem. Historia z zaginionym, porwanym przez seryjnego mordercę bratem Alyssy również jest na razie typowo thrillerowa i wcale się nie zdziwię, jeśli ten quest będzie bardzo sklejony z tą całą Gildią na ślinę.

Książka bardzo by zyskała, gdyby kompletnie wywalić z niej tych zabójców. Pozbyłaby się wtedy najgorszych problemów fabularnych, czyli tragicznych, acz bardzo płytkich backstory, lekko paskudnych implikacji moralnych (cały wątek Oliwiera), konieczności połączenia kiepsko wykreowanego świata Gildii ze światem rzeczywistym itd. Obawiam się jedynie, że wtedy powieść byłaby… no, mocno nijaka, bo bardzo widać, że ta Gildia jest tak naprawdę czymś w rodzaju protezy dla pacynek – ma generować sztucznie napięcie (tortury Alyssy, cała historia Oliwiera), osobowość bohaterów (bycie zabójczynią ma sprawiać, że Alyssa jest cool) i wytrychem pozwalającym na zniesienie ograniczeń typu „bohaterka potrzebuje nieograniczonej ilości pieniędzy i znajomości z hakerką”.

Wracamy jednak do czytania. Wreszcie wychodzi na jaw, czemu Alyssa zabiła tych ludzi z Gildii i, jak pisałam w poprzedniej części, ta zagadka została rozwiązana zdecydowanie zbyt późno. Poza tym – niezły śmieszek z arcyszachisty Króla Zabójców, nasłanie ludzi na zaginionego brata swojej najlepszej zabójczyni, doskonale wiedząc, że Alyssie bardzo zależy na odnalezieniu Dominika.

Alyssa prosi Braine o znalezienie aktualnej lokalizacji Dominika (próba zabójstwa odbyła się w Szanghaju). Najwyraźniej wychodzi z założenia, arcyszachista Król Zabójców po wpakowaniu jej do dziury w ziemi absolutnie nie kazał dokończyć roboty – jak już wiadomo od dawna, geniusz największego z szachistów może być niezrozumiały dla ludzi, którzy nie myślą w sześciu wymiarach.

Wspominając o osobach wybitnie inteligentnych, Alyssa spotyka się też z arcyszachistą k-popiarzem. Ten wydaje się zdziwiony, że zabójczyni, o której powszechnie wiadomo, że zabija tylko złe osoby – cały marketing usług Alyssy się na tym opiera – nie będzie zabijać bez dowodów, że ma do czynienia ze złymi ludźmi. Arcyszachista wysuwa więc argumenty „trust me, dude” i „tak było, nie zmyślam”. Poza tym, podoba mi się, że Moon twierdzi, że jego ojciec był uczciwym człowiekiem, dbał o ludzi w firmie i wypłacił solidne rekompensaty pracownikom po tym, jak przedsiębiorstwo splajtowało. Czyli – co prawda sprzedawał broń somalijskim watażkom, ale nie był Januszem biznesu.

Przy okazji, z timeline’u wychodzi, że Park sprzedawał broń w okolicach 2010 roku, czyli wtedy, gdy w Somalii panowała klęska głodu – spowodowana m.in. tym, że organizacje pomocy humanitarnej nie mogły dotrzeć do poszkodowanych przez suszę, ponieważ, zgadliście, panowała tam wojna domowa. Jednocześnie znowu muszę zrobić erratę, albowiem ewentualne wąty o brak dostawy karabinów nie mogło mieć wtedy Państwo Islamskie, bo wtedy kontrolę nad częścią terenów Somalii miała inna organizacja terrorystyczna, a mianowicie Al-Ka’ida. Co w sumie jest jeszcze śmieszniejsze, jeśli sobie uświadomimy, że do koreańskiego sądu mógł się zgłosić Osama bin Laden.

Moon tłumaczy Alyssie, czemu zatrudnił akurat ją. Otóż najwyraźniej przebieg poszczególnych zleceń zabójców dociera nawet do gwiazd k-popu, ponieważ przekonało go to, że Alyssa zwróciła zaginioną córkę rodzicom, chociaż jej robota miała polegać jedynie na zabójstwie porywaczy. Innymi słowy, Moon ją zatrudnił ze względu na miękkie serduszko. W ogóle nasz arcyszachista zdaje się nie ogarniać ewentualnych konsekwencji wynajęcia zabójczyni do zabójcowania, ale w tej książce ogółem przedstawienie ludzi niezwiązanych z Gildią jest… interesujące. Wszyscy k-popiarze z Moonem włącznie opisywani są naiwni, nieco dziecinni i niezdarni. U takiego Jaydena niezdarność jest podkreślana wiele razy, co jest o tyle ciekawe, że przecież k-popiarze muszą mieć zarówno dobrą formę fizyczną, jak i koordynację – treningi idoli są niesławnie wręcz wymagające.

Ciąg dalszy nastąpi


Podobała Ci się ta seria? Oto linki prowadzących do opcjonalnych form wsparcia, które pozwalają mi pisać częściej:

Roboty późnego kapitalizmu

Roboty późnego kapitalizmu

Dżizas, jakie te Detroit: Become Human nierealistyczne. Aż zęby mi szczękały na widok tego, co się dzieje na moim ekraniku.

