Roboty późnego kapitalizmu

Roboty późnego kapitalizmu

Dżizas, jakie te Detroit: Become Human nierealistyczne. Aż zęby mi szczękały na widok tego, co się dzieje na moim ekraniku.

Dla niewtajemniczonych, czyli osób niebędących fanami gier oraz, tfu, pececiarzy, Detroit: Become Human to świeży, tegoroczny twór produkcji Quantic Dream. Twory tego studia słyną z bycia czymś pomiędzy grą właściwą, a interaktywnym filmem. Fani japońskich visual noveli zapewne nazwaliby ten styl “VN, ale z wielkim budżetem i elementami przygodowymi”. Samo Detroit: Become Human opowiada o strasznej przyszłości roku 2038, w której powszechna sztuczna inteligencja w postaci androidów jest i wyzyskiwana przez paskudnych millenialsów i jeszcze gorszą Gen Z. 

Jestem Connor, wysłana przez Cyberlife alegoria wszystkich prześladowanych mniejszości, jakie znasz.

Można o tej grze powiedzieć dużo. Można zauważyć, że to dość typowa historia o należeniu do prześladowanej grupy napisana przez przedstawiciela grupy, wiadomo, najbardziej prześladowanej, jaką są biali mężczyźni europejskiego pochodzenia z klasy wyższej średniej. Że Detroit trochę tak brakuje zrozumienia tematów, jakich się podejmuje. Że walnięcie gracza po oczach piętnastoma nawiązaniami do Holokaustu oraz dwudziestoma do niewolnictwa i segregacji rasowej, niekoniecznie oznacza, że gierca nabiera gnębi.

Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że jeśli kopniesz swoją Roombę, nie oznacza to, że zasługujesz, aby Cię zadźgała gdy śpisz. 

Skynet jest blisko.

Ja jednak nie o tym. Chciałam jedynie zauważyć, z jak bardzo nierealistyczną wizją robotów mamy do czynienia. I odsuńmy na bok roboholokaust. Są ważniejsze kwestie.

Mamy rok 2038, co oznacza erę bardzo późnego kapitalizmu. Ja więc zadaję pytanie – gdzie abonamenty na te androidy? Gdzie lootboxy? 

Powiem Wam, jak by to naprawdę wyglądało w roku 2038. Najpierw kupujesz tego swojego robota. Ale to tylko podstawka, więc w zasadzie właśnie nabyłeś bardzo drogą cegłę w kształcie człowieka. Cegła nie zrobi niczego, dosłownie niczego, dopóki nie wykupisz abonamentu albo nie wykonasz mikropłatności. No dobra, robisz to. Teraz masz już swojego androida sprawnego, tak?

Dokonaj płatności zbliżeniowej, aby odblokować opcje Premium.

Jeśli tak pomyślałaś – przykro mi, nie umiesz w późny kapitalizm. Chcesz, aby twój robot od wynoszenia śmieci zmył też gary? Abonament, który wykupiłaś, jest za niski. Albo bierzesz wyższy, albo – SPECJALNA OKAZJA – dziesięć rundek ze śmieciami za jedynie 10,99$, jako jednorazowa płatność.

Później, wiadomo – jak roboty, to musi pojawić się temat seksu. Jesteśmy gatunkiem, który w jakiś sposób jest w stanie uznać dmuchaną lalkę z połączenia plastiku z azbestem za atrakcyjną partnerkę seksualną, więc nie po to kupujemy androida, aby darzyć go uczuciem platonicznym. Ale – stop. Tak nie wolno. I nie, nie dlatego, że mamy do czynienia z zaawansowaną sztuczną inteligencją, którą wypadałoby zapytać o zgodę w kwestii naszych erotycznych poczynań. Po prostu – opcja seksbota kosztuje i to raczej sporo. Nie ma tak, że sobie poruchamy, a prezes Cyberlife’u za to nie dostanie naszych pieniążków. 

Na szczęście, jak kogoś nie stać, to mamy lootboxy. Szansa, że wylosujemy usługi seksualne jest mniej więcej równa szansie na to, że wysłana przed dekadami w kosmos Tesla zawróci wokół Saturna i walnie nas w czoło przy przechodzeniu przez pasy. Ale Cyberlife nie ma obowiązku, aby o tym informować. Studenci wykupują więc lootboxy pasjami, z nadzieją, że wreszcie wypadnie obciąganie. 

Jednak zawsze wypada opcja wyprowadzania psa na spacery czy gra w szachy.

Próbujesz odblokować… co?

Jeśli android w fabryce dostanie szału i zacznie zabijać ludzi dookoła, nie licz na to, że go odstrzelą. Pomiędzy niebezpieczną maszyną a oddziałem uderzeniowym stanie właściciel androida, z wrzaskiem, żeby tylko go nie uszkodzić, bo był cholernie drogi.

