Licytacja charytatywna – 24 FINAŁ WOŚP

Serdecznie zapraszam do licytacji charytatywnej w ramach kolejnego finału WOŚP. Licytując wspierasz biedne dzieci, osoby starsze, oraz – co najważniejsze – irytujesz rząd. Masz także okazję nabyć ekskluzywne dzieło komiksowe. 
KLIKNIJ NA SERCE I PRZEJDŹ DO AUKCJI

1000 dni wojny (wyzwanie literackie) – część pierwsza

Hej Wam!

Dawno nie wstawiałam na blogaska żadnych tekstów literackich mojego autorstwa. Postanawiam więc to nadrobić i rzucić co nieco. Aby ćwiczyć regularne pisanie (taaa), postanowiłam wziąć udział w wyzwaniu literackim – 30 tematów, 30 dni. Tematy typowo fluffowe, idealne do wszelkiej maści yaoiców i podobnych.

Postacie własne. Może wreszcie się zbiorę i napiszę o nich powieść. Ostrzeżenia: som seksy, ale raczej takie na 16+ niż 18+. 

Niebetowane. Przepraszam za niedociągnięcia, pisanie codziennie jest złe.
*
1. Holding hands (Trzymanie się za ręce)
Quentin wygrzebał z wraku statku trupa, który nie był dostatecznie martwy.
Metalowe szczątki ciągnęły się przez kilka kilometrów – porozciągane, sprasowane, zmiażdżone, powyginane we wszystkie strony. Jakby się zastanowić, dokładnie to samo dotyczyło nieszczęsnych pasażerów wojskowego transportera. Nuestra Señora del Carmen mogła pomieścić nawet pięćdziesiąt tysięcy ludzi, trudno jednak było określić, ilu faktycznie znajdowało się na jej pokładzie, gdy zaczęła koziołkować w atmosferze. Gdy miliony ton furczącej stali spada z poziomu kosmosu, nie szuka się niedobitków. Homo sapiens w toku ewolucji nie wykształcił mechanizmów pozwalających przeżyć coś takiego. 
A jednak czwartego dnia po tym, gdy niebo pospadało wszystkim na głowy, Quentin Adler wyciągnął spod gruzów żywego człowieka. Szczerze powiedziawszy, miał nadzieję na coś do jedzenia. Jedzenie ułatwiało egzystencję. Pokryty pyłem i krwią obcy sierżant, oddychający z przeciągłym, przerażający świstem, należał raczej do czynników ją komplikujących. 
Być może, gdyby mężczyzna był nieprzytomny, Adler podjąłby inną decyzję. Nie byłby z tego dumny. Może czasami wracałby do tego wydarzenia, lata później, w te noce, gdy człowiek leży bezsennie, przepełniony niepokojem, szukający starej rany do rozdrapywania. Ledwo żywy żołnierz otworzył jednak oczy, chwycił go za rękę w jakimś dziwnym, desperackim odruchu. Gdy ją cofnął, dłoń Quentina była cała w krwi i brudzie.
– Będzie dobrze.
Musiało zabrzmieć to głupio, bardzo głupio, zważywszy na to, że ten ledwo oddychający półtrup uniósł brew w geście niedowierzania. Jakby chciał powiedzieć: Spadłem z poziomu mezosfery. Cztery dni temu. Znasz kogoś, dla kogo skończyło to się szczęśliwie?
– Będzie dobrze – powtórzył Quentin po raz kolejny, zaklinając rzeczywistość. 
Brew uniosła się wyżej, ranny mężczyzna parsknął, ni to próba śmiechu, ni oznaka bólu. 
– W porządku, nie będzie dobrze. Później dostaniesz ode mnie mocnego kopa za naigrywanie się z mojej chęci pomocy.
Mężczyzna chwycił go znowu za rękę, równie gwałtownie i niespodziewanie, jak poprzednio. Quentin w ostatniej chwili powstrzymał odruch cofnięcia się, szybko zrozumiał jednak przekaz: Od tej pory zero naigrywania się. Podchodzimy do sprawy poważnie. 
Ręka cofnęła się, dotknęła łańcuszka, który jakimś cudem utrzymał się na szyi. Po pochyleniu się, Quentin stwierdził jednak, że to nie jeden łańcuszek, a dwa – nieśmiertelnik i mały krzyżyk, oryginalnie zapewne srebrny, teraz w takim samym, brudnym kolorze jak wszystko inne. Żołnierz wskazywał na ten drugi, wzrok miał zrezygnowany i matowy. 
– Proszę – wykrztusił zgrzytającym głosem. Przez sekundę Quentin nie rozumiał, o co jest proszony. Dopiero, gdy tamten zacisnął dłoń na krzyżyku, zorientował się, że najwyraźniej chodzi o modlitwę czy coś podobnego. Nie odpowiedział, pochylając się i przecierając nieśmiertelnik, aby odczytać nazwisko. Ku jego zaskoczeniu, ten został w jego dłoni: łańcuszek musiał być zerwany już wcześniej.
Odmówił Ojcze Nasz, szybko i chaotycznie, pewny, że coś poprzekręcał i pominął. Może jednak ta prowizoryczna modlitwa coś pomogła, bo gdy wrócił z wodą i trojgiem ludzi do pomocy, mężczyzna nadal żył. 
Obracał nerwowo nieśmiertelnik w kieszeni przez całą drogę, więc gdy go zwrócił, był już nagrzany ciepłem jego dłoni.
2. Cuddling (Przytulanie)
– Nie ruszaj się. 
Tiago bardzo próbował się nie ruszać. Rozerwane ramię jednak bolało jak diabli, a Quentin nie należał do najbardziej delikatnych pielęgniarzy, z jakimi miał do czynienia. Trzeba jednak przyznać, że się starał – mrużył oczy w zaciekłym skupieniu osoby, która właśnie odkryła, że zszywanie ludzkiego mięsa nijak nie przypomina robienia na drutach. 
– No więc… ile osób jeszcze chce cię dorwać? 
Sierżant Estevez nie był głupi. Wiedział, że jako żołnierz przegranej strony raczej nie jest mile widziany w okolicy – trudno raczej było zapomnieć o powitaniu, jakie zafundowali mu Rosjanie. Natomiast na Quentina ewidentnie cały świat się uwziął. Przez ostatnie dwa tygodnie chowali się po kanałach, znaczy, Adler się chował, milczący i napięty jak struna, a Estevez mu towarzyszył. Niesamowite zdolności dedukcyjne sierżanta podpowiadały mu, że dzieciak – święta Mario, on mógł mieć najwyżej dwadzieścia lat – ukrywa się trochę zbyt panicznie jak na zwykłego cywila.
Dedukcji pokaźnie pomagała wiedza, że Quentin nosi to samo nazwisko, co Marisol Adler, generał melillańskiego Konsensusu, rozstrzelana razem z resztą rządu jakieś trzy miesiące temu. A więc miał do czynienia ze zbiegiem politycznym.
Estevez był pewien, że przebywanie w pobliżu Adlera było równie bezpieczne i rozsądne, co wypróbowywanie nowych łyżworolek na minie przeciwpiechotnej. Wszyscy jego zwierzchnicy zginęli jednak na Carmen, musiał więc sobie wymyślić nowe rozkazy. Ochrona syna Marisol Adler była dość sensownym zadaniem. Zwłaszcza, że ostatnio, gdy ten chłopak miał okazję strzelić do ruchomego celu, trafił zamiast tego w czyjąś doniczkę na parapecie.
– Zostaw, wiele więcej nie zrobisz.
Quentin wyglądał teraz dużo gorzej niż w dniu, gdy go poznał – chudy i brudny, w podartym, poplamionym ubraniu. Oczy miał szare i matowe, wzrok człowieka, który nigdy przedtem nie musiał walczyć o utrzymanie się na powierzchni życia, a teraz wyraźnie przegrywał. Kilka dni temu Estevez dowiedział się, że chłopak nigdy nie brał udziału w wojnie, obowiązkowy pobór najwyraźniej odbił się od autorytetu jego matki, zostawiając ukochanego jedynaka w spokoju. 
Pomimo braku przydatnych umiejętności, widać było, że się starał. Estevez doceniłby to, gdyby nie to, że sam zaczął odczuwać już znużenie ciągłą ucieczką i zapachem kanałów. 
Usiedli razem na betonie. Było zimno i wilgotno, ostatnio jednak na powierzchni wybuchły jakieś zamieszki, nie mówiąc już o gromadach kretynów, którzy nawet w obliczu apokalipsy krążyli ze smartfonami i fotografowali wszystko, co się napatoczyło. Nie, lepiej było nie wychodzić. 
Quentin objął go mocno. Na początku obaj czuli się skrępowani, jednak nie mieli w sumie żadnego wyboru – ich ciała były jedynymi źródłami ciepła w okolicy. Tym razem jednak uścisk naruszył delikatny szew na ramieniu, krew ściekła, zaskakująco gorąca w panującym chłodzie. Estevez udał, że tego nie zauważył. 
Nie było warto dobijać chłopaka po tym wszystkim, co przeżył.
3. Gaming/Watching TV (Granie w gry/Oglądanie telewizji)
– Usiądźcie.
César wyglądał wyjątkowo dobrze jak na martwego od miesięcy skompromitowanego generała. Co więcej, wyglądał wręcz nieprzyjemnie zdrowo w porównaniu z Quentinem – wysoki, ciemnowłosy i ciemnooki, z brązowym podbródkiem zarośniętym gęstą, równo przyciętą szczeciną. Koszula szyta na miarę była wręcz agresywnie biała.
Miał czelność zaproponować im whisky.
– Prysznic byłby odpowiedniejszy – zauważył Estevez. César wydawał się nie widzieć, w jakim są stanie, nie czuć zapachu ciał niemytych od tygodni. Przychylił się jednak do prośby. 
– Idźcie, sierżancie. Ja porozmawiam z Quentinem. 
Estevez zawahał się. Nie ufał Césarowi, nie zaufałby teraz praktycznie nikomu, a w spokojnym spojrzeniu tego mężczyzny było coś niepokojącego – tak nie patrzyli ludzie, którzy przegrywali wojny. Co jednak mógł zrobić? Powiedzieć “pardon, sir, ale zabiorę młodego Adlera ze sobą pod prysznic, tak na wszelki wypadek?”
Jeśli jednak Quentin podzielał jego obawy, nie było tego po nim widać. Wyjście na powierzchnie dobrze mu zrobiło, patrzył równie hardo i spokojnie jak César, jakby w niemym wyzwaniu. Prawdopodobnie miał więcej doświadczenia w rozmowach z generałami niż Estevez sądził. 