Dla niewtajemniczonych, czyli osób niebędących fanami gier oraz, tfu, pececiarzy, Detroit: Become Human to świeży, tegoroczny twór produkcji Quantic Dream. Twory tego studia słyną z bycia czymś pomiędzy grą właściwą, a interaktywnym filmem. Fani japońskich visual noveli zapewne nazwaliby ten styl “VN, ale z wielkim budżetem i elementami przygodowymi”. Samo Detroit: Become Human opowiada o strasznej przyszłości roku 2038, w której powszechna sztuczna inteligencja w postaci androidów jest i wyzyskiwana przez paskudnych millenialsów i jeszcze gorszą Gen Z. 

Jestem Connor, wysłana przez Cyberlife alegoria wszystkich prześladowanych mniejszości, jakie znasz.

Można o tej grze powiedzieć dużo. Można zauważyć, że to dość typowa historia o należeniu do prześladowanej grupy napisana przez przedstawiciela grupy, wiadomo, najbardziej prześladowanej, jaką są biali mężczyźni europejskiego pochodzenia z klasy wyższej średniej. Że Detroit trochę tak brakuje zrozumienia tematów, jakich się podejmuje. Że walnięcie gracza po oczach piętnastoma nawiązaniami do Holokaustu oraz dwudziestoma do niewolnictwa i segregacji rasowej, niekoniecznie oznacza, że gierca nabiera gnębi.

Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że jeśli kopniesz swoją Roombę, nie oznacza to, że zasługujesz, aby Cię zadźgała gdy śpisz. 

Skynet jest blisko.

Ja jednak nie o tym. Chciałam jedynie zauważyć, z jak bardzo nierealistyczną wizją robotów mamy do czynienia. I odsuńmy na bok roboholokaust. Są ważniejsze kwestie.

Mamy rok 2038, co oznacza erę bardzo późnego kapitalizmu. Ja więc zadaję pytanie – gdzie abonamenty na te androidy? Gdzie lootboxy? 

Powiem Wam, jak by to naprawdę wyglądało w roku 2038. Najpierw kupujesz tego swojego robota. Ale to tylko podstawka, więc w zasadzie właśnie nabyłeś bardzo drogą cegłę w kształcie człowieka. Cegła nie zrobi niczego, dosłownie niczego, dopóki nie wykupisz abonamentu albo nie wykonasz mikropłatności. No dobra, robisz to. Teraz masz już swojego androida sprawnego, tak?

Dokonaj płatności zbliżeniowej, aby odblokować opcje Premium.

Jeśli tak pomyślałaś – przykro mi, nie umiesz w późny kapitalizm. Chcesz, aby twój robot od wynoszenia śmieci zmył też gary? Abonament, który wykupiłaś, jest za niski. Albo bierzesz wyższy, albo – SPECJALNA OKAZJA – dziesięć rundek ze śmieciami za jedynie 10,99$, jako jednorazowa płatność.

Później, wiadomo – jak roboty, to musi pojawić się temat seksu. Jesteśmy gatunkiem, który w jakiś sposób jest w stanie uznać dmuchaną lalkę z połączenia plastiku z azbestem za atrakcyjną partnerkę seksualną, więc nie po to kupujemy androida, aby darzyć go uczuciem platonicznym. Ale – stop. Tak nie wolno. I nie, nie dlatego, że mamy do czynienia z zaawansowaną sztuczną inteligencją, którą wypadałoby zapytać o zgodę w kwestii naszych erotycznych poczynań. Po prostu – opcja seksbota kosztuje i to raczej sporo. Nie ma tak, że sobie poruchamy, a prezes Cyberlife’u za to nie dostanie naszych pieniążków. 

Na szczęście, jak kogoś nie stać, to mamy lootboxy. Szansa, że wylosujemy usługi seksualne jest mniej więcej równa szansie na to, że wysłana przed dekadami w kosmos Tesla zawróci wokół Saturna i walnie nas w czoło przy przechodzeniu przez pasy. Ale Cyberlife nie ma obowiązku, aby o tym informować. Studenci wykupują więc lootboxy pasjami, z nadzieją, że wreszcie wypadnie obciąganie. 

Jednak zawsze wypada opcja wyprowadzania psa na spacery czy gra w szachy.

Próbujesz odblokować… co?

Jeśli android w fabryce dostanie szału i zacznie zabijać ludzi dookoła, nie licz na to, że go odstrzelą. Pomiędzy niebezpieczną maszyną a oddziałem uderzeniowym stanie właściciel androida, z wrzaskiem, żeby tylko go nie uszkodzić, bo był cholernie drogi.

Nie wierzycie? Autor sci-fi David Langford już dawno stworzył bardziej aktualną wersję praw robotyki Asimova. Brzmią one:

Robot nie może działać na szkodę Rządu, któremu służy, ale zlikwiduje wszystkich jego przeciwników
Robot będzie przestrzegać rozkazów wydanych przez dowódców, z wyjątkiem przypadków, w których będzie to sprzeczne z trzecim prawem
Robot będzie chronił własną egzystencję przy pomocy broni lekkiej, ponieważ robot jest „cholernie drogi”.

Na pocieszenie jednak napiszę, że w takim wypadku przynajmniej nie czeka nas roboapokalipsa.

Złośliwe puchy dup nie ruszą, dopóki im nie zapłacimy. 