Nie wierzycie? Autor sci-fi David Langford już dawno stworzył bardziej aktualną wersję praw robotyki Asimova. Brzmią one:

Robot nie może działać na szkodę Rządu, któremu służy, ale zlikwiduje wszystkich jego przeciwników
Robot będzie przestrzegać rozkazów wydanych przez dowódców, z wyjątkiem przypadków, w których będzie to sprzeczne z trzecim prawem
Robot będzie chronił własną egzystencję przy pomocy broni lekkiej, ponieważ robot jest „cholernie drogi”.

Na pocieszenie jednak napiszę, że w takim wypadku przynajmniej nie czeka nas roboapokalipsa.

Złośliwe puchy dup nie ruszą, dopóki im nie zapłacimy. 


W przyszłości jak dzisiaj – Twoja pensja będzie sponsorować obleśny szlafrok typowi zarabiającego kilkanaście milionów więcej od Ciebie

//a tu mamy link do funpaga

5 rzeczy, które dowiedziałam się o Star Treku ze “ST: Discovery”

5 rzeczy, które dowiedziałam się o Star Treku ze “ST: Discovery”

Przyznaję – z wielkich franczyz popkulturowych Star Trek zawsze był czymś, co mnie po prostu omijało. Kojarzę główne założenia – mamy załogę, statek robiący piu-piu (jak w każdej dobrej produkcji tego typu – odkrywanie kosmosu i kontakty z nowymi cywilizacjami. Gdzieś przez osmozę kojarzę pogrzeb Spocka z kobzą w tle, no i oglądałam wszystkie odcinki Futuramy, co prawdopodobnie oznacza, że wchłonęłam zdecydowanie więcej parodii Star Treka niż samego Star Treka. A, jeszcze na studiach ruszyłam temat w ramach omawiania progresji obyczajowej w amerykańskiej telewizji.

(może kiedyś napiszę o progresji obyczajowej w amerykańskiej telewizji, kto wie)

Dążę do tego, że Star Trek: Discovery był moim pierwszym Star Trekiem, obejrzałam go z zainteresowaniem, po czym okazało się, że:

1. to nie jest prawdziwy Star Trek;

2. jeśli mi się podobało Discovery, to startreki mi się ogólnie podobać nie będą, ponieważ

3. to nie jest prawdziwy Star Trek.

Z tego, co udało mi się ustalić, najczęściej powtarzające się zarzuty wobec Discovery to: zupełnie inny, cięższy ton serii, wyraźnie zaznaczona główna postać (wcześniejsze Treki nie miały głównego bohatera, skupiając się na przygodach załogi), zmiany i nieścisłości w kanonie (zwłaszcza względem The Original Series, czyli wersji z lat 60.) oraz zmiany w przedstawieniu już pokochanych przez fanów postaci, gatunków i całej reszty. Uczciwie zaznaczam, że powtarzam po ludziach, którzy mi to tłumaczyli i chociaż sama mam zamiar w najbliższym czasie wziąć się za oglądanie TOS, na ten moment nie mam po prostu jak się do tego odnieść.

Zrobiłam za to listę pięciu rzeczy, które dowiadujesz się o Star Treku, jeśli oglądałaś – tak jak ja – jedynie Discovery. Czy jest to spójne z resztą franczyzy? Nie wiem. Czy true trekowcy mnie nazwą fake fangirl? No, jeśli chociaż trochę przypominają fanów Star Wars, najprawdopodobniej tak. Czy Discovery zachęca do zapoznania się z resztą tego jakże rozbudowanego uniwersum? Mnie zachęciło, ale z wyraźnym zaznaczeniem, że mam świadomość, by nie spodziewać się drugiego Discovery po jakimkolwiek innym serialu startrekowym. W każdym razie, oto moja

LISTA PIĘCIU RZECZY, KTÓRE DOWIEDZIAŁAM SIĘ O UNIWERSUM STAR TREKA ZE ST: DISCOVERY

1. Wolkanie to cholerni rasiści i hipokryci.

Wyglądam na rozczarowanego, nawet gdy nie jestem… a nie. Zawsze jestem rozczarowany.

Ze wszystkich pokazanych w Discovery różnorodnych gatunków kosmitów, Wolkanie wypadają najgorzej. Znaczy jasne, są jeszcze Klingoni, którym zasadniczo można przykleić na wydatnych czołach plakietkę “jestem złym orkiem”, ale powiedzmy sobie szczerze – złolstwo Klingonów to coś, tego się człowiek spodziewa od początku do końca. Wolkanie natomiast przypominają tych irytujących typów z Facebooka, co nie są rasistami, ale. Ale to logiczne, że czarni są głupsi.

