Czemu nie lubię Rey?

Czemu nie lubię Rey?

Wychodzą nowe Starłorsy, dzisiaj więc będzie właśnie o Starłorsach. A dokładnie o Rey. A jeszcze dokładniej – czemu nie lubię Rey.

Pierwsza sprawa – “nie lubię Rey” należy tłumaczyć bardziej jako “postać ta nie budzi we mnie ani sympatii, ani specjalnej antypatii” niż “aby się potknęła i ten durny ryj rozwaliła”. Nie nienawidzę Rey. Nie uważam, aby była jakoś gorszą główną bohaterką od Bananakina Anakina Skywalkera, który nie lubi piasku, bo mu wchodzi w… eee… może lepiej do tego nie wracajmy. Ale mam z Rey problem. Głównie dlatego, bo uważam, że to niezbyt dobrze skonstruowana postać.

Nawet sama Rey się ze mną zgadza.

Rey poznajemy jako najbardziej bladą osobę, która całe życie spędziła na pustyni (serio, porównajcie sobie karnację Rey z pracującymi na słońcu robotnikami przy drodze). Rey ma te fafnaście lat, żyje gdzieś na gorącym, galaktycznym Podlasiu. Za dom ma stertę gruzu, pracuje, aby mieć co jeść – absolutnie dosłownie – jest samotna, wychowała się bez rodziców. Nie ma przyjaciół. Nie wydaje się, aby miała jakichkolwiek bliskich, prócz rodziców, którzy zostawili ją bez opieki na środku pustyni, zdobywając przy tym zapewne Puchar Rodziców Roku im. Dartha Vadera. Ogólnie maleńkości wiedzie żywot niezbyt godny pozazdroszczenia. Gdyby Gwiezdne Wojny były realistycznym filmem dokumentalnym, opisywano by ją jako lokalne połączenie zarabiającej równowartość 250zł miesięcznie szwaczki z Bangladeszu z dzikimi dziećmi z rosyjskich wysypisk. 

Oczywiście, Starłorsy nigdy nie aspirowały do miana realistycznych dla jakiejkowiek miary realizmu, wobec czego Przebudzenie Mocy nie jest opowieścią o twi’lekańskim psychiatrze próbującym załatać wszystkie traumy kiepsko zsocjalizowanej, dzikiej nastolatki z pustyni. Problem jednak polega na tym, że nawet jak na niezobowiązujące standardy Star Wars, życiorys Rey nie ma praktycznie żadnego odbicia w jej zachowaniu i osobowości. Rey nie tylko nie wygląda jak ktoś wychowany na pustyni pośrodku niczego (co można zrozumieć, bo autentyczna słoneczna opalenizna młodego Luke’a stała się niemodna już w latach ’80, razem zresztą z tamtą koszmarną fryzurą), ale też chyba ani raz nie zachowuje się w sposób uwiarygadniający jej origin story, czy jak to nazwiecie.

Powtarzam – nie wymagam głębokiego realizmu od Gwiezdnych Wojen. Trudno jednak pozbyć się myśli, że to całe “trudne życie Rey na Jakku” to atrapa i pic na wodę, coś, co nie ma kompletnie żadnego odbicia w samej tej bohaterce, ponieważ ta zachowuje się po prostu jak Generyczna, Sympatyczna Postać Nr 12. Rey, pomimo życia w samotności, nie ma problemu z nawiązywaniem kontaktów z ludźmi (oraz słodkimi, okrągłymi robocikami). Ma twardy kręgosłup moralny, chociaż nikt jej go nie przekazał i nie ukształtował tejże moralności, a przynajmniej nic o tym nie wiemy. Jest pewna siebie, dowcipna. Jeśli ma żal do rodziców, to z jakiegoś powodu nawet jej po tych wszystkich latach nie przychodzi do głowy, że może jednak nie wrócą po nią. Prosi Hana, aby ją odstawił na Jakku, z wręcz niepokojącą naiwnością pragnąc wrócić do swojego – koszmarnie ciężkiego życia – na wypadek, gdyby Obi-Wan Kenobi, czy kto tam się okaże jej ojcem, zechciał jednak ją odebrać.

