Calling Bullshit: W wyobraźni wszystko się mieści, nawet zła erotyka. Wywiady z Blanką Lipińską.

Dzisiaj porozmawiamy o książkach, rzeczywistości i fantazji, oraz czym się od siebie te rzeczy różnią.

Zacznijmy jednak od określenia naszego eksponatu poglądowego. Powieść 365 dni wywołała trochę szumu w internetach po tym, jak zainteresował się nią Aszdziennik, punktując, między innymi, że mamy do czynienia z erotykiem dla kobiet, który zaczyna się od… gwałtu oralnego na kobiecie. Zapytana o to autorka, Blanka Lipińska, odpowiada coś w stylu: Paaaani, ale jaki gwałt, w sumie scena wygląda jak gwałt, opisywana jest jak gwałt i ogólnie śmierdzi gwałtem tak, że gdyby łazik Curiosity miał zmysł powonienia, to by wyniuchał ten gwałt z Marsa, ale… no, to nie jest gwałt, bo ja pisałam to, nie mając na myśli gwałtu.”

No więc wszystko w porządku.

I tylko głupie internety się czepiają.

Biorę pod lupę trzy wywiady. Pierwszy jest zatytułowany >>Blondynka z sześciopakiem i sztucznym biustem autorką bestsellerowego erotyka „365 dni”. Rozmowa z Blanką Lipińską<<. Tak przy okazji, gdyby ktoś dał taki nagłówek rozmowie ze mną, to bardzo szybko by pożałował, że zamiast tego nie odkupił kiedyś od pana Sapkowskiego praw do Wiedźmina za pieniądze z góry.  Ale nie o mnie tu rozmawiamy.

Mówiłaś, że mama tak cię wychowała, żeby mieć szacunek do samej siebie. Co z tym szacunkiem w odniesieniu do twoich słów o tym, że jesteś przeciwna równouprawnieniu? Albo w odniesieniu do pierwszej sceny z  książki, w której bohater zmusza do seksu oralnego stewardessę („Po jej policzkach płynęły łzy, ale posłusznie wykonała jego polecenie”)?

I tu przechodzimy do sedna problemu. Ja nie uważam, że takie zachowanie w związku względem kobiety, jest okazaniem jej braku szacunku. Co kto lubi. Ja tak, jak mówiłam wielokrotnie, lubię być zdominowana.

I tu od razu przechodzimy do pierwszego problemu – Pani Autorka (będziemy używać dalej skrótu PA) nie odróżnia konsensualnej gry seksualnej pomiędzy partnerami od sytuacji, gdy obcy facet w samolocie nagle wsadza ci penisa w gardło. Pomyślałby ktoś, że jednak taką różnicę wychwycić dość łatwo, ale jednak nie w tym wypadku. I tak, tutaj mogłabym wstawić jakiś bardzo paskudny żart, ale wolę zastanowić się, z czego to wynika.

Otóż – gdy akurat nam się zachce fantazjować, z założenia dostajemy tylko to, co chcemy dostać. Nie znalazłoby się dużo osób, które mają fantazje erotyczne na temat sytuacji, które ich prawdziwie i niepodważalnie odrzucają. Nawet, jeśli mamy do czynienia z czymś, czego nijak nie chciałybyśmy zrealizować w rzeczywistości, w fantazji dużo się mieści. Z samej jej natury wynika, że jesteśmy w całkowitej kontroli nad tym, co się dzieje. Możemy np. mieć fantazję erotyczną o tym, jak trzech facetów z Ugandy biczuje nas kebabami i wyciąć te mniej przyjemne kawałki, jak na przykład to, że sos pikantny dostający się do oczu nie jest zbytnio orgazmiczne.

Scena gwałtu na stewardessie nie jest więc gwałtem, bo akurat w głowie autorki nie wydarzyło się nic, co sama uznałaby za niepożądane. Nie oznacza to, że chciałaby przeżyć takiej sytuacji naprawdę, ale pofantazjować se można.