Na kilku spotkanych w serialu Wolkan ten najsympatyczniejszy – i najmniej ksenofobiczny – rozbija się o szklany sufit, gdy próbuje sprawić, aby jego ludzka podopieczna była traktowana… no, na takich samych zasadach, jak wszyscy inni. Szybko zostaje mu wytłumaczone, że oczywiście, my jesteśmy pokojową i LOGICZNĄ rasą, i cenimy sprawiedliwość i LOGIKĘ, ale to LOGICZNE, że nie-wolkanie są głupsi. Nawet jeśli wychodzi, że nie są, i bycie człowiekiem wcale w niczym nie przeszkadza (Michael przeszła wszystkie wymyślne wolkańskie teścidła), to i tak są. Chcesz, aby twoje dzieciaki były traktowane jak reszta? Hm, czy przypadkiem nie kierują tobą – tfu – emocje?

Co najlepsze, w skali nieprzyjemnej wolkańskości scena o której mówię wcale nie jest najgorsza. Wolkanom bowiem “w imię logiki” zdarza się samobójczo wysadzać w powietrze na ambasadorskich statkach.

I ja wiem, że to byli jacyś ekstremiści, ale, jako że z miarę przyzwoitych (dla baaardzo luźnej definicji “przyzwoitości”) Wolkanów mamy tylko Sareka, który w każdym pokazanym kontakcie z innymi Wolkanami obrywa za nie bycie rasistą, to może, tylko może, Wolkanie nie wypadają specjalnie dobrze?

Podobno ci goście nie byli tak paskudni w poprzednich Star Trekach. Trzymam za słowo.

2. Klingoński to fajny język, ale Klingoni nie mają za wiele do powiedzenia

W oczekiwaniu na kawę od stażysty, T’Kuvma postanowił wyglądać wyniośle.

Klingoński brzmi jak język stworzony dla istot, których krtanie nie są przystosowane do wymawiania sporej części dostępnych ludziom głosek i wobec tego opiera się na krótkich, tonalnych sylabach, przypominających warczenie. Nie, żebym specjalnie znała się na klingońskim czy nawet językach sztucznych, ale wiecie – wysłuchałam w Discovery multum dialogów w tym języku. Klingoński brzmi nieprzyjemnie, z wszelkim prawdopodobieństwem miał tak brzmieć i, szczerze mówiąc, dobrze mi się go słuchało. Brzmi obco, brzmi groźnie, no i dobrze, że jak już stworzył ten język (na Duolingo można się uczyć klingońskiego, tak swoją drogą), to przynajmniej jest gdzieś używany.

Szkoda tylko, że Klingoni niezbyt często mówią cokolwiek ciekawego. To wręcz interesujące, że rasa, która podobno słynie z agresji, przez większość serialu spędza czas na czymś w stylu small talku, który najwyraźniej u Klingonów składa się z gróźb połączonych z zapewnieniami o lojalności oraz tym, jak oni nie cierpią tych smerfów obcych z Federacji. Zadziwiające jest to, że po tylu dialogach bardzo mało wiem o samych Klingonach – wiem, że zginął Ważny Klingoński Manager, który wyznaczył na zastępstwo swojego Juniora, ale Manager z innego działu Klingońskiej Puszki Tortur się z tym briefem nie zgadza i chce wskoczyć na jego stołek. Nie zorientowałam się jednak do tej pory, czym zajmują się Klingoni, gdy nie prowadzą wojny i nie składują w kosmosie swoich trupów, o co chodzi z tymi klingońskimi klanami…

Wiem tylko jedno – Klingoni baaardzo lubią sobie pogadać.

3. W kosmosie nie ma seksizmu. Nawet, jeśli akurat mieszkasz w faszystowskim imperium, które wspiera niewolnictwo i robi zupę z inteligentnych istot

Ale jak to… zupę?

Najwyraźniej wszystkie wewnętrzne, ziemskie konflikty, dyskryminacje i ogólna światowa niesprawiedliwość minie, gdy tylko okryjemy kosmitów. Wtedy kobieta na równi z mężczyzną, Europejczyk z Azjatą i biały z brązowym zjednoczą się, aby zrobić z pokojowo nastawionych obcych potrawkę.

W wizji mirrorversu w Discovery, gdzie każdy jest taki, jak był, tylko zły (jestem pewna, że wątek ten przywędrował z TOS, to zbyt kiczowate na XXI wiek), jest coś jednocześnie uroczo naiwnego i niepokojącego. Mam wrażenie, że mimo ewidentnie antyrasistowskiego przekazu, mirroverse rozmywa odpowiedzialność, prezentując bardzo dziwną rzeczywistość, w która jest jednocześnie faszystowska (wobec kosmitów) i wyraźnie równościowa (dla ludzi, wszystkich ras i płci). A przecież w takiej wersji przyszłości, nie powinna wcale zaniknąć wewnętrzna dyskryminacja – seksizm wcale nie zniknął, gdy znalazł się lepszy obiekt do kopania (czarni niewolnicy), tak samo to, że pan Seba Naziol odkrył, że gejów nie lubi bardziej, nie sprawia, że stał się mniejszym rasistą. Złe, faszystowskie Imperium Terran, oparte na naszej pięknej cywilizacji, raczej nie byłoby władane przez duo w postaci azjatyckiej kobiety i jej ciemnoskórej, adoptowanej córki.