Ale jestem sympatyczna, prawda?

To po prostu nie trzyma się kupy. Do tej pory wychowanie i pochodzenie bohatera miały zawsze wyraźny wpływ na bohaterów, przynajmniej tych głównych. Luke jest, przynajmniej początkowo, prostym, dobrym chłopakiem z farmy. Spora część problemów Anakina wynika z tego, gdzie się urodził i wychował – z jednej strony miał kochającą matkę, z drugiej – musiał ją opuścić, a próby wyrugania przez Jedi wszelkich uczuć do rodziny skończyły się źle (ogólnie jestem zdania, że Jedi to tak trochę idioci i sposób postępowania z małym Anakinkiem to wręcz podręcznik “jak nie postępować z problematycznym dzieckiem, chyba że chcesz eskalować te problemy do poziomu galaktycznego”). W przypadku Rey tego nie ma. Jest psychologicznie gorzej skonstruowana od Anakina z Nowej Trylogii, a Nowa Trylogia bynajmniej nie słynie z dużej ilości sensownych pomysłów. Co więcej, mam nieodparte wrażenie, że większość fanów to w jakiś sposób widzi, tylko nie potrafi tego kosmicznego rozbicia na tle “wychowanie” i “zachowanie” do końca określić, wobec czego padają zarzuty m.in. o marysuizm.

Ten dziwny, niepływający na nic origin story z ciężkim życiem na pustyni wydaje się też o tyle wręcz dziwaczny, że postać głównego antagonisty, Kylo Ren, praktycznie zbudowana jest wokół tego, kim nasz Kyluś miał szczęście/nieszczęście się urodzić. Praktycznie wszystko, co Kylo robi, ma swoje mniej lub bardziej łopatologiczne podłoże w tym, że jest wnukiem Dartha Vadera, tym, że jest/był Benem Solo (będę się upierać, że jego pełne nazwisko to Benjamin Chewbacca Solo), w tym, jakie emocje czuje do swojej rodziny i jak próbuje je wykorzystać. Innymi słowy, o ile to, co robi Rey, nie ma praktycznie żadnego zakotwiczenia w jej wcześniejszym życiu, podczas gdy z całej postaci Kylo wyżera próba nadania sobie tożsamości w odniesieniu do ukochanego dziadzia i (stanowczo mniej) kochanych rodziców. Innymi słowy, Kylo jest po prostu lepszą postacią. A poza tym ma piękne włosy.

Czemu po forach mówią, że Kyluś jest brzydki? On ma taką uroczą mordkę!

Wobec tego wszystkiego, jeśli czegoś oczekiwałabym po Ostatnim Jedi, to jakiejkolwiek próby odniesienia się do tego, jakie życie prowadziła Rey przed Przebudzeniem Mocy, jak to na nią wpłynęło. Inaczej nadal będzie bohaterką dość płaską, a uwaga wszystkich i tak się skupi na Kylo, którego jak na razie wszyscy albo kochają, albo nienawidzą (ja kocham, zatuliłabym na śmierć). Mam też szczerą nadzieję, że pomiędzy Kylo i Rey nie będzie żadnego romansu, bo a. serio, to by była płytka drama, b. jakakolwiek zmiana frontu z powodu zabujania się i syndromu “serce mi pika i klapa śmietnika” jest co najmniej głupie. Chociaż udawajmy, że wybory bohaterów mają cokolwiek wspólnego z moralnością.

Na seans Ostatniego Jedi idę w czwartek, będzie więc pewnie notka (spoilerowa) odnośnie samego filmu. Dowiecie się z niej z pewnością samych ważnych rzeczy, tj. czy Kylo nadal ma idealną fryzurę zaraz po wyjęciu z hełmu, w którym kisił się godzinami (pewnie ma), czy poprawili postać Rey oraz ile słodkich droidów wrzucili, aby sprzedać dużo zabawek.

W końcu, wiecie, to Disney.

Jak wspominałam – absolutnie przepiękne włosy.

Więcej Starłorsów? Polajkuj funpaga.

Mężczyzna, który nienawidził stóp

Mężczyzna, który nienawidził stóp

Porozmawiajmy o Robie Liefeldzie.