Jednak tutaj pojawia się inna perspektywa, a mianowicie perspektywa czytelniczki. Czytelniczka nie siedzi autorce w głowie. Czytelniczka czyta powieść, a powieści mają w zwyczaju chociaż umownie symulować paskudne miejsce, jakim jest rzeczywistość. Nie musi być to konkretnie nasza przyziemna rzeczywistość, niemniej rzeczywistość posiadająca pewną podstawową logikę. Na przykład taką, że jak bohater nagle wsadza penisa w usta praktycznie obcej, podległej sobie kobiecie, a ona płacze, to mamy do czynienia z gwałtem.

Powód, dla którego PA nie odróżnia fantazji od pisania powieści nazywany jest fachowo brakiem podstawowych zdolności pisarskich. 

Odmienność prywatnych fantazji od pisania rozbudowanej prozy nie oznacza, że nie można lub nie powinno się przekazywać własnych fantazji. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, jak sceny, które piszemy, wyglądają z perspektywy obcego człowieka. My w swoich fantazjach możemy szczytować na samo wspomnienie potężnego płonącego konaru Massima Juana Antonia Raula de Luca von Copolla. Czytelniczki jednak nie będą, trzeba więc w miarę umiejętnie oddać to, czemu akurat ten konar jest taki specjalny i och ach.

Dla mnie to nie jest poniżające, dla mnie to ogromne zaufanie do mojego partnera i poczucie bezpieczeństwa.

Pytana o Nowy Jork PA opowiada o Podlasiu. Przypominam, pytanie było o scenę gwałtu z książki, pomiędzy głównym bohaterem a obcą stewardessą, a nie sypialnię autorki.

Łóżko to dla mnie rodzaj gry, zabawa, to świetny teatr dwóch aktorów. Można tam robić, co się chcę i jak się chce, jeśli obie strony się na to godzą. Co innego realne życie. Jeśli w łóżku mężczyzna nazwie mnie „nieprzyzwoicie” będę zachwycona. Jeśli zrobi to w życiu, w trakcie kłótni, w gniewie, dostanie w twarz i w tym momencie zobaczy mnie po raz ostatni.

Czym jest według ciebie równouprawnienie?

Zrównaniem w zbyt wielu kwestiach. Zapominamy, że każda płeć ma swoją rolę, bo gdyby było inaczej, matka natura pewnie stworzyłaby jedną

Odwołanie do natury nazywa się też błędem naturalistycznym. Jak można przeczytać: “Błąd naturalistyczny to idea, według której to, co obecne w naturze, jest dobre. Stanowiła ona podstawę socjaldarwinizmu, wiary, że pomaganie biednym i chorym stoi w sprzeczności z ewolucją, która polega na przetrwaniu najsilniejszych. Dzisiejsi biolodzy potępiają błąd naturalistyczny, ponieważ chcą opisywać świat natury szczerze, unikając wyciągania moralnych wniosków w rodzaju: jeśli ptaki i inne zwierzęta popełniają cudzołóstwo, zabijają własne młode i praktykują kanibalizm, to musi to być dobre.”

Pamiętajmy też, że gdyby natura chciała, abyśmy latali nad kontynentami, dałaby nam skrzydła.

Czy to źle, że na świecie są silne kobiety?

To super, tylko niezbyt dobrze, że mamy deficyt silnych mężczyzn. Kobieta ma prawo ewoluować, ale niech mężczyzna nadąża.

No, jeśli przykładem silnego mężczyzny ma być ten z powieści, to zdecydowanie lepiej, że mamy ich deficyt. Nadmiar wymagałby natychmiastowego wystrzelenia w kosmos, koło zażenowanego łazika na Marsie.

Kiedy pisałam [powieść] 4 lata temu, w moim życiu nie występowało bardzo wiele emocji, których potrzebowałam. A nie owijając w bawełnę. Byłam z mężczyzną, który kiedy zaczął mnie kochać, przestał mnie pragnąć. Tak, wiem, kiedy patrzy się na mnie może wydać się to lekko dziwne i nie chodzi tu o brak skromności, ja po prostu wiem, jak działam na facetów… blondyna z sześciopakiem na brzuchu i sztucznym biustem. Byłam pierwszą kobietą do której to poczuł, pierwszą po jego mamie. A skoro miłość, jaką znał, była wyłącznie platoniczna, to wyłączyło mu się pragnienie mnie jako kobiety. Wtedy uciekłam w świat książki, wtedy powstała powieść.