No, ale rozumiem zabieg fabularny i fajnie się to ogląda. Poza tym – jak ktokolwiek może być takim bydlakiem, aby zjeść zupę z Saru? Saru jest uroczy!

4. Wielki niesporczak może cię zabić.

Niesporczak. Bez żadnego dodatkowego komentarza, to po prostu niesporczak. W kosmosie.

Nie mam nic więcej do dodania. W kosmosie są wielkie niesporczaki, które sobie latają po sporowych sieciach i w sumie są inteligentne i pokojowo nastawione, ale jak je wkurzysz to cię zabiją. Dla mnie to brzmi sensowniej niż punkt powyżej.

5. Aby utrzymać kapitański stołek, wypadałoby się przespać z admirałem. Jak nie zadziała, musisz kombinować.

Takie zdjęcie mi się wrzuciło. Ups.

Podobno kapitanowie w Star Treku zazwyczaj są charyzmatyczni i szlachetni, i dobrzy, i sympatyczni.

Lorca jest charyzmatyczny i szlachetny, i dobry, i sympatyczny. Jak mu się to opłaca. Ze wszystkich postaci z Discovery to właśnie kapitan Gabriel Lorca jest tą najciekawszą, głównie dlatego, że gdzieś do dziesiątego odcinka sezonu nie byłam pewna, w którym momencie jest szczery, a w którym manipuluje. I czy są w ogóle momenty, w których jest szczery. I jaki ma cel. I czy w ogóle ma cel, czy tylko zdarza mu się robić niefajne rzeczy czasami, ot, dla utrzymania pozycji i kilku osobistych benefitów. A może scenarzyści nie ustalili między sobą balansu w charakterze Lorki?

Im dalej w las, tym więcej drzew i w końcu miałam szczerą nadzieję, że facet ukrywa coś tak grubego, że pobije wszystkie small talki w Klingon Inc.

I wiecie co? Serial przeskoczył moje oczekiwania o jakieś trzy oczka skali. Chyba po raz pierwszy, gdy przeczuwałam, że jakaś postać zasadniczo okaże się dupkiem, ta okazała się jeszcze większym dupkiem, niż sądziłam.

Brawa dla Lorki. Zdecydowanie najlepszy kapitan, jakiego widziałam, na zawsze w naszych sercach.

Czy polecam Discovery? No cóż, tak, jeśli szukasz dobrej opowieści o statkach robiących piu-piu w kosmosie, z ludźmi z toną silikonu na twarzy jako kosmitami, z wysokiej jakości efektami specjalnymi oraz trzymającymi się kupy bohaterami. Jak jednak pisałam wyżej – nie wiem, czy to dobry Star Trek, na pewno jednak to porządna space opera. W moim osobistym rankingu stawiam ją na poziomie mniej-więcej Battlestar Galactica, a do starego, dobrego Battlestara mam wielki sentyment.

 

Na facebooku trochę więcej wypowiadam się na temat ST: Discovery. Tam też będę relacjonowała oglądanie The Original Series, chociaż pewnie jako pierwszy pójdzie na ruszt jednak Modyfikowany węgiel – serial, w którym jako wielbicielka cyberpunku pokładam wielkie nadzieję. Modyfikowany węgiel ma dzisiaj premierę na Netfliksie. Tak tylko przypominam.

Czemu nie lubię Rey?

Czemu nie lubię Rey?

Wychodzą nowe Starłorsy, dzisiaj więc będzie właśnie o Starłorsach. A dokładnie o Rey. A jeszcze dokładniej – czemu nie lubię Rey.

Pierwsza sprawa – “nie lubię Rey” należy tłumaczyć bardziej jako “postać ta nie budzi we mnie ani sympatii, ani specjalnej antypatii” niż “aby się potknęła i ten durny ryj rozwaliła”. Nie nienawidzę Rey. Nie uważam, aby była jakoś gorszą główną bohaterką od Bananakina Anakina Skywalkera, który nie lubi piasku, bo mu wchodzi w… eee… może lepiej do tego nie wracajmy. Ale mam z Rey problem. Głównie dlatego, bo uważam, że to niezbyt dobrze skonstruowana postać.

Nawet sama Rey się ze mną zgadza.

Rey poznajemy jako najbardziej bladą osobę, która całe życie spędziła na pustyni (serio, porównajcie sobie karnację Rey z pracującymi na słońcu robotnikami przy drodze). Rey ma te fafnaście lat, żyje gdzieś na gorącym, galaktycznym Podlasiu. Za dom ma stertę gruzu, pracuje, aby mieć co jeść – absolutnie dosłownie – jest samotna, wychowała się bez rodziców. Nie ma przyjaciół. Nie wydaje się, aby miała jakichkolwiek bliskich, prócz rodziców, którzy zostawili ją bez opieki na środku pustyni, zdobywając przy tym zapewne Puchar Rodziców Roku im. Dartha Vadera. Ogólnie maleńkości wiedzie żywot niezbyt godny pozazdroszczenia. Gdyby Gwiezdne Wojny były realistycznym filmem dokumentalnym, opisywano by ją jako lokalne połączenie zarabiającej równowartość 250zł miesięcznie szwaczki z Bangladeszu z dzikimi dziećmi z rosyjskich wysypisk. 