W przyszłości jak dzisiaj – Twoja pensja będzie sponsorować obleśny szlafrok typowi zarabiającego kilkanaście milionów więcej od Ciebie

//a tu mamy link do funpaga

5 rzeczy, które dowiedziałam się o Star Treku ze “ST: Discovery”

5 rzeczy, które dowiedziałam się o Star Treku ze “ST: Discovery”

Przyznaję – z wielkich franczyz popkulturowych Star Trek zawsze był czymś, co mnie po prostu omijało. Kojarzę główne założenia – mamy załogę, statek robiący piu-piu (jak w każdej dobrej produkcji tego typu – odkrywanie kosmosu i kontakty z nowymi cywilizacjami. Gdzieś przez osmozę kojarzę pogrzeb Spocka z kobzą w tle, no i oglądałam wszystkie odcinki Futuramy, co prawdopodobnie oznacza, że wchłonęłam zdecydowanie więcej parodii Star Treka niż samego Star Treka. A, jeszcze na studiach ruszyłam temat w ramach omawiania progresji obyczajowej w amerykańskiej telewizji.

(może kiedyś napiszę o progresji obyczajowej w amerykańskiej telewizji, kto wie)

Dążę do tego, że Star Trek: Discovery był moim pierwszym Star Trekiem, obejrzałam go z zainteresowaniem, po czym okazało się, że:

1. to nie jest prawdziwy Star Trek;

2. jeśli mi się podobało Discovery, to startreki mi się ogólnie podobać nie będą, ponieważ

3. to nie jest prawdziwy Star Trek.

Z tego, co udało mi się ustalić, najczęściej powtarzające się zarzuty wobec Discovery to: zupełnie inny, cięższy ton serii, wyraźnie zaznaczona główna postać (wcześniejsze Treki nie miały głównego bohatera, skupiając się na przygodach załogi), zmiany i nieścisłości w kanonie (zwłaszcza względem The Original Series, czyli wersji z lat 60.) oraz zmiany w przedstawieniu już pokochanych przez fanów postaci, gatunków i całej reszty. Uczciwie zaznaczam, że powtarzam po ludziach, którzy mi to tłumaczyli i chociaż sama mam zamiar w najbliższym czasie wziąć się za oglądanie TOS, na ten moment nie mam po prostu jak się do tego odnieść.

Zrobiłam za to listę pięciu rzeczy, które dowiadujesz się o Star Treku, jeśli oglądałaś – tak jak ja – jedynie Discovery. Czy jest to spójne z resztą franczyzy? Nie wiem. Czy true trekowcy mnie nazwą fake fangirl? No, jeśli chociaż trochę przypominają fanów Star Wars, najprawdopodobniej tak. Czy Discovery zachęca do zapoznania się z resztą tego jakże rozbudowanego uniwersum? Mnie zachęciło, ale z wyraźnym zaznaczeniem, że mam świadomość, by nie spodziewać się drugiego Discovery po jakimkolwiek innym serialu startrekowym. W każdym razie, oto moja

LISTA PIĘCIU RZECZY, KTÓRE DOWIEDZIAŁAM SIĘ O UNIWERSUM STAR TREKA ZE ST: DISCOVERY

1. Wolkanie to cholerni rasiści i hipokryci.

Wyglądam na rozczarowanego, nawet gdy nie jestem… a nie. Zawsze jestem rozczarowany.

Ze wszystkich pokazanych w Discovery różnorodnych gatunków kosmitów, Wolkanie wypadają najgorzej. Znaczy jasne, są jeszcze Klingoni, którym zasadniczo można przykleić na wydatnych czołach plakietkę “jestem złym orkiem”, ale powiedzmy sobie szczerze – złolstwo Klingonów to coś, tego się człowiek spodziewa od początku do końca. Wolkanie natomiast przypominają tych irytujących typów z Facebooka, co nie są rasistami, ale. Ale to logiczne, że czarni są głupsi.

Na kilku spotkanych w serialu Wolkan ten najsympatyczniejszy – i najmniej ksenofobiczny – rozbija się o szklany sufit, gdy próbuje sprawić, aby jego ludzka podopieczna była traktowana… no, na takich samych zasadach, jak wszyscy inni. Szybko zostaje mu wytłumaczone, że oczywiście, my jesteśmy pokojową i LOGICZNĄ rasą, i cenimy sprawiedliwość i LOGIKĘ, ale to LOGICZNE, że nie-wolkanie są głupsi. Nawet jeśli wychodzi, że nie są, i bycie człowiekiem wcale w niczym nie przeszkadza (Michael przeszła wszystkie wymyślne wolkańskie teścidła), to i tak są. Chcesz, aby twoje dzieciaki były traktowane jak reszta? Hm, czy przypadkiem nie kierują tobą – tfu – emocje?

Co najlepsze, w skali nieprzyjemnej wolkańskości scena o której mówię wcale nie jest najgorsza. Wolkanom bowiem “w imię logiki” zdarza się samobójczo wysadzać w powietrze na ambasadorskich statkach.

I ja wiem, że to byli jacyś ekstremiści, ale, jako że z miarę przyzwoitych (dla baaardzo luźnej definicji “przyzwoitości”) Wolkanów mamy tylko Sareka, który w każdym pokazanym kontakcie z innymi Wolkanami obrywa za nie bycie rasistą, to może, tylko może, Wolkanie nie wypadają specjalnie dobrze?

Podobno ci goście nie byli tak paskudni w poprzednich Star Trekach. Trzymam za słowo.

2. Klingoński to fajny język, ale Klingoni nie mają za wiele do powiedzenia

W oczekiwaniu na kawę od stażysty, T’Kuvma postanowił wyglądać wyniośle.