Nie no, naprawdę. Jeśli jakiekolwiek zjawisko na świecie zasługuje na wyraźne omówienie, są to rysunki Roberta Liefelda. Nie wiesz, kim jest Robert? Błąd. To tak, jakby nie wiedzieć, kim jest Tommy Wiseau.

Wszystko zaczęło się w latach ’90 XX wieku, gdy w Ameryce każdy szanujący się nastolatek nosił czapkę z daszkiem i był edgy, a najczęściej powtarzanym słowem w popkulturze było EXTREME (w wersji bardziej, khem, ekstremalnej, EXXXTREME). Wcześniej, w latach osiemdziesiątych, komiksy superbohaterskie przechodziły modę na tematy bardziej poważne, o ciężkim tonie, rodzili się pierwsi popularniejsi antybohaterowie. Tak więc lata ’80 dały nam fenomenalne i kultowe Watchmen (jeden z moich najbardziej uwielbianych komiksów evah), Batman: Śmierć w rodzinie czy, wychodząc poza tematykę trykociarzy, V jak Vendetta albo Maus. Wszystkie te dzieła wyróżniały się niejednoznacznymi bohaterami, poruszaniem poważnych tematów, częstokroć politycznych, dotykaniem zagadnień związanych z ludzką psychiką czy kondycją cywilizacji… i czytelnicy naprawdę to kochali.

A potem przyszły lata ’90. Pomyślcie o tym tak, jakby lata ’80 były Darthem Vaderem, natomiast ’90… no cóż, Kylo Renem.

Tak, było aż tak źle. Chciano bardziej mrocznych, edgy postaci. Chciano spluw wielkości lodówki, które przypakowany super-Pudzian w trykocie obsługiwał jedną ręką. Chciano postaci kobiecych chodzących w samych stringach (nasz Kylo Ren z lat ’90 ma trochę tak 16 lat i trądzik, sami więc rozumiecie). Chciano postaci kobiecych w samych stringach i żelaznych cyckonoszu ORAZ ze spluwami wielkości lodówki.

Rob Liefeld rozumiał te potrzeby. Nie ma innego wytłumaczenia na to, czemu ktoś, kto zasadniczo nie potrafił rysować, dorobił się tak wielkiej popularności i tak niesamowitej fortuny na rysowaniu komiksów. W pewnym momencie Liefeld był tak popularny, że Stan Lee przeprowadził z nim wywiad w serii dokumentalnej The Comic Book Greats. Z facetem, który, no… bardzo nie lubił stóp.

X-Force #1

 Stopy – wielkie nemezis Liefelda

Spójrzmy chociaż na okładkę X-Force #1 – po kliknięciu dostaniecie obraz lepszej jakości. Zawiera dużo postaci. To źle, bardzo niedobrze dla Roba, dużo postaci oznacza bowiem dużo stóp, które trzeba poukrywać. Od razu widać, że z widocznym na pierwszym planie Juggernautem nasz rysownik poradził sobie całkiem nieźle – jedna stopa jest zakryta przez tło, druga natomiast znika za bohaterem o imieniu Warpath (przyzwyczajajcie się do tych imion, spora część mało znanych bohaterów lat ’90 ma w swoim mianie człon War, Death, Blood czy coś podobnego). Dobrze pod względem stóp wychodzi też Cable (prawy dolny róg), bowiem zostały one przezornie upitolone przez dolny brzeg komiksu. Uff, cztery stopy z głowy. Efekt finalny to jakieś trzy i pół stopy na siedem widocznych na okładce postaci, przy czym te stopy, które są widoczne, zostały baaardzo zniekształcone i pomniejszone przez dziwaczną perspektywę. Widzicie tylko sześciu bohaterów? Kliknijcie w obraz, w prawym dolnym rogu jest jeszcze Domino w pozie, jakby właśnie tańczyła twista i właśnie ją przyłapano na dziwnym połączeniu słowiańskiego przykucu i skrętu tułowia.

A kto tu ma skoliozę?

