Piwniczna recenzja: “Kochanek Magii” Ewy Paczkowskiej

Rozważmy dwa filmy – Thora i Zmierzch.
Nie, nie chodzi mi o to, czy są one dobre, takie sobie, czy posysają na całej linii. Gdybym chciał recenzować dzieła kinematografii, założyłbym kanał na youtube’ie. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na kilka scen z tych akurat filmów. W Thorze w pewnym momencie główny bohater zmuszony jest się przebrać, co skutkuje dziesięciosekundową scenką, w której możemy podziwiać jego zrobioną przez pięćdziesięciu stylistów nordycko-boską klatkę piersiową. W Zmierzchu postać o imieniu Jacob rozbiera się, aby użyczyć swojej koszuli protagonistce. 
Jakieś piętnaście minut później rozbiera się znowu, tym razem bez powodu.
I znowu. 
I znowu.

(jedyny powód, dla którego czytacie tę recenzję)
W pewnym momencie publiczność widząc tego bohatera w kadrze za każdym razem zaczyna rechotać, przewidując rychłe i bezsensowne rozkoszulkowanie. Co więcej – nawet, jeśli akurat podoba ci się aktor grający Jacoba, gdzieś przy trzeciej scenie z rzędu zaczniesz zauważać, że nad nim akurat nie pracowało pięćdziesięciu stylistów, a raczej jakiś pięciolatek z kredką. I że ciągle ma na twarzy tę samą, irytującą minę.
A teraz wyobraźcie sobie, że ktoś nakręcił film, którego połowa to ujęcia Jacoba zdejmującego koszulkę. Tak raz za razem – jest koszulka, nie ma koszulki, jest koszulka… Dla urozmaicenia nasz bohater ponętnie wydyma usta, wije się niczym dżdżownica i wydaje odgłosy rodem z kiepskiego pornosa. Tak przez czterdzieści pięć minut.
Całe szczęście, nikt jeszcze nie nakręcił takiego filmu. Natomiast ktoś wpadł na pomysł, aby napisać tego typu wyrób książkopodobny.
Panie i panowie, w tym tygodniu zajmiemy się Kochankiem Magii.
Napiszę szczerze – rzadko mi się zdarza, abym od pierwszego spojrzenia wiedział, że książka jest zła. Owszem, o wielu słyszałem, że są złe, niektóre okazują się złe po przeczytaniu pierwszego rozdziału, inne zapowiadają się koszmarnie po lekturze obwoluty… Ale raczej nie patrzę na okładkę i nie myślę “o Thorze bez koszulki, nieee…”. Kochanek Magii jest jednak książką, po której spodziewałem się od samego początku wielkiej eskalacji zła. Pierwszy powód jest taki, że wydało go to samo wydawnictwo co Czarną “Gwałt Jest Dowodem Miłości” Walkirię. Drugi – nigdy nie widziałem książki wydanej aż tak amatorsko.
Kwestia nie leży w tym, że np. okładka jest brzydka. Nie powala estetyką, ale nie budzi też odrazy. Widziałem brzydsze dzieła profesjonalnych rysowników… ale właśnie. Profesjonalnych. Ludzi, którzy umieją rysować, ale akurat narysowało im się paskudztwo. Okładka Kochanka… jest dla odmiany wyraźnie stworzona przez kogoś, kto rysować nie potrafi. Nie widziała na oczy profesjonalnego grafika. Gdy się zajrzy na pierwszą stronę, widać także, że nie widziała również profesjonalnego edytora – taki prędzej by się powiesił, niż dał w książce czcionkę bezszeryfową. Już w tej chwili można więc przypuszczać, że profesjonalnego pisarza również nie widziała, jednak, wiecie co? Dałem książce kredyt zaufania. Może i była wydawana na kolanie, ale za to ma inne zalety…
Przejdźmy więc do fabuły. Wygląda ona następująco – młoda kukła bohateropodobna, Darge or Reo, po tym, jak jego rasa przegrała wojnę z elfami, zostaje sprzedany na targu niewolników. Kupuje go kolejna kukła, zwana Rinvielem, celem robienia z nim przez następne kilka rozdziałów akcji z metaforycznym zdejmowaniem koszulki. Po tych rozdziałach celem zaoszczędzenia na tuszu powinny pojawiać się same białe strony, albowiem mało kto chciałby czytać książkę, która polega na opisywaniu wielkiego niczego, jednak wtedy akcja rusza jakby ktoś strzelił jej śrutem w tyłek i gna aż do zakończenia z prędkością Boeinga, zostawiając wszystkich czytelników daleko z tyłu z otwartymi paszczami i minami w stylu what the fuck?. 