Klingoński brzmi jak język stworzony dla istot, których krtanie nie są przystosowane do wymawiania sporej części dostępnych ludziom głosek i wobec tego opiera się na krótkich, tonalnych sylabach, przypominających warczenie. Nie, żebym specjalnie znała się na klingońskim czy nawet językach sztucznych, ale wiecie – wysłuchałam w Discovery multum dialogów w tym języku. Klingoński brzmi nieprzyjemnie, z wszelkim prawdopodobieństwem miał tak brzmieć i, szczerze mówiąc, dobrze mi się go słuchało. Brzmi obco, brzmi groźnie, no i dobrze, że jak już stworzył ten język (na Duolingo można się uczyć klingońskiego, tak swoją drogą), to przynajmniej jest gdzieś używany.

Szkoda tylko, że Klingoni niezbyt często mówią cokolwiek ciekawego. To wręcz interesujące, że rasa, która podobno słynie z agresji, przez większość serialu spędza czas na czymś w stylu small talku, który najwyraźniej u Klingonów składa się z gróźb połączonych z zapewnieniami o lojalności oraz tym, jak oni nie cierpią tych smerfów obcych z Federacji. Zadziwiające jest to, że po tylu dialogach bardzo mało wiem o samych Klingonach – wiem, że zginął Ważny Klingoński Manager, który wyznaczył na zastępstwo swojego Juniora, ale Manager z innego działu Klingońskiej Puszki Tortur się z tym briefem nie zgadza i chce wskoczyć na jego stołek. Nie zorientowałam się jednak do tej pory, czym zajmują się Klingoni, gdy nie prowadzą wojny i nie składują w kosmosie swoich trupów, o co chodzi z tymi klingońskimi klanami…

Wiem tylko jedno – Klingoni baaardzo lubią sobie pogadać.

3. W kosmosie nie ma seksizmu. Nawet, jeśli akurat mieszkasz w faszystowskim imperium, które wspiera niewolnictwo i robi zupę z inteligentnych istot

Ale jak to… zupę?

Najwyraźniej wszystkie wewnętrzne, ziemskie konflikty, dyskryminacje i ogólna światowa niesprawiedliwość minie, gdy tylko okryjemy kosmitów. Wtedy kobieta na równi z mężczyzną, Europejczyk z Azjatą i biały z brązowym zjednoczą się, aby zrobić z pokojowo nastawionych obcych potrawkę.

W wizji mirrorversu w Discovery, gdzie każdy jest taki, jak był, tylko zły (jestem pewna, że wątek ten przywędrował z TOS, to zbyt kiczowate na XXI wiek), jest coś jednocześnie uroczo naiwnego i niepokojącego. Mam wrażenie, że mimo ewidentnie antyrasistowskiego przekazu, mirroverse rozmywa odpowiedzialność, prezentując bardzo dziwną rzeczywistość, w która jest jednocześnie faszystowska (wobec kosmitów) i wyraźnie równościowa (dla ludzi, wszystkich ras i płci). A przecież w takiej wersji przyszłości, nie powinna wcale zaniknąć wewnętrzna dyskryminacja – seksizm wcale nie zniknął, gdy znalazł się lepszy obiekt do kopania (czarni niewolnicy), tak samo to, że pan Seba Naziol odkrył, że gejów nie lubi bardziej, nie sprawia, że stał się mniejszym rasistą. Złe, faszystowskie Imperium Terran, oparte na naszej pięknej cywilizacji, raczej nie byłoby władane przez duo w postaci azjatyckiej kobiety i jej ciemnoskórej, adoptowanej córki.

No, ale rozumiem zabieg fabularny i fajnie się to ogląda. Poza tym – jak ktokolwiek może być takim bydlakiem, aby zjeść zupę z Saru? Saru jest uroczy!

4. Wielki niesporczak może cię zabić.

Niesporczak. Bez żadnego dodatkowego komentarza, to po prostu niesporczak. W kosmosie.

Nie mam nic więcej do dodania. W kosmosie są wielkie niesporczaki, które sobie latają po sporowych sieciach i w sumie są inteligentne i pokojowo nastawione, ale jak je wkurzysz to cię zabiją. Dla mnie to brzmi sensowniej niż punkt powyżej.

5. Aby utrzymać kapitański stołek, wypadałoby się przespać z admirałem. Jak nie zadziała, musisz kombinować.

Takie zdjęcie mi się wrzuciło. Ups.

Podobno kapitanowie w Star Treku zazwyczaj są charyzmatyczni i szlachetni, i dobrzy, i sympatyczni.

Lorca jest charyzmatyczny i szlachetny, i dobry, i sympatyczny. Jak mu się to opłaca. Ze wszystkich postaci z Discovery to właśnie kapitan Gabriel Lorca jest tą najciekawszą, głównie dlatego, że gdzieś do dziesiątego odcinka sezonu nie byłam pewna, w którym momencie jest szczery, a w którym manipuluje. I czy są w ogóle momenty, w których jest szczery. I jaki ma cel. I czy w ogóle ma cel, czy tylko zdarza mu się robić niefajne rzeczy czasami, ot, dla utrzymania pozycji i kilku osobistych benefitów. A może scenarzyści nie ustalili między sobą balansu w charakterze Lorki?

Im dalej w las, tym więcej drzew i w końcu miałam szczerą nadzieję, że facet ukrywa coś tak grubego, że pobije wszystkie small talki w Klingon Inc.

I wiecie co? Serial przeskoczył moje oczekiwania o jakieś trzy oczka skali. Chyba po raz pierwszy, gdy przeczuwałam, że jakaś postać zasadniczo okaże się dupkiem, ta okazała się jeszcze większym dupkiem, niż sądziłam.

Brawa dla Lorki. Zdecydowanie najlepszy kapitan, jakiego widziałam, na zawsze w naszych sercach.