Pobyt w łazience pomógł sierżantowi uświadomić sobie kilka rzeczy. Po pierwsze, wyjątkowo brakowało mu ciepłej wody. Po drugie, po zmyciu warstwy brudu okazało się, że wcale nie wyglądał tak źle – do tej pory nie schudł wiele, obtłuczenia zaczęły bladnąć i znikać, mimo kiepskiej diety mięśnie ramion i brzucha nadal rysowały się wyraźnie pod skórą. Włosy po umyciu zaczęły mu przeszkadzać, wchodząc do oczu – zetnie je przy najbliższej okazji. Wypadałoby się nie wyróżniać, choćby fryzurą. Złoty kolczyk z ucha wyjął już pierwszego dnia.
Nie miał żadnych ubrań na zmianę, a to, w czym przyszedł, nadawało się już tylko do odstraszania szczurów. Uznał jednak, że chrzani etykietę – wrócił w samym ręczniku owiniętym wokół bioder. I César, i Quentin obdarzyli go przeciągłymi spojrzeniami. Atmosfera była tak gęsta, że Estevez praktycznie się od niej odbił. Cokolwiek tu zaszło, nikt najwyraźniej nie skończył zadowolony. 
– Na Boga, sierżancie, to kiepski moment, właśnie składałem kondolencje. Proszę pójść w lewo, trzeci pokój, niech pan bierze z garderoby, co chce…
Estevez nie odpowiedział, wycofał się powoli, powstrzymując się od komentarzy do chwili, gdy dowie się, co zaszło. Quentin wyszedł za nim, rzucając coś o toalecie. Było jasne, że na korytarzu są kamery, być może też podsłuch, weszli więc do łazienki, nadal ciepłej o pary, mając szczerą nadzieję, że tu generał oszczędził sobie podglądactwa. 
– Uciekajmy – mruknął Quentin, podchodząc do niego blisko, bardzo blisko. 
– Coś się stało?
– To niebezpieczny człowiek. Zaproponował mi członkostwo w Nowym Konsensusie.
Estevez parsknął.
– Masz dziewiętnaście lat. Co po tobie…
– Nie wiem, ale to akurat nigdy mi się nie podobało.
Konsensus był tymczasowym organem władzy wojskowej, rodzajem triady absolutnej, zazwyczaj trzema generałami połączonymi lokalną siecią splatającą i wzmacniającą ich myśli i zdolności. Quentin widział to jedynie kilka razy, jego matka z głową otoczoną skomplikowaną aparaturą, troje ludzi poruszających się, nawet mrugających synchronicznie, ten sam wzrok, te same gesty, ten sam ton, co u Césara. Rozmawiając z nim miał wrażenie upiornego deja vu, za bardzo przypominał Marisol Adler, aby można było to znieść.
Estevez zmarszczył brwi. Większość zwyczajów z polis była dla niego zagadką, przedtem odwiedził je tylko raz – jako nastolatek, na pielgrzymce papieżycy Katarzyny II. Jakiekolwiek grzebanie z mózgach nie wydało mu się dobrą zabawą, zbyt wielu widział nawigatorów zdziwaczałych po godzinach bezpośrednich kontaktów mózgu z aparaturą statku. Tacy ludzie raczej rzadko nadawali się do rządzenia innymi. W zasadzie, niektórym z nich Estevez nawet nie dałby do rąk metalowych sztućców.
– Weź prysznic – poradził. – Nigdy nie wiesz, kiedy czeka cię kolejny.
Nie wyszedł z łazienki, ale bardzo starał się nie patrzeć. Miał jednak wrażenie, że Quentinowi w tej sytuacji jest absolutnie wszystko jedno.
4. On a date (Na randce)
Po kilku tygodniach wszystko się uspokoiło.
Quentin od samego początku postrzegał okupację jako coś w rodzaju armagedonu, nie był więc przygotowany, jak szybko wszystko wróci do względnej normy. Oczywiście, połowa polis była zniszczona. Oczywiście, zginęły jakieś dwa miliony ludzi. Ale Melilla nie była ani szczególnie potężnym, ani znaczącym ośrodkiem, wojna więc szybko przesunęła się na zachód, gdzie Katarzyna V nadal broniła znacznie większego i strategicznie ważniejszego Belén. Liczba rosyjskich żołnierzy stacjonujących w polis spadała z dnia na dzień.
W międzyczasie sierżant Estevez zorientował się, że, całkiem samolubnie, niezbyt cieszy się z poprawy sytuacji. Mniejsze ryzyko bycia ukatrupionym przez Rosjanina na ulicy oznaczało większą częstotliwość wychodzenia na światło dzienne, spotykania się z innymi ludźmi, wymieniania towarów. Tiago Estevez ostatnie pięć lat spędził w pobliżu czwartego silnika olbrzymiego kosmicznego transportera. Owszem, miał stopień wojskowy, ale przede wszystkim był technikiem, człowiekiem, który po wykonaniu pracy zamiast na piwo szedł do swojej kajuty, aby trochę poprogramować dla rozrywki. Osoba tego typu powinna być postrzegana jako mrukliwy odludek, jednak nieliczni podwładni Esteveza uznawali go raczej za lekkiego dziwaka, genialnego inżyniera częściej niż w mundurze widywanego w kolorowych, ekscentrycznych koszulach (ocenianych zazwyczaj w stali od lekko konsternującej do totalnie tragicznej). Inni ludzie męczyli sierżanta. Owszem, lubił niektórych, ale kilku godzinach nieustannych kontaktów interpersonalnych miał dość nawet własnej matki.
Nic więc dziwnego, że większość lokalnych interesów ubijał Quentin. Było w nim coś, co sugerowało, że od dziecka był przyzwyczajony do wydawania innym poleceń, co więcej, żywo interesował się innymi, łatwo zapamiętywał imiona i historie nieszczęść: kto kogo stracił w wojnie, kto miał krewnych na Ziemi, kto potrzebował pomocy. Gdy już spłynął z niego szok, bardzo szybko udało mu się skombinować jedzenie, ubranie i miejsce do spania. Takich jak on i Estevez były tysiące – ludzie bez dokumentów, bez domu, bez pracy, krążący po ulicach w poszukiwaniu szansy na przeżycie kolejnego dnia.
Tego ranka wstąpili do pani Subercaseux, sympatycznej staruszki prowadzącej darmową jadłodajnię. Bywali tam średnio raz na dwa dni, kolejki powiem ciągnęły się setkami metrów, zwłaszcza w godzinach popołudniowych. Po najedzeniu się nie mieli jednak dużo do roboty, często więc rozdzielali się i każdy szedł w swoją stronę. Zgadzali się, że to maksymalizuje ich szanse znalezienia w mieście czegoś ciekawego, tak naprawdę jednak Estevez musiał mieć czas, który mógłby spożytkować sam. Tym razem jednak Quentin nie zgodził się na taką opcję, ciągnąc go do podziemi zrujnowanego sklepu z elektroniką. 
– Mówiłeś, że potrzebujesz sprzętu. Wybieraj więc – zaśmiał się, pokazując pudło pełne zafoliowanych tabletów. Widocznie nikt przed nimi tu nie był. – Umiesz z tego skonstruować bombę?
– Nie – odpowiedział Estevez poważnie, przeglądając zawartość kolejnych pakunków. – Potrzebowałbym jeszcze cukru i mąki. 
– Część sprzedałem. Mam lodówkę i sorbet mangowy.
Estevez spojrzał na niego ze zdziwieniem. Ktokolwiek tutaj jeszcze produkował sorbety? Obwodnica była nadal nieczynna, lotnisko uległo zniszczeniu, polis miało więc problem z zaopatrzeniem.
– Tak. To prawie, jakby było normalnie – potwierdził Quentin. – Możemy usiąść przed telewizorem, jeść lody, a ja spróbuję zagrać “Rok 1812” na jakiejś durnej aplikacji…
Kolejna zdziwiona mina. Najwyraźniej nie trafił w definicję normalności Esteveza. 
– Ty jesz lody, ja robię bombę.
– Żartowałem z tą bombą.
– Ja nie.
Do końca dnia Quentin był lekko przygnębiony. Tiago bardzo wyraźnie nie załapał aluzji, a chłopak, pomimo wszystkiego, co w życiu przeżył, nie był pewien, czy da radę sformułować ją bardziej dobitnie.
Wojna była trudną sprawą. Nastoletnie kryzysy uczuciowe jednak najwyraźniej były jeszcze trudniejsze.
5. Kissing (Całowanie)
Quentin zorientował się, że coś jest nie tak z jego psychiką, gdy dostał napadu dzikiej radości na widok szczoteczki do zębów.
Przez ostatnie tygodnie środki higieny osobistej wydawały mu się zbytkiem. Można przeżyć śmierdząc, zresztą, od kiedy w ziemię walnął olbrzymi statek kosmiczny, w mieście nie pachniało zbyt dobrze. Na Carmen było sporo materii organicznej, która mogła się teraz radośnie rozkładać. Na przykład dziesiątki tysięcy ludzi. Estevez nigdy nie poruszał tego tematu, Quentin więc milczał taktownie.
W każdym razie, mieli coś w rodzaju mieszkania, z bieżącą wodą, prądem i internetem. Ten ostatni robił z sierżantem dziwne rzeczy – wydawałoby się, że toporny, składany pecet ma posiada na niego silny, grawitacyjny wpływ – Estevez jadł przy komputerze, pił przy komputerze, spał przy nim na krześle, odchylając się niebezpiecznie do tyłu. Pewnego dnia Quentin zapytał, czy zamontować mu tam może deskę klozetową.
Nie odpowiedział, bo był zbyt zajęty programowaniem. 
Nie, żeby to do niczego się nie przydało. Na przykład większość funduszy, jakie posiadali, pochodziła z konta Esteveza. O to też Quentin się nie pytał, chociaż nie było możliwym, aby były to oszczędności odziedziczone po babce. W każdym razie, było lepiej. Owszem, byli zbiegami, szabrownikami i zwykłymi złodziejami, ale było im lepiej, więc to się nie liczy. 
– Pasta do zębów jest dziesięć razy droższa, niż ostatnim razem, gdy jej używałem. Zastanawiam się, która część tego zdania jest bardziej przerażająca – zagadał Quentin, przysiadając się obok upiornie trzeszczącego składaka. Podobno to w układzie chłodzącym – zajmującym połowę biurka – coś nawaliło. 
– Ciesz się. Nie mamy pieniędzy na dentystę.
– Podobno mamy mnóstwo pieniędzy. 