Uwaga, leci kolejna metafora. Wyobraźcie sobie dwa komputery. Jeden buczy przy włączaniu, sieć zacina się nawet wtedy, gdy akurat nie używacie przeglądarki Internet Exploder i za nic w świecie nie dajecie rady odtworzyć na nim płyty. Drugi ma zamiast standardowej puszki na elektronikę ziemniaka, w którego ktoś powtykał kabelki od urządzeń peryferyjnych i na tym właśnie kartoflu próbował coś zrobić. Chodzi o to, że istnieją książki kiepskie, jak istnieją kiepskie komputery. Kiepską książką jest Zmierzch. Ma odpychających, źle zarysowanych bohaterów, nieciekawą fabułę, mnóstwo dziur. Mimo tego jest książką. Ma wstęp, rozwinięcie, punkt kulminacyjny, styl, akcję. Owszem – to wszystko nie najwyższych lotów. Czasem naprawdę złe. Ale jest. Natomiast Kochanek Magii to taki odpowiednik ziemniakomputera – coś, do czego trzeba naginać definicję, aby w ogóle nazwać to powieścią.
(Zimniok. Nie przypomina komputera.)
Przede wszystkim ta książka nie posiada spójnej budowy. Czytając ją, ma się wrażenie, że autorka miała w głowie jedną początkową scenkę i założenie fabularne w stylu “no, mają być gejseksy” i tyle. Nie mówię, że improwizacja przy pisaniu jest zła, kłopot w tym, że przy tego typu zabiegach dzieło powinno się wyłaniać i krystalizować w czasie tworzenia, tutaj natomiast nic takiego się nie dzieje. Pierwsze kilkadziesiąt wręcz stron nie wydaje się posiadać żadnej osi fabuły, w większości nie służy kompletnie niczemu, nie rozwija bohaterów, ekspozycja świata jest marna, po prostu blok tekstu pisany w oczekiwaniu na cudowne zesłanie jakiegoś pomysłu na fabułę. I potem można wskazać palcem, gdzie akurat taki pomysł się zrodził, bo zazwyczaj spada niczym grom z jasnego nieba, niepowiązany z niczym wcześniejszym, wyraźnie doczepiany do świata sztucznie – a to porwania, a to mafia, pościgi, wybuchy, teraz dla odmiany całość pędzi na łeb na szyję, tylko po to, aby po zakończeniu wątku ponownie przejść w stagnację w oczekiwaniu na kolejne olśnienie, że w powieści powinno się coś dziać. Trudno taką chaotyczną budowę nazwać przemyślaną w jakimkolwiek stopniu, do tego strasznie przeszkadza ona w odbiorze. Aby dojść do jakiejkolwiek akcji trzeba przedrzeć się przez coś, co powinno zostać odrzucone przez redakcję.