Czy polecam Discovery? No cóż, tak, jeśli szukasz dobrej opowieści o statkach robiących piu-piu w kosmosie, z ludźmi z toną silikonu na twarzy jako kosmitami, z wysokiej jakości efektami specjalnymi oraz trzymającymi się kupy bohaterami. Jak jednak pisałam wyżej – nie wiem, czy to dobry Star Trek, na pewno jednak to porządna space opera. W moim osobistym rankingu stawiam ją na poziomie mniej-więcej Battlestar Galactica, a do starego, dobrego Battlestara mam wielki sentyment.

 

Na facebooku trochę więcej wypowiadam się na temat ST: Discovery. Tam też będę relacjonowała oglądanie The Original Series, chociaż pewnie jako pierwszy pójdzie na ruszt jednak Modyfikowany węgiel – serial, w którym jako wielbicielka cyberpunku pokładam wielkie nadzieję. Modyfikowany węgiel ma dzisiaj premierę na Netfliksie. Tak tylko przypominam.

Czemu nie lubię Rey?

Czemu nie lubię Rey?

Wychodzą nowe Starłorsy, dzisiaj więc będzie właśnie o Starłorsach. A dokładnie o Rey. A jeszcze dokładniej – czemu nie lubię Rey.

Pierwsza sprawa – “nie lubię Rey” należy tłumaczyć bardziej jako “postać ta nie budzi we mnie ani sympatii, ani specjalnej antypatii” niż “aby się potknęła i ten durny ryj rozwaliła”. Nie nienawidzę Rey. Nie uważam, aby była jakoś gorszą główną bohaterką od Bananakina Anakina Skywalkera, który nie lubi piasku, bo mu wchodzi w… eee… może lepiej do tego nie wracajmy. Ale mam z Rey problem. Głównie dlatego, bo uważam, że to niezbyt dobrze skonstruowana postać.

Nawet sama Rey się ze mną zgadza.

Rey poznajemy jako najbardziej bladą osobę, która całe życie spędziła na pustyni (serio, porównajcie sobie karnację Rey z pracującymi na słońcu robotnikami przy drodze). Rey ma te fafnaście lat, żyje gdzieś na gorącym, galaktycznym Podlasiu. Za dom ma stertę gruzu, pracuje, aby mieć co jeść – absolutnie dosłownie – jest samotna, wychowała się bez rodziców. Nie ma przyjaciół. Nie wydaje się, aby miała jakichkolwiek bliskich, prócz rodziców, którzy zostawili ją bez opieki na środku pustyni, zdobywając przy tym zapewne Puchar Rodziców Roku im. Dartha Vadera. Ogólnie maleńkości wiedzie żywot niezbyt godny pozazdroszczenia. Gdyby Gwiezdne Wojny były realistycznym filmem dokumentalnym, opisywano by ją jako lokalne połączenie zarabiającej równowartość 250zł miesięcznie szwaczki z Bangladeszu z dzikimi dziećmi z rosyjskich wysypisk. 

Oczywiście, Starłorsy nigdy nie aspirowały do miana realistycznych dla jakiejkowiek miary realizmu, wobec czego Przebudzenie Mocy nie jest opowieścią o twi’lekańskim psychiatrze próbującym załatać wszystkie traumy kiepsko zsocjalizowanej, dzikiej nastolatki z pustyni. Problem jednak polega na tym, że nawet jak na niezobowiązujące standardy Star Wars, życiorys Rey nie ma praktycznie żadnego odbicia w jej zachowaniu i osobowości. Rey nie tylko nie wygląda jak ktoś wychowany na pustyni pośrodku niczego (co można zrozumieć, bo autentyczna słoneczna opalenizna młodego Luke’a stała się niemodna już w latach ’80, razem zresztą z tamtą koszmarną fryzurą), ale też chyba ani raz nie zachowuje się w sposób uwiarygadniający jej origin story, czy jak to nazwiecie.

Powtarzam – nie wymagam głębokiego realizmu od Gwiezdnych Wojen. Trudno jednak pozbyć się myśli, że to całe “trudne życie Rey na Jakku” to atrapa i pic na wodę, coś, co nie ma kompletnie żadnego odbicia w samej tej bohaterce, ponieważ ta zachowuje się po prostu jak Generyczna, Sympatyczna Postać Nr 12. Rey, pomimo życia w samotności, nie ma problemu z nawiązywaniem kontaktów z ludźmi (oraz słodkimi, okrągłymi robocikami). Ma twardy kręgosłup moralny, chociaż nikt jej go nie przekazał i nie ukształtował tejże moralności, a przynajmniej nic o tym nie wiemy. Jest pewna siebie, dowcipna. Jeśli ma żal do rodziców, to z jakiegoś powodu nawet jej po tych wszystkich latach nie przychodzi do głowy, że może jednak nie wrócą po nią. Prosi Hana, aby ją odstawił na Jakku, z wręcz niepokojącą naiwnością pragnąc wrócić do swojego – koszmarnie ciężkiego życia – na wypadek, gdyby Obi-Wan Kenobi, czy kto tam się okaże jej ojcem, zechciał jednak ją odebrać.

Ale jestem sympatyczna, prawda?