– Ale nie mamy mnóstwa dentystów – mruknął Estevez, nie odrywając oczu od ekranu. Dopiero, gdy Quentin chuchnął mu w nos, łaskawie się do niego odwrócił. – Okej, dzieciaku, myłeś zęby. Czuć cię miętą na kilometr, gdyby robili reklamę pasty, na pewno dostałbyś angaż z ulicy. Zadowolony?
Mina Quentina z jakichś powodów wyrażała wahanie i konsternację. Estevez chciał już wrócić do pracy, gdy chłopak pochylił się, znowu chuchnął mu w twarz i pocałował, szybko i chaotycznie. To było tak dziwne i niespodziewane, że nawet nie wiedział, jak zareagować. Zresztą, gdyby Quentin ogłosił z godzinnym wyprzedzeniem, że chce się z nim całować, i tak finalnie pewnie nie miałby pojęcia, co zrobić. 
Nastała chwila konsternującej ciszy, przerywanej burczeniem komputera. A potem chłopak zrobił się czerwony i wybiegł tak szybko, jakby co najmniej gonił go rosyjski batalion. 
Estevez zamknął program. Dzisiaj nici z pracy.
6. Wearing each other’s clothes (Noszenie ubrań drugiej osoby)
Powinni porozmawiać, jak dorośli ludzie.
Quentin jednak na myśl o tym czuł palące zażenowanie, a Estevez z zasady nie rozmawiał o swoich uczuciach i nie sądził, aby warto było zacząć to robić w wieku czterdziestu lat. W każdym razie, od czasu do czasu zdarzyło im się całować – stała obecność pasty do zębów na składzie stanowczo w tym pomagała. 
Minimum egzystencjalne zaczęło im nie wystarczać. Sierżant więc włamał się do bazy rosyjskiego ministerstwa tymczasowego. Było to trudniejsze, niż brzmiało – musiał tam pójść, wejść do ich serwerowni i zainstalować coś, co Quentin nazywał “magicznym pudełkiem do robienia pieniędzy”. Magiczne pudełku tym razem nie dało im gotówki, a pakiet ściśle tajnych danych. Estevez powiedział o tym swojemu przyjacielowi dopiero po powrocie, ale Quentin i tak zrobił się zielony ze strachu, co tylko utwierdziło sierżanta, że zrobił dobrze zostawiając to dla siebie.
– Co zrobiłeś z moim mundurem? – zapytał przy okazji.
Mundur ziemskich marines za bardzo rzucał się w oczy, już pierwszego dnia Estevez zamienił go na cywilne ubranie. Prawdopodobnie był zniszczony, jeśli nie, to nieziemsko brudny. 
– Schowałem. Nie waż się tego zakładać… – warknął Quentin. Estevez miał minę, jakby coś kombinował. Zawsze wtedy wyglądał, jakby nie do końca wiedział, na jakiej planecie się znajduje.
– Muszę go mieć – powiedział, jak zwykle nie wyjaśniając nic więcej. 
Dzień później więc Quentin odgrzebał mundur. Oryginalnie był czarny, od pyłu i krwi zrobił się jednak szarobrązowy i sztywny. Po kilku godzinach udało się go jednak przywrócić do stanu niekojarzącego się natrętnie ze szmatą do podłogi. Chłopak zaczął się zastanawiać, czy – cokolwiek ten idiota teraz wymyślił – nie mógłby go przypadkiem w tym zastąpić. Odciąganie sierżanta od zamysłów było jak siłowanie się na linę z rekinem, ani sensowne, ani bezpieczne. Zdecydowanie lepiej współpracować i ewentualnie wyrażać milczącą dezaprobatę.
Mundur był, bez najmniejszego zaskoczenia, całkiem niedopasowany. Quentin wyglądał jednak w nim dobrze, ciemnowłosy i przystojny. Srebrne gwiazdy na ramieniu miały ten sam kolor, co jego oczy. 
Estevez, przyglądający się temu ukradkiem od minuty, parsknął dzikim śmiechem.
– Chcesz się zaciągnąć? – zapytał. Skonsternowana mina chłopaka wywołała falę serdecznego rechotu. – Dzięki za wypranie, ale tego nikt już nie będzie nosił. Potrzebowałem tylko czipa identyfikacyjnego na piersi. 
Kilka godzin później, po kolacji, Quentin odsunął się, gdy Tiago próbował pocałować go na dobranoc. 
Niech cierpi, padalec.
7. Shopping (Zakupy)
Kolejka, jak zwykle, ciągnęła się przez dwie przecznice. 
– To jakaś abominacja – jęknął Quentin. – Stój tu.
Zazwyczaj wynegocjowanie lepszego miejsca w kolejce zajmowało chłopakowi od dziesięciu, do dwudziestu minut. Tym razem jednak wrócił podirytowany.
– Podobno sprzątnęli wszystkie baterie litowe, aby komuś nie przyszło do głowy zrobić sobie z nich ładunku wybuchowego. 
– Uroczo. 
Ich zapas elektroniki wystarczyłby trzydziestce ludzi na dziesięć lat. Większości baterii Estevez nawet nie ruszył, tłumacząc, że owszem, można doprowadzić je do eksplozji za pomocą młotka, ale zdecydowanie bardziej przydadzą się im w pierwotnym zastosowaniu. 
Czas ciągnął się niemiłosiernie. Obaj równie ciężko znosili nudę – liczenie cegieł w ścianie budynku, przy którym stali, wydało się nagle podejrzanie fascynujące. Dwa razy mijali ich żołnierze, ale do tego byli już przyzwyczajeni. Gdy spuściło się wzrok i wyglądało dostatecznie niegroźnie, absolutnie nikt nie zwracał na nich uwagi.
– Oszaleję zaraz – oznajmił Quentin po godzinie, chwytając Tiago za nadgarstek. – Jestem pewien, że od tego się głupieje. 
– Dlatego to zwykle ja okupuję dłuższe kolejki. 
– Chodźmy do domu. Nie potrzebuję aż tak bardzo tego chleba.
– Rozkaprysiłeś się ostatnio. Stój. Tym razem ja pójdę to załatwić. 
Piętnaście minut później koło wejścia do sklepu coś wybuchło. Ludzie rozpierzchli się we wszystkie strony – tylko najbardziej zdesperowani uznali wyrwy w kolejce jako szansę na przysunięcie się bliżej. Adler nie widział, co dokładnie działo się na przedzie, pomimo wytężania wzroku, widział tylko bezwładną kotłowaninę.
Nagle ktoś uderzył go w ramię.
Wzdrygnął się, lecz to tylko Tiago wrócił, uśmiechnięty i z torbą pod pachą. 
– Mówiłem, wszystko da się załatwić.
Quentin nie odzywał przez całą drogę do domu. I tym razem Estevez nie miał pojęcia, co go ugryzło.
8. Morning rituals (Poranne rytuały)
Estevez codziennie wstawał o szóstej i ćwiczył do godziny dziewiątej. 
Z jakiegoś zupełnie niezrozumiałego powodu robił to nago. Może Ziemianie mieli w zwyczaju tak robić, gdy jednak Quentin wpadł na niego pierwszy raz, z wrażenia rozbił kubek z kawą.
Potem bardzo uważał, aby nie wchodzić do pokoju sierżanta wcześnie rano. Nie mieli zbyt wielu kubków.
Było pomiędzy nimi wiele milczenia – zbyt wiele, jak na gust Quentina. Znajdywał w mieszkaniu dziwne rzeczy. Głównie elektronikę, ale także fragmenty garderoby, niekompletne mundury przeróżnych formacji, ekscentryczne koszule – jedną czerwoną ze złotym wzorem, kolejną, wyjątkowo paskudną, w niebieskie liście konopi. Biżuterię, dokumenty po rosyjsku. Pewnego razu zauważył przy śniadaniu, że sierżant najwyraźniej wrócił do noszenia złotego kolczyka w lewym uchu. Tak, jakby powoli odbudowywał po wypadku części własnej osobowości. Koszmarny gust w doborze ubrań najwyraźniej był jego częścią. 
– Mam nadzieję, że nie zamierzasz tak wyjść na ulicę – skomentował w końcu pewnego ranka najpaskudniejszą z zestawu sierżantowych koszul.
– Oczywiście, że nie. Ale ludzie szybko wariują, jeśli im się nie zapewni chociaż pozorów normalności. – Estevez tylko wzruszył ramionami. Zawsze wychodząc przebierał się w bluzy w odcieniach burych brązów i szarości. Lepiej nie zwracać na siebie uwagi. 
Czasami, wychodząc, całował Quentina. W czoło, w nos, rzadziej w usta. Nigdy tego nie komentował, w oczach czasami pobłyskiwało coś na kształt afektu, zazwyczaj jednak wyglądał po prostu na rozkojarzonego. Tym razem jednak chłopak odsunął się, przyciskając plecy do framugi drzwi.
– Gdzie idziesz?
Tego również Estevez zazwyczaj nie mówił.
– Sprawy. 
– Po prostu… sprawy?
– Na to wygląda.
– Mam sobie tym nie zawracać swojej ślicznej główki?
Chwila ciszy.
– To… skomplikowane. Wolałbym nie tłumaczyć w tej chwili. 
Przez chwilę tylko patrzyli na siebie. W końcu Quentin nie wytrzymał, pocałował go mocno, objął w pasie. 
– W tej chwili. To znaczy, że kiedyś masz zamiar powiedzieć cokolwiek niezwiązanego z zakupami, albo innym “podaj mi, proszę, puszkę z cukrem”?
Wyglądało na to, że Tiago w ogóle nie rozważał takiej możliwości. Z tak bliska było wyraźnie widać, że był zaskoczony, wyglądał jak człowiek postawiony przed jakimś wyjątkowo trudnym, matematycznym zadaniem. Jego oczy wydawały się jakby jaśniejsze, bardziej ciemnopomarańczowe, niż brązowe. 
– W porządku – powiedział w końcu. – Mogę zostać i możemy porozmawiać.
Quentin poczuł ukłucie triumfu. Dopiero, gdy dwie godziny później Tiago zostawił go zaczerwienionego i zdyszanego na sofie, zorientował się, że znowu coś poszło nie tak.
9. Family dinner (Rodzinny obiad)
Koszula Césara była tak mocno wykrochmalona, jak koszula Tiago pognieciona i lekko wczorajsza. Sierżant darował zapinanie dwóch ostatnich guzików, Quentin więc spędził zadziwiająco dużo czasu przypatrując się ciemnym włosom na jego piersi. César miał na sobie krawat spięty złotą szpilką i malinową marynarkę. Gdyby ktoś zechciał spojrzeć pod stół, zauważyłby, że skórzane kozaki wypolerowane są na błysk. 