Co natomiast z samą fabułą? Cóż, nie jest ona zbytnio interesująca. Pierwsza część książki opiera się głównie na relacji Derreo (bo tak się zdrabnia imię głównego bohatera) i Rinviela, przy czym jakie są te relacje… cóż, również uważam, że sama autorka nie wiedziała, jakie mają być i próbowała jednocześnie zjeść ciastko i mieć ciastko. A to da się zrobić, tyle że jest to zabieg cokolwiek niesmaczny. Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że zachowanie Rinviela jest wypadkową usiłowania stworzenia tró mrocznego związku pana i niewolnika przy jednoczesnym pragnieniu uzyskania słodkiego luvvu pomiędzy bohaterami. W rezultacie nie mamy ani tego, ani tego, a jedynie postać, do której zachowania nie potrafiłem zastosować żadnej logiki, a nawet najbardziej piętrowe wygibasy umysłowe z założeniami, że Rinviel może mieć jakieś pochrzanione podwójne standardy po najdalej pięćdziesięciu stronach nie trzymały się kupy. Ta postać nie ma charakteru, nie ma osobowości – zachowuje się tak, jak akurat autorka by chciała, aby się zachowywał, taka bezwolna kukiełka, ciągnięta w dwie strony w zależności od widzimisię. Jedynym uzasadnieniem jego dziwnego stosunku do Derreo mogłaby być choroba psychiczna. Bardzo kiepsko opisana.
Z drugim głównym bohaterem, Derreo, mam jeszcze większy problem, a mianowicie poza zwykłym brakiem jakiejkolwiek osobowości i zachowaniem bardziej drewnianym niż gra Daniela Craiga wydaje się być upośledzony. Ma to związek głównie ze scenami erotycznymi z jego udziałem.
A sceny erotyczne w tej książce przypominają fantazje trzynastolatki.
Dobra, nie buczcie tam, nie chciałem pociskać. To po prostu moim zdaniem najbardziej adekwatna przenośnia. Wiek wczesnonastoletni charakteryzuje się pewnego rodzaju dziwną schizofrenią, jeśli chodzi o podejście do seksu i spraw z tym związanych – z jednej strony ten seks nęci, seks niegrzeczny nęci jeszcze bardziej, ale z drugiej strony jak dochodzi do powiedzenia słowa penis na lekcji biologii, to już wstyd. Niby pornosa się widziało, ale jak kolega narysuje męskie genitalia w zeszycie, to hjehje, zboczeniec. Niby tyle się myśli o seksie, ale tak naprawdę nie ma się o nim zielonego pojęcia, ten seks to takie niezidentyfikowane coś, fajne, ale wstydliwe i jak to tak, brać te seksy na serio… 
Podejście do erotyki w tej książce mniej więcej tak wygląda. Temat seksu cały czas krąży wokół wszystkiego, ale nie jest to budowanie napięcia, tylko okrążanie wokół czegoś, czego nie ma się odwagi tknąć i przy tym udawanie, że taki zły niegrzeczny seks, łohoho. Tyle, że nie. Gdy już do czegoś dochodzi, chociażby do tego, że Rinviel tknie Derreo palcem, opisy nie mają nic wspólnego z wiarygodnie opisaną erotyką, ani pod względem reakcji czysto fizycznych, ani pod względem psychiki bohaterów.
Tą ostatnią można porównać do cudnego pornosowego schematu, który mówi, że każdy jest wszędzie i zawsze napalony, niezależnie od sytuacji i tego, kto go chce zapiąć. Przypomnijmy – Rinviel należy do rasy, której gatunek Derreo nienawidzi, z którą sam Derreo walczył, która wybiła znaczną część jego ludu i jego wzięła w niewolę. Czy to przeszkadza mu zwijać się z rozkoszy, gdy ten elf trypnie go w sutek? A jak myślicie? Jeśli macie problem z wyobrażeniem sobie sytuacji, przenieście realia na inny, podobny, realnie zaistniały konflikt historyczny. I niezależnie od tego, co wam przyszło do głowy, czy któraś z wojen starożytnych, czy bardziej drastyczne porównanie do drugiej wojny światowej – ukazanie takiej sceny może świadczyć o dwóch rzeczach. Pierwsza teoria jest taka, że według autorki nie ważne, kim jest osoba, która chce cię przelecieć – przyjacielem, wrogiem, którego nienawidzisz, wielkim klaunem czy Robem Downeyem topless – i tak będziesz tego chciał, jeśli cię posmyra w strefie erogennej. Gwałt? Jaki gwałt? 
Druga teoria opiera się na założeniu, że matka Derreo miała naprawdę śliski kocyk.
(Bardzo chętnie zamieniłbym Derreo miejscami z Theonem Greyjoyem. Theon też chętnie by się zamienił.) 