Powód niechęci Roba do stóp jest w sumie oczywisty, ale jakby ktoś się jeszcze nie domyślił – nie potrafi ich rysować. Spójrzcie na obraz po prawej, gdzie z kolei nie udało się usunąć stóp z zasięgu wzroku czytelnika. Pierwszym, co się rzuca w oczy, jest to, że wszyscy stoją… no, jakoś tak dziwnie. Wynika to z tego, że Liefeld niezbyt potrafi narysować człowieka w pozie swobodnej, wobec czego wszyscy stojąc opierają się na jednej nodze, drugą dziwnie trzymając w powietrzu. Nie dotyczy to kobiet, albo balansujących na olbrzymich szpilach, albo… chodzących jak baletnice, na czubkach palców.

Same stopy, oczywiście, narysowane są kiepsko – bardzo malutkie, nieforemne twory w kształcie diamentu lub trójkąta. Trzeba jedna zauważyć jedno – Rob Liefeld zadaje kłam wieściom, że mężczyźni w rurkach są niemęscy i jego bohaterowie już we wczesnych latach ’90 chodzili w rureczkach, które nęcąco podkreślały ich napakowane łydki. Trykociarze nie zaniedbują nóg na siłowni, potężne łydy to kolejny znak rozpoznawczy Roba.

Caps rasy belgian blue

Rob Liefeld i mężczyźni

Po lewej macie chyba jedno ze sławniejszych dzieł naszego wielkiego rysownika lat ’90. Jak widać, Rob lubi mięśnie. Nie do końca wie, jak działają i ile powinno ich być w ludzkim ciele, nie mówiąc już o umiejscowieniu, ale zdecydowanie bardzo je lubi. To chyba najlepszy tego przykład – potężny Kapitan Ameryka, którego amerykańska klata wystaje z dwa metry przed jego głową. Chodząca góra mięśni. Jego mięśnie mają mięśnie. Gdyby hodowcy bydła odkryli gen odpowiadający za tego rodzaju umięśnienie, cena wołowiny spadłaby do pięciu złotych za kilogram.

Istnieją w tym obrazie także bardziej subtelne oznaki stylu Liefelda. Jak chociażby szczękościsk, bowiem ten rysownik zna w sumie dwa rodzaje mimiki – otwartą paszczękę i właśnie szczękościsk. Szczękościsk oznajmia, że bohater jest twardy i nie da sobie w kaszę dmuchać, otwarte usta robią za wszystkie inne ekspresje (w latach ’90 nie było ich za dużo). Zwróćcie także też uwagę na dziwne cieniowanie, niespecjalnie mające jakikolwiek sens oraz dużą liczbę prostych kresek użytych, by dodatkowo pocieniować postać. Liefeld kocha kreski, zobaczycie je w bardzo wielu jego rysunkach.

Zwróćcie uwagę za oryginalny sposób trzymania broni

Dalej mamy Shatterstara, czyli bohatera, który zaczął jako generyczny maczo-Pudzian stworzony przez Liefelda, a skończył w gejowskim związku z meksykańskim mutantem (chyba nie muszę dodawać, że Robowi niespecjalnie się to spodobało, jeśli jeszcze macie jakieś wątpliwości odnośnie sposobu odbierania przez niego rzeczywistości, poczekajcie do liefeldowej wizji kobiet). W każdym razie, twarz Shatterstara wygląda trochę, jakby Liefeld chciał narysować bardzo leciwego dziadka, ale niekoniecznie wiedział, jak wyglądają zmarszczki. Nie, ten bohater nie ma żadnej dziwnej choroby skóry. To po prostu jego twarz.

Poza tym standardowy zestaw – tona mięśni. Szczękościsk. Włosy narysowane tak, jakby Shatterstar codziennie rano rozdzielał je na pasma i każde pasmo sklejał osobno pomadą. No i… kto w ogóle tak trzyma szablę?

Rob Liefeld i kobiety

Kobiety nie czytają komiksów z superbohaterami, powtarzali i chyba do tej pory powtarzają pewne specyficzne typy fanboyów. Ehe. Ciekawe, jak bardzo oni by się pchali do czytania trykociarskich komiksów w latach ’90, gdyby połowa superbohaterów chodziła w stringach, prezentując przez 3/4 numeru na przemian mięśnie pośladów oraz klatę (oczywiście, nie poślady i klatę Pudziana, a wyidealizowanego fit-modela, trafiającego pod ustandaryzowane gusta żeńskiej widowni). Oczywiście, tylko tak do chwili, gdy alternatywna wersja naszego ulubionego rysownika, Roberta Liefeld, nie wpadłaby na genialny pomysł – a mianowicie przy odpowiednim złamaniu kręgosłupa bohatera, może być widać tyłek i klatę jednocześnie.