Matka Quentina przejawiała tę samą obsesję na punkcie czystości, zauważała szczegóły i szczególiki, które umykały jej synowi. Rozsądek podpowiadałby, że takie zafiksowanie na rzeczach nieistotnych raczej utrudnia podjęcie jakiegokolwiek działania.
César w półtora miesiąca zdołał stworzyć i zorganizować państwo podziemne i ruch oporu. Z jakiegoś przedziwnego powodu wszystko, czego dotknął, zamieniało się w złoto. Quentin zadawał sobie pytanie, jakim w ogóle cudem przegrali tę wojnę. 
Rozmawiali swobodnie przy obiedzie. Jadalnia była wielka – znajdowali się w opuszczonych piwnicach starego kościoła, osuszonych i przemianowanych na pomieszczenia mieszkalne. Oczywiście, César prawdopodobnie wcale tu nie mieszkał, przemieszczał się po całym polis, korzystając z faktu, że Rosjanie posyłali kolejne jednostki do Belén, Melilla stawała się coraz mniej chroniona i coraz bardziej wyludniona. Być może w niedługim czasie czeka ich kolejny przewrót.
Quentin był, oczywiście, uprzejmie ignorowany. César nie ponawiał swojej propozycji. Teraz zwracał się do Esteveza, mówiąc o czymś, o czym Adler nie miał pojęcia – cholera jasna, nikt mu nigdy nic nie mówił, z matką było to samo – kusząc go oficerską rangą, jeśli zacznie pracować dla niego. Gdy doszli do szczegółów, Tiago wyglądał na podekscytowanego jak nigdy, a Quentinowi kolejne łyżki zupy stawały w gardle. 
Nie miał pojęcia, czemu. W końcu, teoretycznie, mieli do czynienia ze sprzymierzeńcem. Niezależnie od rozsiewanych plotek – według rosyjskiej propagandy najpopularniejszy z melillańskich generałów winien był wszystkiego, od śmierci dwojga pozostałych członków Konsensusu po Wielką Pożogę – na tej współpracy mogli jedynie zyskać. A Tiago był genialny, nie mógł tego nie zauważyć, nie mógł jednak też nie zauważyć, jak ten chętnie dzieli się wszystkim, tymi szczegółami i szczególikami, od których migał się od tygodni…
Oczy Césara miały jednak ten sam wyraz, co oczy Marisol Adler, gdy składała przysięgę zaraz po zamachu stanu, gdy ciała członków poprzedniego rządu nie zdążyły jeszcze ostygnąć. 
– Odrzuć to – polecił Tiago, gdy weszli do ich mieszkania. Ten spojrzał na niego jak na idiotę, chyba po raz pierwszy od zawsze. Szybko jednak roześmiał się i tylko protekcjonalnie pogładził go po głowie. 
– Masz dziewiętnaście lat, dzieciaku. Zostaw wojsko i politykę dorosłym ludziom. 
Quentin przełknął zbierającą mu w gardle żółć i mocno, dając ujście hamowanej od wielu, zbyt wielu dni furii, zdzielił go pięścią prosto w twarz.
10. Singing (Śpiewanie)
Estevez podbił Quentinowi oko.
Po tym incydencie najwyraźniej jednak doszedł do wniosku, że wszystko sobie wyjaśnili. Z pewnym wahaniem przeprosił nawet, tłumacząc, że przez ostatnie lata jego głównym towarzyszem był czwarty silnik boczny wielkiego transportowca, nie należy więc od niego wiele wymagać w zakresie relacji międzyludzkich. Quentin tylko pokiwał głową i dał spokój. Nie chodziło o to, że nie miał wątpliwości. Po prostu nie był pewien, jak w ogóle mógłby poprowadzić hipotetyczną kłótnię, aby Tiago zrozumiał, o co mu chodzi. 
Sam Adler do końca nie wiedział, o co mu chodzi. 
Aby uczcić rozejm, sierżant zaczął opowiadać o życiu na Carmen. 
Dylatacja czasu nie zna litości. Czas dla obiektów poruszających się szybko, naprawdę szybko, raptownie zwalnia. Zazwyczaj po pięcioletniej służbie na statku gwiezdnym w międzyczasie mija koło dwustu lat. Jeśli więc opuszczasz swoją planetę, pod pewnym względem odlatujesz na zawsze – jeśli wrócisz, zastaniesz mało znajomych krajobrazów. Może też się okazać, że nie masz pojęcia, w jakim języku mówią w mieście twojego urodzenia. Dlatego większość kolonii posługiwała się konlangiem, sztywnym, niezmiennym tworem, narzeczem kosmicznych mechaników. 
Ludzie, którzy z własnej woli decydowali się na takie życie, albo przed czymś uciekali, albo posiadali coś, co psycholodzy nazywali eufemistycznie “specyficznymi predyspozycjami psychicznymi”.
Tiago Estevez urodził się siedemset pięćdziesiąt trzy lata przed Quentinem.
Najwyraźniej miał mnóstwo specyficznych predyspozycji.
– To były ciekawe czasy – wyjaśnił. – Dwie duże wojny w odstępie kilku lat. Mieliśmy taką przyśpiewkę…
Na podwórku słonko świeci
Gra na srebrnej dziadka plombie
Na podwórku trójka dzieci
Z dziadkiem bawi się przy bombie
Ha, ha, ha, ha Jaka piękna bomba…
Głos sierżanta był głośny i czysty.
– Zanim skończyłem dwadzieścia lat, wybuchła trzecia. Wtedy uznałem, że dość tego dobrego, poleciałem pierwszym kursem na Weles. Nim minąłem Urana, z Belize został lej. To zaprawdę musiała być piękna bomba. 
Quentin w życiu nie słyszał o Belize. Na którym ziemskim kontynencie to w ogóle było? Azji? Postanowił nie spowiadać się ze swoich wątpliwości. Powoli też zapominał o wszystkim, co miał miał wygarnąć Tiago. Był młody i naprawdę głupio zakochany, kręciło mu się w głowie od nadmiaru uczuć, w brzuchu i lędźwiach od hormonów. Siedzieli razem, a sierżant śpiewał co bardziej bezsensowne czy sprośne piosenki, które tylko zdołał sobie przypomnieć.
Dwie godziny później nadeszła wiadomość, że Rosjanie zrównali z ziemią Belén.
Ha, ha, ha, ha Jaka piękna bomba…
11. Making out (Obściskiwanie)
Estevez trzymał Quentina na dystans głównie z obawy, że jeśli przestanie, dzieciak nigdy się od niego nie odczepi. 
Nie bardzo wiedział, jak mógłby mu uprzejmie wytłumaczyć, że owszem, czemu nie, mógłby z nim uprawiać seks, ale potem Quentin ma grzecznie iść do swojego pokoju, swojego łóżka i nie przeszkadzać mu spać. Ewidentnie było widać, że jeśli ten chłopak chociaż raz znajdzie się w jego łóżku, prawdopodobnie nie da się potem łatwo spławić. I zacznie zadawać niewygodne pytania. Jak na przykład: co ci szkodzi spać przy mnie?
Estevez jednak nie umiał zasnąć z inną osobą w swoim łóżku. Próbował kilka razy – z kobietami, mężczyznami, kilka razy z kotem (absolutnie bez żadnych erotycznych podtekstów – po prostu lubił koty). Nie mógł. Po prostu nie zasypiał. 
Na szczęście, Quentin też podchodził do tematu seksu jak pies do jeża, nie mając najwyraźniej pojęcia, jak się do tego zabrać i modląc się, aby jakoś samo poszło. Jako, że Tiago bardzo starał się, aby jednak nie poszło, sprawa trwała w zawieszeniu. 
Gdyby Quentin miał więcej niż dwadzieścia lat, Estevez pewnie musiałby w końcu mu się wytłumaczyć, czy przypadkiem nie ma jakieś traumy, albo pociąga go tylko programowanie lub coś w tym stylu. Jednak, nawet gdy się całowali, chłopak ewidentnie nie wiedział, co zrobić z rękoma i do tej pory nigdy nie odważył się położyć ich niżej niż w okolicach pępka sierżanta.
Estevez oczywiście nie miał takich oporów. Z zaciekawieniem badał, gdzie może Quentina dotknąć, zanim biedak uzna, że pora się wycofać. 
Okazało się, że absolutnie wszędzie. Czasami chłopak czerwienił się, czasami sprawiał wrażenie, że wreszcie do niego dochodzi, że mogliby zdjąć ubrania w trakcie tych obściskiwanek, kilka razy jęknął cicho, gdy Tiago znalazł jakiś wyjątkowo wrażliwy punkt. Nie protestował jednak i nigdy nie posuwał się dalej.
Esteveza nigdy specjalnie nie pociągały nastolatki. Uznał jednak, że z tego Quentinka całkiem urocze stworzenie.
12. First Time (pierwszy raz)
Tiago Estevez nie był ideałem kochanka, ale Quentin tego nie zauważył.
Nie zdążył. 
Quentin rozważał wszelkie możliwe katastrofy, które mogłyby mu się przydarzyć podczas uprawiania seksu, z wyrzuceniem za drzwi zanim do niego dojdzie włącznie. Nie przewidział jednak, że jego pierwszy raz może potrwać jakieś trzy sekundy.
Tiago miał z tego, jak to on, wielki ubaw, co tylko pogłębiło quentinowe poczucie zażenowania. Nawet moment odkrycia, jakie slipy nosi jego niedoszły kochanek (niebieskie z motywem uśmiechniętych cheeseburgerów) nie był aż tak niezręczny. 
– No ups – stwierdził w końcu Estevez. Adler wyglądał na tak zawstydzonego, że nawet do niego dotarło, że akurat teraz mógłby przestać się naśmiewać, bo inaczej czeka go sesja z mężczyzną o nazwisku PNG. – Zdarza się. 
– Taaaa…
Atmosferę trafił szlag. Przez ostatnią minutę została zamordowana, pogrzebana i dla pewności zalana dwoma litrami betonu. Quentin uznał, że miał rację: było koszmarnie. 
Tiago objął go jednak, pocałował, tak mocno, że czuł drażniące łaskotanie jego zarostu na policzkach. Zły humor przeszedł jak ręką odjął, jakby chłopak miał w głowie przełącznik działający jedynie w dwóch trybach: podniecenie i zażenowanie. 
Chwilę później poczuł, że rzeczywiście – nie stało się nic, czego nie dało się naprawić. 
Finalnie również Estevez nie wyrzucił go z łóżka – uznał, że nauczy Quentina podstaw programowania na jednym z laptopów. W sumie więc ten poznał co najmniej dwie nowe rzeczy, stwierdził także, że seks wcale nie poszedł mu źle. 
Przynajmniej w porównaniu z sesją analizy obiektowej.