To po prostu nie trzyma się kupy. Do tej pory wychowanie i pochodzenie bohatera miały zawsze wyraźny wpływ na bohaterów, przynajmniej tych głównych. Luke jest, przynajmniej początkowo, prostym, dobrym chłopakiem z farmy. Spora część problemów Anakina wynika z tego, gdzie się urodził i wychował – z jednej strony miał kochającą matkę, z drugiej – musiał ją opuścić, a próby wyrugania przez Jedi wszelkich uczuć do rodziny skończyły się źle (ogólnie jestem zdania, że Jedi to tak trochę idioci i sposób postępowania z małym Anakinkiem to wręcz podręcznik “jak nie postępować z problematycznym dzieckiem, chyba że chcesz eskalować te problemy do poziomu galaktycznego”). W przypadku Rey tego nie ma. Jest psychologicznie gorzej skonstruowana od Anakina z Nowej Trylogii, a Nowa Trylogia bynajmniej nie słynie z dużej ilości sensownych pomysłów. Co więcej, mam nieodparte wrażenie, że większość fanów to w jakiś sposób widzi, tylko nie potrafi tego kosmicznego rozbicia na tle “wychowanie” i “zachowanie” do końca określić, wobec czego padają zarzuty m.in. o marysuizm.

Ten dziwny, niepływający na nic origin story z ciężkim życiem na pustyni wydaje się też o tyle wręcz dziwaczny, że postać głównego antagonisty, Kylo Ren, praktycznie zbudowana jest wokół tego, kim nasz Kyluś miał szczęście/nieszczęście się urodzić. Praktycznie wszystko, co Kylo robi, ma swoje mniej lub bardziej łopatologiczne podłoże w tym, że jest wnukiem Dartha Vadera, tym, że jest/był Benem Solo (będę się upierać, że jego pełne nazwisko to Benjamin Chewbacca Solo), w tym, jakie emocje czuje do swojej rodziny i jak próbuje je wykorzystać. Innymi słowy, o ile to, co robi Rey, nie ma praktycznie żadnego zakotwiczenia w jej wcześniejszym życiu, podczas gdy z całej postaci Kylo wyżera próba nadania sobie tożsamości w odniesieniu do ukochanego dziadzia i (stanowczo mniej) kochanych rodziców. Innymi słowy, Kylo jest po prostu lepszą postacią. A poza tym ma piękne włosy.

Czemu po forach mówią, że Kyluś jest brzydki? On ma taką uroczą mordkę!

Wobec tego wszystkiego, jeśli czegoś oczekiwałabym po Ostatnim Jedi, to jakiejkolwiek próby odniesienia się do tego, jakie życie prowadziła Rey przed Przebudzeniem Mocy, jak to na nią wpłynęło. Inaczej nadal będzie bohaterką dość płaską, a uwaga wszystkich i tak się skupi na Kylo, którego jak na razie wszyscy albo kochają, albo nienawidzą (ja kocham, zatuliłabym na śmierć). Mam też szczerą nadzieję, że pomiędzy Kylo i Rey nie będzie żadnego romansu, bo a. serio, to by była płytka drama, b. jakakolwiek zmiana frontu z powodu zabujania się i syndromu “serce mi pika i klapa śmietnika” jest co najmniej głupie. Chociaż udawajmy, że wybory bohaterów mają cokolwiek wspólnego z moralnością.

Na seans Ostatniego Jedi idę w czwartek, będzie więc pewnie notka (spoilerowa) odnośnie samego filmu. Dowiecie się z niej z pewnością samych ważnych rzeczy, tj. czy Kylo nadal ma idealną fryzurę zaraz po wyjęciu z hełmu, w którym kisił się godzinami (pewnie ma), czy poprawili postać Rey oraz ile słodkich droidów wrzucili, aby sprzedać dużo zabawek.

W końcu, wiecie, to Disney.

Jak wspominałam – absolutnie przepiękne włosy.

Więcej Starłorsów? Polajkuj funpaga.

Mężczyzna, który nienawidził stóp

Mężczyzna, który nienawidził stóp

Porozmawiajmy o Robie Liefeldzie.

Nie no, naprawdę. Jeśli jakiekolwiek zjawisko na świecie zasługuje na wyraźne omówienie, są to rysunki Roberta Liefelda. Nie wiesz, kim jest Robert? Błąd. To tak, jakby nie wiedzieć, kim jest Tommy Wiseau.

Wszystko zaczęło się w latach ’90 XX wieku, gdy w Ameryce każdy szanujący się nastolatek nosił czapkę z daszkiem i był edgy, a najczęściej powtarzanym słowem w popkulturze było EXTREME (w wersji bardziej, khem, ekstremalnej, EXXXTREME). Wcześniej, w latach osiemdziesiątych, komiksy superbohaterskie przechodziły modę na tematy bardziej poważne, o ciężkim tonie, rodzili się pierwsi popularniejsi antybohaterowie. Tak więc lata ’80 dały nam fenomenalne i kultowe Watchmen (jeden z moich najbardziej uwielbianych komiksów evah), Batman: Śmierć w rodzinie czy, wychodząc poza tematykę trykociarzy, V jak Vendetta albo Maus. Wszystkie te dzieła wyróżniały się niejednoznacznymi bohaterami, poruszaniem poważnych tematów, częstokroć politycznych, dotykaniem zagadnień związanych z ludzką psychiką czy kondycją cywilizacji… i czytelnicy naprawdę to kochali.

A potem przyszły lata ’90. Pomyślcie o tym tak, jakby lata ’80 były Darthem Vaderem, natomiast ’90… no cóż, Kylo Renem.

Tak, było aż tak źle. Chciano bardziej mrocznych, edgy postaci. Chciano spluw wielkości lodówki, które przypakowany super-Pudzian w trykocie obsługiwał jedną ręką. Chciano postaci kobiecych chodzących w samych stringach (nasz Kylo Ren z lat ’90 ma trochę tak 16 lat i trądzik, sami więc rozumiecie). Chciano postaci kobiecych w samych stringach i żelaznych cyckonoszu ORAZ ze spluwami wielkości lodówki.