Auć. Po prostu auć.

Patrzcie na to. Tak właśnie Rob Liefeld postrzega kobiety. Tu powinien być żart o tym, że pewnie żadnej na oczy nie widział, ale z drugiej strony… nie słyszałam, aby urodził się bez stóp, pewnie więc nie o to, khem, chodzi. W każdym razie, patrzenie na to daje jakieś +500 damage’u w kręgosłup. Czy ona w ogóle ma organy wewnętrzne? Jak można stać tak wypiętym i wykręconym w obie strony?

Inna sprawa, że Liefeld ewidentnie brał pomysły na ubrania dla swoich heroin od aktorek porno, i to takich niskobudżetowych. O ile stroje wyglądające jak namalowane na ciele to w sumie standard u każdej z płci, tak powiedzmy sobie szczerze… to nawet nie udaje. Facet chciał po prostu sprzedać materiał do radosnego fapingu, na który prędzej pozwoli mamusia naszego edgy dzieciaka z lat ’90 niż na prawdziwą gazetkę z gołymi paniami.

Pomijając już bardzo bolesną anatomię – co ten facet ma do pasków i sakiewek? Naprawdę, prawie każda jego bohaterka (bohaterowie także, ale trochę rzadziej) ma co najmniej kilka. Wokół pasa (może usztywnia kręgosłup naszej gołej pani tak, aby się nie złamał?), wokół ud, wokół ramion. One tam trzymają coś pożytecznego, czy tylko dla ozdoby?

Ten strój nie wydaje się spełniać wymogów BHP

Kolejna bohaterka pochodzi z komiksu Re:Gex, który absolutnie polecam. Zaczyna się sceną, w której drużyna naszych herosów (zawsze była jakaś drużyna), stoi na szczycie lodowca. Dwóch ciepło ubranych facetów (no, w miarę ciepło, nawet w najlepszym wypadku zależność ubranie-temperatura była dla Liefelda zagadką), jakiś lodowy gigant, wielki robot i… kobieta. W staniczku i stringach. Sam komiks został wycofany bardzo szybko, ale jeśli ktoś chce zobaczyć podrygiwania zdychających lat ’90, powinien to przeczytać. Jest tam wszystko, co najgorsze w Liefeldzie i tej dekadzie – bezsensowna rozwałka, seksizm, miałkie postacie, edgy spluwy, supermoce i podróbka Wolverine’a (tych chyba Liefeld wyprodukował co najmniej dziesięć). Nawet nie wiem, czy Re:Gex jest dostępny legalnie (można próbować w ramach Marvel Unlimited), ale cholera, macie moje błogosławieństwo odnośnie piracenia. Jeden raz, bo za czytanie tego twórca powinien raczej dopłacać.

Czemu to w ogóle się sprzedawało?

Wydaje mi się, że po prostu Rob Liefeld zagospodarował niszę, która tylko na niego czekała. W momencie, w którym okazało się, że komiks może ukazywać antybohaterów, politykę, moralne dylematy, otworzyła się także furtka z bezsensowną golizną i przemocą. Granica tego, co mogło być pokazane w komiksach z trykociarzami przesunęła się. Łatwiej jest generować lekką siekankę niż ciekawą historię, a goła baba z mieczem i waginą odciśniętą na stringach przyciągnie główny target.

Lata ’90 z pewnością nieźle przyczyniły się do (teraz wyjątkowo głupiego już) stereotypu komiksiarza-niezbyt atrakcyjnego, zakompleksionego nerda o małych wymaganiach odnośnie uwielbianego przez siebie medium. Z grami komputerowymi było zresztą podobnie, takie serie jak Mortal Kombat czy Duke Nukem, chociaż same w sobie bardzo technicznie dobre, zdecydowanie jechały na przemocy i żeńskiej goliźnie. Podobnych, niezbyt subtelnych rozrywek targetowanych na kobiety nie było, przez co w sposób oczywisty, wśród odbiorców dominowała płeć męska.