Piwniczna recenzja: Exitus Letalis: tom I, Kattlett

Za jakie grzechy…
Mniej więcej co miesiąc ktoś pisze do mnie z prośbą w stylu: “Q, weź zrecenzuj Exitus Letalis, to złe jest”. A ja na to: “W życiu o tym nie słyszałam”. I mija kolejny miesiąc i znowu: “Q, Exitus Letalis…”, więc w końcu powiedziałam: “Lol, dobra”.
Znaczy, nie do końca tak było, ale rozumiecie tok myślenia.
Zacznijmy więc od początku.


Exitus Letalis jest komiksem tworzonym przez artystkę o pseudonimie Kattlett i wydawanym przez Kotori… i w sumie mogłabym na tym zakończyć, bo wiecie… to Kotori. Udawajmy jednak, że nic nie wiemy o tym wydawnictwie
(jeśli istnieją jeszcze ludzie, którzy FAKTYCZNIE nic o nim nie wiedzą, to serio, róbcie wszystko, aby tak zostało)
i przyjrzyjmy się samemu dziełku.
Na początek, tradycyjnie, anegdota.
W życiu każdego człowieka przychodzi pewien moment, usytuowany najczęściej w okolicach końca gimnazjum. Nie chodzi mi o coś tak prozaicznego jak bierzmowanie, pierwszy raz czy pierwsze sto przeczytanych yaoiców, ale o poważną zmianę w myśleniu. A mianowicie, mniej więcej w tym okresie człowiek orientuje się, że niektóre rzeczy, uważane przez niego w gimbazie za śmieszne, wcale takie nie są.
Na przykład to, że pani od przyry powie na lekcji “penis”.
Albo fakt, że koleżanka ma w torebce podpaski.
Lub filmy Adama Sandlera.
Niektórym zmiana w postrzeganiu rzeczywistości przychodzi naturalnie. Inni dowiadują się, że coś jest nie tak, gdy nagle zachichoczą na biologii w liceum i w klasie nastanie taka krępująca cisza…
Exitus Letalis to takie pół godziny krępującej ciszy.
Fabuła wygląda następująco: Eva Monroe, która jest osiemnastoletnią genialną psycholog z narkolepsją dostaje polecenie od hipertajnej organizacji. Jej zadaniem jest rozwikłanie zagadki nieśmiertelności gromady weteranów drugiej wojny. Wyżej wymienieni to gromada wyglądających jak typowe mangowe bishe gówniaków z szeregiem chorób wybranych na zasadzie losowego strzelania rzutkami w podręcznik do psychiatrii. Przez bite sto stron komiksu nasza genialna psycholog zajmuje się interakcjami z naszymi gówniakami, czytelnik zajmuje się fejspalmowaniem, gówniaki zajmują się byciem żenującymi, po czym komiks się kończy. Na ostatnich stronach nasza genialna psycholog wpada na pomysł przeczytania akt medycznych naszej drużyny marzeń, co utwierdza czytelnika w przekonaniu, że zatrudnienie na jej miejsce chomika miałoby więcej sensu, bo gryzoń przynajmniej mniej żre…


exitus.png


Jeśli brzmi to dla Was koszmarnie głupio, nie regulujcie odbiorników.