Rob Liefeld rozumiał te potrzeby. Nie ma innego wytłumaczenia na to, czemu ktoś, kto zasadniczo nie potrafił rysować, dorobił się tak wielkiej popularności i tak niesamowitej fortuny na rysowaniu komiksów. W pewnym momencie Liefeld był tak popularny, że Stan Lee przeprowadził z nim wywiad w serii dokumentalnej The Comic Book Greats. Z facetem, który, no… bardzo nie lubił stóp.

X-Force #1

 Stopy – wielkie nemezis Liefelda

Spójrzmy chociaż na okładkę X-Force #1 – po kliknięciu dostaniecie obraz lepszej jakości. Zawiera dużo postaci. To źle, bardzo niedobrze dla Roba, dużo postaci oznacza bowiem dużo stóp, które trzeba poukrywać. Od razu widać, że z widocznym na pierwszym planie Juggernautem nasz rysownik poradził sobie całkiem nieźle – jedna stopa jest zakryta przez tło, druga natomiast znika za bohaterem o imieniu Warpath (przyzwyczajajcie się do tych imion, spora część mało znanych bohaterów lat ’90 ma w swoim mianie człon War, Death, Blood czy coś podobnego). Dobrze pod względem stóp wychodzi też Cable (prawy dolny róg), bowiem zostały one przezornie upitolone przez dolny brzeg komiksu. Uff, cztery stopy z głowy. Efekt finalny to jakieś trzy i pół stopy na siedem widocznych na okładce postaci, przy czym te stopy, które są widoczne, zostały baaardzo zniekształcone i pomniejszone przez dziwaczną perspektywę. Widzicie tylko sześciu bohaterów? Kliknijcie w obraz, w prawym dolnym rogu jest jeszcze Domino w pozie, jakby właśnie tańczyła twista i właśnie ją przyłapano na dziwnym połączeniu słowiańskiego przykucu i skrętu tułowia.

A kto tu ma skoliozę?

Powód niechęci Roba do stóp jest w sumie oczywisty, ale jakby ktoś się jeszcze nie domyślił – nie potrafi ich rysować. Spójrzcie na obraz po prawej, gdzie z kolei nie udało się usunąć stóp z zasięgu wzroku czytelnika. Pierwszym, co się rzuca w oczy, jest to, że wszyscy stoją… no, jakoś tak dziwnie. Wynika to z tego, że Liefeld niezbyt potrafi narysować człowieka w pozie swobodnej, wobec czego wszyscy stojąc opierają się na jednej nodze, drugą dziwnie trzymając w powietrzu. Nie dotyczy to kobiet, albo balansujących na olbrzymich szpilach, albo… chodzących jak baletnice, na czubkach palców.

Same stopy, oczywiście, narysowane są kiepsko – bardzo malutkie, nieforemne twory w kształcie diamentu lub trójkąta. Trzeba jedna zauważyć jedno – Rob Liefeld zadaje kłam wieściom, że mężczyźni w rurkach są niemęscy i jego bohaterowie już we wczesnych latach ’90 chodzili w rureczkach, które nęcąco podkreślały ich napakowane łydki. Trykociarze nie zaniedbują nóg na siłowni, potężne łydy to kolejny znak rozpoznawczy Roba.

Caps rasy belgian blue

Rob Liefeld i mężczyźni

Po lewej macie chyba jedno ze sławniejszych dzieł naszego wielkiego rysownika lat ’90. Jak widać, Rob lubi mięśnie. Nie do końca wie, jak działają i ile powinno ich być w ludzkim ciele, nie mówiąc już o umiejscowieniu, ale zdecydowanie bardzo je lubi. To chyba najlepszy tego przykład – potężny Kapitan Ameryka, którego amerykańska klata wystaje z dwa metry przed jego głową. Chodząca góra mięśni. Jego mięśnie mają mięśnie. Gdyby hodowcy bydła odkryli gen odpowiadający za tego rodzaju umięśnienie, cena wołowiny spadłaby do pięciu złotych za kilogram.

Istnieją w tym obrazie także bardziej subtelne oznaki stylu Liefelda. Jak chociażby szczękościsk, bowiem ten rysownik zna w sumie dwa rodzaje mimiki – otwartą paszczękę i właśnie szczękościsk. Szczękościsk oznajmia, że bohater jest twardy i nie da sobie w kaszę dmuchać, otwarte usta robią za wszystkie inne ekspresje (w latach ’90 nie było ich za dużo). Zwróćcie także też uwagę na dziwne cieniowanie, niespecjalnie mające jakikolwiek sens oraz dużą liczbę prostych kresek użytych, by dodatkowo pocieniować postać. Liefeld kocha kreski, zobaczycie je w bardzo wielu jego rysunkach.

Zwróćcie uwagę za oryginalny sposób trzymania broni

Dalej mamy Shatterstara, czyli bohatera, który zaczął jako generyczny maczo-Pudzian stworzony przez Liefelda, a skończył w gejowskim związku z meksykańskim mutantem (chyba nie muszę dodawać, że Robowi niespecjalnie się to spodobało, jeśli jeszcze macie jakieś wątpliwości odnośnie sposobu odbierania przez niego rzeczywistości, poczekajcie do liefeldowej wizji kobiet). W każdym razie, twarz Shatterstara wygląda trochę, jakby Liefeld chciał narysować bardzo leciwego dziadka, ale niekoniecznie wiedział, jak wyglądają zmarszczki. Nie, ten bohater nie ma żadnej dziwnej choroby skóry. To po prostu jego twarz.