Oczywiście, Starłorsy nigdy nie aspirowały do miana realistycznych dla jakiejkowiek miary realizmu, wobec czego Przebudzenie Mocy nie jest opowieścią o twi’lekańskim psychiatrze próbującym załatać wszystkie traumy kiepsko zsocjalizowanej, dzikiej nastolatki z pustyni. Problem jednak polega na tym, że nawet jak na niezobowiązujące standardy Star Wars, życiorys Rey nie ma praktycznie żadnego odbicia w jej zachowaniu i osobowości. Rey nie tylko nie wygląda jak ktoś wychowany na pustyni pośrodku niczego (co można zrozumieć, bo autentyczna słoneczna opalenizna młodego Luke’a stała się niemodna już w latach ’80, razem zresztą z tamtą koszmarną fryzurą), ale też chyba ani raz nie zachowuje się w sposób uwiarygadniający jej origin story, czy jak to nazwiecie.

Powtarzam – nie wymagam głębokiego realizmu od Gwiezdnych Wojen. Trudno jednak pozbyć się myśli, że to całe “trudne życie Rey na Jakku” to atrapa i pic na wodę, coś, co nie ma kompletnie żadnego odbicia w samej tej bohaterce, ponieważ ta zachowuje się po prostu jak Generyczna, Sympatyczna Postać Nr 12. Rey, pomimo życia w samotności, nie ma problemu z nawiązywaniem kontaktów z ludźmi (oraz słodkimi, okrągłymi robocikami). Ma twardy kręgosłup moralny, chociaż nikt jej go nie przekazał i nie ukształtował tejże moralności, a przynajmniej nic o tym nie wiemy. Jest pewna siebie, dowcipna. Jeśli ma żal do rodziców, to z jakiegoś powodu nawet jej po tych wszystkich latach nie przychodzi do głowy, że może jednak nie wrócą po nią. Prosi Hana, aby ją odstawił na Jakku, z wręcz niepokojącą naiwnością pragnąc wrócić do swojego – koszmarnie ciężkiego życia – na wypadek, gdyby Obi-Wan Kenobi, czy kto tam się okaże jej ojcem, zechciał jednak ją odebrać.

Ale jestem sympatyczna, prawda?

To po prostu nie trzyma się kupy. Do tej pory wychowanie i pochodzenie bohatera miały zawsze wyraźny wpływ na bohaterów, przynajmniej tych głównych. Luke jest, przynajmniej początkowo, prostym, dobrym chłopakiem z farmy. Spora część problemów Anakina wynika z tego, gdzie się urodził i wychował – z jednej strony miał kochającą matkę, z drugiej – musiał ją opuścić, a próby wyrugania przez Jedi wszelkich uczuć do rodziny skończyły się źle (ogólnie jestem zdania, że Jedi to tak trochę idioci i sposób postępowania z małym Anakinkiem to wręcz podręcznik “jak nie postępować z problematycznym dzieckiem, chyba że chcesz eskalować te problemy do poziomu galaktycznego”). W przypadku Rey tego nie ma. Jest psychologicznie gorzej skonstruowana od Anakina z Nowej Trylogii, a Nowa Trylogia bynajmniej nie słynie z dużej ilości sensownych pomysłów. Co więcej, mam nieodparte wrażenie, że większość fanów to w jakiś sposób widzi, tylko nie potrafi tego kosmicznego rozbicia na tle “wychowanie” i “zachowanie” do końca określić, wobec czego padają zarzuty m.in. o marysuizm.

Ten dziwny, niepływający na nic origin story z ciężkim życiem na pustyni wydaje się też o tyle wręcz dziwaczny, że postać głównego antagonisty, Kylo Ren, praktycznie zbudowana jest wokół tego, kim nasz Kyluś miał szczęście/nieszczęście się urodzić. Praktycznie wszystko, co Kylo robi, ma swoje mniej lub bardziej łopatologiczne podłoże w tym, że jest wnukiem Dartha Vadera, tym, że jest/był Benem Solo (będę się upierać, że jego pełne nazwisko to Benjamin Chewbacca Solo), w tym, jakie emocje czuje do swojej rodziny i jak próbuje je wykorzystać. Innymi słowy, o ile to, co robi Rey, nie ma praktycznie żadnego zakotwiczenia w jej wcześniejszym życiu, podczas gdy z całej postaci Kylo wyżera próba nadania sobie tożsamości w odniesieniu do ukochanego dziadzia i (stanowczo mniej) kochanych rodziców. Innymi słowy, Kylo jest po prostu lepszą postacią. A poza tym ma piękne włosy.