Zacznijmy od największego problemu naszego komiksu, a mianowicie bohaterów. Mają oni cechy dobrane na zasadzie “brzmi fajnie i mrocznie, walne se do komiksa”. Protagonistka choruje na narkolepsję, co nie przeszkadza jej skończyć studiów w wieku osiemnastu lat. Nie przeszkadza jej kierować samochodem. Jestem pewna, że gdyby starała się o fuchę kierowcy rajdowego, fakt, że może stracić świadomość popitalając trzysta mil na godzinę po torze, także nie stanowiłby problemu. Mamy też nasze gówniaki, tj. szanownych weteranów. Jeden podobno jest seksoholikiem. Jeśli ktoś widział słynny film traktujący o tej chorobie (ten z gołym Michaelem Fassbenderem)…

michael_fassbender_1.jpg

(chwila przerwy na reklamę – obejrzyjcie Wstyd)


…wie mniej więcej, na czym to polega. Otóż w Exitus Letalis polega to na zachowywaniu się jak dwunastolatek, który właśnie zobaczył pierwsze porno (u kolegi Zdzisia, bo w domu ma blokadę rodzicielską). W sumie nasz seksoholik nie wydaje się osobą, która kiedykolwiek seks uprawiała. Mamy sadystę, rzucającego tekstami tego samego gimnazjalisty, który tym razem dorwał się do Piły 3D, kiedy rodzice akurat byli w kościele. Znowu, żadnego innego potwierdzenia rzeczonego sadyzmu. Mamy schizofrenika i…
Stop. Teraz na poważnie. Moja ciotka choruje na schizofrenię. To poważna choroba. Psychotyczna. Wymaga kontroli lekarza. W komiksie schizofrenia charakteryzuje się… wiecie co? W sumie to chyba niczym. Znaczy, zakładając, że upośledzenie umysłowe nie wchodzi w spektrum choroby.
Mamy geja, który jest gejem. Rozumiecie to? Jest GEJEM. Klub Gejów w Exitus Letalis ma chyba trzy zasady:
  1. Zawsze mów o Klubie Gejów
  2. Zawsze mów o Klubie Gejów
  3. Zawsze, kurwa, mów o Klubie Gejów

Nasz bohater więc jest gejem. Robi gejowe rzeczy. Zajmuje się fotografowaniem gołych męskich zadków i…

11073055_1559411530950377_1378905242549489346_n.jpg

(Tak, nie żartowałam z tą krępującą ciszą)


…no, robi takie rzeczy. Ale nie uważajcie, to jakiś wyjątek, bo jego heterokoledzy zachowują się podobnie w stosunku do Evy. Jeśli macie skojarzenia z gromadą pawianów na wybiegu, którym po miesiącach ktoś podrzucił samicę, to proszę, nie obrażajcie pawianów.
Powtórzę jeszcze raz.
Niektóre rzeczy NIE są śmieszne.
Nie są śmieszne na trzeźwo. Nie są śmieszne po alkoholu, po zbombieniu się jak Drezno za pomocą dwumetrowego bonga i dodatkowo napompowaniu gazem rozweselającym. Gdyby ktoś mi odpowiedział najlepszy żart świata i chwilę później pokazał dowolny kard z Exitus Letalis, nie zaśmiałabym się.
A, niestety, jest tego więcej.


11866308_1596037237287806_1148741888791663137_n.jpg
(predyspozycje bohaterki do bycia psychologiem – rycina poglądowa)


Mniej więcej co stronę mamy teksty tego typu, odnoszące się głównie do seksu, genitaliów i okolicy. Nie mówię, że żarty genitalne nie mogą być śmieszne. ADIC Johnsson (Limitless) był całkiem zabawny, znalazłabym jeszcze pewnie kilka przykładów. Ale samo to, że bohaterowie są niezdolni do jakichkolwiek funkcji poza macaniem się nawzajem śmieszne nie jest.
Wróćmy jednak do fabuły.
Ale na krótko. Fabuły ten komiks nie ma.
Okej, to na tyle, więc wiecie…
Co? Za mało? No dobra. Eva przyjeżdża do gówniaków. Dzieją się żenujące rzeczy. Zły ksiunc porywa Evę i ryje jej nożem na ciele mroczne słowa, aby potem bohaterka wyglądała bardziej cool. Nic z tego nie wynika. Dzieją się żenujące rzeczy. Koniec.
W kwestiach technicznych komiks nie wypada źle. Jak na “polską mangę” trzyma wysoki poziom pod względem rysunków – nie są one jakieś cudowne, proporcje bohaterów szaleją, sporo teł to ewidentnie zdjęcia przepuszczone przez Photoshopa, ale trudno mi czepiać się po tym, jak recenzowałam Sitriel.
Exitus Letalis jest, jak głosi obwoluta, mangą przeznaczoną dla dorosłych czytelników. To chyba największe nieporozumienie tego dzieła. To pozycja wyjątkowo infantylna, przepełniona gimnazjalnym humorem, brakiem wyczucia w opowiadaniu o seksie, o chorobach, o zbrodniach. Wszystko jest płytkie jak kałuża – fabuła, postacie, elementy z założenia mroczne i wywołujące strach żenują jeszcze bardziej niż elementy komiczne. Wszystkie postacie używają tego samego, inspirowanego odzywkami rodem z podstawówki języka.
Komiksu należy unikać za wszelką cenę. Są rzeczy, z których poziomu można się śmiać, zabawne na jakimś metafizycznym gruncie. Exitus Letalis wywołuje jednak ciszę i ewentualnie rechot dochodzący z pobliskiej podstawówki.

Ocena: 3/10

Będę Cię kochał wiertarką, czyli sezon trzeci “Hannibala”

No i nastała ta chwila.
Jak zapewne pamiętacie, Hannibal NBC to ostatnio moje ulubione guilty pleasure. Przy czym słowo pleasure należałoby brać w jak najszerszym tego znaczenia. Posunęłabym się do stwierdzenia, że moje podejście do tego serialu jest trochę podobne jak relacje jego głównych bohaterów – jeden próbuje się zaprzyjaźnić, drugi go patroszy, ale nikogo to nie zniechęca i mamy powtórkę sytuacji. Przez jakieś trzynaście odcinków.
(Spoilery niewielkie, jeśli nie oglądaliście, możecie czytać dalej.)