Poza tym standardowy zestaw – tona mięśni. Szczękościsk. Włosy narysowane tak, jakby Shatterstar codziennie rano rozdzielał je na pasma i każde pasmo sklejał osobno pomadą. No i… kto w ogóle tak trzyma szablę?

Rob Liefeld i kobiety

Kobiety nie czytają komiksów z superbohaterami, powtarzali i chyba do tej pory powtarzają pewne specyficzne typy fanboyów. Ehe. Ciekawe, jak bardzo oni by się pchali do czytania trykociarskich komiksów w latach ’90, gdyby połowa superbohaterów chodziła w stringach, prezentując przez 3/4 numeru na przemian mięśnie pośladów oraz klatę (oczywiście, nie poślady i klatę Pudziana, a wyidealizowanego fit-modela, trafiającego pod ustandaryzowane gusta żeńskiej widowni). Oczywiście, tylko tak do chwili, gdy alternatywna wersja naszego ulubionego rysownika, Roberta Liefeld, nie wpadłaby na genialny pomysł – a mianowicie przy odpowiednim złamaniu kręgosłupa bohatera, może być widać tyłek i klatę jednocześnie.

Auć. Po prostu auć.

Patrzcie na to. Tak właśnie Rob Liefeld postrzega kobiety. Tu powinien być żart o tym, że pewnie żadnej na oczy nie widział, ale z drugiej strony… nie słyszałam, aby urodził się bez stóp, pewnie więc nie o to, khem, chodzi. W każdym razie, patrzenie na to daje jakieś +500 damage’u w kręgosłup. Czy ona w ogóle ma organy wewnętrzne? Jak można stać tak wypiętym i wykręconym w obie strony?

Inna sprawa, że Liefeld ewidentnie brał pomysły na ubrania dla swoich heroin od aktorek porno, i to takich niskobudżetowych. O ile stroje wyglądające jak namalowane na ciele to w sumie standard u każdej z płci, tak powiedzmy sobie szczerze… to nawet nie udaje. Facet chciał po prostu sprzedać materiał do radosnego fapingu, na który prędzej pozwoli mamusia naszego edgy dzieciaka z lat ’90 niż na prawdziwą gazetkę z gołymi paniami.

Pomijając już bardzo bolesną anatomię – co ten facet ma do pasków i sakiewek? Naprawdę, prawie każda jego bohaterka (bohaterowie także, ale trochę rzadziej) ma co najmniej kilka. Wokół pasa (może usztywnia kręgosłup naszej gołej pani tak, aby się nie złamał?), wokół ud, wokół ramion. One tam trzymają coś pożytecznego, czy tylko dla ozdoby?

Ten strój nie wydaje się spełniać wymogów BHP

Kolejna bohaterka pochodzi z komiksu Re:Gex, który absolutnie polecam. Zaczyna się sceną, w której drużyna naszych herosów (zawsze była jakaś drużyna), stoi na szczycie lodowca. Dwóch ciepło ubranych facetów (no, w miarę ciepło, nawet w najlepszym wypadku zależność ubranie-temperatura była dla Liefelda zagadką), jakiś lodowy gigant, wielki robot i… kobieta. W staniczku i stringach. Sam komiks został wycofany bardzo szybko, ale jeśli ktoś chce zobaczyć podrygiwania zdychających lat ’90, powinien to przeczytać. Jest tam wszystko, co najgorsze w Liefeldzie i tej dekadzie – bezsensowna rozwałka, seksizm, miałkie postacie, edgy spluwy, supermoce i podróbka Wolverine’a (tych chyba Liefeld wyprodukował co najmniej dziesięć). Nawet nie wiem, czy Re:Gex jest dostępny legalnie (można próbować w ramach Marvel Unlimited), ale cholera, macie moje błogosławieństwo odnośnie piracenia. Jeden raz, bo za czytanie tego twórca powinien raczej dopłacać.

Czemu to w ogóle się sprzedawało?

Wydaje mi się, że po prostu Rob Liefeld zagospodarował niszę, która tylko na niego czekała. W momencie, w którym okazało się, że komiks może ukazywać antybohaterów, politykę, moralne dylematy, otworzyła się także furtka z bezsensowną golizną i przemocą. Granica tego, co mogło być pokazane w komiksach z trykociarzami przesunęła się. Łatwiej jest generować lekką siekankę niż ciekawą historię, a goła baba z mieczem i waginą odciśniętą na stringach przyciągnie główny target.

Lata ’90 z pewnością nieźle przyczyniły się do (teraz wyjątkowo głupiego już) stereotypu komiksiarza-niezbyt atrakcyjnego, zakompleksionego nerda o małych wymaganiach odnośnie uwielbianego przez siebie medium. Z grami komputerowymi było zresztą podobnie, takie serie jak Mortal Kombat czy Duke Nukem, chociaż same w sobie bardzo technicznie dobre, zdecydowanie jechały na przemocy i żeńskiej goliźnie. Podobnych, niezbyt subtelnych rozrywek targetowanych na kobiety nie było, przez co w sposób oczywisty, wśród odbiorców dominowała płeć męska.

A na sam koniec, uwaga – ULTIMATE EXXXTREME HYPER ’90 ROB LIEFELD SPECIAL! Czyli wszystko, z czego Rob słynie, kondensowane do jednego, porażającego dzieła! Trzymajcie:

EXXXTREEEEMEEE

Pragniesz więcej złych komiksów z lat ’90? Polajkuj.