A na sam koniec, uwaga – ULTIMATE EXXXTREME HYPER ’90 ROB LIEFELD SPECIAL! Czyli wszystko, z czego Rob słynie, kondensowane do jednego, porażającego dzieła! Trzymajcie:

EXXXTREEEEMEEE

Pragniesz więcej złych komiksów z lat ’90? Polajkuj.

Usterka [Star Wars]

Usterka [Star Wars]

Kiedyś, gdy Armitage Hux był młody i naiwny, marzył o własnej Gwieździe Śmierci. Wielkiej, majestatycznej i, co najważniejsze, zasilanej dziecięcymi imaginacjami na temat strzelania starszemu kadetowi Calebowi Bricksowi prosto w zad w odwecie za wszystkie kocówy, jakich mały Ari doświadczył w Akademii.

Oczywiście, później Armitage nauczył się tonować swoje zapędy. Strzelanie ze Starkillera w nielubianego kolegę byłoby marnotrawstwem energii. Zresztą wysłanie Bricksa z misją pacyfikacji Huttów za pomocą garnka soli i patyka skutkowało tym samym, a przynajmniej było zabawniejsze.

(Generał, wbrew pozorom, posiadał poczucie humoru, po prostu ludzie, którzy go doświadczyli, zazwyczaj nie wspominali o doświadczeniu, bojąc się, że może spotkać ich ponownie.)

Co ważniejsze, Hux nauczył się też, że wielkie bazy śmierci i zniszczenia nie działają dzięki sile marzeń i miłości.

Formalnie rzecz ujmując, w przypadku Starkillera można by skończyć na “nie działają”. Kropka.

*

Tego dnia wszystko było po staremu — mundur był idealnie wyprasowany, oficerki idealnie błyszczące, a Starkillera idealnie trafił szlag. Kilka miesięcy wcześniej Hux próbował dowiedzieć się, co w takich sytuacjach robili inni wielcy przywódcy, z admirałem Tarkinem na czele. Niestety, procedura postępowania w przypadku usterek najwyraźniej polegała na wezwaniu do siebie dyrektora projektu i wrzeszczeniu na niego, dopóki wszystko nie będzie naprawione.

Hux spróbował kiedyś tej taktyki, miała jednak ona jeden mankament: otóż dyrektorem i jednocześnie głównym inżynierem projektu Starkiller była jego żona. Próby reprymendy zaowocowały jedynie tym, że wytarła dłonie ze smaru w tradycyjną, białą dyrektorską pelerynę i w ciągu kilku minut podesłała mu dokumenty dotyczące budowy Starkillera. Z dokumentacji wynikało, że względem pierwotnego projektu obniżono budżet o siedemdziesiąt trzy procent, ilość zużytej durastali o niemalże jedną trzecią, pocięto oprogramowanie tak, że zajmowało się nim trzech podwykonawców z jakiejś zapadłej dziury o nazwie Jakku (byli najtańsi) oraz zostawiono jakieś miliard furtek do samej bazy. Co więcej, większość tych poprawek zatwierdził Snoke osobiście, albo, co było podkreślone czerwonymi kółkami, generał Armitage Hux.

Nigdy więcej już nie prosił Arany o tłumaczenie się z czegokolwiek.

A Starkiller nadal nie działał. Co więcej, nie działał bardziej, niż poprzedniego dnia — technicy po kolei zgłaszali szereg egzotycznie brzmiących błędów. Dopiero po godzinie Hux dowiedział się, o co dokładnie chodzi — baza się przegrzewała. I nikt nie wiedział, dlaczego.