Jak również zapewne pamiętacie, próbowałam recenzować Hannibala odcinek po odcinku, ale w pewnym momencie zakazali Mocarza skończyła mi się wena i wymiękłam. Byłam jednak dzielna, bardzo dzielna i dooglądałam do końca.
Znacie to uczucie, gdy, powiedzmy, czytacie Internety i nagle zjeżdżacie na komentarze, gdzie pan Bogdan z Kątów Małych tłumaczy, iż najlepszym lekarstwem na raka jest picie przemysłowego wybielacza? Weźcie to wrażenie, rozprasujcie na bite dwanaście godzin i oto macie mniej więcej pojęcie, co czułam w czasie oglądania radosnych przygód naszego Haniutka.
(oto scena seksów z wielkim pająkiem. nie ma nic wspólnego z serialem, ale ma Was przygotować na to, co nastąpi)
Zacznijmy jednak od pozytywów. Po pierwsze – Hannibal jest autentycznie piękny wizualnie. Nie wiem, na ile to zasługa showrunnera, na ile jego ludzi, ale większość kadrów z tego serialu mogłabym oprawić w ramkę i powiesić na ścianie. Bardzo dawno nie miałam takiego wrażenia, chyba ostatnio przy komiksie Romantically Apocalyptic – że można by wyciąć wszystkie dialogi i wtedy to byłaby sztuka. Przez wielkie eSZ. Również ścieżka dźwiękowa jest niesamowita, mocna i niepokojąca. Piosenka z ostatnich scen serialu wżyna się z mózg lepiej niż opening Kaczych Opowieści i jeśli chodzi o współgranie utworu z tym, co się dzieje na ekranie, to IMO pobija ją tylko czołówka Watchmen.
Niestety, nadchodzi potem ten moment, w którym bohaterowie się odzywają i mamy…
…ochotę wyłyżeczkować sobie mózg. Przez oczodół. Dwukrotnie.
Przede wszystkim – nic w tym serialu nie trzyma się kupy. Chyba pod poprzednią notką zarzucano mi, że hej, to nie policyjny procedural, ale serio, jest różnica pomiędzy luźnym trzymaniem się realizmu, konwencją, a zwykłymi głupotami wynikłymi z tego, że reżyser stara się, no bardzo stara się stworzyć jakąś intrygę, ale można to o kant stołu potłuc. Prawda jest taka, że Hannibal Lecter jest typowym przykładem bohatera, który wydaje się specjalny i inteligentny nie dlatego, że taki jest, ale ponieważ większość innych postaci to totalni kretyni. Bardzo dawno nie widziałam tak skretyniałego FBI, tak karykaturalnie zaślepionych bohaterów, wszystko po to, aby Hannibal był ciągle górą, przez cały serial. Jakkolwiek gra aktorska Madsa Mikkelsena jest fenomenalna, przez cały czas miałam wrażenie, że gdyby wpuszczono tam chociaż jedną osobę, której zawczasu nie wyżarto połowy mózgu, która byłaby ślepa na (niezbyt urzekający) czar doktorka, serial skończyłby się w dziesięć minut.
Trudno w tym serialu mówić cokolwiek o bohaterach drugoplanowych, ponieważ ci głównie narzędziami do robienia scenariusza. Nie postaciami, narzędziami, których celem jest, powiedzmy, ginąć w brutalny sposób. Albo urodzić dziecko, albo być tym gościem, który jest ciągle chamski dla Haniusia, bo Haniuś nie lubi chamskich ludzi… Po trzech sezonach zorientowałam się, że część bohaterów drugoplanowych równie dobrze mogłaby być zamrażana po wyjściu z kadru i odstawiana w kąt na potem, ponieważ najwyraźniej albo wcale nie posiadają życia prywatnego, albo jest ono tak mętne i nieznaczące, że trudno czuć do nich cokolwiek. Chyba najbardziej jaskrawym przykładem jest tu Alana Bloom, której wątek związku (a w zasadzie dwóch związków) powinien być mocny i dramatyczny… gdyby nie fakt, że w zasadzie opiera się na dwóch scenach seksu i jednym zdaniu wymienionym z kolejną bezwolną marionetką, doktorem Chiltonem.
Och, Chilton. Za to co zrobili z tym bohaterem serial powinien dostać karnego homara, ponieważ ten facet stał się karykaturą samego siebie z poprzednich sezonów, trochę w typie głupkowatego przydupasa łotra Disneya. Jeśli by tego mało, poza bycie zaślepionym sławą debilem ma w tym sezonie jedynie jedną rolę i… powiem wam tylko: to bolesne. 
(karny homar – gdy rak to za mało)
To z kolei prowadzi nas do kolejnego problemu, a mianowicie – serial jest niewiarygodnie bezduszny. Tutaj sprawa jest jasna, według twórców jedyni bohaterowie, którzy zasługują na jakiekolwiek uczucia, współczucie czy ukazanie traumy to wielokrotny seryjny morderca-kanibal i psychopatyczny profiler. To są ludzie przeżywający rozterki (na miarę własnych możliwości) przy akompaniamencie dramatycznej muzyki. Cała reszta może być tłuczona młotkiem, gwałcona i podpalana, i nie zasługuje nawet na trzydzieści sekund uwagi i kwiatki przy szpitalnym łóżku. Nope, wracamy do Willa, patrzcie, rozebrał się i tak smutno patrzy.

(może jak się rozpłaczę, to nie zauważą, że przez oczy widać mi tył czaszki?)
No i największy fuckup serii – relacja Willa i Hannibala. Umówmy się:
– gdy ktoś próbuje ci wypruć flaki, to to nie jest romantyczne
– gdy ktoś chce zabić całą twoją rodzinę i wszystkich znajomych, to to nie jest romantyczne
– gdy ktoś chce otworzyć twoją czaszkę, aby sprawdzić, czy masz mózg, to to TOTALNIE nie jest romantyczne
Czemu więc, serialu, wpierasz nam, że jest? Niezależnie od tego, ilu środków stylistycznych użyjesz, jak sądzisz, co niesie za sobą większy ładunek emocjonalny?
a. patrzenie sobie w załzawione ślipka
b. próba brutalnego morderstwa?
Jak mam oceniać postać, która po wielokrotnej próbach bycia zarżniętą jak świniak pyta łamiącym się głosem, czy Hannibalek ją kocha?
Otóż, drogi Willusiu, mam dla Ciebie odpowiedź. 
Nie. A poza tym jesteś zbyt głupi, aby żyć. Idź skoczyć z klifu, jak na dobrego leminga przystało, zanim zatłukę cię młotkiem. Chociaż to zapewne tylko sprawi, że się we mnie zakochasz. 
Prawda jest taka, że mamy tu historię dwóch facetów, którzy co 30 minut odcinka próbują się zabić, potem im się odmienia i przez następne 30 minut się kochają i tak w koło. I mówiąc “kochają się” nie mam na myśli platonicznej relacji, bo podobno z serialu wyleciała scena, w której nasz uroczy, acz bezmózgi protagonista wsadza seryjnemu mordercy-kanibalowi język do gardła.
(hehehe, taka ze mnie krejzolka)

Nie będę się wiele wypowiadać o fabule, ponieważ sposób jej prowadzenia przedstawiłam w poprzednich notkach, napiszę więc jedynie o adaptacji Czerwonego Smoka, czyli odcinkach od dziewiątego do trzynastego.
Po pierwsze, Richard Armitage jest niesamowity.
Po drugie, to najgorsza adaptacja, jaka powstała. Głównie dlatego, że mając bite pięć godzin zamiast filmowych dwóch i pół, jakimś cudem Fuller wykastrował głównego antagonistę ze wszelkiego backstory, czegokolwiek poza byciem wizualną atrakcją. Na Ryśka (przez większość czasu półnagiego) się ładnie patrzy i w sumie tyle. Jeśli jest przerażający, to to bynajmniej nie zasługa scenariusza.
Po trzecie, Fuller nie umie adaptować. Po prostu. W pewnym momencie mamy sytuacje, gdy bohaterowie praktycznie cytują kwestie z książek… tyle że to nie są przecież ci sami bohaterowie, co w książkach, po tych dwóch-i-pół sezonu jest tak daleko od książkowego pierwowzoru, jak tylko można, nie wylatując przy tym z galaktyki. Gdy jednak scenariusz coś zmienia, jest to zazwyczaj zmiana na gorsze.
Finał jest w sumie skompresowaniem wszystkich zalet i wad serialu – wizualny i muzyczny geniusz, WTFny pseudoromantyzm w wykonaniu naszej cudownej dwójki, kretyznim innych postaci, dużo pretensjonalności i braku logiki. To, co mi towarzyszy po seansie, to głównie poczucie braku sprawiedliwości, bo oberwali zdecydowanie nie ci, którzy powinni. Pozostają tylko dzikie fantazje na temat zatłuczenia Lectera jego własnym, wyrwanym z barku ramieniem i nadzieja, że serialu nie wznowią, bo kolejnych trzynastu godzin “ale ja cię kocham/chcę cię zabić” (skreśl odpowiednie w zależności od fazy twojego cyklu miesiączkowego i jakości zdjęć Plutona wykonanych przez New Horizons) to ja totalnie nie zniosę.
Ocena:
Fabuła: 3/10
Bohaterowie: 4/10
Muzyka: 9/10
Wizualnie: 10/10
Liczba homarów: trzy (za Chiltona, Willa-leminga i brak logiki)
Liczba ślimaków: dużo, nie liczyłam
*
Tak, wiem, lemingi naprawdę się nie zabijają. 
Ale gdyby to robiły, to Willuś musiałby naprawdę się zastanowić nad swoją przynależnością gatunkową. 

Skończyła mi się wyobraźnia, czyli Hannibal s03e05-08

Naprawdę, chciałam napisać tę recenzję. Ale nie dałam rady.

Ten serial stał się tak zły, tak bez sensu, że oficjalnie kapituluję i idę recenzować Pixels. Tak, Pixels jest lepszym materiałem na recenzję. To o czymś świadczy, prawda?
Mam głupie wrażenie, że decyzja o skasowaniu serialu zapadła po tym, jak ktoś z NBC obejrzał cały trzeci sezon. Uwierzcie mi, to by wiele wyjaśniało. 
Tak więcej – szczegółowego rozwalania odcinków na czynniki pierwsze nie będzie, napiszę jeszcze jedną notkę z podsumowaniem całego sezonu i papa, Hannibalu – mam nadzieję, że nie znajdzie się nikt, kto zechciałby przedłużać dogorywanie tego serialu. Nawet sceny z Hugh w samych bokserkach tego nie wynagradzają.