Kolejną bardzo smutną kwestią związaną z PA – jest skłonność do wyciągania problemów seksualnych z poprzedniego związku w każdym wywiadzie. Ale serio – każdym. I na końcu książki. Nie wiem, czy na obwolucie także jest o tym wzmianka, jednak dziwię się, że PA jeszcze nie strzeliła sobie tatuażu na czole oznajmiającego, że napisała naszego pokracznego potworka, bo związek nie dostarczał jej odpowiednich wrażeń seksualnych.

Nie zrozumcie mnie źle – nie chcę jej piętnować za to, że mówi o jakichś problemach seksualnych publicznie, tylko w jaki sposób to robi. Nie opisuje problemu, szukając rozwiązania korzystnego dla obu osób w związku. Nie szuka rzeczywistego powodu takiego a nie innego zachowania partnera, zamiast tego waląc tekstami o tym, że w życiu kochał ją i mamusię, więc jakąś pokrętną logikę oba uczucia musiały być platoniczne.

(swoją drogą – z tego wynikałoby, że każdy mężczyzna, którego jedyne kontakty z kobietami do tej pory były platoniczne – czyli praktycznie przeważająca większość, skoro najczęściej pierwszym silnym uczuciem dziecka jest miłość do rodziców – powinien czuć “miłość matczyną” do swojej pierwszej dziewczyny. Rozwiązaniami mogłoby być:

a. aby faceci najpierw zakochiwali się – nieplatonicznie – w innych facetach, a dopiero potem przerzucali na kobiety;

b. kompleks Edypa;

c. zakochiwanie się w dużej liczbie kobiet na raz, według równania “dużo > jedna mamusia”.)

Nie – podejście PA to opisywanie po portalach, że miała słabe pożycie seksualne, to napisała pornucha. Tyle. Nie wiadomo, czy rozmawiała z partnerem, co według niego było powodem problemów, czy doszli do jakiegokolwiek konsensusu. Z całości wyłania się obraz: facet nie chciał się ze mną uprawiać seksu, więc najpierw uciekłam w fantazję, potem zerwałam, teraz opowiadam po Pudelkach, że facet nie chciał ze mną uprawiać seksu. Powtórzmy to ze trzy razy przy kolejnych powieściach, a wejdziemy w trzecią gęstość.

Na czym się opierałaś, pisząc ją?

Niemal wszystkie sytuacje wydarzyły się naprawdę, a wszystkie postaci mają swój odpowiednik w realnym życiu. Ale nigdy nie powiem, które rzeczy są moje, które tylko zasłyszane, a które to fikcja literacka.

Zaczynam mieć głupie wrażenie, że to “wydarzyły się naprawdę” oznacza “kuzynka Malwina mi opowiedziała, jak z mężem Januszem bawili się w łóżku w mafioza i porwaną dziewicę”.

Przechodzimy do następnego wywiadu, bo w dalszym ciągu tego PA dostała iluminacji i poziom wzrósł o oktawę. A nie jesteśmy tutaj, aby czytać rzeczy mądre, średnio mądre i takie sobie, cykl Calling Bullshit bowiem punktuje głupotę.

Wypowiadając się dla Vivy PA potwierdza moje przypuszczenia odnośnie prywatności opisywanych fantazji:

Wszystko dlatego, że ja nie pisałam „pod publiczkę”. Nie zastanawiałam się, co mogę napisać, tylko co chcę napisać. To tak naprawdę była trochę spowiedź, trochę pamiętnik, trochę ukryte pragnienia. Tak naprawdę tam było wszystko to, co było wtedy we mnie, więc to było bardzo prawdziwe.

Jeśli będę recenzować dziełko – a zapewne będę – trochę porozwodzę się nad socjologicznym aspektem. Lubię dywagować, co tak naprawdę konkretna powieść świadczy o autorze, a PA tutaj wymownie mi pomaga, nie stosując jakiegokolwiek dystansu.

Wiem, że ta książka bardzo motywuje kobiety, bardzo wpływa na ich emocjonalną stronę i na ich poczucie wartości.

Np. mnie zmotywowała do napisania notki na blogaska po pół roku przerwy. Wywołała też emocjonalną reakcję w postaci tymczasowego spadku libido. Jak to się teraz pisze – czytając 365 dni wręcz słyszałam, jak moja wagina odgrywa melodyjkę towarzyszącą zamykaniu się systemu Windows.