Powiedzmy sobie szczerze – jak w Czarnej Walkirii mieliśmy podejście “gwałt się nie liczy, jeśli gwałciciel przeprosi”, tak tu mamy “gwałt się nie liczy, jeśli gwałciciel zażyczy sobie gry wstępnej”. Bo w tej książce, wbrew temu, co widnieje jako ostrzeżenie na okładce, nie mamy żadnego BDSM. Mamy stare, dobre molestowanie seksualne będące wstępem do wielkiej miłości wziętej z dupy.
A mówiąc wziętej z dupy mam dokładnie to na myśli. Znacie może wątek wpojenia u wilkołaków w przytaczanym wyżej cyklu Zmierzch? Ogółem jest to taki deus ex machina, stosowany przez kiepskich autorów, którzy nie potrafią rozwijać relacji pomiędzy bohaterami w normalny sposób, robią to więc na cheatach, każąc im zakochiwać się w sobie mocą imperatywu narracyjnego. W Kochanku… mamy do czynienia ze wpojeniem, tylko inaczej nazwanym, za to służącym do dokładnie tego samego. Tak, w książce, która w zasadniczym stopniu opiera się na relacji bohaterów mamy zabieg umożliwiający zmianę tych relacji za pomocą pstryknięcia. No ja nie wiem, czemu taki Tolkien nie wymyślił jakiegoś teleportera, aby przetransferować Frodo z pierścieniem od razu do Mordoru. Przecież to by ułatwiło sprawę, nie?
Jedną z większych wad tejże książki jest jednak to, że praktycznie nic tam nie jest opisane wiarygodnie. Ani wspomniane wcześniej relacje, ani erotyka, ani bohaterowie, w końcu nie jest wiarygodnie opisany świat. W dobrej fantastyce opartej na kreacji własnego uniwersum widać, że bohaterowie do tego uniwersum należą, widać, że przedstawiciele różnych ras różnią się nie tylko tym, że jedni mają spiczaste uszy, a drudzy brodę. Widać, że różni ich kultura, moralność, że inaczej podchodzą do tych samych kwestii, że jest między nimi sieć zależności, czasami też, że czują się wobec siebie obcy i nie zawsze do końca rozumieją tych drugich. W Kochanku Magii tego nie ma. Wszyscy, niezależnie od rasy, tak naprawdę się od siebie wcale nie różnią zasadniczo, zmieniają się jedynie dekoracje, a wszyscy zachowują się tak samo – jak aktorzy soft porno, którym kazano grać poszczególne role – pana, niewolnika, smoka… Tyle że dani aktorzy na graniu się nie znają w ogóle – nie wiedzą, jak powinni reagować w poszczególnych sytuacjach, nie umieją wczuć się w postacie, nie rozumieją realiów, które muszą odgrywać. A że są aktorami z pornosów, robią to na jedyny znany sobie sposób – zamiast relacji pan-niewolnik wstęp do “Napalonego hydraulika”, zamiast smoków – “Kakaowe igraszki 3”. Realia świata to doklejane pośpiesznie tekturowe rekwizyty pomalowane akwarelami, w końcu, kto to zauważy – są seksy!
No dobrze, przez większość czasu nie ma, ale książka próbuje udawać, że są.
(Książko, przestań.)
Kochanek Magii w sposób dość dosadny przypomniał mi też podstawówkę. Czas, kiedy pisałem pierwsze wypracowania w stylu “Co robiłem na wakacjach?”. Wtedy produkowałem coś w stylu – “Poszedłem z Anią na spacer. Ania pożyczyła mi grę. Grałem w tę grę z Anią, potem Ania poszła do domu i pożegnałem się z Anią…”. Zła nauczycielka przekreślała ciągłe powtórzenia imion i kazała szukać synonimów. No to wpadłem na genialny pomysł pisania o Ani per “jasnowłosa”, bo tak się złożyło, że miała ona włosie koloru blond. Jakieś trzy lata później, gdy już kończyłem szkołę podstawową, zrozumiałem, że to nie był dobry pomysł. Po pierwsze, brzmiało głupio. Po drugie, gdybym miał opisać dwie jasnowłose Anie, Wszechświat pewnie by wybuchł.