Czemu po forach mówią, że Kyluś jest brzydki? On ma taką uroczą mordkę!

Wobec tego wszystkiego, jeśli czegoś oczekiwałabym po Ostatnim Jedi, to jakiejkolwiek próby odniesienia się do tego, jakie życie prowadziła Rey przed Przebudzeniem Mocy, jak to na nią wpłynęło. Inaczej nadal będzie bohaterką dość płaską, a uwaga wszystkich i tak się skupi na Kylo, którego jak na razie wszyscy albo kochają, albo nienawidzą (ja kocham, zatuliłabym na śmierć). Mam też szczerą nadzieję, że pomiędzy Kylo i Rey nie będzie żadnego romansu, bo a. serio, to by była płytka drama, b. jakakolwiek zmiana frontu z powodu zabujania się i syndromu “serce mi pika i klapa śmietnika” jest co najmniej głupie. Chociaż udawajmy, że wybory bohaterów mają cokolwiek wspólnego z moralnością.

Na seans Ostatniego Jedi idę w czwartek, będzie więc pewnie notka (spoilerowa) odnośnie samego filmu. Dowiecie się z niej z pewnością samych ważnych rzeczy, tj. czy Kylo nadal ma idealną fryzurę zaraz po wyjęciu z hełmu, w którym kisił się godzinami (pewnie ma), czy poprawili postać Rey oraz ile słodkich droidów wrzucili, aby sprzedać dużo zabawek.

W końcu, wiecie, to Disney.

Jak wspominałam – absolutnie przepiękne włosy.

Więcej Starłorsów? Polajkuj funpaga.

Mężczyzna, który nienawidził stóp

Mężczyzna, który nienawidził stóp

Porozmawiajmy o Robie Liefeldzie.

Nie no, naprawdę. Jeśli jakiekolwiek zjawisko na świecie zasługuje na wyraźne omówienie, są to rysunki Roberta Liefelda. Nie wiesz, kim jest Robert? Błąd. To tak, jakby nie wiedzieć, kim jest Tommy Wiseau.

Wszystko zaczęło się w latach ’90 XX wieku, gdy w Ameryce każdy szanujący się nastolatek nosił czapkę z daszkiem i był edgy, a najczęściej powtarzanym słowem w popkulturze było EXTREME (w wersji bardziej, khem, ekstremalnej, EXXXTREME). Wcześniej, w latach osiemdziesiątych, komiksy superbohaterskie przechodziły modę na tematy bardziej poważne, o ciężkim tonie, rodzili się pierwsi popularniejsi antybohaterowie. Tak więc lata ’80 dały nam fenomenalne i kultowe Watchmen (jeden z moich najbardziej uwielbianych komiksów evah), Batman: Śmierć w rodzinie czy, wychodząc poza tematykę trykociarzy, V jak Vendetta albo Maus. Wszystkie te dzieła wyróżniały się niejednoznacznymi bohaterami, poruszaniem poważnych tematów, częstokroć politycznych, dotykaniem zagadnień związanych z ludzką psychiką czy kondycją cywilizacji… i czytelnicy naprawdę to kochali.

A potem przyszły lata ’90. Pomyślcie o tym tak, jakby lata ’80 były Darthem Vaderem, natomiast ’90… no cóż, Kylo Renem.

Tak, było aż tak źle. Chciano bardziej mrocznych, edgy postaci. Chciano spluw wielkości lodówki, które przypakowany super-Pudzian w trykocie obsługiwał jedną ręką. Chciano postaci kobiecych chodzących w samych stringach (nasz Kylo Ren z lat ’90 ma trochę tak 16 lat i trądzik, sami więc rozumiecie). Chciano postaci kobiecych w samych stringach i żelaznych cyckonoszu ORAZ ze spluwami wielkości lodówki.

Rob Liefeld rozumiał te potrzeby. Nie ma innego wytłumaczenia na to, czemu ktoś, kto zasadniczo nie potrafił rysować, dorobił się tak wielkiej popularności i tak niesamowitej fortuny na rysowaniu komiksów. W pewnym momencie Liefeld był tak popularny, że Stan Lee przeprowadził z nim wywiad w serii dokumentalnej The Comic Book Greats. Z facetem, który, no… bardzo nie lubił stóp.