Dalej mamy powtórzone rewelacje o poprzednim związku PA i miłości partnera do mamusi. Mam trochę wrażenie, jakbym natchnęła się na ciągle reprodukowanego przez autora mema, który powinien zginąć już przy pierwszym wklejeniu na 4chana.

Po czasie kiedy zaczęłam mówić o tym otwarcie, nagle się okazało, że kobiety mówią: „ja mam dokładnie to samo z moim facetem!”. Kiedy zdecydowałam się wydać książkę, pomyślałam, że może chociaż jedną dziewczynę przed tym obronię. Może będę umiała uświadomić kobietom i mężczyznom, jak ważny jest seks, ale nie w aspekcie fizycznym.

Zadziwiające, bo w powieści praktycznie każda scena seksu wywołuje ciarki, ale bynajmniej nie podniecenia.

Istnieje takie zjawisko jak bagatelizowanie przemocy seksualnej. Chodzi zwłaszcza o sytuacje, w których kobieta mówi nie, nie wyraża zgody na kontakty seksualne, także inne, podszyte odpowiednim kontekstem kontakty fizyczne. W 365 dni mamy do czynienia z paradą tego typu zachowań – gwałt w samolocie to tylko pierwsza. Na początku główny bohater – który, nawiasem, porywa protagonistkę, grożąc śmiercią jej rodzinie i chłopakowi – obiecuje, że jej nie zgwałci, nie dotknie bez zgody. W czasie trwania całej akcji robi właśnie takie rzeczy wielokrotnie. Wchodzi jej znienacka nagi pod prysznic i ociera się o nią penisem, napiera ciałem, całuje. W końcu oszukuje ją, że podaje jej antykoncepcję, aby ta, pospolicie rzecz ujmując, wpadła z nim i została dla dobra dziecka.

I PA mówi, że to właśnie jest to, czego pragną kobiety.

Rzeczywistość – uwaga, ważne – tak nie działa. W rzeczywistości osoby przekraczające nasze granice to nie jakieś wzięte z okolic Alfa Centauri fantazje, które i tak chcemy przelecieć, ale wtedy powieść skończyłaby się na dwóch stronach.

W rzeczywistości, jeśli masz ochotę na BDSM, pierwszą rzeczą, jaką robisz, jest ustalenie granic. I absolutne unikanie ludzi, którzy ich nie szanują, bo wtedy mamy do czynienia nie z erotycznymi fantazjami o dominacji, a byciem pospolitym złamasem.

I na koniec kilka cytatów jeszcze, z innego wywiadu:

“Patrzyłem jej w oczy, była przerażona”. Tak zaczyna się pierwsza scena w twojej książce pt. “365 dni”. Widziałam już komentarze, że to zachęcanie do gwałcenia kobiet.

Pierwsza scena w książce jest rzeczywiście ostra. Ale między wierszami ukryłam pewne wskazówki, które świadczą o tym, że kobieta tego chce. Prowokuje głównego bohatera, by zachował się tak, a nie inaczej.

Oho, widzę, że mamy tu materiał na edukatorkę seksualną dla trzynastolatków.

Co prawda to książka przede wszystkim dla pań, ale nie mam nic przeciwko temu, by panowie potraktowali ją jako instrukcję obsługi kobiety. Zyskają przy tym na skuteczności, wierz mi.

Tak, skuteczności w odsiadywaniu latek za gwałt.

W ogóle rozwala mnie przeświadczenie, że każda laska marzy o zachowującym się jak modelowy przykład zakompleksionej bucery dominującym Alvaro.

Że tak ujmę – hehe, nie.

(źródło.)

I tymże wesołym akcentem kończymy notkę.

Natomiast, prócz wspomnianych wyżej wad i większych wad książki poruszę bardzo fascynującą wizję tego, że w sumie to nic takiego, że facet grozi Tobie i bliskim, zabił kogoś na twoich oczach i kilka razy praktycznie zgwałcił – te wszystkie wady natychmiast wyparowują wraz z dostępem do bezdennej karty kredytowej wspomnianego misia i kółeczku po butikach.

//przypominam o lajkowaniu funpaga. teraz głównie psioczę tam na Detroit: Become Human.

(Visited 592 times, 1 visits today)