Autorka Kochanka Magii jeszcze na to nie wpadła. Narracja prowadzona jest tak nieporadnie, że wymusza ona stosowanie różnego rodzaju określeń na bohaterów w co drugim zdaniu – coś, czego można uniknąć po prostu ćwicząc warsztat i obserwując, jak rozwiązują to autorzy dobrych książek. Po co jednak, skoro można uraczyć czytelników tabunami ciemnowłosych – nawet jeśli na trzy postacie występujące w scenie dwie mają ciemne włosy, albo określeniem arystokrata, gdy rozmawiają ze sobą elfi szlachcic, jego krewniak oraz wnuk króla. Po co się wysilać? Jeśli ktoś kupił ziemniaka z kabelkami zamiast laptopa, to pewnie i to łyknie. Tak samo, jak zupełnie niepasujące do niczego, do bólu współczesne słownictwo, które czasami nie przeszłoby nawet w obyczajówce z akcją usytuowaną w dwudziestym pierwszym wieku, jak na przykład nazywanie służącej robiącej Derreo nowy “image” (sic!) “małoletnią wizażystką”. Dziękuję, nie mam więcej pytań, idę spalić tę porcję zadrukowanych bełkotem kartek.
Najgorsze jest jednak to, że po przeczytaniu Kochanka Magii nie wiedziałem, co w zasadzie autorka chciała napisać. Stawiałem na lekką komedię erotyczną dziejącą się w fantastycznym świecie, ponieważ to by nawet pasowało – mało realizmu, elementy komiczne polegające na zamienianiu bohaterów w puchate zwierzątka, styl, pomimo wszystkiego, dość lekki. A potem wszedłem na oficjalnego fanpejdża książki i zobaczyłem to:
Aha.
Po prostu: aha.
Nie wiem, jak to skomentować. Nie wiem, kto mógłby uznać, że to coś przylegało chociaż do galaktyki, która miała cokolwiek wspólnego z mrocznym fantasy. Przecież to… Grrrah… Grrrrah… Serio, czy osoba, która to pisała, w ogóle… Grrrah… Grrrrah…
hcdfhjkxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxuxxxxxxxxxxxxxxxxx
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Zostawmy ten rząd przypadkowych znaków jako dowód na to, że Q autentycznie walnął czołem w klawiaturę i przejdźmy do podsumowania. Będzie krótkie.
Nie tykajcie tego kijem. Jeśli znacie kogoś, komu to się podobało, sprawdźcie, czy przypadkiem nie gwałci kogoś w piwnicy. Albo nie sprawdzajcie – od razu dzwońcie na policję. I nie dawajcie sobie wmówić, że w molestowaniu jest coś romantycznego.
Nie ma.

*
1. Tłukło się to mi w głowie od pewnego czasu i dlatego po namyśle podwyższam ocenę “Mistrza” Katarzyny Michalak do 3/10. Nie zrozumcie mnie źle, to nadal bardzo zła książka, jednak nie aż tak jak “Wszystkie odcienie czerni” czy “Kochanek Magii”.
2. Moderacja na blogu wróciła. Chciałem napisać dłużej na temat tego, jakie komentarze nie będę przepuszczane, jednak postanowiłem streścić to w dwóch podpunktach:
– rzucanie kupą w wentylator, czyli wszelkie wypowiedzi, które kompromitują się same. Do takich zaliczamy argumenty polegające na obrażaniu rozmówcy, komentarze jawnie głupie i wulgarne
– sygnały z alternatywnej rzeczywistości, czyli każde “krytykujesz, bo zazdrościsz” czy “ciebie nikt by nie chciał wydać”. W zasadzie to też trochę rzucanie kupą w wentylator, no ale.
3. Luvvciam Was, ale proszę o rozsądne flejmowanie w mojej obronie. Rozsądne, znaczy na poziomie i to bynajmniej nie poziomie rurkowców.

(Visited 276 times, 1 visits today)