Matko Bosko Radziecko, czyli Hannibal s03e03-04

Przyznam szczerze, że od samego początku oglądania serialu ciekawiło mnie, jak przedstawią w nim historię dzieciństwa Lectera. Głównie dlatego, że wersja książkowa nie miała racji bytu.
Nie doceniłam twórców, wpływu praw Murphy’ego oraz faktu, że mamy tu do czynienia najwyraźniej ze stereotypowymi Amerykanami babrzącymi się w historii Europy. 
(ostrzegam – spoilery bardzo, także do książek)

W trzecim odcinku sezonu trzeciego nasz ładny, acz trochę nieogarnięty protagonista postanawia jechać na Litwę, celem pozwiedzania domu rodzinnego doktora Lectera. Albowiem Lecter jest, zgodnie z pierwowzorem, Litwinem o dość mało litewskim nazwisku. W książkach także był arystokratą, który stracił calutką rodzinę i posiadłość w czasie drugiej wojny światowej, gdy pechowo na rodzinkę Hannibala najechali najpierw Naziści, a potem Sowieci.
Okej, całkiem sensowna historia. Co z nią jest nie tak?
Oryginalna fabuła Milczenia Owiec dzieje się w latach ’80. Fabuła serialu osadzona jest we współczesności. 
Co oznacza, że serialowy Hannibal musi być o bite trzydzieści lat młodszy od książkowego. 
Zgadnijcie – co było w latach ’60 na Litwie?
CHOLERNE ZSRR.
(podkład do reszty notki)

Niestety, istnienie wielkiego, komunistycznego państwa najwyraźniej jakoś umknęło twórcom Hannibala, ponieważ Will zwiedza sobie wielką, arystokratyczną chawirę Lectera, w której, jak sądzę, Hanni sobie radośnie mieszkał, nietykany przez Stalina, kolektywizację i przymusowe wywozy na Sybir.

(- Towarzyszu, a co tam stoi w oddali?
– To, Wania, jest dziura w czasoprzestrzeni.
– A może by tę dziurę jakoś tak skolektywizować i przerobić na sowchoz?
– Nie da rady, tam straszy. Ktokolwiek tam wejdzie, zaczyna pierdolić od rzeczy.)

Co więcej – Willuś podczas radosnego zwiedzania pełnego obowiązkowego slowmo i fantazyjnych zbliżeń na ślimaki (yup, teraz ślimaki są na topie) spotyka tam Japonkę trzymającą przez dziesiątki lat, na polecenie Lectera, jakiegoś faceta w prowizorycznej celi.

W tym momencie przestaję pisać i daję Wam dwie minuty na głęboką kontemplację tego zjawiska.

Już? Świetnie.

Zostawmy więc ten temat i przejdźmy do reszty.

Samo spotkanie dwójki nowych bohaterów wypadło, jak dla mnie, nieźle – jednakże nie z powodu scenariusza, który jak zwykle polega sromotnie na przedstawieniu chociaż odrobinę sensownych relacji międzyludzkich, a z powodu chemii pomiędzy aktorami. Bo chemia jest, przytłoczona stosem ślimaków, pierdolenia, ślimaków i… no, ślimaków…

(Helix pomatia)

W każdym razie, poruszony jest wątek tego, że Will to w sumie chciałby być taki jak Hanni-senpai i robić tak samo fajne zupy z trupa. Już pisałam, że ja przemiany Willa nie kupuję, głównie dlatego, że pomimo tego całego gadania na temat moralności, kręgosłup moralny Grahama wykrzywia się akurat w tę stronę, która pasuje scenarzystom i trudno tam szukać jakichkolwiek sensownych rozterek czy nawet powolnej przemiany w kolejnego artystycznego zwyrola. W sumie Will wydaje się w tym sezonie dość żałosnym gościem, który zrobi absolutnie wszystko, byleby utrzymać przy sobie przyjaźń Lectera i naprawdę, cholera wie, skąd to mu się wzięło, skoro nie tak dawno nasyłał na Hannibala innego seryjnego mordercę celem robienia Jezusa Lectera sprzątnięcia doktorka z tego świata.
Przejdźmy więc do kolejnego odcinka, który jest… no, zaskakująco lepszy od poprzedniego. 
Hłehłe, bo nie ma w nim Hannibala. 
Jest za to doktor Chilton.
(yeah)

Chilton miał, jak sądzę, działać na zasadzie kontrastu do Lectera. Obaj są psychiatrami. Obaj ubierają się w zadziwiająco podobne, snobistyczne garniaki, bywają na tych samych nadętych przyjęciach, podobnie urządzają swoje gabinety… ale. Gdy Hannibal “Gary Stu” Lecter zaczyna recytować Dantego w oryginale, cała sala zamiera w niemym olśnieniu jego zajebistością. Hannibal jest , oczywiście, świetnym psychiatrą i manipulatorem, wszyscy ulegają jego czarowi, do tego ma doskonałe skille chirurgiczne, dobrze wygląda na motorku i ma niezłą klatę.

Chilton jest samolubnym dupkiem, stawia błędne diagnozy, był koszmarnym chirurgiem i nikt go nie lubi. Chociaż muszę przyznać, że nie wiem, jak wypada przy prezentowaniu wdzięków po wyjściu spod prysznica.

W sumie nie trudno się domyślić, któremu z tych bohaterów kibicuję. Każda chwila serialu, która nie zawiera typowego pierdololo i zachwytu nad Haniutkiem jest na wagę złota.

(Pierwszy dobry tekst w serialu.)
W każdym razie, w tym odcinku Chilton, mocno wkurzony po tym, jak Lecter wmanewrował go w swoje zbrodnie i pośrednio doprowadził do przefasonowania chiltonowej twarzy za pomocą pistoletu, chodzi od jednej ofiary Hannibala do kolejnej i pyta: “Hej, może utworzymy takich Avengersów, tylko przeciwko Lecterowi?” Oczywiście, jako że nikt go z założenia nie lubi, a ponadto najwyraźniej reszta nie oglądała slasherów i nie wie, że w podobnych sytuacjach powinno się trzymać razem, nic z tego nie wychodzi.
Cały odcinek najwyraźniej dzieje się chronologicznie wcześniej niż poprzednie, bo znowu mamy Willa leżącego w szpitalu ze zszytą raną hannibalopochodną. Pamiętacie scenę z pierwszego odcinka i wizytę Abigail? Tu ta scena jest powtórzona, tylko zamiast Abi mamy Chiltona, który praktycznie powtarza kwestie dziewczyny z pierwszego odcinka.
Co najpewniej oznacza, że któraś z tych scen to była dzika halucynacja Willusia. Oczywiście, obstawiam Abigail, chociaż osobiście uważam, że wersja, w której Grahamowi zwiduje się Chilton przychodzący do niego z bukietem kwiatów pozostawia widzom DUŻO ciekawsze pole do interpretacji.
(yup, kwiotki)

Oczywiście, nie może być za dobrze.
Sama koncepcja “wszyscy nie lubią Chiltona” sypie się od razu, gdy pomyślimy, że ten – jakby nie patrzeć – niewinny facet zarobił strzał w twarz od świadka podczas przesłuchiwania FBI. Co oznacza, że chociaż Jack Crawford powinien się powstrzymać od wygłaszania złośliwości w niego wymierzonych – jeśli nie z powodu szczątkowej empatii i zwykłego poczucia winy z powodu zajścia, to dlatego, że pozew Chiltona narobiłby Biuru więcej szkód niż granat odłamkowy. Znaczy, zrobiłby, gdybyśmy nie byli w świecie, w którym podczas przesłuchania można niemalże zabić niewinnego człowieka i nobody cares
Niestety, prócz Chiltona występują też w serialu inni bohaterowie. O ile Mason Verger – któremu Hanni dla odmiany uciął połowę twarzy – wypada dobrze, trudno powiedzieć to o reszcie. Mamy na szybko zakończony wątek Belli, żony Crawforda, która umiera (w końcu) na toczącego ją raka, a jako że robi to w kilku dość kliszowych scenach po nagłym urwaniu jej historii w połowie poprzedniego sezonu, rusza mnie to średnio. Zwłaszcza, że sam temat jej choroby był eksploatowany płytko i przygnieciony milionem innych wątków/postaci/klatą Willa/ślimakami w slowmo.
Mamy też, oczywiście, Grahama, który już otwarcie fantazjuje o tym, jak razem z Hanką zabijają Crawforda…
…dobra, to akurat jest realistyczne, pewnie połowa ludzkości miała fantazję o zabijaniu swojego szefa…
…i ogólnie jaki piękny byłby świat, gdyby nie odrzucił cudownej przyjaźni cudownego doktora Lectera. Na końcu odcinka natomiast Willuś wsiada na łódkę i zapierdala Haniutka przeprosić.
Tak, z Baltimore do Włoch. Łódeczką.
A na koniec zadanie domowe dla czytelników. NBC ogłosiło, że kasuje Hannibala po trzecim sezonie. Na podstawie notki podaj trzy powody, czemu tak się stało.