Następny kwadrans nie przyniósł rozwiązania, natomiast wentylacja zaczęła nie nadążać z odprowadzaniem ciepła — temperatura wzrosła o stopień. Niby nic, ale w tym tempie za góra osiem godzin śnieg pokrywający Starkillera zacznie się topić, a potem parować. Powstaną silne burze z piorunami na powierzni bazy. Aha — i nikogo nie będzie to interesować, bo białka w mózgach każdej żywej istoty zetną się na twardo.
Hux usiadł wygodnie w fotelu na mostku, oddelegowując wszelkich techników do szukania usterki. Po kolejnych dwóch godzinach rozpiął górne guziki od munduru i wysłał także część oficerów. Ci, którzy pozostali z nim, wyraźnie zaczynali się pocić — nie było jeszcze aż tak gorąco, ale dwie warstwy materiału robiły swoje.

Po kolejnej godzinie pozwolił im zdjąć marynarki, sam również zostając jedynie w koszuli. Wtedy też przypałętał się Kylo Ren, narzekając, że mu gorąc przeszkadza w medytacji.

— Masz z tym coś zrobić, Hux — warknął, a generał wyobraził sobie, jak pod tym hełmem te jego durne włosy bohatera republikańskiej holodramy kleją się do czoła. — Tu się nie da żyć.

— Jeśli chcesz pomóc, wyczuj Mocą, co się spierdoliło — odpowiedział Hux. Praktycznie nigdy nie przeklinał przy podwładnych. Absolutnie nigdy przy żonie. Ale jakaś jego prymitywna część mózgu dostawała kociokwiku na widok Rena. Zazwyczaj tego nie okazywał, ale teraz pot spływał mu po skroni, koszula kleiła się do piersi…

Ren odburknął, że Moc do tego nie służy (oczywiście, że nie służyła, w końcu to byłoby przydatne) i szybko uciekł, najwyraźniej nie chcąc się ugotować. Wtedy Hux zerknął na holopada, aby sprawdzić, czy to już czas zwrócić się do Arany.

Termometr mrugnął na czerwono. Hux rozpiął guzik od koszuli (ale tylko przy samej szyi) i nakazał natychmiast zainicjować i zakodować połączenie z jego żoną. Natychmiast oznaczało kolejne dziesięć minut poślizgu (trzech podwykonawców oprogramowania, niech nich świętej pamięci Imperator popieści), w końcu jednak udało się.

Jego żona akurat wtedy rodziła.

Nie, żeby to w czymkolwiek przeszkadzało. Nie byli barbarzyńcami, którzy kazali kobietom zwijać i pocić się w bólach. Generałowa, której dwadzieścia minut wcześniej odcięto dopływ wszelkich bodźców świadczących o bólach porodowych, ustawiła drona z kamerą tak, aby było widać głównie jej twarz. Co absolutnie nie zmieniało faktu, że wszyscy na mostku na wieść o tym, że właśnie rozmawiają z kobietą wydającą na świat nowego obywatela Najwyższego Porządku wyglądali na bardziej przerażonych tymże niż groźbą ugotowania się.

— Koszmarnie wyglądasz. Gorzej ode mnie, na wszystkie gwiazdy, co tam się w ogóle dzieje?

Szybko wygonił wszystkich z pomieszczenia — część zapomniała marynarek — i wytłuścił sytuację. Potem, skrępowany, zapytał o dziecko, ale jego żona tylko machnęła ręką. Poza tym, że była trochę bledsza niż zwykle, wyglądała na całkowicie zdrową i trzeźwą.

— Coś musiało fizycznie zapchać obwód — powiedziała z namysłem. — Musisz to znaleźć w ciągu najbliższych dwóch godzin, potem pozostaje tylko ewakuacja. Oddeleguj wszystkich do szukania zapchanego sektoru.

— Dam rozkaz wszystkim technikom…

— Powiedziałam, wszystkich. Ari, mówimy o siedmiuset kilometrach kanałów wentylacyjnych.

Z jakiegoś powodu zrobiło się mu jeszcze bardziej gorąco. Poczuł dziwaczny, irracjonalny lęk związany z jakimś złym fatum — śmiertelna usterka w trakcie narodzin dziecka. Dopytał Arany, czy na pewno poród idzie zgodnie z planem, czy wszystkie droidy medyczne są pod tym względem zgodne, czy przypadkiem nie czuje się słabo…

— Słabo mi na widok tego, co wyczyniacie z moim projektem. Jakby nie było dość nieszczęścia w tym, że moje dzieci są rude…

Pożegnał się więc niezręcznie, czując, że nic tu po nim. Zresztą, nie przypominał sobie przypadku śmierci kobiety przy porodzie… oczywiście cywilizowanej, ludzkiej kobiety na cywilizowanej planecie. Może za czasów niewydolnej Republiki coś takiego się zdarzyło, na pewno jednak nie teraz, w najlepszej klinice na Eriadu.