X-Force #1

 Stopy – wielkie nemezis Liefelda

Spójrzmy chociaż na okładkę X-Force #1 – po kliknięciu dostaniecie obraz lepszej jakości. Zawiera dużo postaci. To źle, bardzo niedobrze dla Roba, dużo postaci oznacza bowiem dużo stóp, które trzeba poukrywać. Od razu widać, że z widocznym na pierwszym planie Juggernautem nasz rysownik poradził sobie całkiem nieźle – jedna stopa jest zakryta przez tło, druga natomiast znika za bohaterem o imieniu Warpath (przyzwyczajajcie się do tych imion, spora część mało znanych bohaterów lat ’90 ma w swoim mianie człon War, Death, Blood czy coś podobnego). Dobrze pod względem stóp wychodzi też Cable (prawy dolny róg), bowiem zostały one przezornie upitolone przez dolny brzeg komiksu. Uff, cztery stopy z głowy. Efekt finalny to jakieś trzy i pół stopy na siedem widocznych na okładce postaci, przy czym te stopy, które są widoczne, zostały baaardzo zniekształcone i pomniejszone przez dziwaczną perspektywę. Widzicie tylko sześciu bohaterów? Kliknijcie w obraz, w prawym dolnym rogu jest jeszcze Domino w pozie, jakby właśnie tańczyła twista i właśnie ją przyłapano na dziwnym połączeniu słowiańskiego przykucu i skrętu tułowia.

A kto tu ma skoliozę?

Powód niechęci Roba do stóp jest w sumie oczywisty, ale jakby ktoś się jeszcze nie domyślił – nie potrafi ich rysować. Spójrzcie na obraz po prawej, gdzie z kolei nie udało się usunąć stóp z zasięgu wzroku czytelnika. Pierwszym, co się rzuca w oczy, jest to, że wszyscy stoją… no, jakoś tak dziwnie. Wynika to z tego, że Liefeld niezbyt potrafi narysować człowieka w pozie swobodnej, wobec czego wszyscy stojąc opierają się na jednej nodze, drugą dziwnie trzymając w powietrzu. Nie dotyczy to kobiet, albo balansujących na olbrzymich szpilach, albo… chodzących jak baletnice, na czubkach palców.

Same stopy, oczywiście, narysowane są kiepsko – bardzo malutkie, nieforemne twory w kształcie diamentu lub trójkąta. Trzeba jedna zauważyć jedno – Rob Liefeld zadaje kłam wieściom, że mężczyźni w rurkach są niemęscy i jego bohaterowie już we wczesnych latach ’90 chodzili w rureczkach, które nęcąco podkreślały ich napakowane łydki. Trykociarze nie zaniedbują nóg na siłowni, potężne łydy to kolejny znak rozpoznawczy Roba.

Caps rasy belgian blue

Rob Liefeld i mężczyźni

Po lewej macie chyba jedno ze sławniejszych dzieł naszego wielkiego rysownika lat ’90. Jak widać, Rob lubi mięśnie. Nie do końca wie, jak działają i ile powinno ich być w ludzkim ciele, nie mówiąc już o umiejscowieniu, ale zdecydowanie bardzo je lubi. To chyba najlepszy tego przykład – potężny Kapitan Ameryka, którego amerykańska klata wystaje z dwa metry przed jego głową. Chodząca góra mięśni. Jego mięśnie mają mięśnie. Gdyby hodowcy bydła odkryli gen odpowiadający za tego rodzaju umięśnienie, cena wołowiny spadłaby do pięciu złotych za kilogram.

Istnieją w tym obrazie także bardziej subtelne oznaki stylu Liefelda. Jak chociażby szczękościsk, bowiem ten rysownik zna w sumie dwa rodzaje mimiki – otwartą paszczękę i właśnie szczękościsk. Szczękościsk oznajmia, że bohater jest twardy i nie da sobie w kaszę dmuchać, otwarte usta robią za wszystkie inne ekspresje (w latach ’90 nie było ich za dużo). Zwróćcie także też uwagę na dziwne cieniowanie, niespecjalnie mające jakikolwiek sens oraz dużą liczbę prostych kresek użytych, by dodatkowo pocieniować postać. Liefeld kocha kreski, zobaczycie je w bardzo wielu jego rysunkach.

Zwróćcie uwagę za oryginalny sposób trzymania broni

Dalej mamy Shatterstara, czyli bohatera, który zaczął jako generyczny maczo-Pudzian stworzony przez Liefelda, a skończył w gejowskim związku z meksykańskim mutantem (chyba nie muszę dodawać, że Robowi niespecjalnie się to spodobało, jeśli jeszcze macie jakieś wątpliwości odnośnie sposobu odbierania przez niego rzeczywistości, poczekajcie do liefeldowej wizji kobiet). W każdym razie, twarz Shatterstara wygląda trochę, jakby Liefeld chciał narysować bardzo leciwego dziadka, ale niekoniecznie wiedział, jak wyglądają zmarszczki. Nie, ten bohater nie ma żadnej dziwnej choroby skóry. To po prostu jego twarz.

Poza tym standardowy zestaw – tona mięśni. Szczękościsk. Włosy narysowane tak, jakby Shatterstar codziennie rano rozdzielał je na pasma i każde pasmo sklejał osobno pomadą. No i… kto w ogóle tak trzyma szablę?

Rob Liefeld i kobiety

Kobiety nie czytają komiksów z superbohaterami, powtarzali i chyba do tej pory powtarzają pewne specyficzne typy fanboyów. Ehe. Ciekawe, jak bardzo oni by się pchali do czytania trykociarskich komiksów w latach ’90, gdyby połowa superbohaterów chodziła w stringach, prezentując przez 3/4 numeru na przemian mięśnie pośladów oraz klatę (oczywiście, nie poślady i klatę Pudziana, a wyidealizowanego fit-modela, trafiającego pod ustandaryzowane gusta żeńskiej widowni). Oczywiście, tylko tak do chwili, gdy alternatywna wersja naszego ulubionego rysownika, Roberta Liefeld, nie wpadłaby na genialny pomysł – a mianowicie przy odpowiednim złamaniu kręgosłupa bohatera, może być widać tyłek i klatę jednocześnie.

Auć. Po prostu auć.

Patrzcie na to. Tak właśnie Rob Liefeld postrzega kobiety. Tu powinien być żart o tym, że pewnie żadnej na oczy nie widział, ale z drugiej strony… nie słyszałam, aby urodził się bez stóp, pewnie więc nie o to, khem, chodzi. W każdym razie, patrzenie na to daje jakieś +500 damage’u w kręgosłup. Czy ona w ogóle ma organy wewnętrzne? Jak można stać tak wypiętym i wykręconym w obie strony?

Inna sprawa, że Liefeld ewidentnie brał pomysły na ubrania dla swoich heroin od aktorek porno, i to takich niskobudżetowych. O ile stroje wyglądające jak namalowane na ciele to w sumie standard u każdej z płci, tak powiedzmy sobie szczerze… to nawet nie udaje. Facet chciał po prostu sprzedać materiał do radosnego fapingu, na który prędzej pozwoli mamusia naszego edgy dzieciaka z lat ’90 niż na prawdziwą gazetkę z gołymi paniami.

Pomijając już bardzo bolesną anatomię – co ten facet ma do pasków i sakiewek? Naprawdę, prawie każda jego bohaterka (bohaterowie także, ale trochę rzadziej) ma co najmniej kilka. Wokół pasa (może usztywnia kręgosłup naszej gołej pani tak, aby się nie złamał?), wokół ud, wokół ramion. One tam trzymają coś pożytecznego, czy tylko dla ozdoby?

Ten strój nie wydaje się spełniać wymogów BHP

Kolejna bohaterka pochodzi z komiksu Re:Gex, który absolutnie polecam. Zaczyna się sceną, w której drużyna naszych herosów (zawsze była jakaś drużyna), stoi na szczycie lodowca. Dwóch ciepło ubranych facetów (no, w miarę ciepło, nawet w najlepszym wypadku zależność ubranie-temperatura była dla Liefelda zagadką), jakiś lodowy gigant, wielki robot i… kobieta. W staniczku i stringach. Sam komiks został wycofany bardzo szybko, ale jeśli ktoś chce zobaczyć podrygiwania zdychających lat ’90, powinien to przeczytać. Jest tam wszystko, co najgorsze w Liefeldzie i tej dekadzie – bezsensowna rozwałka, seksizm, miałkie postacie, edgy spluwy, supermoce i podróbka Wolverine’a (tych chyba Liefeld wyprodukował co najmniej dziesięć). Nawet nie wiem, czy Re:Gex jest dostępny legalnie (można próbować w ramach Marvel Unlimited), ale cholera, macie moje błogosławieństwo odnośnie piracenia. Jeden raz, bo za czytanie tego twórca powinien raczej dopłacać.

Czemu to w ogóle się sprzedawało?

Wydaje mi się, że po prostu Rob Liefeld zagospodarował niszę, która tylko na niego czekała. W momencie, w którym okazało się, że komiks może ukazywać antybohaterów, politykę, moralne dylematy, otworzyła się także furtka z bezsensowną golizną i przemocą. Granica tego, co mogło być pokazane w komiksach z trykociarzami przesunęła się. Łatwiej jest generować lekką siekankę niż ciekawą historię, a goła baba z mieczem i waginą odciśniętą na stringach przyciągnie główny target.

Lata ’90 z pewnością nieźle przyczyniły się do (teraz wyjątkowo głupiego już) stereotypu komiksiarza-niezbyt atrakcyjnego, zakompleksionego nerda o małych wymaganiach odnośnie uwielbianego przez siebie medium. Z grami komputerowymi było zresztą podobnie, takie serie jak Mortal Kombat czy Duke Nukem, chociaż same w sobie bardzo technicznie dobre, zdecydowanie jechały na przemocy i żeńskiej goliźnie. Podobnych, niezbyt subtelnych rozrywek targetowanych na kobiety nie było, przez co w sposób oczywisty, wśród odbiorców dominowała płeć męska.

A na sam koniec, uwaga – ULTIMATE EXXXTREME HYPER ’90 ROB LIEFELD SPECIAL! Czyli wszystko, z czego Rob słynie, kondensowane do jednego, porażającego dzieła! Trzymajcie:

EXXXTREEEEMEEE

Pragniesz więcej złych komiksów z lat ’90? Polajkuj.