Oczywiście, oddelegował wszystkich, którzy nie byli absolutnie potrzebni do utrzymania Starkillera w jednym kawałku. No, prócz Rena, który i tak siedział w swojej kwaterze w samych spodniach treningowych i prędzej by nasikał do tego swojego hełmu Vadera niż pokazał się publicznie w takim stanie.

Co więcej — Hux sam zszedł do kanałów wentylacyjnych. Nigdy tam nie był, oczywiście. Ciemna, pusta przestrzeń blisko powierzchni bazy, setki pokręconych korytarzy. Coś mu świtało, że miały być zaprojektowane tak, że nawet zniszczenie połowy Starkillera nie powodowało przerwania systemu wentylacji. Najwyraźniej to było dwadzieścia cięć budżetowych przedtem.

Było wilgotno. Co więcej, było też parno. Formalnie rzecz ujmując, szedł obok faktycznej wentylacji, sprawdzając jedynie gniazda i zawory w ścianach. W jednym z gniazd było coś lepkiego. Niestety, to nie to spowodowało usterkę, a jedynie ostatecznie zepsuło mu humor.

Nagle generał usłyszał coś w odnodze korytarza. Natychmiast przyległ do ściany — lata ćwiczeń w Akademii — i równie natychmiast tego pożałował. Ściana była brudna. Podążył w stronę odgłosów, starając się być cicho i wzywając sparcie. A nuż to dywersja wroga. Dochodzące szuranie jednak było zbyt bezczelne jak na ukrywający się Ruch Oporu, ponadto nie brzmiało… no cóż, ludzko. Dźwięk był zbyt słaby jak na stworzenie rozmiarów człowieka.
Wychylił się ostrożnie zza ściany i zamrugał szybko.

Znajdujące się tuż przed nim gniazdo wentylacyjne było zapchane. Zapchane poniewierającym się tu i ówdzie antypoślizgowym żwirem. Żwir wsypywał go gniazda energicznie niewielki, rudy kot, kopiąc zawzięcie tylnymi łapami. Szybki rzut oka pozwolił stwierdzić, iż powodem zasypywania były znajdujące się w gnieździe razem ze żwirem kocie odchody.

Kot spojrzał na niego. Nawet w kiepskim oświetleniu widoczne było, że się go nie boi — pewnie szturmowcy oswoili to stworzenie.

— Sio! — mruknął Hux. Kot popatrzył na niego… jakoś tak bardziej i odwrócił się do ogonem, ujawniając, że w rzeczywistości jest kotką.

Generał stanął nad gniazdem-kuwetą, dumając, co robić. Najbliżsi technicy byli dwa kilometry dalej, jeśli wierzyć sygnałom nadajników. Modląc się, aby absolutnie nikt się nie dowiedział o tym, uklęknął koło gniazda-kuwety i zaczął wygrzebywać zawartość rękawicą.

Kotka prychnęła wściekle i z uporem zaczęła spychać żwir z… dodatkami.

— Powinienem cię za to rozstrzelać. — Hux chwycił zwierzę w połowie, jedną ręką przytrzymując szamotające się kocisko, a drugą udrażniając gniazdo. W końcu usłyszał na dole furkotanie i zalało go czerwone światło — sygnał restartu obwodu. Odetchnął z ulgą, a kocica, widząc, że została pokonana, zawisła niepyszna na jego ramieniu.

Powinien wrócić z triumfem, w końcu powstrzymał zniszczenie Starkillera. Wrócił jednak brudny, pachnący kocimi rodzynkami, rozczochrany i spocony.

I z kotką, która dawała mu się nieść, jakby w nadziei na sprezentowanie lepszej kuwety. Być może, pomyślał Hux, hełm Kylo wreszcie się na coś przyda.

Chcesz być na bieżąco z fanficzkami? Polub moją stronę.